Murzyn

FeaturedMurzyn

Jako dzieciak niczego tak się nie bałem w życiu, jak Murzyna!

Pan Mundek często powtarzał, że jeszcze nigdy nie trafił mu się równie głupi koń. Nieusłuchany. Dziki. Taki, któremu nigdy nie wiadomo, co może do tego durnego łba strzelić. Taki leniwy. I taki pojebany.

– Tak samo tępy i tak samo nie chce mu się robić, jak… tamtym – mawiał, rechocząc ze śmiechu aż widać było ten drgający dzyndzel głęboko w jego gardle.

Pan Mundek pracował u taty. Był drwalem. Zrywkarzem. Opiekował się leśnymi końmi i od poniedziałku do soboty wyciągali z lasu ścięte drzewa i układali je na stosach. To była ciężka praca. Iście katorżnicza. Szczególnie dla koni. Dlatego konie też musiały być szczególne.

I Murzyn taki był. Mieszanka perszerona z arabem, ale chyba bardziej krzyżówka lokomotywy z jaskółką. Siła i zwinność w jednym. Gigantyczna moc i nieokiełznana szybkość. Był niczym eksplodujący granat zatrzymany w czasie nanosekundę tuż przed rozerwaniem. Aż kipiał wściekłością. Nigdy nie widziałem, aby stał spokojnie w miejscu. Nieustannie robił bokami, potrząsał łbem, parskał i bił kopytami w ziemię. Podczas gdy inne konie pasły się leniwie na pastwisku za domem pana Mundka, Murzyn cały dzień galopował z rozwianą grzywą ledwie muskając kopytami trawę. Kiedy zobaczył kogoś idącego drogą, potrafił pędzić na maksymalnej prędkości, z ogonem uniesionym wysoko w górę, żeby następnie zatrzymać się tuż przy siatce, zarywając wszystkimi kopytami w ziemię, aż wyrwane darnie trawy leciały w powietrze. Nie muszę też mówić, że każdy omijał go szerokim łukiem. Ja sam, kiedy widziałem go na pastwisku, zwykle nie wychodziłem wtedy z domu.

Wszyscy bali się Murzyna. Z wyjątkiem pana Mundka. Za każdym razem, kiedy do niego podchodził, to najpierw okładał go batem po tym jego szerokim jak kanapa grzbiecie. Profilaktycznie. Dla zasady. Żeby durne bydle od razu wiedziało, kto tu jest panem. Ludzie mówili, że kto jak kto, ale Mundek ma dryg do koni. Wrodzony. Dlatego, jeśli trzeba było coś pociągnąć lub kogoś wyciągnąć, to wszyscy walili od razu do pana Mundka. Bo to był dusza człowiek. Nigdy się nie zdarzyło, aby komukolwiek odmówił pomocy. Nie dojadł, nie dospał, aż nie zrobił, o co go poproszono. I nigdy też nie brał zapłaty. Taki był honorowy. Czasami tylko przyjął papierosa, jak ktoś bardzo nalegał. Bo pan Mundek palił jak smok. Właściwie to nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek widział go bez papierosa w ustach. Nigdy. I klął. Jak szewc. Zawsze. Nawet przy nas. Przy dzieciakach.

Tamtego dnia właśnie nudziliśmy się z Piotrkiem jak mopsy, siedząc na ścieżce koło domu pana Mundka. Piotrek był jednym z jego pięciu synów. Jakiś człowiek stanął przed nami i zapytał Piotrka, czy ojciec jest w domu. Był. Właśnie kończył obiad. Okazało się, że był to traktorzysta, który przez nieuwagę wjechał w potężną kałużę na leśnej drodze i już w niej został. Wypełniona drewnem przyczepa też została. Normalna sprawa przy wiosennych roztopach.

– Chodźta, chłopaki – powiedział do nas pan Mundek, wyprowadzając Murzyna ze stajni i podczepiając go do wozu. – Nauczyta się, jak to się robi.

Dwa razy nie musiał nam tego powtarzać.

Traktor tonął w błotnistej mazi aż po same osie. Pan Mundek kazał traktorzyście odczepić przyczepę, a sam odpiął Murzyna od wozu i brodząc po kolana w brunatnej brei, zaprzągł go z przodu traktora. Dał znak kierowcy, żeby wrzucił bieg i dał gazu. Sam chwycił mocno za lejce i strzelił batem nad uchem Murzyna.

Murzyn skoczył do przodu, uprząż naciągnęła się na jego szerokich piersiach, łańcuch wyprężył się obrzucając błotem twarz pana Mundka.

Traktor ani drgnął.

Pan Mundek smagnął Murzyna batem po grzbiecie. Ten naparł z jeszcze większą siłą, ale traktor stał w miejscu jak zabetonowany. Patrzyłem na nich z coraz większym zaciekawieniem. Pan Mundek zaczął regularnie okładać Murzyna batem. Silnik traktora ryczał na wysokich obrotach. Murzyn skakał do przodu, jego mięśnie pracowały niczym hydrauliczne siłowniki, przysiadał na zadzie, ale traktor nie poruszył się ani o milimetr do przodu.

Pan Mundek aż poczerwieniał na twarzy.

– Ja ci zaraz, kurwa, pokażę! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Albo weźmiesz się do roboty albo cię tutaj zatłukę na miejscu. Jak psa!

Podszedł do traktorzysty. Coś tam chwilę pogadali. Traktorzysta otworzył skrzynkę narzędziową i coś z niej wyjął. Coś dał panu Mundkowi. Jakieś drobne rzeczy.

Nakrętki. Takie do śrubek. Całą garść.

Pan Mundek jedną ręką sięgnął po zwisające z bata rzemienie i zaczął nawlekać na ich końce nakrętki, jak koraliki i zakręcać supełki. Cały czas dyszał nerwowo, szepcząc jakby do siebie. Jego głos był słodki i lepki, jak miód ściekający z kromki chleba na słońcu.

– Czekaj, ty … czekaj. Zaraz pogadamy inaczej!

A kiedy skończył, uśmiechnął się szeroko najwyraźniej zadowolony z efektu. Końce rzemieni zostały przyozdobione połyskującymi metalowo śrubkami.

Pan Mundek podszedł do Murzyna, dał znak traktorzyście, żeby wcisnął pedał gazu i zamachnął się batem, jak oszczepnik na zawodach.

Zanim ryk diesla zagłuszył wszystko, usłyszałem jeszcze, jak wykrzyknął:

– No, albo zrobisz to, albo jebał cię pies!

To, co działo się później sprawiło, że gorzko pożałowałem swojej głupiej, dziecięcej ciekawości. Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach tamten świst bata i trzask, kiedy śrubki z prędkością równą niemal karabinowej kuli uderzają w naprężoną końską skórę.

Łzy zalały mi oczy. Chciało mi się krzyczeć. Wyć z rozpaczy. Złapać pana Mundka za rękę. I błagać! Żeby już przestał! Żeby więcej tego nie robił. Żeby już więcej nie bił. Jego. Tego konia. Murzyna. Proszę!

Chryste! Wszystko, tylko nie to! Nie chcę! Nie pozwól mi na to patrzeć…

Ale nic nie zrobiłem.

Pan Mundek wpadł w jakiś amok. Chlastał Murzyna z jakąś przerażającą zapalczywością. Z jakąś morderczą furią. Niespotykaną, nieludzką nienawiścią do innej żywej istoty. I krzyczał. Głośniej niż traktor.

– Ciągnij, kurwa, ciągnij! – i na koniec dodawał jeszcze przeciągłe: – Kurwaaaaaaaaaa!

A murzyn stał nieruchomo. Pochylił łeb do dołu, jakby chciał napić się brudnej wody. Jakby wcale nie czuł tych dziesiątek uderzeń  bata na sobie. Jakby zamienił się w posąg. Z kamienia.

Ale to było tylko złudzenie. Iluzja.

On naprawdę to robił! Wyciągał traktor. Milimetr po milimetrze. Prawie niezauważalnie. Jego mięśnie naprężone były do wszelkich granic. Dodatkowo jakby naraz zmalał. I wydłużył się.

I kiedy już wydawało mi się, że całkiem zapadnie się w błocie, traktor nagle wyskoczył z zasysającej go próżni. Jak korek z butelki. Nagle wszystko zaczęło się poruszać. Murzyn poleciał do przodu, pan Mundek o mało się nie przewrócił, a traktorzysta wyjechał na skarpę.

– Pryyyyyy! – krzyknął pan Mundek, szarpiąc za lejce i powiedział z uśmiechem pod nosem: – No, widzisz. Jak chcesz, to potrafisz.

Potem pan Mundek podczepił Murzyna z powrotem do wozu, a sam poszedł do traktora i zaczęli deliberować z traktorzystą, w jaki sposób wyciągnąć teraz przyczepę.

A ja miałem wszystkiego dosyć. Powiedziałem Piotrkowi, że idę do domu. Bo mama mnie woła. Bo obiad. Bo boli mnie brzuch. Cokolwiek. Byle jak najdalej od tego miejsca.

Kiedy przechodziłem obok Murzyna, ten stał z opuszczoną głową. Po raz pierwszy widziałem, jak stał spokojnie. Jego boki pracowały rytmicznie, kiedy wciągał i wypuszczał powietrze. Na jego czarnej jak węgiel skórze dostrzegłem dziesiątki połyskujących oczek. Cekinów. Malutkich rubinów odbijających bordowe światło.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to są broczące krwią ranki.

Murzyn zarzucił łbem i spojrzał na mnie. Łzy z jego oczu wyrzeźbiły dwa głębokie rowy na pysku aż do samych chrap. Z bólu gryzł nerwowo wędzidła. Po chwili znów opuścił łeb ku ziemi.

A ja zrobiłem coś przedziwnego. Wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go po szyi. Była gorąca. I wilgotna. I drżąca.

Murzyn obrócił łeb i delikatnie trącił mnie w ramię. Cicho zarżał. Wciąż żuł wędzidła.

I wtedy go objąłem. Z całej siły. Przytuliłem się do potężnego łba i oparłem policzkiem o jego kość policzkową. Czułem ostrą woń końskiego potu. Czułem, jak wibruje każda komórka jego ciała.

A Murzyn podniósł łeb i obwąchał moją twarz. Musnął mnie miękkimi wargami po policzku, otarł się o moje włosy na głowie i wsadził swój pysk pod moje ramię. Pod pazuchę mojej dżinsowej kurtki. I zastygł.

Czułem, że się uspokaja. Drżenie ustępowało. A ja obejmowałem jego łeb, który był niemal większy ode mnie i patrzyłem się w jego oczy.

Czy widzieliście kiedyś oczy konia? Wpatrywaliście się w nie z bliska? Bo to nie są zwyczaje oczy. Tam jest głębia. Kosmos. Tam są planety, gwiazdy i galaktyki. Są jak te trójwymiarowe okulary, które można kupić na odpuście. Kiedy patrzysz na dwa identyczne obrazki, to początkowo są płaskie i mało ciekawe. Dopiero włożone w tę szparę w okularach odkrywają przed tobą trójwymiarowy, fascynujący obraz.

Kiedy wróciłem do domu, rzuciłem się na łóżko i tak długo płakałem w poduszkę, aż rozbolała mnie głowa.


Od tamtego czasu minęło sporo czasu. Zdążyłem już zapomnieć o wszystkim i któregoś dnia wracałem po prostu ze szkoły. Pieszo. Szedłem zamyślony i jakiś taki nieobecny, kiedy dopadła mnie burza. To znaczy początkowo myślałem, że to jest burza, ponieważ usłyszałem coś jakby odgłos grzmotów przed sobą, który narastał jak wzbierająca rzeka po ulewie. Przyśpieszyłem kroku. Na szczęście dochodziłem do krzyżówki, na której skręcałem w lewo, w kierunku leśniczówki. Mojego domu. Byłem już niedaleko.

Ale wtedy szczęście mnie opuściło!

To znaczy później okazało się, że było dokładnie odwrotnie…

Wybaczcie, ale to, co wydarzyło się później znam głównie z opowieści innych ludzi. Sam niewiele pamiętam, bo mój niewykształcony mózg nie był w stanie zarejestrować wszystkiego. Był po prostu zbyt mały. Jak to u dziecka.

Ale najdziwniejsze w tej historii jest coś innego.

Mianowicie to, że wydarzyła się naprawdę.

Pamiętam jedynie pędzącą wprost na mnie lawinę… Wirujący kłąb złożony z końskich kopyt,  połyskujących podków, dyszla nad moją głową, kurzu i bijących po oczach kamieni. I to wszystko akompaniamencie pękającego drewna, dzwoniących łańcuchów, tętentu koni i ludzkich krzyków…

Później słyszałem, jak pan Mundek z dumą wielokrotnie opowiadał tą samą historię. W kółko. Że jakiego to ma mądrego konia. I jak go wyszkolił. I jak ten koń uratował dziecko przed śmiercią. To znaczy mnie. Straszną śmiercią.

Bo to było tak. Pan Mundek dostał drugiego konia. Młodego. Narwanego. Jeszcze głupszego niż Murzyn wtedy. Konia, który jeszcze nigdy nie chodził w zaprzęgu. W parze. I tego konia pan Mundek musiał wyszkolić. I pech chciał, że pojawił się ten cholerny szerszeń. I to głupie bydle się wystraszyło. Tego szerszenia. I poniosło. Pan Mundek chciał zatrzymać te durne konie. Ale lejce mu spadły na ziemię. I sam o mało nie zginął. Musiał w biegu wyskakiwać z wozu. To cud, że się nie potrzaskał. Bo to jak złamiesz, panie, kręgosłup, to już kaput. Po tobie. Do końca życia. Zresztą, co to za życie na wózku!

Dopiero gdzieś w połowie opowieści pan Mundek docierał do momentu w którym jak mówił, aż coś ścisnęło go w dołku. Kiedy dobiegł do krzyżówki, oczom jego ukazał się niezwykły widok. Najpierw zobaczył rozwalony wóz, a potem Murzyna. Murzyn aż przysiadł na zadzie, żeby zatrzymać rozpędzony zaprzęg. Wszystkie kopyta zaryte w ziemię, jak cztery rzucone kotwice. Przednie nogi Murzyna szeroko rozkraczone.

A pomiędzy nimi ten smarkacz leśniczego. Skulony. Ale nic mu się nie stało. Ani jednego zadraśnięcia! Tylko trochę przestraszony.

A ten drugi koń, ten młody, szaleje u boku Murzyna. Staje dęba, wali kopytami o ziemię, wierzga, kopie i gryzie. I rży. Rży toto, jakby się szaleju opił.

A Murzyn ani drgnie. Tkwi nieruchomo. Jak skała. Mądre bydle. Wie, że jak się ruszy, to tamten zatratuje dzieciaka. Nic z niego nie zostanie. Rozdepcze gówniarza, jak małego robaka. Że tylko mokra plama na drodze zostanie.

I utrzymał. Nie drgnął ani razu. Zmyślne bydle.

Później tata mi powiedział, że pan Mundek wymyślił sobie tego szerszenia. Że chyba chciał zastosować tamtą sztuczkę. Z tym batem. Bo, ktoś później znalazł ten bat na drodze.

I dziwił się, że na końcach ktoś przyczepił metalowe nakrętki. Niby, po co?

Ale pan Mundek chyba się zmienił. Od tamtego feralnego dnia ponoć już nigdy więcej nie uderzył Murzyna.

Przynajmniej ja tego nie widziałem.

 

Łzy w Twoich oczach

FeaturedŁzy w Twoich oczach

Dzisiaj, jadąc do pracy znów ją słyszałem.

Pada mokry śnieg. Za dwa dni skończę czterdzieści jeden lat. Jest zimno. I mokro. I brzydko. Druga połowa kwietnia. Świat zdaje się znowu przycupnął na krawędzi jakiegoś globalnego konfliktu. Powinna być już wiosna. I słońce. Wszyscy jakby wstrzymują oddech czekając na to, co się ma wydarzyć. Pracujące rytmicznie wycieraczki samochodu rozmazują brud po całej szybie. Właśnie skończył się płyn do spryskiwaczy. Niskie, ołowiane chmury szorują nabrzmiałymi od wody wymionami tuż po samej ziemi.

Czy tak to wszystko miało wyglądać?

I wtedy ją słyszę. Nawet nie przypominam sobie, kiedy włączyłem radio. Nie wiem, która to stacja. Ani jaka częstotliwość. Po prostu naraz zaczyna zalewać wnętrze samochodu jak wdzierająca się woda.

Ta piosenka. Nasza piosenka.

Zapatruję się w przednią szybę. Znów mam jedenaście lat. Stoję w oknie mojego pokoju na poddaszu i patrzę. Przez firankę. Na podwórze. I czekam.

Na co?

Czekam, aż to się skończy.

Rodzice rzadko się kłócili. Natomiast często zdarzały się dni, kiedy długo się do siebie nie odzywali. I traktowali nawzajem jak powietrze. Przez kilka dni. Boże, jak ja tego nienawidziłem! Już chyba wolałbym, żeby wykrzyczeli sobie wszystko w twarz. Z głębi serca. Na głos. Z samych trzewi. Raz, a dobrze. I żeby potem znów było jak dawniej.

Nienawidziłem tej niepewności. Tego oczekiwania. Jakby miało wydarzyć się coś strasznego. Nieprzewidywalnego. Nie mogącego pomieścić się w głowie dziecka. Bo kiedy jesteś dzieckiem, to wielu rzeczy nie potrafisz jeszcze nazwać. I tego się boisz. Najbardziej. Tego strachu przed nieznanym. Tego cienia, który wisi nad tobą. Który pochłania całe światło i zmienia wszystko w bezkształtne plamy.

W takie dni tata chodził wtedy po domu, jakby nie mógł sobie znaleźć miejsca. Nie, on wcale nie był wściekły. Albo zły. Ani opryskliwy. Starał się nie być. Uśmiechał się do mnie. Mógłbym powiedzieć, że był nawet lepszy dla mnie niż zazwyczaj.

I tego bałem się najbardziej! Nie chciałem, żeby taki był. Bałem się tego. Że nie jest sobą.

W końcu szedł na podwórze, gdzie bez przerwy czymś głośno stukał, trzaskał i szarpał. Albo rąbał zapamiętale drewno w drewutni, mimo że nie było takiej potrzeby. Zza okna patrzyłem, jak rytmiczne uderza siekierą w dębowe pniaki. Jakby to był jedyny cel jego istnienia. Wkładał w tę czynność całego siebie. Brał wielki kloc i z namaszczeniem stawiał go na pniu do rąbania. Potem długo studiował układ słojów i precyzyjnie wyznaczał płaszczyznę łupania. Następnie zamachiwał się siekierą, która ze świstem robiła rozmyty łuk nad jego głową, trafiając idealnie w obrany punkt. Z łatwością podnosił kloc do góry, aż trzeszczały jego napięte do granic mięśnie na ramionach, oplecione grubymi jak powrozy, nabrzmiałymi żyłami. Przez chwilę nieruchomiał i walił obuchem siekiery w pień, a wokół rozchodził się głuchy łomot. Kloc pękał na dwie połowy. Idealne połowy. A tata z jakąś mechaniczną konsekwencją powtarzał te czynności godzinami.

Mama natomiast wpadała w rodzaj jakiejś dziwnej melancholii. Poruszała się w zwolnionym tempie, wzdychając raz po raz, a jej rozmarzone oczy pokrywały się łzawym blaskiem. W takich dniach nawet nie próbowałem się do niej odzywać. Odpowiadała monosylabami, ale widać było, że jest zupełnie gdzieś indziej. A kiedy patrzyła, jej wzrok przechodził przez ciebie, jak przez taflę szkła i biegł gdzieś w dal za twoimi plecami. Zwykle wtedy szła do gościnnego pokoju i kładąc się na kanapie, przykładała wierzch dłoni do czoła. I oddalała się. Stawała się jakaś taka nieobecna. Obca.

Wtedy zaczynałem ją słyszeć, najpierw cicho jak szemrzący w oddali strumyk, a potem poruszająca muzyka, wywołująca mrowienie skóry na głowie napełniała cały dom, wdzierając się w każdy zakamarek niczym wzbierająca rzeka.

No more carefree laughter

Silence ever after

Walking through an empty house,

Tears in my eyes…

Przez otwarte drzwi wylewała się na podwórko i wkrótce docierała do taty. Naraz nieruchomiał. Przestawał hałasować.  Nagle stawał z opuszczonymi rękami i wpatrywał się w siekierę, jakby nie miał pojęcia, po co właściwie trzyma ją w dłoniach.

Knowing me, knowing you

There is nothing we can do…

Po jakimś czasie odkładał siekierę i zmierzał w kierunku domu. A kiedy po jakimś czasie schodziłem na dół, leżeli razem z mamą na kanapie, mocno wtuleni w siebie. Mieli zamknięte oczy. Ale nie spali.

Mama uwielbiała zespół ABBA. Czasami odnosiłem wrażenie, że te dwie ładne kobiety i dziwacznie ubrani mężczyźni, byli nam kimś bardzo bliskim. Jakby stanowili część naszej rodziny. Zawsze zdumiewało mnie, ile mama wie na ich temat i jak wiele zna szczegółów z ich prywatnego życia. Nie znała języka angielskiego, ale w tylko sobie znany sposób tłumaczyła słowa piosenek. Czasami, słysząc jakiś fragment, mówiła jakby do siebie:

– Agnetha musiała być bardzo zakochana, kiedy to śpiewała.

Innym razem zaś mówiła z przekonaniem:

– Frida jest bardzo nieszczęśliwa – wzdychała przy tym i załamywała ręce nad jej losem.

Niekiedy, chcąc zaś dokuczyć ojcu mówiła, że bardzo podoba się jej Benny i chciała, aby też zapuścił brodę. Natomiast tego drugiego nazywała zwykle „Starym Dziadem”.

A ja byłem im wszystkim wdzięczny za coś zupełnie innego.

Za to, że nasze życie znów zaczęło toczyć się swoim zwykłym rytmem.

Mirafiori

FeaturedMirafiori

Dżonek był jakiś dziwny!

Chodził z nami do klasy, ale zawsze trzymał się z daleka. Z boku. Całkiem dobrze się uczył. Grał też nieźle w piłkę. Niezbyt szło mu z dziewczynami, ale ten temat nie był jeszcze wtedy dla nas wszystkich najważniejszy. Jeszcze nie był.

Za to godzinami potrafił mówić nam o swoim ojcu. Można było odnieść wrażenie, że ojciec Dżonka to jakiś superbohater. Według niego, posiadał niemal nadnaturalne zdolności. Zwiedził chyba cały świat. Samotnie przepływał wzburzone sztormem oceany. Zdobywał ośmiotysięczniki. Walczył w Afganistanie, gdzie ponoć własnoręcznie zestrzelił radziecki śmigłowiec. Znał kilkanaście języków, grał w piłkę lepiej niż Boniek i miał w domu wielką kolekcję broni.

Dżonek chwalił się też, że razem z ojcem budują w garażu jacht, na którym wyruszą w podróż dookoła świata. Któregoś dnia przyniósł do szkoły atlas z dokładnie rozrysowaną trasą podróży i pamiętam, jak z kumplami doradzaliśmy mu, gdzie warto płynąć, a jakich miejsc należy unikać.

Mimo że chętnie słuchaliśmy jego opowieści, to podświadomie chyba wszyscy wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Ale nigdy tego Dżonkowi nie powiedzieliśmy wprost.

Dżonek był bardzo dumny z ojca. Pamiętam, jak kiedyś w szatni ktoś opowiadał brzydkie rzeczy pod adresem ojca Dżonka i jak ten rzucił się na niego z pięściami. Że niby jego ojciec ma jakiś problem z czymś. Niedosłyszałem, o co dokładnie chodziło. Dżonek dostał niemal piany na ustach i pan od wuefu z panem od zetpete ledwo zdołali go utrzymać. Dostał naganę. Ale już nikt więcej nie powiedział złego słowa na jego ojca.

Dżonek mieszkał sam z ojcem w pięknej, pokrytej bluszczem willi, otoczonej starym parkiem z niewielkim stawem. Willa była stara, jeszcze przedwojenna i jak twierdził Dżonek, w czasie wojny mieszkał w niej Göring, chociaż sam nie był pewien, czy to nie był nawet sam Adolf Hitler. W każdym razie ponoć odbywały się tam wtedy „dantejskie sceny”, lecz kiedy pytałem rodziców, co to znaczy, nigdy nie umieli udzielić jasnej odpowiedzi.

Rzeczywiście ojciec Dżonka był bogaty. Bardzo bogaty. Dżonek chwalił się, że mają w domu kolorowy telewizor na pilota, chociaż nikt z nas tego nigdy nie widział na własne oczy. Dżonek nikogo z klasy nie zapraszał do domu. Nawet mnie. To było dziwne. Wręcz podejrzane.

Ale ojciec Dżonka miał coś jeszcze, co zawsze wywoływało u nas uczucie zazdrości.

Samochód.

Cóż to był za samochód! Piękny, ociekający chromem, nowiutki fiat mirafiori wyglądający niczym puma gotowa do skoku. Obiekt westchnień wszystkich mężczyzn w wieku od siedmiu do siedemdziesięciu siedmiu lat. Każdego dnia po szkole przechodziłem drogą obok ceglanej bramy prowadzącej do willi i potrafiłem długo patrzeć w kierunku samochodu, niemal pożerając go wzrokiem.

A trzeba powiedzieć, że wtedy, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku fiat mirafiori był jak teraz dajmy na to taki maserati quattroporte.

Ojciec Dżonka był również myśliwym, ale członkiem innego koła łowieckiego, które tata nazywał „generalskie”. Należeli do niego sami milicjanci i wojskowi. Zresztą ani tata ani mama nigdy nie wypowiadali się na temat ojca Dżonka, a na moje opowieści o jego niezwykłym bogactwie, które zwykle powtarzałem za innymi, reagowali wzruszeniem ramion.

Tamtego dnia wszystkie klasy spędzały przerwy na zewnątrz szkoły rozkoszując się wspaniałą wiosenną pogodą. Młodsi uczniowie biegali po boisku z radosnym wrzaskiem, podczas gdy dziewczynki grały „w gumę” skacząc według tylko sobie znanych reguł i porozumiewając się między sobą tajemniczym szyfrem. Starsi uczniowie spacerowali zaś niewielkimi grupkami krocząc dostojnie i tocząc zażarte dyskusje na niezwykle ważkie tematy począwszy od polityki, na sprawach damsko–męskich skończywszy.

Co ciekawe, na boisku obowiązywał nieformalny podział terytorium i klasy trzymały się ustalonych od lat miejsc, których naruszenie przez kogoś obcego, zwykle kończyło się w jeden, z góry do przewidzenia, sposób. Nagle wybuchała gwałtowna bijatyka, która jednak równie szybko się kończyła, zanim któryś z nauczycieli zdążył zainterweniować. Strony konfliktu szybko wyjaśniały między sobą wątpliwości, topór wojenny był znów zakopywany i plemiona wracały na swoje ziemie. Chwilowo wracał pokój. Oczywiście do następnego razu.

W tym roku szkolnym naszej klasie przypadł w posiadanie skrawek boiska w rogu ogrodzenia, tuż obok biegnącej szosy. Był to świetny punkt, dający możliwość ciągłej obserwacji całego ruchu kołowego w okolicy. Znaliśmy na pamięć wszystkie samochody i z łatwością mogliśmy rozpoznać po odgłosie silnika, kto właśnie przejeżdża. Czasami, jeśli miało się wyjątkowe szczęście, można było zaobserwować zabłąkanego turystę w nieznanym samochodzie, o którym potem długo rozmawialiśmy, kto to mógł być i jaka to była marka.

Siedzieliśmy w kilku kumpli na niskim murku, opierając się plecami o siatkę, tyłem w kierunku szosy. Za kilka miesięcy, po wakacjach, przeniesiemy się na przeciwną stronę boiska, gdzie znajdował się zadaszony stojak na rowery, chroniący przed promieniami słońca czy deszczem. Na razie był okupowany przez kilku ósmoklasistów, podobnych do watahy wilczych wyrostków. Omijaliśmy ich szerokim łukiem. Nigdy też nie zapominaliśmy o tym, aby nie patrzeć im w oczy dłużej niż trwa mrugnięcie powieką.

– Dżonek, to chyba twój stary – powiedział Adrian, wyrywając wszystkich z leniwego zamyślenia.

Odwróciliśmy głowy w kierunku, skąd dobiegał znajomy ryk silnika.

Tak! To był fiat mirafiori. Ojciec Dżonka.

Podobny do chichotu dźwięk stopniowo narastał i było w nim coś dziwnego. Coś nienaturalnego. Jakby ojciec Dżonka utrzymywał zbyt wysokie obroty na niskim biegu. Co chwilę słychać było przeraźliwe zgrzytanie, podobne do tego, kiedy ktoś usiłuje zmienić przełożenie bez sprzęgła.

Zerwaliśmy się na równe nogi, a po boisku szkolnym rozniosło się coś jakby zbiorowe westchnienie.

– Co on robi? – ktoś zapytał, trzymając się siatki i wyciągając głowę w kierunku nadjeżdżającego samochodu. – On chyba jest…

Nie dokończył, niemal w ostatniej chwili odskakując do tyłu, bo właśnie ojciec Dżonka zjechał na pobocze, ocierając się bokiem samochodu o ogrodzenie szkoły i krzesząc iskry w akompaniamencie odgłosu rozdzieranego metalu. Silnik zawył na maksymalnych obrotach, opony zapiszczały na rozgrzanym asfalcie i samochód, odbijając się od siatki i wpadając w poślizg, przeleciał na drugą stronę drogi, uderzając przodem w betonowy słup elektryczny. Rozległ się przeraźliwy dźwięk rozrywanej blachy oraz chrzęst tłuczonego szkła. Maska nad silnikiem zawinęła się w rulon, a z rozbitej chłodnicy wystrzelił biały pióropusz pary. Słup zakołysał się niebezpiecznie, ale na szczęście grube zbrojenie wytrzymało uderzenie.

– O, kurczę – ktoś powiedział i wszyscy ruszyli w kierunku siatki.

– Wypadek! – rozległ się dziewczęcy pisk.

– O Boże! Kto to? – zapytał ktoś inny.

– Nie wiem… Nie pchaj się!

– To przecież stary Dżonka.

– Nic mu się nie stało?

– O kurczę, tata Dżonka? Gdzie jest Dżonek?

Dżonek powstał powoli. Ponad głowami kolegów widziałem pochyloną sylwetkę jego ojca, który wyglądał, jakby spał na kierownicy. Minęła chyba cała wieczność, zanim poruszył się, odchylając do tyłu, a jego głowa poleciała bezwładnie, jakby zupełnie stracił nad nią kontrolę. Widać było, że próbuje otworzyć drzwi, jednak konstrukcja samochodu zdeformowała się od uderzenia i teraz były zablokowane. Ojciec Dżonka natarł z całej siły ramieniem na boczną szybę i po kilku uderzeniach, drzwi odskoczyły z metalicznym trzaskiem. Nie był chyba na to przygotowany, bo nie napotkawszy oporu, stracił równowagę i wypadł bokiem wprost na szosę.

Na boisku szkolnym rozległy się okrzyki przerażenia i ktoś krzyknął:

– O Jezu! Krew!

Coś podłużnego spadło z fotela samochodu tuż obok ojca Dżonka i potoczyło się z charakterystycznym brzękiem po asfalcie, zatrzymując przy siatce, oddzielającej boisko szkolne. Przeźroczysty płyn zaczął wylewać się z butelki i wkrótce na asfalcie utworzyła się ciemna, powiększająca się plama.

Ojciec Dżonka, walcząc desperacko z samym sobą, kilkukrotnie próbował powstać na nogi, jednak bezlitosna grawitacja, niczym niezwyciężony zapaśnik, za każdym razem sprowadzała go do parteru. Bełkocząc coś pod nosem, rozglądał się wokół siebie, jakby czegoś szukał. Kiedy jego wzrok spoczął na leżącej tuż przy siatce butelce, ruszył na czworakach w jej kierunku, podobny do monstrualnego pająka z przetrąconymi odnóżami.

Patrząc na niego uświadomiłem sobie, że pijany, czołgający się w kierunku butelki po wódce człowiek, jest chyba najbardziej przygnębiającym widokiem na świecie.

Cała szkoła patrzyła na niego w milczeniu, kiedy w końcu dotarł do siatki i sięgając po butelkę, chwycił ją mocno, jak trzyma się najcenniejszy skarb. Klęcząc na kolanach, przystawił gwint do ust i odchylając głowę do tyłu, pociągnął łyk alkoholu, mrużąc oczy z niewysłowionej rozkoszy. Jego twarz była w strasznym stanie: na czole miał dużego, siniejącego krwiaka; z rozbitego nosa ciekły mu dwie strugi purpurowej krwi, zalewając usta i wsiąkając w zmierzwioną brodę. Ojciec Dżonka jakby kompletnie nie zdawał sobie z tego sprawy.

Pił długimi łapczywymi łykami, a kiedy opróżnił do końca butelkę, spojrzał na nią z autentycznym żalem malującym się na jego zmasakrowanej twarzy.

I wtedy ktoś zaśmiał się krótkim, szyderczym głosem, a po chwili około stu pięćdziesięciu uczniów rechotało już na głos, jak to się dzieje czasami w kinie na wyjątkowo śmiesznej komedii. Albo w cyrku, kiedy gruby klown, potykając się o za duże buty, przewraca niezdarnie, wywołując salwy śmiechu zgromadzonych na widowni dzieciaków. Wysoki, kłujący w uszy śmiech odbijał się od ceglanych murów szkoły i ulatywał ku górze, zwielokrotniany echem.

Ojciec Dżonka zmarszczył brwi i spojrzał na stojących za siatką uczniów, jakby dopiero teraz nas wszystkich zauważył. Jakoś udało mu się powstać na nogi i chwiejąc się niczym trzcina na wietrze, wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. Próbując utrzymać równowagę, wyglądał jakby wykonywał jakiś przedziwny, pierwotny taniec.

– Z czego się śmiejecie? – spytał cicho, wywołując jeszcze większą wesołość widowni. – Nigdy nie widzieliście nieszczęśliwego człowieka?

Długo patrzył na zgromadzony przed nim tłum, jakby czekając na odpowiedź, w końcu machnął ręką i trzymając w dłoni pustą butelkę, ruszył w kierunku domu. Przy każdym kroku zataczał się, jakby miał upaść, ale jakimś cudem zawsze w ostatniej chwili łapał równowagę, wywołując eksplozje śmiechu.

Dżonek długo stał bez słowa.

A potem odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku ceglanego muru oddzielającego boisko szkolne od terenu kościoła. Była tam niewielka furtka pozwalająca przejść na teren cmentarza, którędy czasami wymykaliśmy się po szkole.

– Dżonek! – krzyknąłem. – Dokąd idziesz? To przecież twój ojciec.

Przyśpieszył kroku i po chwili znikł za budynkiem szkoły. Zostaliśmy sami, ale w naszych uszach ciągle dźwięczał śmiech wydobywający się z ponad setki gardeł.

Dziunia

FeaturedDziunia

Czy wiecie, jaki jest najbardziej przygnębiający widok na świecie?

To widok z okna. Szpitalnego. Nie ma nic gorszego. Nic bardziej niesprawiedliwego. Bo nigdzie bardziej nie doświadcza się granicy pomiędzy światem zewnętrznym a samotnością. Twoją samotnością. I twoimi myślami. Sam na sam.

W żadnym innym miejscu nie zadajesz sobie wciąż tego samego pytania: „Dlaczego?”

Continue reading „Dziunia”

Moja Czarna Skrzynka

FeaturedMoja Czarna Skrzynka

Czy to już jest TEN kryzys?

Kiedy zacząłem pisać bloga, żona stwierdziła, że chyba właśnie dopadł mnie kryzys wieku średniego. Rodzina i wszyscy znajomi zapewne nieco się zdziwili, uznając mnie pewnie za lekko nieszkodliwego dziwaka. A parę innych osób właśnie puka się w czoło, mówiąc: „Temu, to już naprawdę odbiło na dekiel!”.

Continue reading „Moja Czarna Skrzynka”

Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

FeaturedShare Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

Wstyd, że dopiero teraz to robię!

Już dawno powinienem był to zrobić. I mógłbym teraz podać milion lepszych lub gorszych wykrętów, dlaczego jeszcze tego nie uczyniłem, ale faktem jest, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Kompletnie. Nul! Mogę tylko spuścić głowę, rysować czubkiem buta ziemię i czerwienić się…

A powinienem oddać z nawiązką wszystko to, co otrzymałem od chwili, kiedy opublikowałem swój pierwszy wpis jako Czarna Skrzynka. Mam olbrzymi dług do spłacenia! Przyznam się szczerze, że początkowo trochę obawiałem się, iż zobaczę komentarze podobne do tych, jakie przeczytać można na onecie, wirtualnej czy innych portalach. Wiecie jakie, prawda?

Continue reading „Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!”

160 znaków przed śmiercią

Featured160 znaków przed śmiercią

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co chciałbyś powiedzieć swoim najbliższym przed śmiercią?

Twoją śmiercią. Nieuchronną śmiercią. Właściwie trudno nawet stwierdzić, gdzie przebiega dokładna granicą między nią, a Twoim życiem. Tego nie wiesz. I nie będziesz widział. Możesz tylko czekać. Biernie czekać. Nic nie możesz zrobić. Bo nic nie da się zrobić.

Siedzisz przecież w samolocie!

Continue reading „160 znaków przed śmiercią”

Czarna Wołga

FeaturedCzarna Wołga

Czy znacie legendę o Czarnej Wołdze?

Z pewnością słyszeliście mrożące krew w żyłach historie o czarnej limuzynie krążącej nocami po nieoświetlonych drogach, prawda? W zależności od stopnia rozwinięcia wyobraźni świadków, raz jej kierowcą był seryjny morderca polujący na młode dziewczyny, innym razem natomiast wampir wysysający krew z niczego nieświadomych autostopowiczów, lub też sam Szatan o wyglądzie przemiłego staruszka, którego zdradziły dopiero wystające z nogawek kopyta, jak przysięgała pewna kobieta. Ponoć chwilę potem postradała zmysły i osiwiała jak gołąbek. Ale zdarzało się, że widziano również za kierownicą wilkołaki, esesmanów oraz obowiązkowo w naszej szerokości geograficznej – Żydów upuszczających dzieciom krew na macę. Któż tego nie słyszał!

Ja spotkałem Czarną Wołgę. Wiele lat temu. I poznałem całą prawdę, jaka się za nią kryła. Była zupełnie różna od tych wszystkich opowieści.

Ale wiecie co?

Rzeczywistość okazała się nie mniej przerażająca.

Continue reading „Czarna Wołga”

Milion szkarłatnych róż

FeaturedMilion szkarłatnych róż

Czy można zakochać się do szaleństwa?

W dniu takim, jak dziś opowiem Wam bajkę. Prawdziwą bajkę. Bajka będzie krótka. Tak krótka, jak krótkie może być życie. I niesprawiedliwe. Czasem lepsze. Czasem gorsze. Ale najczęściej nędzne i samotne.

Dokładnie takie, jak życie Niko Pirosmani.

Continue reading „Milion szkarłatnych róż”

12 groszy

Featured12 groszy

Od dzisiaj definitywnie jestem obrażony z Żabką!

Nie chodzi tu o moją żabkę, bo na moją żabkę zazwyczaj mówię „Myszka”. Poza tym gdzież bym tam śmiał się na nią obrazić! Nie da się. Wystarczy, że zrobi minę numer 16 – a ma ich 365 podstawowych i niezliczoną ilość pośrednich – i już moje serce topnieje jak stal w martenowskim piecu.

Chodzi mi o ten sieciowy sklep na osiedlu. Definitywny rozwód! Czara goryczy przelała się ostatecznie. Moja noga już tam więcej nie postanie! Never ever!

Continue reading „12 groszy”

FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

Wiem, że od teraz będę miał przerąbane!

I to podwójnie. Kobiety znienawidzą mnie za to, że usłyszą coś, czego może wcale nie chciałyby usłyszeć. Nigdy. Bo to nie będzie miłe. Ani przyjemne. Nie będzie też w stylu: „Zdradzę-Wam-co-o-Was-myślimy-bo-jestem-taki-miły-facio-prawie-Brat-Łata-i-po-cichu-na-coś-tam-może-liczę…” Taki Lisek-Chytrusek, albo Babski Sołtys, jak nazywaliśmy ich w szkole. Wy też takich spotykałyście, prawda? Łazili wszędzie za wami niczym przyszywana koleżanka; próbowali z mizernym skutkiem skakać w gumę; trzymali za rękę, kiedy zalewałyście się łzami po którymś tam zerwaniu z chłopakiem; i wreszcie we wszystkich grach typu „chłopaki-na-dziewczyny”, dziwnym trafem zawsze byli po waszej stronie. My zaś gardziliśmy takimi osobnikami, jak gardzi się kapusiami, skarżypytami i generalnie wszelkiej maści gnojkami.

Continue reading „FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.”

A kiedyś znów mnie uratujesz…

FeaturedA kiedyś znów mnie uratujesz…

Czy wiecie, jak łatwo można złamać serce?

Bardzo łatwo. Właściwie nie wymaga to większego wysiłku. Wystarczy niewielka siła i… traaaach!  Pęknięte na dwie połowy. Trzeba tylko uważać, bo można się przy tym poranić. I poharatać ostrymi odłamkami. Aż do krwi.

Zwłaszcza, kiedy serce zrobione jest z kruchego plastiku. Najtańszego. Chińska tandeta. Zwykła mała popierdółka kupiona gdzieś za grosze na straganie w Ełku. A może w Mikołajkach? Zresztą, teraz to już jest właściwie nieistotne. Któż by tam pamiętał po tylu latach!

Continue reading „A kiedyś znów mnie uratujesz…”

Słowa

FeaturedSłowa

Czy wiecie, kto wypowiedział najmądrzejsze słowa w historii ludzkości?

To przed przeczytaniem tekstu poniżej, obejrzyjcie najpierw ten filmik na YT:

Słyszeliście, prawda? Zwróćcie uwagę na poniższe zdanie:

„[…] We choose to go to the moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard, because that goal will serve to organize and measure the best of our energies and skills, because that challenge is one that we are willing to accept, one we are unwilling to postpone, and one which we intend to win, and the others, too.”

Continue reading „Słowa”