Samantha

FeaturedSamantha

Pułkownik to się dopiero znał na kobietach!

Zawsze powtarzał, że nie ma gorszej cholery na tym świecie niż baba. Bardziej fałszywej. Bardziej zawziętej. Wredniejszej. Albo pazerniejszej.

Ale też, jak mawiał z nieukrywanym podziwem – nie ma też bardziej cwańszej.

– Uważaj z tymi babami – mówił często do mnie, spluwając na odległość pięciu najdłuższych kroków, jak kiedyś dokładnie odmierzyłem. – Bo już niejednego porządnego chłopa te france sprowadziły na manowce!

Pułkownik tak naprawdę nie był żadnym pułkownikiem, chociaż całą wojnę spędził jako mechanik w polskim dywizjonie myśliwskim w Anglii. Potrafił w ciągu jednej nocy rozebrać cały silnik spitfire’a do najmniejszej śrubki i złożyć z powrotem, żeby rano, jak mawiał, nasi chłopcy mogli złoić Szkopom tyłki. Nie wiedziałem nawet, jak nazywał się naprawdę. Ktoś kiedyś nazwał go „Pułkownikiem”, i to określenie przylgnęło do niego już na stałe. Wszyscy w okolicy doskonale wiedzieli, o kogo chodziło.

Warsztat Pułkownika mieścił się na terenie bazy Państwowego Gospodarstwa Rolnego i za każdym razem, kiedy tu byłem, oczy wychodziły mi z orbit na widok zgromadzonego sprzętu. Wzdłuż ogrodzenia pod ogromnymi wiatami stały ustawione równiutko traktory – radzieckie władymirce, polskie ursusy oraz czechosłowackie zetory. Potężny kirowiec, o czterech kołach znacznie wyższych ode mnie, wyglądał jak zastygnięty w bezruchu dinozaur. Po drugiej stronie stały uśpionej o tej porze roku kombajny zbożowe.

Cały plac pośrodku zastawiony był rozrzuconymi w nieładzie koparkami, spychaczami oraz maszynami rolniczymi, których przeznaczenia mogłem się tylko domyślać. Stał tam również pozbawiony wieży czołg T-55, służący do ubijania kiszonki w ogromnych silosach.

Za każdym razem, kiedy zjawiałem się w warsztacie Pułkownik witał mnie słowami:

– Serwus, wspólniku – mawiał, puszczając do mnie oko.

Trochę mnie to irytowało, ponieważ uważałem, że są znacznie ciekawsze zajęcia w życiu niż bycie mechanikiem. Kiedy mówiłem, że będę pilotem lub myśliwym, machał pogardliwie ręką twierdząc, że to jedyne zajęcie godne prawdziwego mężczyzny. Reszta to, jak mówił, zwykłe „duperele”, a w życiu liczy się tylko dobry fach w ręku. Dodawał również, że jak zmądrzeję i zmienię zdanie, to drzwi jego warsztatu zawsze stoją przede mną otworem.

Nie sądzę, abym kiedykolwiek skorzystał z jego propozycji, ale często odwiedzałem warsztat, gdzie w upalne dni zawsze panował ożywczy chłód; lubiłem huk pracujących maszyn i uwielbiałem wszechobecny zapach benzyny, który osiadał w ustach, na włosach i ubraniach.

Pułkownik zawsze nosił ten sam niebieski kombinezon na szelkach. Jego dłonie poplamione smarami i przepalonym olejem wyglądały niczym ręce murzyna. Był kompletnie łysy, na głowie miał nieodłączna filcową myckę, a jego skóra na twarzy i szyi była pomarszczona jak u żółwia.

Lubiłem go bardzo i zawsze słuchałem z wypiekami na twarzy zwłaszcza, że potrafił opowiadać fascynujące wojenne historie i wiernie naśladował ustami wszelkie odgłosy urządzeń pracujących na pokładzie samolotu. Pułkownik też chyba mnie lubił i zawsze częstował prawdziwą angielską herbatą, którą parzył w specjalnym czajniczku.

Tata twierdził, że to dusza–człowiek. Był prawdziwą złotą rączką i potrafił naprawić każdy pojazd mechaniczny. Nie słyszało się nigdy, aby komukolwiek odmówił pomocy. Mieszkał w małym, służbowym mieszkaniu na poddaszu budynku administracji PGR-u, ale zawsze można było spotkać go w warsztacie. Był samotny i miał jak najgorsze zdanie o kobietach.

Kiedyś byłem świadkiem, jak tata mówił do mamy, że Pułkownik dawno temu miał żonę, gdy mieszkał na Górnym Śląsku i pracował jako mechanik w kopalni. Ponoć zostawiła go, uciekając z jednym górnikiem do Niemiec Zachodnich, przy okazji zabierając wszystkie pieniądze.

Często po szkole zachodziłem do jego warsztatu, a Pułkownik, który zwykle coś szlifował lub spawał na wielkim stole, wskazywał mi pomieszczenie na zapleczu.

– Poczekaj w gabinecie i napij się herbaty. Świeżo parzona!

Było to jego żartobliwe określenie na niewielki pokoik, który można było nazwać jakkolwiek, tylko nie gabinetem. Stały tu mały stolik z dwupalnikową kuchenką elektryczną, postrzępiona kanapa z wystającymi sprężynami i niebieska, metalowa szafa na ubrania. Była też mikroskopijna umywalka z pękniętym lustrem.

Uwielbiałem tam przebywać.

Ale myliłby się ktoś, kto sądziłby, że jedynym powodem, dla którego tam przychodziłem był ten smak angielskiej herbaty.

Albo zapach benzyny.

Było to bowiem coś zupełnie innego!

Choć raczej powinienem powiedzieć – ktoś inny.

Miała na imię Samantha i patrzyła na mnie z wielkiego kalendarza wiszącego na ścianie nad stolikiem i była tak samo nierealna jak to, że na święta pojawią się pomarańcze w sklepie pani Irki.

Klęczała w gorącym piasku gdzieś na tropikalnej plaży, lazurowa woda omywała jej opalone ciało, zostawiając błyszczące ślady na skórze, tak wyraźne, że można było rozróżnić pojedyncze kropelki. Trzymała uniesione ramiona założone z tyłu głowy, prezentując swe piersi w całej okazałości: były ogromne, o bananowym kształcie i bezwstydnie sterczące. Ten widok zawsze sprawiał, że czułem miękkość w kolanach.

Samantha mrużyła filuternie jedno oko a na jej szerokich ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Była kompletnie naga, jednak ułożyła nogi w taki sposób, że nie dało się dostrzec tego, co było najbardziej intrygujące. Byłem wściekły na fotografa, że kiedy robił to zdjęcie, nie przesunął się bardziej w lewo.

Co za partacz!

* * *

Była gorąca i duszna noc, nieruchome powietrze stało się ciężkie i gęste, że zdawało się, iż można byłoby je kroić nożem. Za siatkową zasłoną w oknie mojego pokoju unosiły się chmary komarów, napełniając nocną ciszę jednostajnym jękiem. Słychać było monotonny rechot żab, czasem dobiegał donośny krzyk jakiegoś ptaka wyrwanego nagle ze snu oraz tajemnicze pluski. W domu panowała cisza.

Leżałem z otwartymi oczami na łóżku. Stróżki potu spływały po moim ciele, wsiąkając w pościel. Nie mogłem zasnąć. Przewracałem się na boki, próbując znaleźć sobie odpowiednią pozycję do leżenia, jednak żadna nie była zbyt wygodna.

Od pewnego czasu, nie umiałbym powiedzieć dokładnie od kiedy, ogarniały mnie jakieś nieznane wcześniej uczucia oraz nachodziły różne myśli. Dziwne myśli. Była to irytująca mieszanka pragnienia czegoś, co jest nieosiągalne; obezwładniającego strachu przed czymś nieznanym; palącego wstydu; oraz tęsknoty za czymś, co ma się wydarzyć, jednak nie można przewidzieć, kiedy to nastąpi. W mojej głowie rodziły się pytania, na które nie znajdowałem odpowiedzi i nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Miałem nieustające wrażenie, jakbym właśnie tracił zmysły.

Również moje dwunastoletnie ciało zmieniało się gwałtownie i ostatnio zaczęło płatać figle, co było powodem mojej nieustającej frustracji. Jakby mieszkała we mnie obca istota, która zawładnęła moim ciałem. Zupełnie nie miałem nad nią kontroli i czyniła wszystko, żeby zrobić mi na złość i upokorzyć w oczach innych ludzi.

Na domiar złego, przed oczami wciąż miałem ten tajemniczy uśmiech Samanthy.

* * *

Pułkownik miał rację!

Z tymi babami.

I z tymi manowcami.

Potwierdzenie nastąpiło kilka dni później, kiedy to z sercem bijącym jak młotem zbliżyłem się do konfesjonału i uklęknąłem przy zakratowanym okienku, wpatrując się w orli profil księdza. Nieustannie rozważałem, czy nie uciec z kościoła, ale było już za późno, ponieważ właśnie weszła jakaś staruszka i kierując się w stronę konfesjonału, blokowała drogę w wąskim korytarzu pomiędzy ławkami. Poza tym miałem szczere postanowienie uwolnić się od mojego grzechu i strach przed karą okazał się silniejszy od wstydu.

Proboszcz sprawiał wrażenie, jakby drzemał i pozdrowiłem go słowami:

– Nich będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Cisza.

W moje serce wstąpiła nadzieja. Być może rzeczywiście uciął sobie drzemkę i będę mógł szybko wyznać swoje winy, a potem zbudzę go, prosząc o rozgrzeszenie. Nie byłem do końca pewien, czy taka spowiedź byłaby ważna, ale właściwie czemu nie?

– Proszę księdza, zgrzeszyłem – zacząłem niepewnie – i obraziłem Boga, następującymi grzechami…

Miałem wrażenie, jakby proboszcz poruszył się nieznacznie, ale może tylko tak mi się zdawało.

– Opuszczałem niedzielne msze – zacząłem od grzechu, który wydał mi się bardzo poważny.

Zero reakcji.

– Biłem się kolegami – dodałem.

Nadal nic. Uff, pomyślałem, jak dotąd całkiem dobrze.

– Przeklinałem – Co mi się czasem zdarzało w warsztacie, kiedy pomagałem Pułkownikowi.

Kompletna cisza.

Rad nie rad, nabrałem powietrza w płuca i wyrecytowałem jednym tchem, chcąc mieć to wszystko już za sobą.

– Jeszcze piłem alkohol, bawiłem się nieprzyzwoicie, źle życzyłem niektórym ludziom oraz…

Za kratką zauważyłem nagłe poruszenie, proboszcz nachylił się w moim kierunku i poprzez szparę zobaczyłem otwarte szeroko oko, obserwujące mnie uważnie.

– Co powiedziałeś? – proboszcz zapytał głośno, aż echo rozniosło się po kościele.

Skuliłem się w sobie i przybierając najbardziej pokorne brzmienie głosu, powtórzyłem:

– Źle życzyłem niektórym ludziom?

– Wcześniej – warknął.

Niedobrze, pomyślałem. To chyba nie był najlepszy pomysł z tą spowiedzią.

– Piłem alkohol, proszę księdza proboszcza – powiedziałem nieśmiało. To była akurat prawda, bo raz Pułkownik poczęstował mnie piwem, kiedy wspólnie naprawiliśmy traktor, któremu już nikt nie dawał najmniejszej szansy.

Proboszcz aż wychylił się z konfesjonału, żeby mi się bliżej przyjrzeć. Z kompletnie łysą głową i pokiereszowaną twarzą wyglądał raczej jak wysłannik śmierci niż ojciec duchowny.

– Później, chłopcze – powiedział. W jego głosie wyczułem irytację. – Że jak się bawiłeś?

Rozejrzałem się dookoła. Kościół powoli zapełniał się wiernymi i zdawało mi się, że wszyscy właśnie patrzą się na mnie.

– Nieprzyzwoicie – powiedziałem najciszej, jak tylko mogłem.

– Z kim?

– Sam… sam – odpowiedziałem natychmiast. Nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie wpadłbym na to, że można to robić z kimś.

– Ile masz lat, chłopcze?

– Dwanaście – odpowiedziałem z rezygnacją. Aż bałem się pomyśleć, co będzie ze mną dalej. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z mojego grzechu i zastanawiałem się, czy istnieje na świecie taka pokuta, która by go zmyła.

– Znaczy się, uprawiałeś samogwałt, tak? – zapytał niespodziewanie.

Aż odskoczyłem od niego na dźwięk tego strasznego słowa i musiałem przytrzymać się drewnianej półeczki, żeby nie polecieć do tyłu. Było to bowiem chyba najbardziej wulgarne określenie, jakie kiedykolwiek słyszałem w życiu, brzmiące jak skondensowana mieszanka wszystkich istniejących na świecie sprośności. Ale w jakimś sensie doskonale oddawało charakter tego niecnego czynu.

– Chyba tak, proszę księdza – przyznałem.

Miałem wrażenie, że jego wzrok zaraz przepali mi głowę na wylot.

– Wiesz, że to grzech śmiertelny? – bardziej oznajmił niż pytał.

– Wiem.

– Czy wtedy masz grzeszne myśli?

– Mam – powiedziałem, chociaż chyba nie do końca rozumiałem, co to znaczy.

– Sprawiają ci przyjemność?

Wiedziałem, że wszystko nic się przed nim nie ukryje i nie chciałem pogarszać już i tak beznadziejnej sytuacji.

– Tak – odrzekłem.

Proboszcz pokiwał głową, jakby już domyślił się, jaka jest przyczyna mojego zachowania.

– Myślisz wtedy o nagich kobietach? – upewniał się dalej.

Jasny gwint! Czyżby wiedział o Samancie?! – przeraziłem się. A ja chciałem go oszukać. Trwożnie spojrzałem do góry, upewniając się, czy czasem nad moją głową nie produkuje się właśnie grom z jasnego nieba.

Chyba nie było sensu dalej zaprzeczać.

– To sam Szatan ci je podsuwa – oznajmił proboszcz.

Szatan?! Masz ci los, pomyślałem, czując jak włosy na głowie stają mi dęba. Jak ja się w to wszystko wplątałem i czy jest jeszcze dla mnie jakakolwiek nadzieja?

– Absolutnie nie wolno ci tego więcej robić, pamiętaj – powiedział proboszcz, celując wskazującym palcem w podłogę, jakby chciał mi pokazać, gdzie główny winowajca się znajduje. – Szatan jest bardzo podstępny i pod postacią bezwstydnych kobiet, próbuje sprowadzić cię na ścieżkę grzechu. Musisz z nim walczyć i jeśli jeszcze raz to zrobisz, Pan Bóg ci opuści i skaże cię na wieczne potępienie. Szatan tylko na to czeka i będzie coraz bardziej cię kusił, ale nie możesz się poddać, rozumiesz?

Z wielkim wysiłkiem przełknąłem ślinę.

Byłem kompletnie załamany. Słowa proboszcza były bezlitosne i dopiero teraz uświadomiłem sobie wagę mojego grzechu. Czułem się całkowicie samotny i bezsilny wobec tych potężnych sił, z którymi przyszło mi walczyć. Było to stanowczo zbyt dużo jak na jednego dwunastolatka.

Ostatecznie proboszcz dał mi rozgrzeszenie oraz taką ilość modlitw za pokutę, że ledwie zdołałem spamiętać. Wyszedłem z kościoła na uginających się nogach i pognałem prosto do domu, gdzie zamknąłem się w swoim pokoju i siedziałem tam do wieczora, na kolanach odmawiając litanie.


Minęło kilka dni. Przez ten czas unikałem warsztatu, jak ognia. Zbyt wiele zdrowia mnie to ostatnio kosztowało.

Ale kiedy w końcu odważyłem się tam pójść, na początku odetchnąłem z ulgą.

Samantha zniknęła.

Lecz na szczęście moja radość nie trwała długo.

Wkrótce Pułkownik powiesił nowy kalendarz.

Tym razem cwany Szatan przybrał postać jeszcze groźniejszej kobiety.

A jej imię było Sabrina.

 

Most Grunwaldzki

FeaturedMost Grunwaldzki

Poznałem kiedyś dziewczynę.

Ale od razu uprzedzam! To nie będzie romantyczna historia. Taka z happy endem. Taka z motylami w brzuchu. Powietrzem o zapachu dzikiego bzu. Albo z cygańską muzyką w tle. Nic z tych rzeczy.

Bo tam nie było motyli.

Bo tam zamiast motyli były inne robale.

Tam były szerszenie!

I nie mówcie mi później, że Was nie ostrzegałem!

Nie powiem też, ani jak miała na imię, ani w jakim było to mieście. Ani jak wyglądała. Ani jak się poznaliśmy. Nie powiem, bo nikomu o tym nie mówiłem. Aż do teraz. Prawdę mówiąc nie wracałem wspomnieniami do niej przez lata. Długie lata. To chyba jest to, co w psychologii nazywa się wyparciem. Tak, wyparłem ją ze swojego życia.

Ale nie zapomniałem.

Nie mogłem. Tak naprawdę, tamta krótka znajomość nauczyła mnie więcej niż wszystkie lata edukacji razem wzięte. Dała mi najlepszą lekcję życia, jaką jeden człowiek może dać drugiemu. Bezcenną! Choć gorzką. Jak piołun. Jak absynt. Jak żółć.

Ale chyba najbardziej zaskakujące w tej historii jest to, że tą osobą wcale nie była tamta dziewczyna.

To był zupełnie ktoś inny.

Jeśli kiedykolwiek będziecie w tamtym mieście, to jadąc od strony Poznania i skręciwszy na rogatkach w prawo, wkrótce znajdziecie się na cichej, porośniętej kasztanami ulicy. Wzdłuż niej stoją trzypiętrowe budynki ze spadzistymi dachami. Kiedyś, kiedy miasto miało inną, niemiecką nazwę znajdowały się tam koszary Wehrmachtu. Lecz nie ma potrzeby cofać się w głąb historii aż tak daleko.

Ale gdybyście cofnęli się dokładnie dwadzieścia trzy lata wstecz, to wtedy był tam internat Liceum Wojskowego.  A gdybyście spojrzeli przez okno pierwszego budynku na drugim piętrze, to z pewnością zobaczylibyście pewnego chłopaka.

Jest niedziela i jest ponury, zgniły dzień. Długa, mroźna zima uczepiła się swymi pazurami i nie chce jeszcze odpuścić. Chłopak jest w klasie maturalnej, ale tego dnia co innego go gryzie. Czuje na zmianę euforię i lęk. Jak przed pierwszym skokiem ze spadochronem. Albo pierwszym samodzielnym lotem.

Tego dnia bowiem, chłopak został zaproszony do domu poznanej niedawno dziewczyny. W sumie nic w tym niezwykłego. Normalna rzecz. Skoro wkrótce mają iść razem na Studniówkę to logiczne, że rodzice dziewczyny chcą go najpierw poznać. I zobaczyć. Jak wygląda. Czy jest odpowiedni dla ich córki.  Gdzie się wychował. Kim są jego rodzice. Chcą się dowiedzieć, jakie ma plany na przyszłość. Kim chce być. Jakie wybiera studia. I tak dalej. Jak to rodzice, którzy chcą dla swojej córki jak najlepiej.

Tamtego dnia całe popołudnie spędziłem na przygotowaniach do tego bądź co bądź szczególnego wydarzenia w moim życiu. Najpierw wziąłem długi prysznic. Następnie starannie przyciąłem paznokcie u rąk i nóg i wygładziłem je pilniczkiem, który specjalnie kupiłem w pobliskim kiosku. Później spędziłem niemal godzinę na prasowaniu śnieżnobiałej koszuli oraz kolejną, glansując na wysoki połysk lakierowane na czarno pantofle. I chyba ze dwadzieścia razy zawiązywałem krawat, bo ciągle wydawało mi się, że węzeł jest daleki od ideału.

Kiedy miałem już wszystko przygotowane stanąłem przed  lustrem i celebrując każdą czynności, powoli wkładałem na siebie kolejne części odświętnej garderoby. Następnie starannie wyczesałem czuprynę i obficie skropiłem ubranie drogimi perfumami, na które wydałem wszystkie tak z trudem ciułane zaskórniaki. Wszystko pasowało na mnie jak ulał i kiedy w końcu założyłem czarną marynarkę, z lustra spoglądał na mnie niezwykle szykowny gość, w którym z trudem rozpoznawałem siebie.

Czułem się wyśmienicie.

Gdybym miał więcej kasy, z pewnością zamówiłbym taksówkę. Ale musiałem zadowolić się komunikacją miejską. W kwiaciarni koło przystanku autobusowego kupiłem bukiet róż. Robiłem to pierwszy raz w życiu, ale coś mi mówiło, że tak mam szansę zrobić lepsze wrażenie.

Pamiętam dokładnie moment, kiedy przejeżdżałem tramwajem przez Most Grunwaldzki. Myślałem wtedy o tym, jak będę się czuł, gdy będę wracał po spotkaniu. Dziewczyna mieszkała sama z ojcem. Był wojskowym. I myśliwym. Pułkownik. Pilot. Dwa i pół tysiąca godzin wylatanych na odrzutowcach. Mistrz Polski w skokach spadochronowych. Dziewczyna wprawdzie rzadko mówiła o swoim ojcu, ale z tych zdawkowych opisów wyłaniał się fascynujący obraz. Ileż tam musi być wspólnych tematów? Ileż czeka mnie ciekawych rozmów? A gdyby nasza znajomość dalej się rozwinęła, jego świat byłby też i moim światem! I to oczekiwanie na to, co się ma dzisiejszego wieczoru wydarzyć było najlepszym uczuciem, jakie dane mi było doznać. Nigdy później już tego nie poczułem.

Wkrótce byłem na miejscu. Mieszkali w jednym z tych poniemieckich, jednorodzinnych domów z dużym ogrodem i kamiennym płotem. Kiedy stanąłem na progu, przygładziłem włosy, poprawiłem krawat i przetarłem buty o nogawki na łydkach. Nabrałem głęboko powietrza w płuca i wdusiłem przycisk dzwonka. Po dłuższej chwili usłyszałem czyjeś kroki i zgrzyt zamka.

Drzwi otworzył mi wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna. Założę się, że moja mama powiedziałaby na jego widok, że jest diabelsko przystojny. Miał krótko przystrzyżone włosy na wojskowy styl i podłużny dołek na brodzie. Ubrany był na luzie – dżinsy i biały t-shirt, który ciasno opinał jego muskularne ramiona.

Ale miał też kamienny wyraz twarzy i obrzucił mnie czujnym spojrzeniem od stóp do głów. W ręku trzymał szeroką szklankę z grubym denkiem wypełnioną do połowy rudawym płynem i bezkształtnymi kostkami lodu. Jego oczy miały trudny do odgadnięcia blask.

Zadowolony z wrażenia, jakie w u niego wywołałem, wykrzywiłem usta w niedbałym uśmiechu.

– Dzień dobry panu! – przywitałem się, starając przybrać jak najniższą barwę głosu. Gdzieś czytałem, że tak człowiek odbierany jest bardziej poważnie.

Mężczyzna obrzucił kwiaty obojętnym spojrzeniem, oparł się o framugę drzwi i spojrzał mi prosto w oczy, mrużąc powieki. Nic nie odpowiedział i unosząc szklankę do ust, pociągnął długi łyk napoju. Przez cały czas obserwował mnie uważnie, a z jego twarzy kompletnie nie dało się wyczytać, o czym właśnie myśli.

Przyznam się, że straciłem sporo pewności siebie i poczułem rosnącą tremę. Trochę nie spodziewałem się takiej reakcji z jego strony, ale cóż – spotkania ojców z chłopakami, którzy zjawiają się z bukietem kwiatów w ręku muszą zawsze wywoływać coś w rodzaju szoku. Nic dziwnego, że nie wiedział, co ma odpowiedzieć.

– A więc to ty masz być jej chłopakiem – powiedział.

Nie byłem do końca pewien, czy było to pytanie, czy bardziej stwierdzenie.

Przyznaję, że trochę mnie zatkało. Przez głowę przelatywało mi dziesiątki myśli, ale żadna z nich nie dawała dobrej odpowiedzi. Bo cóż mogłem mu odrzec?

– To znaczy… – zacząłem nieśmiało. – Ja…

– Tak czy nie?

Od razu widać, że konkretny gość! W końcu urodzony żołnierz. Nie jakieś tam ciepłe kluchy! Potrafił wzbudzać respekt.

Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Wiedziałem, że właśnie nadeszła ta chwila. Chwila próby.

Spojrzałem jej ojcu prosto w oczy i powiedziałem pewnym głosem:

– Tak

* * *

Mężczyzna wybuchnął głośnym, szyderczym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. W jego głosie słychać było tłumioną nerwowość.

– A to dobre! – powiedział po chwili. Kręcił przy tym głową na boki, jak człowiek, który nie może uwierzyć w coś, co właśnie usłyszał.

Patrzyłem się na niego, czując rosnącą niepewność. Miałem wrażenie, jakby w moje serce właśnie wbijał się ostry cierń, raniąc coraz mocniej. Jakoś nie tak to sobie wszystko wyobrażałem i coś mi mówiło, że dzisiejszy wieczór chyba na długo zapadnie mi w pamięć.

Nagle przestał się śmiać.

– Tak ci się tylko zdaje – rzekł i napił się ze szklanki.

– Dlaczego? – spytałem. Mój głos ledwo wydobył się poprzez zaciśnięte na pięść gardło.

Przyglądał mi się lekceważąco przez dłuższą chwilę, jakby zastanawiał się, co chce powiedzieć. W końcu uśmiechnął się ironicznie i kładąc mi ciężko dłoń na ramieniu, powiedział:

– Dobrze. Widzę, że w takim razie musimy porozmawiać. Jak mężczyzna z mężczyzną. Zapraszam do środka.

Złapał mnie z tyłu za szyję i pociągnął w kierunku siebie. Jego uścisk był żelazny i pewny. Nie miałem najmniejszych szans, aby się z niego uwolnić. Posłusznie wszedłem do środka.

– Albo może powinniśmy porozmawiać jak teść z przyszłym zięciem? – zapytał i znów wybuchnął śmiechem, jakby właśnie opowiedział najlepszy dowcip na świecie. – Niezłe, co?

Naraz zrozumiałem, co znaczy określenie: „Zapomnieć języka w gębie”. Miałem wrażenie, że właśnie jestem poddawany okrutnej próbie z jego strony. Łudziłem się, że za chwilę parsknie śmiechem, poklepie mnie po ramieniu i powie „Och, żartowałem, stary”.

Nic nie odpowiedziałem i pozwoliłem mu zaprowadzić się do salonu. Wskazał mi skórzany fotel.

– Siadaj! – rzucił i pokazując trzymaną w ręku szklanką na bukiet, dodał: – Kwiaty możesz położyć na stoliku.

Spełniłem jego rozkazy i usiadłem sztywno w fotelu, obserwując go uważnie. Mężczyzna podszedł do szklanego barku znajdującego się obok telewizora i napełnił sobie szklankę z kwadratowej butelki opróżnionej do połowy. Butelka miała czerwoną etykietę ze złotymi literami. Następnie wziął drugą szklankę, którą również napełnił i wsypał do obu kilka kostek lodu znajdującego się w błyszczącym wiaderku.

– Masz – powiedział, wręczając mi jedną szklankę.

Pokręciłem przecząco głową.

– Dziękuję.

– Bierz! – warknął.

Rozsiadł się wygodnie w drugim fotelu i obserwując mnie spod na wpół przymkniętych powiek, skinął szklanką w moim kierunku.

– No to wypijmy za spotkanie – powiedział. Brzmiało to jak rozkaz.

Pociągnąłem niewielki łyk zabarwionego na miodowy kolor płynu i poczułem naraz jak ogień wlewa się do wnętrza moich ust, parząc dziąsła, podniebienie i język. Alkohol był niezwykle mocny i kiedy wdarł się mi do gardła, zabrakło mi oddechu, a moje oczy napełniły się łzami. Poprzysiągłem sobie, że za nic w świecie nie dam tego po sobie poznać. Po sekundzie nie byłem już wcale pewny, czy dam radę.

Mężczyzna przyglądał mi się uważnie. Na jego ściągniętych ustach błąkał się kpiący uśmieszek.

– A więc wydaje ci się, że jesteś chłopakiem mojej córki? – spytał. Chociaż zabrzmiało to raczej jak kategoryczne stwierdzenie.

Milczałem.

– Ona wie o tym?

Spuściłem wzrok.

– Tak czy nie?

– Nie wiem – odpowiedziałem.

Pokręcił sceptycznie głową.

– Spotykacie się?

– Tak.

– Jak długo? – w jego głosie zabrzmiały groźne nuty.

– Od kilku tygodni – stwierdziłem.

Pociągnął kolejny łyk whisky.

– No to, co robicie, jak się spotykacie? – spytał.

Nie byłem przygotowany na tego typu pytania.

– Żadnego tam całowania czy obściskiwania? – nalegał.

Z wrażenia aż przygarbiłem się. Krew uderzyła mi do twarzy.

– Odpowiadaj!

Pokręciłem pośpiesznie głową.

– Nie. Żadnego.

Uśmiechnął się kwaśno. Po chwili powiedział:

– Nie wierzę ci.

Spojrzałem na niego w osłupieniu. Cóż miałem odpowiedzieć? Coś mi jednak mówiło, że dalsze zaprzeczanie nie ma sensu.

Przyglądał mi się uważnie spode łba. Wyglądał jak jakiś drapieżnik, który obserwuje swoją ofiarę, zanim ją zaatakuje i pożre.

– Moja córka zasługuje na kogoś innego – powiedział, patrząc mi prosto w oczy. – Lepszego.

Utkwiłem w nim wzrok. Język przykleił mi się do podniebienia, ale nie miałem najmniejszego zamiaru pić więcej alkoholu.

– Tak, tak – rzekł, celując we mnie szklanką z wyciągniętym palcem wskazującym. – Nie nadajesz się, żeby być jej chłopakiem.

To nie było miłe. Naraz uświadomiłem sobie, że jego nastawienie do mnie już nigdy się nie zmieni. Choćbym starał się nie wiem jak bardzo na świecie. To dodało mi odwagi.

– Dlaczego pan tak uważa? – spytałem patrząc mu prosto w oczy. Przypominał węża tuż przed atakiem.

Mężczyzna roześmiał się głośno, ale po chwili jego głos zamarł mu w gardle. Odłożył szklankę na stojący obok kanapy szklany stolik i pochylając się w moim kierunku, oparł łokcie na kolanach. Dłonie złączył jak do modlitwy.

– Posłuchaj mnie uważnie – zaczął – bo więcej razy nie będę tego powtarzał. Moja córka należy do mnie i kocham ją ponad wszystko na świecie. Jak każdy ojciec pragnę, aby była szczęśliwa i nigdy nie cierpiała. Kiedy porzuciła ją jej matka przyrzekłem sobie, że uczynię absolutnie wszystko, aby niczego w życiu jej nie zabrakło. Opiekowałem się nią troskliwie przez te wszystkie lata. Dbałem, aby zawsze miała najlepsze ubrania oraz wszystkie te rzeczy, które są potrzebne dorastającej dziewczynie. Pilnowałem jej, aby miała najwyższe stopnie w szkole i była po prostu najlepsza we wszystkim.

Pochylił się jeszcze bardziej w moim kierunku, z trudem hamując gniew.

– Mój plan udał się w stu procentach – kontynuował – Wyrosła na piękną kobietę, bije na głowę was wszystkich i ma zapewnioną przyszłość. Stała się taka tylko dzięki mnie i to ja będę decydował, z kim ma się spotykać, a z kim nie. Rozumiesz teraz?

Zamilkł na moment i po chwili kontynuował:

– A ty – powiedział cicho. – Ty, niestety, nie pasujesz do mojego planu.

Sięgnął po szklankę i pociągnął długi łyk.

Wiedziałem, że to koniec i że dalsza rozmowa z nim nie ma najmniejszego sensu. Czułem się okropnie i ogarnęło mnie zniechęcenie. Miałem wrażenie, jakby opuściły mnie wszystkie siły.

Podeptane marzenia to chyba najgorsze uczucie na świecie.

Mężczyzna obserwował mnie znad szklanki.

– Spójrz na siebie – rzekł. Jego głos był płaski i lekko bełkotliwy. – Kim ty jesteś, że śmiesz tu w ogóle przychodzić, co? Coś ty sobie wyobrażał?

Spojrzałem uważnie na niego.

– Emmm… emmm… Myli się p… pan – powiedziałem. Moje słowa ledwo wydobywały się przez zaciśnięte zęby. Właśnie w takich momentach mój język zaczynał płatać figla.

Wlepił we mnie oczy.

– Co to za emmm… emmmm…? – spytał. – Co z tobą? Jąkałą też jesteś?

– Pracuję nad tym – odpowiedziałem oschle.

Prychnął pogardliwie pod nosem. Mierzył mnie długo wzrokiem i kilka razy otwierał usta, jakby chciał coś powiedzieć. Jego górna warga drgała nerwowym tikiem.

– Taaa… jasne – powiedział. – I ty chcesz zostać żołnierzem? Dowódcą? Jak będziesz wydawał rozkazy? Co będziesz może dukał to swoje „emmm… emmm” przez radio na polu bitwy? Pod obstrzałem?

To były okrutne słowa. Cięły powietrze jak stalowe ostrza.

– Powiem ci, dlaczego nigdy niczego nie osiągniesz w życiu – rzekł konspiracyjnym głosem i za chwilę dodał: – Bo nie należysz do tych nielicznych ludzi, którzy zawsze zwyciężają. A ja zawsze zwyciężam. Zawsze. Zapamiętaj to sobie dobrze.

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.

– Moja córka również należy do urodzonych zwycięzców – rzekł, kiwając głową. – Zrobię wszystko, żeby miała wspaniałą przyszłość. Pójdzie na najlepsze studia, zrobi wielką karierę i będzie zarabiała takie pieniądze, jakich ty nawet nie zobaczysz na oczy. Nigdy.

Spuściłem wzrok. Ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę, to żeby widział błyszczącą poświatę w moich oczach. Za nic w świecie nie chciałem dać mu tej satysfakcji.

– Ona zawsze będzie miała wszystko, co najlepsze – kontynuował. – Nigdy nie dopuszczę, aby spotykała się z kimkolwiek, kto należy do grona przegranych, czy życiowych nieudaczników. Jak ty. Zapomnij o niej. Dobrze ci radzę.

Mężczyzna zamilkł i przyłożył szklankę do ust. Po chwili zorientował się, że jest pusta i syknął z irytacją. Niezgrabnie sięgnął po stojącą na stoliku butelkę i napełnił szklankę. Kilka kropel alkoholu pociekło po ściance szklanki i spadło na dywan.

Wstałem. Wszystko było już jasne i wszystkie słowa zostały wypowiedziane. Nic więcej nie było do dodania. Ruszyłem w kierunku drzwi.

– Jeszcze jedno – powiedział do mnie.

Zatrzymałem się połowie drogi i odwróciłem. Mężczyzna mierzył mnie błądzącym wzrokiem.

– Co takiego? – spytałem.

– Trzymaj się z daleka od moje córki – wybełkotał, celując we mnie palcem. – Jeśli się do niej zbliżysz, albo dotkniesz ją palcem, gorzko tego pożałujesz. Nie żartuję.

* * *

Nawet nie pamiętałem drogi powrotnej. Ale wcale nie dlatego, że byłem załamany. Albo rozżalony. Albo rozgoryczony. Też nie płakałem, jak to robią nieszczęśliwie zakochani na filmach. Nie rozpaczałem. Nie rozczulałem się nad sobą.  Nie układałem w myślach pożegnalnego listu. W końcu nawet do głowy mi nie przyszło, żeby rzucać się z mostu do rzeki.

Robiłem coś wprost przeciwnego.

Byłem wściekły! Zaciskałem pięści i wymachiwałem nimi niczym bokser przygotowujący się do walki. Rzucałem bluzgami na głos, aż ludzie się za mną oglądali.

– Czekaj, gościu – mówiłem do jej ojca. – Ja ci jeszcze pokażę! Nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz, wieśniaku!

I wtedy tam na Moście Grunwaldzkim złożyłem mu obietnicę. Szczerą obietnicę. Moją obietnicę. Obietnicę, którą myślę wypełniłem.

A właściwie ciągle ją wypełniam.

Każdego dnia.

– Udowodnię ci, skurwielu, jak bardzo się co do mnie pomyliłeś!

Wtedy usłyszałem swoje imię.

Odwróciłem się.

Biegła, wołając mnie co parę kroków. W świetle latarni jej rozwiane włosy mieniły się wszystkimi odcieniami czerni. Łzy na jej twarzy błyszczały diamentowym blaskiem. Biegła z całych sił, poruszając się w ten rozczulający sposób, jak to tylko potrafią robić dziewczyny. Młode dziewczyny. Była w jej ruchu jakaś nieskażona życiem szczerość. Jakaś stuprocentowa autentyczność. Jakiś bunt. Wbrew wszystkiemu. Wbrew Niemu…

Zatrzymała się tuż przede mną. Ciężko dyszała. Nie mogła nabrać powietrza. Mokry od łez kosmyk jej włosów znikał w kąciku ust. Ust wykrzywionych grymasem bólu.

– Prze… przepraszam cię za mojego ojca – wysapała z trudem. – On jest… bo on był pij… ja nie wiem… on nigdy taki nie… o co mu chodzi… bo ja myślałam, że…

I rozpłakała się.

– Ciii… – wyszeptałem, przykładając palec do jest ust i po chwili dodałem: – Wiem. Już wszystko wiem. To się nie liczy…

Nasze czoła zetknęły się. Poczułem promieniujące ciepło z jej rozgrzanej forsownym biegiem twarzy.

Odgarnąłem palcem ten niesforny kosmyk włosów z kącika jej ust.

Jej wargi były gorące.

I słone.

* * *

Oczywiście, nasza znajomość nie przetrwała próby czasu. Nie przetrwała, bo nie mogła. Byliśmy przecież parą naiwnych nastolatków. Gówniarzy łudzących się, że nasze życie należy do nas.

Ale ta krótka znajomość dała mi coś zupełnie innego.

Dała mi siłę.

I wiarę.

W siebie.


Zamiast posłowia

_MG_7121
… a to jest mój mały, własny oddział, którym dowodzę.
dscn0601-1.jpg
… i jeden z moich kamieni milowych – szkolenie Six Sigma Black Belt. West Chester, Ohio.
Jets1
… oraz miejsce, gdzie spotykają się pasja, edukacja i praca. 

 

Kiosk z marzeniami

FeaturedKiosk z marzeniami

Wszystko zaczyna się od marzeń!

Moje największe marzenie zawsze zaczynało się późną wiosną. Albo wczesnym latem. Najtrudniejsze było jednak to, że nigdy nie dawało się określić dokładnego dnia. Kiedy się pojawi. Z każdym tygodniem robiłem się coraz bardziej niespokojny, a moja wrodzona niecierpliwość wystawiana była na ciężką próbę.

Aż tamtego dnia w końcu się spełniło.

Continue reading „Kiosk z marzeniami”

Benek

FeaturedBenek

To były ostatnie takie święta Bożego Narodzenia!

W Wigilię, o świcie, tata wyciągnął mnie z łóżka, pytając, czy pójdę z nim na polowanie. Niemal poczułem się urażony tym pytaniem. Z kolei na moje wątpliwości – na co będziemy polować? – tata odparł enigmatycznie: – Zobaczymy.

Continue reading „Benek”

Telefon wieczorową porą

FeaturedTelefon wieczorową porą

To ci dopiero było wydarzenie!

Po wielu latach oczekiwania zrobili to! W końcu. Założyli linię telefoniczną do naszej leśniczówki. Pamiętam, jak monterzy stawiali cuchnące impregnatem słupy telefoniczne na drodze i jak im w tym gorliwie pomagałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat i skoro mieliśmy mieć telefon, czułem się w obowiązku osobiście dopilnować, aby nie odwalili jakiejś fuszerki. Machałem profesjonalnie rękami, żeby dać znak kierowcy koparki, ile jeszcze może podcofać. Krzyczałem, kiedy zbyt słabo zaczepiali liny. Cmokałem z dezaprobatą, gdy wydawało mi się, że słup niezbyt prosto stoi. W końcu dociekałem, kiedy zbyt długo odpoczywali podczas licznych przerw na papierosa.

Continue reading „Telefon wieczorową porą”

Córeczka tatusia

FeaturedCóreczka tatusia

Czy wiecie, kiedy tak naprawdę poczułem, że jestem ojcem?

Czy tamtego dnia, gdy się o tym dowiedziałem? A może wtedy, kiedy wziąłem to śliskie i wilgotne ciałko do ręki, a drugą z trudem przecinając pępowinę? Lub też, gdy po raz pierwszy usłyszałem upragnione słowo „Tata”?

Continue reading „Córeczka tatusia”

FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.

Oj, zagotowało się!

Pierwszy wpis z cyklu FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1. był jak przysłowiowy kij w mrowisko. Piasek w tryby. Był niczym pręt wsadzony w szprychy, albo palec wkręcony w sieczkarnię! Niektórych zabolało.

Ale myślę, że mimo to udało się osiągnąć pierwszy krok w kierunku założonego celu.

Sprowokować do rozmowy.

Bo nadal twierdzę, że my o sobie niewiele wiemy. My, faceci, swoje, a Wy swoje.

Continue reading „FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.”

Kobieta z pociągu

FeaturedKobieta z pociągu

Nie wierzę w cuda!

Nigdy nie wierzyłem. I odkąd sobie to uświadomiłem, jakoś lżej żyje mi się na tym świecie. Łatwiej. Bo życie bez złudzeń jest znacznie prostsze. Bez wszystkich tych nieznośnych rozczarowań. Niepotrzebnego oczekiwania na coś, co samo i tak się nie wydarzy. Nigdy!

Continue reading „Kobieta z pociągu”

Chleb z musztardą

FeaturedChleb z musztardą

Był postrachem całej szkoły.

Miał ksywę „Diabeł” i robił chyba wszystko, żeby przypodobać się swojemu patronowi. Lucyferowi. Albo Belzebubowi. Zresztą, kto by się tam połapał w tej piekielnej hierarchii. W każdym razie nieźle sobie radził i po śmierci z pewnością czekała go wspaniała kariera. Nieziemska. Rzekłbym – szatańska.

Continue reading „Chleb z musztardą”

Warszawa pod ich stopami

FeaturedWarszawa pod ich stopami

On jeszcze nie był sam.  Ona już nie miała nikogo.

Oboje się pomylili. Co do życia. Jeszcze nie zaczęli go na dobre, a już nieźle oberwali. Zostali poharatani. Do kości. Do krwi. Zranieni. Pogruchotani. Pozbawieni niewinności. Tej naiwnej wiary w lepsze jutro. I w ludzi. W drugiego człowieka.

Continue reading „Warszawa pod ich stopami”

Murzyn

FeaturedMurzyn

Jako dzieciak niczego tak się nie bałem w życiu, jak Murzyna!

Pan Mundek często powtarzał, że jeszcze nigdy nie trafił mu się równie głupi koń. Nieusłuchany. Dziki. Taki, któremu nigdy nie wiadomo, co może do tego durnego łba strzelić. Taki leniwy. I taki pojebany.

– Tak samo tępy i tak samo nie chce mu się robić, jak… tamtym – mawiał, rechocząc ze śmiechu aż widać było ten drgający dzyndzel głęboko w jego gardle.

Continue reading „Murzyn”

Łzy w Twoich oczach

FeaturedŁzy w Twoich oczach

Dzisiaj, jadąc do pracy znów ją słyszałem.

Pada mokry śnieg. Za dwa dni skończę czterdzieści jeden lat. Jest zimno. I mokro. I brzydko. Druga połowa kwietnia. Świat zdaje się znowu przycupnął na krawędzi jakiegoś globalnego konfliktu. Powinna być już wiosna. I słońce. Wszyscy jakby wstrzymują oddech czekając na to, co się ma wydarzyć. Pracujące rytmicznie wycieraczki samochodu rozmazują brud po całej szybie. Właśnie skończył się płyn do spryskiwaczy. Niskie, ołowiane chmury szorują nabrzmiałymi od wody wymionami tuż po samej ziemi.

Continue reading „Łzy w Twoich oczach”

Dziunia

FeaturedDziunia

Czy wiecie, jaki jest najbardziej przygnębiający widok na świecie?

To widok z okna. Szpitalnego. Nie ma nic gorszego. Nic bardziej niesprawiedliwego. Bo nigdzie bardziej nie doświadcza się granicy pomiędzy światem zewnętrznym a samotnością. Twoją samotnością. I twoimi myślami. Sam na sam.

W żadnym innym miejscu nie zadajesz sobie wciąż tego samego pytania: „Dlaczego?”

Continue reading „Dziunia”

Moja Czarna Skrzynka

FeaturedMoja Czarna Skrzynka

Czy to już jest TEN kryzys?

Kiedy zacząłem pisać bloga, żona stwierdziła, że chyba właśnie dopadł mnie kryzys wieku średniego. Rodzina i wszyscy znajomi zapewne nieco się zdziwili, uznając mnie pewnie za lekko nieszkodliwego dziwaka. A parę innych osób właśnie puka się w czoło, mówiąc: „Temu, to już naprawdę odbiło na dekiel!”.

Continue reading „Moja Czarna Skrzynka”

Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

FeaturedShare Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

Wstyd, że dopiero teraz to robię!

Już dawno powinienem był to zrobić. I mógłbym teraz podać milion lepszych lub gorszych wykrętów, dlaczego jeszcze tego nie uczyniłem, ale faktem jest, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Kompletnie. Nul! Mogę tylko spuścić głowę, rysować czubkiem buta ziemię i czerwienić się…

A powinienem oddać z nawiązką wszystko to, co otrzymałem od chwili, kiedy opublikowałem swój pierwszy wpis jako Czarna Skrzynka. Mam olbrzymi dług do spłacenia! Przyznam się szczerze, że początkowo trochę obawiałem się, iż zobaczę komentarze podobne do tych, jakie przeczytać można na onecie, wirtualnej czy innych portalach. Wiecie jakie, prawda?

Continue reading „Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!”

160 znaków przed śmiercią

Featured160 znaków przed śmiercią

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co chciałbyś powiedzieć swoim najbliższym przed śmiercią?

Twoją śmiercią. Nieuchronną śmiercią. Właściwie trudno nawet stwierdzić, gdzie przebiega dokładna granicą między nią, a Twoim życiem. Tego nie wiesz. I nie będziesz widział. Możesz tylko czekać. Biernie czekać. Nic nie możesz zrobić. Bo nic nie da się zrobić.

Siedzisz przecież w samolocie!

Continue reading „160 znaków przed śmiercią”

Czarna Wołga

FeaturedCzarna Wołga

Czy znacie legendę o Czarnej Wołdze?

Z pewnością słyszeliście mrożące krew w żyłach historie o czarnej limuzynie krążącej nocami po nieoświetlonych drogach, prawda? W zależności od stopnia rozwinięcia wyobraźni świadków, raz jej kierowcą był seryjny morderca polujący na młode dziewczyny, innym razem natomiast wampir wysysający krew z niczego nieświadomych autostopowiczów, lub też sam Szatan o wyglądzie przemiłego staruszka, którego zdradziły dopiero wystające z nogawek kopyta, jak przysięgała pewna kobieta. Ponoć chwilę potem postradała zmysły i osiwiała jak gołąbek. Ale zdarzało się, że widziano również za kierownicą wilkołaki, esesmanów oraz obowiązkowo w naszej szerokości geograficznej – Żydów upuszczających dzieciom krew na macę. Któż tego nie słyszał!

Ja spotkałem Czarną Wołgę. Wiele lat temu. I poznałem całą prawdę, jaka się za nią kryła. Była zupełnie różna od tych wszystkich opowieści.

Ale wiecie co?

Rzeczywistość okazała się nie mniej przerażająca.

Continue reading „Czarna Wołga”

Milion szkarłatnych róż

FeaturedMilion szkarłatnych róż

Czy można zakochać się do szaleństwa?

W dniu takim, jak dziś opowiem Wam bajkę. Prawdziwą bajkę. Bajka będzie krótka. Tak krótka, jak krótkie może być życie. I niesprawiedliwe. Czasem lepsze. Czasem gorsze. Ale najczęściej nędzne i samotne.

Dokładnie takie, jak życie Niko Pirosmani.

Continue reading „Milion szkarłatnych róż”

12 groszy

Featured12 groszy

Od dzisiaj definitywnie jestem obrażony z Żabką!

Nie chodzi tu o moją żabkę, bo na moją żabkę zazwyczaj mówię „Myszka”. Poza tym gdzież bym tam śmiał się na nią obrazić! Nie da się. Wystarczy, że zrobi minę numer 16 – a ma ich 365 podstawowych i niezliczoną ilość pośrednich – i już moje serce topnieje jak stal w martenowskim piecu.

Chodzi mi o ten sieciowy sklep na osiedlu. Definitywny rozwód! Czara goryczy przelała się ostatecznie. Moja noga już tam więcej nie postanie! Never ever!

Continue reading „12 groszy”

FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

Wiem, że od teraz będę miał przerąbane!

I to podwójnie. Kobiety znienawidzą mnie za to, że usłyszą coś, czego może wcale nie chciałyby usłyszeć. Nigdy. Bo to nie będzie miłe. Ani przyjemne. Nie będzie też w stylu: „Zdradzę-Wam-co-o-Was-myślimy-bo-jestem-taki-miły-facio-prawie-Brat-Łata-i-po-cichu-na-coś-tam-może-liczę…” Taki Lisek-Chytrusek, albo Babski Sołtys, jak nazywaliśmy ich w szkole. Wy też takich spotykałyście, prawda? Łazili wszędzie za wami niczym przyszywana koleżanka; próbowali z mizernym skutkiem skakać w gumę; trzymali za rękę, kiedy zalewałyście się łzami po którymś tam zerwaniu z chłopakiem; i wreszcie we wszystkich grach typu „chłopaki-na-dziewczyny”, dziwnym trafem zawsze byli po waszej stronie. My zaś gardziliśmy takimi osobnikami, jak gardzi się kapusiami, skarżypytami i generalnie wszelkiej maści gnojkami.

Continue reading „FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.”

A kiedyś znów mnie uratujesz…

FeaturedA kiedyś znów mnie uratujesz…

Czy wiecie, jak łatwo można złamać serce?

Bardzo łatwo. Właściwie nie wymaga to większego wysiłku. Wystarczy niewielka siła i… traaaach!  Pęknięte na dwie połowy. Trzeba tylko uważać, bo można się przy tym poranić. I poharatać ostrymi odłamkami. Aż do krwi.

Zwłaszcza, kiedy serce zrobione jest z kruchego plastiku. Najtańszego. Chińska tandeta. Zwykła mała popierdółka kupiona gdzieś za grosze na straganie w Ełku. A może w Mikołajkach? Zresztą, teraz to już jest właściwie nieistotne. Któż by tam pamiętał po tylu latach!

Continue reading „A kiedyś znów mnie uratujesz…”

Słowa

FeaturedSłowa

Czy wiecie, kto wypowiedział najmądrzejsze słowa w historii ludzkości?

To przed przeczytaniem tekstu poniżej, obejrzyjcie najpierw ten filmik na YT:

Słyszeliście, prawda? Zwróćcie uwagę na poniższe zdanie:

„[…] We choose to go to the moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard, because that goal will serve to organize and measure the best of our energies and skills, because that challenge is one that we are willing to accept, one we are unwilling to postpone, and one which we intend to win, and the others, too.”

Continue reading „Słowa”