FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.

Oj, zagotowało się!

Pierwszy wpis z cyklu FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1. był jak przysłowiowy kij w mrowisko. Piasek w tryby. Był niczym pręt wsadzony w szprychy, albo palec wkręcony w sieczkarnię! Niektórych zabolało.

Ale myślę, że mimo to udało się osiągnąć pierwszy krok w kierunku założonego celu.

Sprowokować do rozmowy.

Bo nadal twierdzę, że my o sobie niewiele wiemy. My, faceci, swoje, a Wy swoje.

Najczęściej powtarzający się zarzut, jaki kobiety pisały w komentarzach sprowadzał się do pretensji, że faceci w swoich rozmowach są szowinistami, pozwalają sobie na seksistowskie uwagi, myślą stereotypami i, o zgrozo, dzielą świat według płci! I jeszcze, że wrzucają wszystkie kobiety do jednego wora!

Ha… ha… ha 🙂 A dwa plus dwa równa się cztery! A słońce wschodzi na wschodzie  i zachodzi na zachodzie. No, też mi, kurde, odkrycie!  No, Nobel ze stosunków damsko-męskich się należy.

Coś Wam zdradzę, jest znacznie gorzej! Gdybyście jedna z drugą usłyszały, co mówią o Was wasi faceci między sobą, to by Wam włosy dęba stanęły i z pewnością musiałybyście poddać się jakiejś terapii. Grupowej. Niestety, to nie jest Biały Dom za czasów Obamy. U nas polityczna poprawność nie istnieje. Nigdy nie istniała. I nigdy jej nie będzie.

Dopóki na świecie będą jeszcze mężczyźni.

Prawdziwi mężczyźni!

Dziś już nie ma fajnych kobiet na świecie! (*)

Czy wiecie, na co najczęściej narzekają współcześni faceci? Głównie ci, którzy są rozwydrzonymi singlami. Seryjnymi singlami. Chociaż nie tylko oni.

Tak… tak! Nie mylicie się. Dokładnie to samo, na co narzekacie Wy. Kurde, jednak mamy coś ze sobą wspólnego! Jednak w czymś się zgadzamy.

Bo prawie każda męska rozmowa na temat kobiet zaczyna się lub kończy stwierdzeniem, że spotkanie tej właściwej kobiety, jedynej, takiej na całe życie, jest już zasadniczo niemożliwe. W dzisiejszych czasach.

Niestety, tutaj nie ma złej i dobrej wiadomości. Jest tylko zła. I zła. Pierwsza zła jest taka, że rzeczywiście znalezienie odpowiedniej kobiety dzisiaj staje się arcytrudnym zadaniem. Natomiast drugą złą wiadomością jest to, że będzie już tylko gorzej. Z każdym rokiem.

Ale czy kiedykolwiek było łatwo?

No, bo dajmy na to taki Wokulski. Zdurniał chłop na stare lata i wziął się zabujał w niejakiej pannie Łęckiej. Na zabój! Ależ się chłop musiał natrudzić, namęczyć i namitrężyć, że aż Prusowi, któremu zachciało się to opisać, co właściwie mógł podsumować jednym zdaniem, wyszło jakieś tysiąc stron rękopisu. Desperat zjeździł pół świata, prowadził jakieś szemrane interesy, ciułał grosz do grosza, narażał się, nie jadł, nie pił i nie używał. Chyba nie używał. Przynajmniej w książce nic na ten temat nie było. Ale i tak nic nie wskórał. Wprawdzie zbił fortunę, ale jak się okazało, lala na kasę i tak nie poleciała. Otworzył nawet sklep, żeby dziunia mogła sobie kupić jeden raz portmonetkę, czy tam inne badziewie, a ona go znów olała. I pomyśleć! Że w tamtych czasach faceci otwierali sklepy tylko po to, żeby zaimponować kobietom. Wow! Dzisiaj, uwzględniając inflację, to trzeba byłoby chyba zbudować całe centrum handlowe. Taką Arkadię. Albo Złote Tarasy.

A Kmicic? Ileż to się biedaczyna musiał namachać szabelką, usiec chłopa, krwi upuścić, tyłek w siodle obedrzeć i wycierpieć za Najjaśniejszą, żeby w końcu Oleńka rozłożyła przed nim nogi.  Pod Częstochową kolubryna o mało łba mu nie urwała, Kuklinowski boczków mu przypalił, a kurdupel Wołodyjowski go zeszmacił, nie chcąc nawet wstydu oszczędzić. Ale Kmicic i tak miał mocno z górki, bo przecież był z niego – jak mawiała Oleńka – gwałtownik okrutny. A gwałtownicy okrutni, jak można się domyślać, statystycznie i tak częściej zaliczali niż jakiś tam picuś-glancuś Wokulski sprzedający rękawiczki i parasolki starym pudernicom na Krakowskim Przedmieściu.

Generalnie wszyscy faceci, którzy zeszli z tego świata przed wynalezieniem Internetu mieli cholernego pecha. To się nazywa nie wstrzelić się w dobry czas! Przecież taki Wokulski, gdyby żył teraz, to zamiast tłuc się po jakichś zadupiach na krańcach carskiego imperium, strzeliłby sobie słitfocię na zapleczu sklepu i rach-ciach założył profil na takim Edarlingu, Sympatii peel lub Tinderze. A gdyby go już mocno przypiliło i chciał pominąć te wszystkie ceregiele z kwiatami, kolacją i robieniem z siebie kretyna, żeby od razu przejść do rzeczy, mógłby odpalić sobie na przykład Odloty czy tam jakieś inne Czekam-abyś-mnie-wziął-Namiętna-Czterdziestka-w-promieniu-10-kilometrów-od-ciebie.pl. Klik… klik… i jazda! Dziesięć kilometrów to w końcu nie jakieś tam tysiąc długachnych wiorst. Do tego na ruską miarę.

Ale, jak to mawiał kiedyś pewien znany na Bemowie instruktor samolotowy do dziewczyny kołującej na początek pasa startowego przed jej pierwszym samodzielnym lotem:

– Zapamiętaj sobie, maleńka, raz na zawsze najważniejszą zasadę w lotnictwie, ale i w całym życiu… Pasa i kutasa nigdy dosyć!

Niestety, mylił się. Nie w kwestii pasa, bo w awiacji rzeczywiście im dłuższy tym lepszy. Zawsze. Natomiast w tej drugiej kwestii…

No cóż, tutaj wszystko się popieprzyło.

Okazało się bowiem, że Internet zmienił wszystko. Wywrócił do góry nogami. Dokonał większej rewolucji niż Lenin w Rosji, Che Guevara na Kubie czy też pierwszy polski Big Brother w Sękocinie. I nie jest to jeszcze jego ostatnie słowo. Świat już nigdy nie będzie taki sam. Coś, co wydawało się nadzieją ludzkości na wyrwanie z okowów zapleśniałych konwenansów lub też powiedzmy sobie szczerze zwykłego lenistwa, szybko obróciło się przeciwko nam. To wszystko właśnie z powodu tego nadmiaru.

No, bo z iloma facetami miała szansę spotkać się statystyczna laska w czasach przedinternetowych? Oczywiście mamy tu na myśli takie ze zdrowym poczuciem własnej wartości. Nikt tu nikomu nie chce pchać się z buciorami do łóżka, ale nie była to chyba jakaś zawrotna liczba. Bo to wymagało wysiłku. Jakiegoś trudu. Poświęcenia czasu i energii. I całą pewnością, żeby wtedy poznać faceta, trzeba było przynajmniej wyjść z domu!

Dzisiaj nic już nie trzeba. Wystarczy spojrzeć na dowolny profil kobiety na Facebooku. Jedna kumpela powiedziała mi kiedyś, że ma na samym fejsie około 1500 znajomych, z czego 1499 to faceci. I to wcale nie jest jakaś niezwykła liczba, bo niektóre laski zdołały już przekręcić licznik. Po odrzuceniu tych najbardziej obleśnych, kulawych, pierdołowatych, obślinionych komentatorów oraz wszelkiej maści patafianów, zostaje około 300 w miarę normalnych facetów, z którymi już można jako tako pokazać się na ulicy. Odfiltrowując wszystkich zamieszkałych poza Warszawą (choć to nie jest reguła, bo jeden koleś przydrałował w ciągu zaledwie nocy aż ze Szczecina, nie wiadomo na co licząc) wychodzi coś mniej więcej 50 osobników. Znajoma mówi, że gdyby tylko chciała, ale nie chce, bo to porządna dziewczyna jest, z tych pięćdziesięciu gości jakichś piętnastu jest w ciągłym trybie alert, gotowych w każdej chwili stawić się przy jej łóżku na pstryknięcie palców. A to jeszcze nie wszystko! Ma jeszcze konta na kilku portalach randkowych i tylko operatorzy kart kredytowych wiedzą Bóg wie, gdzie jeszcze.

Ale wiecie, co? Ona jakaś dziwna jest. Ta znajoma. Bo ona też cały czas tak gada.

Że już nie ma fajnych facetów na świecie!

Dress code. Świnki w kieszeniach.

Czy wiecie, co może rozwalić każdy związek? Rutyna? Zazdrość? Brak zrozumienia? Nudny seks? Tak zwany – pańszczyźniany. Obowiązkowa danina, jaką chłop musi zapłacić raz w miesiącu.

Tak. Też może…

Jednak, jak odkryli niedawno amerykańscy naukowcy istnieje rzecz o wiele gorsza. Zatruwająca atmosferę w sypialni bardziej niż niejedna toksyna.

Każdy facet Ci to powie.

Męska piżama!

Taka dwuczęściowa. W paski. W kratkę. W kółka, krzyżyki lub w groszki.  Z kołnierzykiem w szpic i dwiema kieszeniami. Wzór: Szpital Powiatowy w Garwolinie.

Do tego równie szykowne spodnie. Na gumce. I te nogawki majtające się poniżej kolan. Brrr… koszmar!

Pół biedy, kiedy to on ją ma na sobie. Chociaż każdy facet wygląda w niej jak Jaś Fasola. Ale już używanie męskiej piżamy przez kobiety powinno być surowo verboten! Ścigane z urzędu! Zero tolerancji. No, nie mówię zaraz, że kobieta przyłapana w niej powinna zostać publicznie ogolona na łyso, wsadzona do beczki ze smołą, wytarzana w gęsim pierzu i puszczona biegusiem przez centrum handlowe w godzinach największego szczytu. No, aż tak, to nie.

Chociaż…

Ale w zasadzie każda inna piżama. Szczególnie wszelkie koszulopodobne lub uszyte z materiału przypominającego ręcznik do nóg, szmatę do podłogi lub babciny koc. I do tego wszystkiego jeszcze te infantylne postaci z bajek. Smerfy, kaczorki, świnki peppy czy kłapouche osiołki! Jasne, są takie słodkie. A jakże! I milusie.  No, pewnie! Ale dla smarkatych nastolatek idących na slumber party do swoich psiapsiółek! Jest popcorn, są żelki – jest impreza!

Dla faceta to, co kobieta ubiera idąc z nim do łóżka ma fundamentalne znaczenie! W sumie to jest bardzo proste. Tak proste, jak prosty jest umysł faceta. Bowiem nasze mózgi nie postrzegają tego, co macie na sobie w kategoriach ubioru. Czegoś, co z definicji ma chronić przed zimnem. Albo deszczem. To zupełnie inna półka. Ta z napisem „Kobiece Atrybuty”. Ta sama, gdzie znajdują się piersi, pupa czy wilgotne, rozchylone usta.

To zupełnie tak, jak w grze „Diablo”. Chcesz okiełznać jakiegoś wyjątkowego skurczybyka – dajmy na to takiego Goblina – to nie tylko musisz mieć najbardziej zabójczą broń. Potrzebujesz czegoś jeszcze. Pancerza. I wcale nie po to, żeby było ci cieplej. Kupujesz więc najbardziej wypasiony model i od razu twoja całościowa wartość skacze o +5 punktów w górę. Tak to działa.

Facet musi wiedzieć, że kobieta zakładając seksowną nocną koszulkę robi to dla niego. Tylko niego. Poświęca się. Musi dać mu sekretny znak, zawoalowaną obietnicę i nadzieję, że nawet najgorszy dzień w jego życiu ma szansę zakończyć się dobrze. A przynajmniej lepiej  niż się tego jeszcze rano spodziewał.

Wiem… wiem! Zaraz pewnie podniesie się wrzask, że niewygodnie. Że zimno w nocy.

To se, kurna, okna uszczelnij w sypialni! Albo kup termofor. A najlepiej dwie cegły szamotowe rozgrzej w piekarniku i wsadź pod pierzynę. Szamotka trzyma całą noc.

Zdaje się w OBI jest teraz dobra promocja na materiały budowlane.

… ciąg dalszy nastąpi.

Kobieta z pociągu

FeaturedKobieta z pociągu

Nie wierzę w cuda!

Nigdy nie wierzyłem. I odkąd sobie to uświadomiłem, jakoś lżej żyje mi się na tym świecie. Łatwiej. Bo życie bez złudzeń jest znacznie prostsze. Bez wszystkich tych nieznośnych rozczarowań. Niepotrzebnego oczekiwania na coś, co samo i tak się nie wydarzy. Nigdy!

Bo ludzie zwykle mylą cuda z nieodkrytymi jeszcze mechanizmami rządzącymi światem. Zazwyczaj medycznymi. Bo każdy chce być zdrowy. I piękny. I żyć. Jak najdłużej. I większość się modli. O cud. Każdy tak, jak potrafi. I umie. Do boga takiego, czy innego.

Ale to tak nie działa! Nie ma w historii medycyny udokumentowanego choćby jednego przypadku, kiedy modlącemu się o cud człowiekowi bez nogi, naraz ta noga odrosła. Sama. Na oczach zdumionych lekarzy. Przed chwilą jej nie było, a tu naraz czary-mary i już jest! Albo czy komuś sztuczne oko nagle zmieniło się w prawdziwe?

Idąc dalej, dochodzimy do Oświęcimia. Obóz Auschwitz-Birkenau. Milion sto tysięcy ludzi modli się każdego dnia. Każdej godziny, minuty i sekundy. O cud. O życie. Przez pięć lat. Na próżno. Na strażnikach nie robi to żadnego wrażenia. Kominy nadal dymią, pracujący więźniowie uwijają się jak mrówki, a komendant obozu pisze list do Frau und die Kinder, że bardzo za nimi tęskni. Bo gdyby tak to działało z tymi cudami, to przecież pewnego dnia kazałby zdumionym oprawcom otworzyć bramy obozu i wypuścić wszystkich więźniów na wolność. I jeszcze sam machałby im na pożegnanie. A tu, Kain Wunder! Zero. Nul.

Wierzę natomiast w ciężką, mozolną pracę. Pracę, która na pierwszy rzut oka jest beznadziejna. Bez sensu. Frustrująca. Nudna. Zniechęcająca. Bo tylko taka praca przynosi efekty. Zawsze jest wartością dodaną. Do życia. Twojego życia. I ciebie. Samego. Bo tylko ona może dać ci pełną satysfakcję. Bo tylko rzeczy trudne mają sens (Słowa).

Ale nie powiedziałem też, że cuda nie mogą istnieć! Bo nie można tak powiedzieć. To wynika z prostych zasad logiki. Nie da się udowodnić na 100%, że czegoś nie ma. No way! Można dowieść z całą pewnością, że coś istnieje, ale nigdy, że coś nie istnieje.

Dajmy na to, można dosyć łatwo dowieść, że autor niniejszego bloga istnieje. Że ktoś taki jest na świecie. Bo są na to dowody. Można mnie zobaczyć. Zważyć. Dotknąć i nawet powąchać. Jest też akt urodzenia, zdjęcia i świadkowie, którzy mogą zaświadczyć o jego istnieniu. Bo jego istnienie, to jest fakt. Niezbity.

Ale, z drugiej strony nie można powiedzieć z całą pewnością, równą sto procent, że gdzieś we wszechświecie nie istnieje jego wierna kopia. Dwukrotne lustrzane odbicie. Toczka w toczkę. Sto procent coma zero zero odwzorowania. Można oczywiście założyć, ze jest to mało prawdopodobne. Prawie niemożliwe. Że prawdopodobieństwo jest tak małe, iż prawie go nie ma. Ale absolutnej pewności nie można mieć. Nigdy.

Tak, jak nie miałem jej wtedy, kiedy z wywalonym jęzorem na brodzie i ciężkim plecakiem na grzbiecie pędziłem peronem na dworcu kolejowym do pociągu, który właśnie odjeżdżał. I jak na złość robił to punktualnie!

I gdybym wtedy nie odwrócił głowy, to pewnie bym zdążył. Ale zrobiłem to i spojrzałem na tamtą kobietę. Siedziała sama na peronowej ławce, a w jej zakrwawionej twarzy było coś jakby znajomego. Coś, co kazało mi się zatrzymać. Wbrew sobie. Wbrew rozsądkowi.

Kobieta przykładała jakiś strzępek chusteczki do nosa, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Purpurowa krew ściekała po jej brodzie, dłoniach i dalej wzdłuż łokcia na posadzkę. Kap… kap… kap. Dopiero po chwili zauważyłem krwawy ślad ciągnący się od samych schodów.

Stanąłem niezdecydowany. Konduktor właśnie przykładał gwizdek do ust i podnosił lizak, żeby dać maszyniście znak do odjazdu. Jeszcze bym zdążył.

Kurwa! Dlaczego zawsze mam pomagać ludziom akurat wtedy, kiedy nie mam na to czasu?! Kiedy się śpieszę! Przecież w innych okolicznościach zrobiłbym to z miłą chęcią! Ale teraz? Akurat wtedy, kiedy właśnie odjeżdża mój pociąg!

Ale ta twarz! Przecież mama ma takie same oczy. I fryzurę. I tak samo trzyma uniesiony łokieć, kiedy przykłada dłoń do ust, gdy się czegoś przelęknie. Albo, jak płacze na pogrzebach. Wygląda dosłownie, jak jej siostra bliźniaczka. Albo sobowtór.

Metal zazgrzytał o metal i pociąg ruszył powoli nabierając prędkości. Po chwili widziałem tylko dwa czerwone światła znikające w tunelu. Następny za jakieś trzy godziny. Ale miejscówka stracona. Trzy dychy w plecy i nogi wrastające w dupę przez pięć godzin stania na korytarzu.

– Czy wszystko w porządku? – podchodzę do kobiety i pytam.

Co za głupie pytanie! Od razu widać, że jest bardzo daleko od jakiegokolwiek porządku. Rozkwaszony nos, rozcięta warga i rosnąca opuchlizna pod okiem. I jeszcze ta krew! Jest dosłownie wszędzie. I nie daje się zatamować. Wali z obu dziurek, aż tworzą się małe bańki.

Zrzucam plecak, przyklękam, wyciągam chusteczki z kieszeni i próbuję pomóc zatamować krwawienie. Pcham chusteczki do nosa, odchylam głowę kobiety do tyłu i jednocześnie ocieram krew z jej twarzy.

– Co się stało? – pytam.

To wszystko, przez ten pośpiech. I tą dużą walizkę. Jest taka ciężka. Ale musi pomieścić dużo rzeczy. Na miesiąc, albo dłużej. Urodziło im się dziecko. Synowi i synowej. Oboje pracują i nie mają nikogo do pomocy. Teraz są takie ciężkie czasy. I ta walizka pociągnęła ją na schodach. Nie zdążyła się złapać poręczy. Poleciała ze schodów. Nawet nie bardzo boli, tylko najgorsze, że syn tam będzie czekał na nią na dworcu. Na darmo. Będzie się martwił. Bo pociąg właśnie odjechał. I nie miała siły dojść. Zdołała jedynie jakoś dowlec się do ławki.

– W porządku – powiedziałem. – Pomogę pani. Proszę się nie martwić. Zaraz coś wykombinujemy.

Najpierw kupuję w kiosku kilka paczek chusteczek. Nawilżających. I wodę. Potem długo wycieram ją z krwi. Krwawienie na szczęście już ustało. Potem wzywam pomoc medyczną. Lekarz długo świeci latarką kobiecie w oczy. Obmacuje głowę. Mierzy ciśnienie. Kiwa głową. Wszystko wydaje się być w porządku. Ale zabierze kobietę do szpitala. Na obserwację. Kobieta protestuje. Bo przecież syn. I synowa. Bo obiecała im. Nie może przecież ich teraz wystawić do wiatru! Zupełnie tak jak mama, kiedy ma pójść na jakieś badania. Albo przyjąć jakieś leki. Lekarz w końcu ustępuje. Na pani odpowiedzialność.

Później dzwonimy do jej syna. Uspokajam go. Będę miał na mamę oko. W końcu będziemy jechać tym samym pociągiem. I dwie godziny później wsiedliśmy, a po następnych pięciu wysiedliśmy. Kobieta trzymała się dzielnie. Pomimo bólu, pomimo całej tej sytuacji. Zupełnie jak mama! A kiedy jej syn w końcu odbierał ją, uparła się, że mi zapłaci. Za pomoc. I za to, że przez nią spóźniłem się na tamten pociąg. I za coś tam jeszcze. Broniłem się. To przecież głupstwo. Nie ustąpiła. Otworzyła walizkę. Na peronie. Przy tym jej synu. Długo kopała w stercie ubrań i w końcu wydobyła czekoladę. Mleczną z orzechami. Powiedziałem, że nie trzeba. Zdenerwowała się. Złapała mnie za bluzę i bezceremonialnie wcisnęła mi do kieszeni.

A na koniec mnie jeszcze uściskała.

Dokładnie tak, jak nasza mama!


Kilka dni później odczułem nagłą, bliżej nieokreśloną potrzebę. Żeby zadzwonić. Do mamy. I żeby opowiedzieć jej wszystko. O tamtej kobiecie. Że ma swojego sobowtóra. Tak podobnego do Ciebie, mamo, że aż rodzony syn o mało się nie pomylił. Ale jaja! To przecież taka zabawna historia!

Poszedłem do publicznego aparatu telefonicznego. Na stacji metra Politechnika. Wybrałem numer. Do domu.

Mama natychmiast odebrała. Jak zawsze.

– Wiedziałem, że to ty, synku, dzwonisz – powiedziała na powitanie. Mama zawsze wie, kiedy dzwonię. I zawsze tak mówi. A ja zawsze się dziwię, skąd ona to wie.

Zanim otworzyłem usta, żeby opowiedzieć jej moją historię, mama rzekła:

– Wiesz, co mi się ostatnio przydarzyło? Posłuchaj, bo to niezwykła historia. Wyobraź sobie, że spotkałam sobowtóra. Twojego sobowtóra.

I zaczęła mówić. Podobny do ciebie, jak druga kropla wody. Taka sama postura. Taka sama czupryna. Tak samo lekko potrzepany. I też studiuje.

Byłam u lekarza. Wiesz, na tych badaniach, o którym ci poprzednio mówiłam. Bolało. I jak wyszłam z przychodni, świat zawirował mi w głowie i byłabym zemdlała, gdyby nie tamten chłopak. Przeszedł obok mnie. Ale się wrócił. Podtrzymał mnie. I posadził na murku. Kupił mi wodę i wachlował mi twarz. I zadzwonił po tatę. I czekał ze mną, no jakieś dobre pół godziny. Cały czas mnie pocieszał. Żebym się nie martwiła. Będzie miał na mnie oku. Zaopiekuje się mną. Chciałam mu zapłacić, ale nic nie chciał.

A kiedy odchodził, uśmiechnął się do mnie.

Zupełnie tak, jak ty to robisz.

Milczę.

– Dlaczego nic nie mówisz, synku? – mama pyta się naraz z troską w głosie.

Nie wiem, co powiedzieć. Długo zbieram myśli.

– Chciałem tylko usłyszeć twój głos, mamo – mówię w końcu.

Chleb z musztardą

FeaturedChleb z musztardą

Był postrachem całej szkoły.

Miał ksywę „Diabeł” i robił chyba wszystko, żeby przypodobać się swojemu patronowi. Lucyferowi. Albo Belzebubowi. Zresztą, kto by się tam połapał w tej piekielnej hierarchii. W każdym razie nieźle sobie radził i po śmierci z pewnością czekała go wspaniała kariera. Nieziemska. Rzekłbym – szatańska.

Continue reading „Chleb z musztardą”

Warszawa pod ich stopami

FeaturedWarszawa pod ich stopami

On jeszcze nie był sam.  Ona już nie miała nikogo.

Oboje się pomylili. Co do życia. Jeszcze nie zaczęli go na dobre, a już nieźle oberwali. Zostali poharatani. Do kości. Do krwi. Zranieni. Pogruchotani. Pozbawieni niewinności. Tej naiwnej wiary w lepsze jutro. I w ludzi. W drugiego człowieka.

Continue reading „Warszawa pod ich stopami”

Murzyn

FeaturedMurzyn

Jako dzieciak niczego tak się nie bałem w życiu, jak Murzyna!

Pan Mundek często powtarzał, że jeszcze nigdy nie trafił mu się równie głupi koń. Nieusłuchany. Dziki. Taki, któremu nigdy nie wiadomo, co może do tego durnego łba strzelić. Taki leniwy. I taki pojebany.

– Tak samo tępy i tak samo nie chce mu się robić, jak… tamtym – mawiał, rechocząc ze śmiechu aż widać było ten drgający dzyndzel głęboko w jego gardle.

Continue reading „Murzyn”

Łzy w Twoich oczach

FeaturedŁzy w Twoich oczach

Dzisiaj, jadąc do pracy znów ją słyszałem.

Pada mokry śnieg. Za dwa dni skończę czterdzieści jeden lat. Jest zimno. I mokro. I brzydko. Druga połowa kwietnia. Świat zdaje się znowu przycupnął na krawędzi jakiegoś globalnego konfliktu. Powinna być już wiosna. I słońce. Wszyscy jakby wstrzymują oddech czekając na to, co się ma wydarzyć. Pracujące rytmicznie wycieraczki samochodu rozmazują brud po całej szybie. Właśnie skończył się płyn do spryskiwaczy. Niskie, ołowiane chmury szorują nabrzmiałymi od wody wymionami tuż po samej ziemi.

Continue reading „Łzy w Twoich oczach”

Dziunia

FeaturedDziunia

Czy wiecie, jaki jest najbardziej przygnębiający widok na świecie?

To widok z okna. Szpitalnego. Nie ma nic gorszego. Nic bardziej niesprawiedliwego. Bo nigdzie bardziej nie doświadcza się granicy pomiędzy światem zewnętrznym a samotnością. Twoją samotnością. I twoimi myślami. Sam na sam.

W żadnym innym miejscu nie zadajesz sobie wciąż tego samego pytania: „Dlaczego?”

Continue reading „Dziunia”

Moja Czarna Skrzynka

FeaturedMoja Czarna Skrzynka

Czy to już jest TEN kryzys?

Kiedy zacząłem pisać bloga, żona stwierdziła, że chyba właśnie dopadł mnie kryzys wieku średniego. Rodzina i wszyscy znajomi zapewne nieco się zdziwili, uznając mnie pewnie za lekko nieszkodliwego dziwaka. A parę innych osób właśnie puka się w czoło, mówiąc: „Temu, to już naprawdę odbiło na dekiel!”.

Continue reading „Moja Czarna Skrzynka”

Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

FeaturedShare Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

Wstyd, że dopiero teraz to robię!

Już dawno powinienem był to zrobić. I mógłbym teraz podać milion lepszych lub gorszych wykrętów, dlaczego jeszcze tego nie uczyniłem, ale faktem jest, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Kompletnie. Nul! Mogę tylko spuścić głowę, rysować czubkiem buta ziemię i czerwienić się…

A powinienem oddać z nawiązką wszystko to, co otrzymałem od chwili, kiedy opublikowałem swój pierwszy wpis jako Czarna Skrzynka. Mam olbrzymi dług do spłacenia! Przyznam się szczerze, że początkowo trochę obawiałem się, iż zobaczę komentarze podobne do tych, jakie przeczytać można na onecie, wirtualnej czy innych portalach. Wiecie jakie, prawda?

Continue reading „Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!”

160 znaków przed śmiercią

Featured160 znaków przed śmiercią

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co chciałbyś powiedzieć swoim najbliższym przed śmiercią?

Twoją śmiercią. Nieuchronną śmiercią. Właściwie trudno nawet stwierdzić, gdzie przebiega dokładna granicą między nią, a Twoim życiem. Tego nie wiesz. I nie będziesz widział. Możesz tylko czekać. Biernie czekać. Nic nie możesz zrobić. Bo nic nie da się zrobić.

Siedzisz przecież w samolocie!

Continue reading „160 znaków przed śmiercią”

Czarna Wołga

FeaturedCzarna Wołga

Czy znacie legendę o Czarnej Wołdze?

Z pewnością słyszeliście mrożące krew w żyłach historie o czarnej limuzynie krążącej nocami po nieoświetlonych drogach, prawda? W zależności od stopnia rozwinięcia wyobraźni świadków, raz jej kierowcą był seryjny morderca polujący na młode dziewczyny, innym razem natomiast wampir wysysający krew z niczego nieświadomych autostopowiczów, lub też sam Szatan o wyglądzie przemiłego staruszka, którego zdradziły dopiero wystające z nogawek kopyta, jak przysięgała pewna kobieta. Ponoć chwilę potem postradała zmysły i osiwiała jak gołąbek. Ale zdarzało się, że widziano również za kierownicą wilkołaki, esesmanów oraz obowiązkowo w naszej szerokości geograficznej – Żydów upuszczających dzieciom krew na macę. Któż tego nie słyszał!

Ja spotkałem Czarną Wołgę. Wiele lat temu. I poznałem całą prawdę, jaka się za nią kryła. Była zupełnie różna od tych wszystkich opowieści.

Ale wiecie co?

Rzeczywistość okazała się nie mniej przerażająca.

Continue reading „Czarna Wołga”

Milion szkarłatnych róż

FeaturedMilion szkarłatnych róż

Czy można zakochać się do szaleństwa?

W dniu takim, jak dziś opowiem Wam bajkę. Prawdziwą bajkę. Bajka będzie krótka. Tak krótka, jak krótkie może być życie. I niesprawiedliwe. Czasem lepsze. Czasem gorsze. Ale najczęściej nędzne i samotne.

Dokładnie takie, jak życie Niko Pirosmani.

Continue reading „Milion szkarłatnych róż”

12 groszy

Featured12 groszy

Od dzisiaj definitywnie jestem obrażony z Żabką!

Nie chodzi tu o moją żabkę, bo na moją żabkę zazwyczaj mówię „Myszka”. Poza tym gdzież bym tam śmiał się na nią obrazić! Nie da się. Wystarczy, że zrobi minę numer 16 – a ma ich 365 podstawowych i niezliczoną ilość pośrednich – i już moje serce topnieje jak stal w martenowskim piecu.

Chodzi mi o ten sieciowy sklep na osiedlu. Definitywny rozwód! Czara goryczy przelała się ostatecznie. Moja noga już tam więcej nie postanie! Never ever!

Continue reading „12 groszy”

FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

Wiem, że od teraz będę miał przerąbane!

I to podwójnie. Kobiety znienawidzą mnie za to, że usłyszą coś, czego może wcale nie chciałyby usłyszeć. Nigdy. Bo to nie będzie miłe. Ani przyjemne. Nie będzie też w stylu: „Zdradzę-Wam-co-o-Was-myślimy-bo-jestem-taki-miły-facio-prawie-Brat-Łata-i-po-cichu-na-coś-tam-może-liczę…” Taki Lisek-Chytrusek, albo Babski Sołtys, jak nazywaliśmy ich w szkole. Wy też takich spotykałyście, prawda? Łazili wszędzie za wami niczym przyszywana koleżanka; próbowali z mizernym skutkiem skakać w gumę; trzymali za rękę, kiedy zalewałyście się łzami po którymś tam zerwaniu z chłopakiem; i wreszcie we wszystkich grach typu „chłopaki-na-dziewczyny”, dziwnym trafem zawsze byli po waszej stronie. My zaś gardziliśmy takimi osobnikami, jak gardzi się kapusiami, skarżypytami i generalnie wszelkiej maści gnojkami.

Continue reading „FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.”

A kiedyś znów mnie uratujesz…

FeaturedA kiedyś znów mnie uratujesz…

Czy wiecie, jak łatwo można złamać serce?

Bardzo łatwo. Właściwie nie wymaga to większego wysiłku. Wystarczy niewielka siła i… traaaach!  Pęknięte na dwie połowy. Trzeba tylko uważać, bo można się przy tym poranić. I poharatać ostrymi odłamkami. Aż do krwi.

Zwłaszcza, kiedy serce zrobione jest z kruchego plastiku. Najtańszego. Chińska tandeta. Zwykła mała popierdółka kupiona gdzieś za grosze na straganie w Ełku. A może w Mikołajkach? Zresztą, teraz to już jest właściwie nieistotne. Któż by tam pamiętał po tylu latach!

Continue reading „A kiedyś znów mnie uratujesz…”

Słowa

FeaturedSłowa

Czy wiecie, kto wypowiedział najmądrzejsze słowa w historii ludzkości?

To przed przeczytaniem tekstu poniżej, obejrzyjcie najpierw ten filmik na YT:

Słyszeliście, prawda? Zwróćcie uwagę na poniższe zdanie:

„[…] We choose to go to the moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard, because that goal will serve to organize and measure the best of our energies and skills, because that challenge is one that we are willing to accept, one we are unwilling to postpone, and one which we intend to win, and the others, too.”

Continue reading „Słowa”