Benek

FeaturedBenek

To były ostatnie takie święta Bożego Narodzenia!

W Wigilię, o świcie, tata wyciągnął mnie z łóżka, pytając, czy pójdę z nim na polowanie. Niemal poczułem się urażony tym pytaniem. Z kolei na moje wątpliwości – na co będziemy polować? – tata odparł enigmatycznie: – Zobaczymy.

Wzięliśmy Benka i ruszyliśmy samochodem w kierunku szosy. Na krzyżówce pojechaliśmy prosto, torując sobie drogę przez zaspy. Otaczający nas las ciągnął się wiele kilometrów i zajęło nam około godziny dotarcie do jego granicy. Przed nami pojawiła się biała jak prześcieradło płachta otwartej przestrzeni ciągnącej się po horyzont, gdzieniegdzie upstrzona kępkami drzew i zarośli rosnących wzdłuż rowów.

Teraz pola były pokryte śnieżną pierzyną, przenikliwy wiatr hulał niosąc drobne lodowe igiełki, a kilkustopniowy mróz szczypał w policzki.

Zostawiliśmy samochód przy drewnianym mostku i ruszyliśmy wzdłuż szerokiego rowu, porośniętego rzadkimi krzakami. Benek pobiegł do przodu i po chwili znikł nam z oczu.

Tata twierdził, że jak na myśliwskiego psa, Benek jest „rozpuszczony jak dziadowski bicz”, ale według mnie był najinteligentniejszym psem na świecie. Mógłbym przysiąc, że Benek rozumiał ludzką mowę, ale z sobie tylko znanych powodów wolał nie zdradzać tej umiejętności. Czasami, kiedy miałem nieodpartą chęć opowiedzenia jakiejś niesamowitej historii, a rodzice byli akurat zbyt zajęci, aby poświęcić mi czas, Benek stawał się moim jedynym i cierpliwym słuchaczem. Zawsze przysłuchiwał mi się z uwagą zabawnie marszcząc czoło, przekrzywiając łeb na boki, a na jego obwisłych wargach błąkał się ironiczny uśmieszek. A kiedy wpadałem w podły nastrój i moje życie stawało się podobne do tych niemych filmów, które nadawano w niedzielne popołudnia, Benek zawsze mi towarzyszył i jak najlepszy kumpel, siedział cierpliwie na tylnych łapach, od czasu do czasu poszturchując swym wilgotnym nosem w ramię.

Tata załadował dubeltówkę, ale przerzucił ją sobie przez ramię i wcisnął ręce w kieszenie kurtki. Czasami polowaliśmy w ten sposób, przemierzając pola i czekając aż Benek wypłoszy zająca lub bażanta. Jednak dzisiaj tata sprawiał wrażenie, jakby wcale nie miał ochoty na polowanie. Najwyraźniej coś go nurtowało.

– Powiedz mi, synku, czy nie czujesz się czasem odrobinę samotny? – zapytał niespodziewanie.

Co za dziwne pytanie, pomyślałem. Jasne, że nie czułem się samotny, miałem przecież rodziców, Benka i czasami nawet dobrze bawiłem się w towarzystwie Grubego. Dlaczego więc, tata tak dziwnie się pyta? Może martwi się, że za dużo czasu spędzam nad moimi projektami myśliwców? Jednak przeczucie podpowiadało mi, że to nie to.

– Chyba nie – odpowiedziałem.

– Ani trochę?

– Nie – odparłem. – Mam przecież was.

Tata uśmiechnął się pobłażliwie.

– Chodziło mi, czy nie brakuje ci towarzystwa innego dziecka. Kogoś znacznie młodszego niż mama czy ja?

– Może trochę – odrzekłem wykrętnie, czując niepokój. Najwyraźniej tata zmierzał do konkretnego celu i próbował mnie najpierw wybadać. – Dlaczego pytasz?

Tata zrobił kilka kroków w milczeniu. Może ktoś ma się do nas sprowadzić, uświadomiłem sobie z rosnącym przerażeniem. Ale kto to mógłby być?

– A co byś powiedział na braciszka albo siostrzyczkę? – wypalił nagle i zatrzymał się. – Taki nasz prezent pod choinkę. Dla ciebie.

Zamurowało mnie. A więc tak się sprawki mają, pomyślałem. Czułem, jak zaczyna ogarniać mnie panika.

– Pomyśleliśmy sobie z mamą, że być może nadszedł już czas postarać się o kolejne dziecko. A i tobie byłoby raźniej.

Dzięki za troskę, odpowiedziałem mu w myślach, czując jak mój świat wali w gruzy. Nigdy, nawet w najśmielszych wyobrażeniach, nie przypuszczałem, abym musiał się dzielić z kimś rzeczami należącymi do mnie, moim pokojem czy też uwagą rodziców. Przerażała mnie również myśl, że oto, kiedy ja żyłem w błogiej nieświadomości, rodzice przygotowali zamach na moją wolność, planując kolejnego potomka. Poczułem się zdradzony. Czyżby…?

– Czy mama jest już…?

– Nie – tata roześmiał się głośno. – Mama nie jest jeszcze w ciąży, jeśli o to ci chodzi. Pomyśleliśmy sobie, że skoro jesteśmy rodziną, to ta sprawa również ciebie dotyczy. Dlatego chcielibyśmy poznać twoje zdanie na ten temat.

Doceniam gest, pomyślałem z przekąsem. Miałem wrażenie, że decyzja została już dawno podjęta. Czułem się kompletnie rozbity. O ile młodszego brata mógłbym od biedy tolerować, to na myśl o siostrze cierpła mi skóra.

– No jak, synku? Co ty na to?

– Nie wiem – odparłem i nagle stanęła mi przed oczami przerażająca wizja: płaczący dniami i nocami niemowlak i porozwieszane wszędzie pieluchy. Poczułem mdłości.

– No, głowa do góry, synu – powiedział tata z nutką radości w głosie.

Tak, nie było wątpliwości – decyzja została podjęta!

– Zobaczysz, jak będzie fajnie – kontynuował z coraz większym entuzjazmem. – Jeśli to będzie braciszek, będziecie mogli grać razem w piłkę. Oczywiście dopiero za parę lat, ale czas szybko leci. A jeśli to będzie dziewczynka, to… cóż… to…

Urwał, szukając jakiegoś dobrego przykładu. No właśnie, pomyślałem, a co jeśli to będzie dziewczynka? Chyba nie znalazł niczego przekonującego, bo zamilkł.

Spojrzałem na niego. Tata patrzył gdzieś ponad moją głową, marszcząc brwi. Podążyłem za jego wzrokiem.

W oddali, prostopadle do rowu Benek biegł, dziwnie ujadając. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby tak robił. Za nim w niewielkiej odległości podążały w ciszy dwa duże cienie szybko zmniejszając dystans. Z daleka rozpoznałem wilczury należące do Siwca. Nie miałem wątpliwości, że Benek przed nimi rozpaczliwie uciekał.

Siwiec nigdzie nie pracował. Tata twierdził, że utrzymuje się z kłusownictwa i ma ukrytą nielegalną broń. Bałem się go bardzo, a kłusownictwo uważałem za najcięższe przestępstwo i dziękowałem Bogu za to, że mój tata jest zawodowym myśliwym, legalnie posiadającym broń.

Siwiec mieszkał przy drodze prowadzącej ze szkoły i ilekroć tamtędy szedłem, zawsze witało mnie natarczywe ujadanie psów. W rogu podwórka, pod płotem stał duży kojec, w którym zamknięte były dwa olbrzymie wilczury. Kain i Abel. Widocznie Siwiec bardzo kochał psy, gdyż kojec był najporządniejszą konstrukcją w całym obejściu. Psy miały drewnianą podłogę, solidny dach pokryty papą, obszerne budy zbite z grubych desek, a stalowa siatka była nowa i równo naciągnięta. Psy były świetnie odżywione, miały gęstą, lśniącą sierść i na mój widok rzucały się wściekle na siatkę. W ich pyskach błyskały białe, ostre kły, a w gardłach grały groźne werble. Rozumiałem, dlaczego Siwiec otacza psy taką opieką, gdyż z pewnością używa ich do kłusownictwa. Ja nigdy nie wiedziałem, który jest który.

Patrzyłem z rosnącym przerażeniem, jak jeden wilczurów wyforsował się do przodu i na pełnej prędkości skoczył Benkowi na grzbiet. Przednie łapy Benka załamały się pod zwiększonym ciężarem i oba psy wykonały wysoki piruet, wzbijając w powietrze tumany śniegu. Benek błyskawicznie poderwał się i wykonując gwałtowny skręt, ruszył w naszym kierunku.

Drugi ze ścigających go wilczurów, jakby tylko na to czekał. Ściął zakręt i rzucił się na Benka, wpijając kły w jego kark. Benek zaskowyczał przeraźliwie i uskoczył w bok, próbując oderwać się od napastnika, ale w tym czasie pierwszy wilczur skoczył mu ponownie na grzbiet.

– Dopadły go! – krzyknął tata i zrywając dubeltówkę z ramienia, zaczął biec w kierunku walczących psów.

Ruszyłem za nim, modląc się, aby Benkowi nie stała się krzywda.

Benek za wszelką cenę próbował uwolnić się od napastników. Zaczął szamotać się rozpaczliwie, warcząc i kąsając zębami na oślep, jednak psy Siwca były zaprawionymi w walkach mordercami i doskonale wiedziały, jak zabija się inne zwierzęta. Powaliły Benka na śnieg i w całkowitym milczeniu zaciskały swoje kły w śmiertelnym uścisku. Wiedziałem, że Benek nie ma najmniejszych szans.

Tata był poza zasięgiem skutecznego strzału, ale w biegu przyłożył strzelbę do ramienia. Na sekundę zatrzymał się i usłyszałem odgłos zwalnianej iglicy.

Suchy trzask rozdarł powietrze i zobaczyłem szary cień, który wyprysnął z lufy dubeltówki i rąbnął najbliższego wilczura w czaszkę. Pies zawył przeraźliwie, wykonał kilka fikołków, zerwał się na równe łapy i zaczął wykonywać jakiś obłędny taniec. Z jego strzaskanego pyska buchnęła parująca, niemal pomarańczowa krew, tworząc makabryczny rysunek na śniegu. Po chwili przewrócił się na bok z głuchym łomotem i znieruchomiał.

Drugi wilczur puścił Benka i zaczął uciekać szerokim łukiem, podkulając ogon, pokryty długą, czarną sierścią. Tata ponownie złożył się do strzału, długo prowadził uciekającego psa końcem luf i kiedy myślałem już, że zrezygnuje ze strzału, nacisnął spust. Znów rozległ się trzask, gdy broń bluznęła ogniem.

Uciekający wilczur, jakby naraz zderzył się z niewidoczną ścianą. Ładunek śrutu zatrzymał go niemal w miejscu. Pies przeleciał przez łeb i zastygł w bezruchu, nie wydając przy tym najmniejszego głosu.

To ja pierwszy dobiegłem do leżącego Benka i oczom ukazał mi się straszny widok. Mój przyjaciel leżał na boku w powiększającej się kałuży krwi, dysząc krótkimi, urywanymi spazmami. Połowa jego pyska została obdarta ze skóry, której wywinięty płat odsłaniał nagie kości i zęby w miejscu gdzie żuchwa łączy się z czaszką. Gałka oczna wypadła ze swojego miejsca i groteskowo zwisała na kawałku jakieś żyłki.

Upadłem na kolana i wziąłem w dłonie pysk Benka. Na rękach poczułem jego ciepłą i lepką krew. Łzy napełniły mi oczy i rozbeczałem się jak noworodek.

– Tato, zrób coś! – krzyczałem próbując zawinąć zwisający płat skóry na jego pierwotne miejsce. – Proszę cię!

Tata przykucnął przy mnie i położył mi dłoń na ramieniu.

– On właśnie umiera, synku. Stracił za dużo krwi.

– Nie! Zrób coś, proszę!

Tata poklepał mnie delikatnie.

– Nic nie możemy zrobić. – powiedział i dodał: – To już nie potrwa długo.

– Nieprawda! Benek wcale nie umiera!

Jakby na potwierdzenie moich słów, Benek uniósł nieznacznie głowę, spojrzał na mnie zdrowym okiem jakoś tak po ludzku i polizał aksamitnym językiem po ręce.

– Widzisz? – powiedziałem do taty.

Tata nic nie odpowiedział, tylko mocniej ścisnął moje ramię.

Głowa Benka opadła, oddech stawał się coraz płytszy, aż w końcu klatka piersiowa przestała się unosić. Jego zakrwawionym ciałem wstrząsnął ostatni dreszcz i znieruchomiał.

– Nieee! – wykrzyknąłem. Uświadomiłem sobie, że tata jednak mówił prawdę.

– Przykro mi, synku – powiedział tata, wstając. – Pójdę po samochód.

Słyszałem chrzęst śniegu pod jego butami, jak się oddalał.

Kiedy wrócił, zastał mnie klęczącego z głową przyjaciela na kolanach, a moje łzy na policzkach zaczęły już zamarzać.

Tata rozłożył stary koc na pace samochodu i pomógł mi ułożyć na nim Benka. Chciałem jechać razem z nim, ale tata się nie zgodził i stanowczym głosem kazał mi wsiąść do kabiny. Następnie przyciągnął martwe ciała morderców Benka i bezceremonialnie wrzucił na pakę. Zajął miejsce za kierownicą i samochód ruszył w kierunku domu, buksując na śniegu.

Długo żaden z nas się nie odzywał. Pogrążony we własnych myślach, popadłem w całkowitą rozpacz. Co chwilę oddychałem z ulgą, mając nadzieję, że Benek żyje i wszystko będzie jak dawniej, ale kiedy spoglądałem przez tylną szybkę, widziałem martwe ciało przyjaciela. Nawet ośmiolatek zdaje sobie doskonale sprawę, że cuda raczej się nie zdarzają.

Tata również pogrążony był w myślach. W końcu odwrócił głowę i powiedział:

– Musiałem to zrobić.

Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, o czym mówi.

– Musiałem zastrzelić te psy. Po prostu musiałem. – powiedział jakby chciał się usprawiedliwić. – Jako strażnik łowiecki mam nawet obowiązek odstrzeliwać wałęsające się psy, żeby chronić dziką zwierzynę.

Kiwnąłem głową, czując jak wzbiera we mnie nienawiść do Siwca.

– Szkoda tylko, że nie zdążyłem uratować Benka.

Chciałem, aby Siwiec poniósł straszliwą karę, za to, co się stało z moim przyjacielem. Chyba po raz pierwszy w życiu życzyłem komuś śmierci.

– Wiesz, czyje to były psy? – spytał tata.

– Tak.

– Już dawno mówiłem Siwcowi, żeby na nie uważał, bo może je stracić.

– Co z nimi zrobisz? – spytałem, wskazując na pakę.

Tata wzruszył ramionami.

– Zawiozę i rzucę mu pod nogi.

W jego głosie również wyczułem wściekłość.

– Będziesz się z nim bił?

Tata spojrzał na mnie i po raz pierwszy się uśmiechnął.

– Nie… nie ma takiej potrzeby, synku – powiedział i zamilkł.

W kompletnej ciszy zajechaliśmy na podwórko z tyłu domu. Tata wstawił samochód do garażu, wziął łopatę i gdzieś zniknął na długo.

Ja natomiast nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Poszedłem do pomieszczenia, gdzie trzymaliśmy Benka i łzy napłynęły mi do oczu, na widok pustego materaca. Było coś niewyobrażalnie żałosnego w widoku jego ulubionego legowiska, postrzępionego i pogryzionego w wielu miejscach, na którym Benek ćwiczył zęby, gdy był jeszcze szczeniakiem.

Później wszyscy poszliśmy wszyscy w róg ogrodzenia, gdzie tata wykopał płytki dołek tuż obok starej akacji. Musiał sporo się natrudzić, ponieważ ziemia była twarda jak skała i tata pomógł sobie ciężkim kilofem. Obok, w białym worku leżało ciało mojego najwierniejszego przyjaciela.

Tata złożył Benka w jego grobie i zasypał grudami ziemi za pomocą łopaty. Zmarznięta ziemia dźwięczała metalicznie.

Raz za razem pociągałem nosem, mama stanęła przy mnie, obejmując ramieniem. Patrzyliśmy, jak tata usypał niewielki kopiec, oparł łopatę o drzewo i stanął niezdecydowany z założonymi rękami. Z jego głowy i pleców unosiły się obłoki pary.

Chciałem coś powiedzieć, ale wyręczyła mnie mama:

– Teraz kochany Benek będzie strzegł naszego domu już na zawsze.

Obaj z tatą pokiwaliśmy głową, przyznając jej rację. Chyba lepiej nie można było tego ująć.

– Wracajmy – powiedział mama.

Z sercem ściśniętym żalem powlokłem się do swojego pokoju i rzuciłem się na łóżko. Wtuliłem twarz w poduszkę.

Przed oczami wciąż miałem spojrzenie Benka.

Tamto spojrzenie.

Ostatnie.

* * *

Zapadł zmierzch i odświętnie ubrani stanęliśmy przy wigilijnym stole w gościnnym pokoju. Tata rozpalił ogień w kominku, a mrugające na choince kolorowe lampki wprowadzały świąteczny nastrój. W całym mieszkaniu rozchodził się zapach jedzenia i aromat jodłowych igiełek.

Mama przywiązywała niezwykłą wagę do tradycji i nakrywała stół wyprasowanym idealnie białym obrusem, pod który wkładała pęczek pachnącego siana, suszonego od lata na strychu. Z pozostałego sianka na środku stołu robiła coś w rodzaju ptasiego gniazda i rozkładała opłatek w kształcie wachlarza.

Stawiała również pusty talerz na honorowym miejscu, jak mawiała, dla zbłąkanego, głodnego wędrowca. Odkąd sięgam pamięcią, jeszcze żaden głodny wędrowiec nigdy nas nie nawiedził, ale taka była tradycja. Właściwie nie chciałem, aby ktokolwiek naruszał tą świąteczną atmosferę i rodzice też pewnie byliby niezadowoleni, gdyby ktoś teraz przyszedł do naszego domu. Zwłaszcza w dniu, w którym straciłem swojego najlepszego przyjaciela.

– Pomódlmy się – powiedziała mama i wzięła do ręki Pismo Święte. Odszukała odpowiedni fragment i odczytała, jak brzemienna Maryja z Józefem błąkali się po świecie, nie mogąc znaleźć miejsca, w którym mógłby się urodzić Jezus. Zawsze przy tym fragmencie, dziękowałem w duchu, że urodziłem się dzisiejszych czasach.

Kiedy skończyła, rozdała opłatek i złożyliśmy sobie życzenia, przełamując się nawzajem. Mama jak zawsze rozpłakała się przy tym i długo nie mogła dojść do siebie. Tata natomiast życzył mi krótko powodzenia w szkole, ściskając w żelaznym uścisku moją rękę, a na koniec huknął mnie w plecy, zmierzwił włosy na głowie i szybko zasiadł za stołem. Rozumiałem go doskonale, bo sam miałem trudności ze składaniem życzeń.

Zgodnie z tradycją, mama przygotowała dwanaście potraw, na które składały się zawsze: barszcz z uszkami, zupa grzybowa, gotowane ziemniaki, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi z ziemniakami i serem, smażony karp, karp w galarecie, karp wędzony, śledzie z cebulą, kapusta gotowana z grochem, kutia oraz kompot gotowany z suszonych owoców.

Zawsze zaczynaliśmy od barszczu z uszkami naszpikowanymi przepyszną grzybową masą, potem każdy nakładał sobie kolejne potrawy w dowolnej kolejności, ale koniecznie należało spróbować wszystkich dań. Mama dokładnie pilnowała, aby zgadzała się ilość i nigdy nie była pewna, czy barszcz należy liczyć osobno czy też razem z uszkami.

Po kolacji, kiedy już nie mogłem się ruszać z przejedzenia, mama sprzątnęła stół i wszyscy zaczęliśmy śpiewać kolędy. Właściwie śpiewała tylko mama, podczas gdy my z tatą nuciliśmy cicho pod nosem, i to wcale nie dlatego, że nie chciało nam się śpiewać, lecz byliśmy wprost zauroczeni jej śpiewem. Mama miała tak czysty i melodyjny głos, który sprawiał, że zawsze czułem na głowie i karku mrowienie, jakby wzdłuż mojego kręgosłupa maszerowało tysiące mrówek.

Kiedy mama skończyła, długo siedzieliśmy w milczeniu.

– A może teraz, Damianek pójdzie sprawdzić, czy przypadkiem przed domem nie zatrzymały się sanie Świętego Mikołaja? – spytała mama, zwracając się do taty z konspiracyjną miną.

– Ależ oczywiście – ożywił się naraz tata.

– Ale czy nasz synek zasłużył w tym roku na to, aby przyszedł do niego Mikołaj? – dziwiła się mama, zezują na mnie oczami.

– No nie wiem – odrzekł tata, rozkładając ręce w teatralnym geście. ­– No nie wiem.

Tak, jasne, pomyślałem przewracając oczami. Irytowało mnie ich zachowanie i to, że nadal traktowali mnie, jak małe dziecko. Przecież żaden ośmiolatek na świecie nie wierzy w istnienie Świętego Mikołaja! Dlaczego dorośli tak szybko zapominają rzeczy, które były dla nich oczywiste, kiedy sami byli dziećmi?

Ale równocześnie z chęcią wziąłem udział w tym kiepskim przedstawieniu. Cóż, byłem jednak dzieckiem i ostatecznie ciekawość wzięła górę nad urażoną dumą. Oczywiście, nie żebym nagle uwierzył w Świętego Mikołaja. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że prośba mamy jest tylko pretekstem, abym na chwilę wyszedł z pokoju, podczas gdy rodzice potrzebują trochę czasu, aby prezent dla mnie zmaterializował się pod choinką. I jak zwykle będą zaprzeczać, że mają z tym cokolwiek wspólnego.

Z niecierpliwością pobiegłem do przedpokoju i robiąc dużo hałasu, otworzyłem szeroko drzwi wejściowe. Za sobą usłyszałem pośpieszną krzątaninę rodziców.

Tego wieczoru po raz pierwszy w życiu zmoczyłem się w spodnie.

* * *

Na progu, w mroku stał potężny jak góra, ubrany na czarno mężczyzna w kapeluszu.

Z całą pewnością nie był to Święty Mikołaj.

– Aaa, młody leśniczy – rzekł, prawie nie poruszając ustami. Miałem wrażenie, jakby głos dobiegał gdzieś z jego wnętrzności.

Siwiec zrobił krok do przodu i wszedł do mieszkania, kołysząc się na boki.

Młody leśniczy zrobił kilka kroków do tyłu, czując jak ciepła ciecz spływa mu po nogach. Miałem wrażenie, jakby ktoś położył mi lodowatą rękę na głowie i ciągnął do góry za włosy.

– Chodź tutaj! – krzyknął tata za moimi plecami głosem ostrym jak ostrze noża i pociągnął mnie do tyłu, stając przed Siwcem. W drzwiach stała mama z ręką przy ustach. Była blada jak płótno. Wiedziałem, że nawet w najśmielszych wyobrażeniach, nie takiego zbłąkanego wędrowca miała na myśli.

Siwiec stał z pochyloną głową dłużą chwilę i wykrzywił usta w fałszywym uśmiechu. Miał krwistoczerwoną twarz, ściętą mrozem, a z kącika ust ciekła mu stróżka śliny. Bił od niego kwaśny odór alkoholu.

Stojąc bezpiecznie za plecami taty, patrzyłem wytrzeszczonymi oczami, jak podniósł rękę i uchylając kapelusza, ukłonił się w kierunku mamy.

– Wesołych świąt! – powiedział chrapliwym głosem, szorstkim jak papier ścierny.

Ani tata, ani mama nie odezwali się słowem i zapadła kompletna cisza. Siwiec zdjął kapelusz i obracał go w dłoniach, jakby był zakłopotany wrażeniem, jakie wywołała jego niespodziewana wizyta.

– Po co tu przyszedłeś, Siwiec? – zapytał tata. Z tonu jego głosu jasno wynikało, że również nie spodziewał się takiego gościa i z całą pewnością nie zostanie zaproszony do stołu na honorowe miejsce. Nawet wbrew tradycji.

Siwiec sięgnął pod połę płaszcza i długo czegoś tam szukał. Śledziłem każdy jego ruch, a wyobraźnia naraz podsunęła mi przerażającą wizję: zaraz wyjmie nóż, albo pistolet i będzie chciał się zemścić za zastrzelenie jego psów.

– Chodzi ci o psy? – tata jakby czytał w moich myślach.

– Nie, nie przyszedłem tu z powodu psów – odrzekł, nadal gmerając w kieszeni. – Nie żywię urazy. Było minęło.

Wiedziałem, że kłamie i desperacko szukałem sposobu, jak sprawić, aby zniknął z naszego domu.

– Więc o co chodzi? – spytał tata.

– Przyszedłem, żeby… – zaczął i wreszcie wydobył to, czego szukał. – …żeby złożyć świąteczne życzenia i podzielić się opłatkiem.

Tata odwrócił powoli głowę i spojrzał na mamę, która stała z założonymi rękami na piersiach, opierając się o framugę drzwi i kręciła głową z niedowierzaniem.

Siwiec trzymał w ręku kwadratowy opłatek tak biały, że aż niebieski. Był pijany, lecz nie na tyle, żeby stracić zdolność składnego formułowania myśli.

– Przyszedłem tutaj – zaczął mówić, nie patrząc się nikomu z nas w oczy. – Żeby złożyć państwu wszystkiego najlepszego z okazji narodzenia dzieciątka Jezus i przełamać się tym oto opłatkiem.

Zbliżył się do taty i wyciągnął rękę. Tata zagryzł wargi, wahał się bardzo długo, w końcu sięgnął po opłatek i ułamał kawałek. W całkowitej ciszy trzask pękającego opłatka zabrzmiał jak wystrzał z pistoletu.

Siwiec wyciągnął rękę w kierunku mamy, która idąc za przykładem taty, również ułamała kawałek. Gdyby zaczął od niej pierwszej, z pewnością by tego nie zrobiła.

– Jeszcze ty, smyku – powiedział, podając mi opłatek. Nie wiem, na co liczył, ale cofnąłem się kilka kroków. Był przecież mordercą Benka i ostatnią rzeczą w życiu, na jaką miałem ochotę, to przełamywanie się z nim opłatkiem! Byłem zły na rodziców, że tak łatwo się zgodzili. Siwiec był niebezpieczny niczym wilkołak i nie można było go spuszczać z oka nawet na ułamek sekundy.

– No, śmiało – zachęcał mnie, uśmiechając się fałszywie. – Nie bój się, chłopcze.

Pokręciłem głową i cofnąłem się jeszcze bardziej. Czułem wilgotne zimno na nogach.

– No, dobrze – rzekł z rezygnacją i zostawił mnie w spokoju. Odwrócił się do rodziców. – Najwyższy czas zapomnieć o starych urazach i krzywdach, prawda?

Zamilkł i wsadził sobie opłatek do ust. Rodzice pokiwali głowami i również spróbowali swoje kawałki. Żadne z nich nic się nie odezwało. Być może wciąż byli w szoku jego niespodziewaną wizytą, chociaż tata wydawał się już być nieco rozluźniony. Najprawdopodobniej kompletnie nie wiedzieli, co powiedzieć.

– Zwłaszcza, że są to nasze ostatnie takie święta – Siwiec dodał niespodziewanie i spojrzał tacie prosto w twarz.

Tata przestał nagle ruszać żuchwą.

– Co chcesz przez to powiedzieć, Siwiec?

Długo mierzyli się wzrokiem.

– Chcę powiedzieć, że teraz różne rzeczy mogą się wydarzyć – rzekł Siwiec.

– Na przykład?

– Różne – odparł, spoglądając w kierunku mamy. ­– Jest stan wojenny i trzeba na siebie uważać. Zwłaszcza, jak ma się taką piękną żonę.

Tata zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki.

– O co ci chodzi, Siwiec?

Wzruszył ramionami. Znów miał twarzy ten okropny grymas i odniosłem również wrażenie, jakby cały alkohol nagle gdzieś się z niego ulotnił.

– Ja tam nic nie wiem – rzekł, zakładając kapelusz na głowę. – Mówię tylko, że w stanie wojennym różne rzeczy mogą się przytrafić.

– Grozisz nam, Siwiec?

Ten odwrócił się i chwycił za klamkę.

– Czas już na mnie – powiedział i uchylił kapelusz. – Wesołych świąt!

Po chwili już go nie było.

* * *

Dochodziła północ i pojechaliśmy na Pasterkę. Już z daleka widać było kościół, który rozświetlony w zimowej, nocnej scenerii wyglądał niczym lądujący pojazd kosmiczny. Wokół kłębił się tłum wiernych, a cała droga po obu stronach zastawiona była najprzeróżniejszymi samochodami, że trudno było znaleźć miejsce do parkowania.

Weszliśmy do kościoła.

I wtedy go zobaczyłem.

Siwiec stał pod kolumną z tyłu kościoła i przypatrywał mi się uważnie. Na jego przerażającej twarzy widniał znów ten straszliwy grymas, a kiedy nasze oczy się spotkały, wykrzywił wargi w fałszywym uśmiechu. Nagle przypomniały mi się jego słowa, które wypowiedział przed paroma godzinami w naszym domu i zacząłem trząść się ze strachu.

Poczułem, jakby groziło nam straszliwe niebezpieczeństwo.


Niedługo po tym wydarzeniu do naszych drzwi zapukali milicjanci. Było ich dwóch. Mieli zimowe panterki i czapki z nausznikami. Jeden z nich miał na plecach karabin.

Kazali tacie oddać broń. I całą amunicję.

Nie byli mili.

I zabrali tatę z sobą.

Po jakimś czasie wrócił.

Ale już bez broni.

Telefon wieczorową porą

FeaturedTelefon wieczorową porą

To ci dopiero było wydarzenie!

Po wielu latach oczekiwania zrobili to! W końcu. Założyli linię telefoniczną do naszej leśniczówki. Pamiętam, jak monterzy stawiali cuchnące impregnatem słupy telefoniczne na drodze i jak im w tym gorliwie pomagałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat i skoro mieliśmy mieć telefon, czułem się w obowiązku osobiście dopilnować, aby nie odwalili jakiejś fuszerki. Machałem profesjonalnie rękami, żeby dać znak kierowcy koparki, ile jeszcze może podcofać. Krzyczałem, kiedy zbyt słabo zaczepiali liny. Cmokałem z dezaprobatą, gdy wydawało mi się, że słup niezbyt prosto stoi. W końcu dociekałem, kiedy zbyt długo odpoczywali podczas licznych przerw na papierosa.

Chyba trochę przesadziłem, bo mnie stamtąd szybko przegonili. Niby dla mojego bezpieczeństwa! A jeden monter w białym kasku, którego wszyscy słuchali, powiedział obrazowo, że mi nogi z dupy powyrywa. Jak im się jeszcze będę pałętał pod nogami!

Chyba się nieco obraziłem i pełen najgorszych przeczuć co do jakości ich pracy nie mogłem się wprost doczekać, kiedy już skończą.

No, ale się doczekałem. Któregoś dnia, kiedy wróciłem ze szkoły, telefon już był! Nowiutki. Szary. Z bakelitu. Zajmował wyeksponowane miejsce w kuchni koło okna. Tata zrobił nawet z drewna niewielki stojak w kształcie greckiej kolumny, a mama podłożyła pod niego wyszydełkowaną serwetkę. Obok, na kredensie znajdowała się grubaśna książka telefoniczna.

Lecz radość trwała bardzo krótko. Wkrótce ten telefon stał się naszym przekleństwem! Utrapieniem. Zmorą. Dzwonił na okrągło i o każdej porze. Albo ludzie, których nawet nie znałem złazili się do nas, żeby gdzieś zatelefonować. Wkrótce wiedzieliśmy o wszystkim, co działo się w promieniu pięciu najbliższych kilometrów. Kto się zatruł grzybami, komu piła palce uharatała, a kto właśnie umiera. Albo czyja krowa urodziła, lub czyja żona się ocieliła. A może było na odwrót? Zresztą, nie miałem nawet jak, żeby się nad tym głębiej zastanawiać, bo cały czas robiłem za posłańca. Od powrotu ze szkoły do późnej nocy pedałowałem na swoim rowerku marki Reksio po okolicy, niczym listonosz roznosząc dobrą, albo złą nowinę. Najczęściej tą drugą.

Pewnego dnia wróciłem jak zwykle ze szkoły. Rodziców nie było. Na stole w kuchni znalazłem kartkę z lakoniczną informacją, że pojechali na zakupy do Trzebnicy oraz szczegółową aż do bólu instrukcję obsługi od mamy, w jaki sposób mam odgrzać sobie obiad. W tamtych czasach było to normą. Drugoklasista był już w zasadzie dorosłym człowiekiem i musiał troszczyć się o siebie, kiedy zostawał sam w domu. Zresztą, wtedy często spotykało się dzieciaki, które wykazywały się większym rozsądkiem, niż niektórzy dorośli.

Nie ukrywam, że bardzo lubiłem zostawać w domu. Sam. Nigdy się nie bałem. Byłem przecież synem zawodowego myśliwego, często wąchałem zapach prochu i miałem już prawdziwą krew na rękach. Wiedziałem, że w razie czego, sam dam sobie świetnie radę.

Zjadłem obiad. Pooglądałem trochę telewizję, ale oprócz jakiegoś programu rolniczego, gdzie pokazywali, jak się wykopuje buraki, nie było nic godnego uwagi. Na podwórku przez jakiś czas poodbijałem piłkę od bramy, w garażu odpaliłem motocykl i trochę pogazowałem silnikiem, aż wszędzie zrobiło się siwo od spalin wydobywających się z rury wydechowej. Z lekkim poczuciem winy szybko wywietrzyłem dym i zatarłem wszelkie ślady mojej obecności w pobliżu motoru. Tata, gdyby się dowiedział, co zrobiłem, chyba nie miałby zbyt szczęśliwej miny.

Kiedy wracałem do domu, zerwał się porywisty wiatr, który zatrząsnął koroną akacji stojącej w rogu podwórza, zrywając chmarę liści. Gdzieś, za lasami rozległ się stłumiony odgłos gromu. Od zachodu nadchodziła burza. Na świecie zrobiło się jakoś tam mroczno. I jakoś tak strasznie.

Rodzice wciąż nie wracali.

Znowu trochę pooglądałem telewizję, przejrzałem kilka starych numerów Skrzydlatej Polski, ale żadna z tych czynności nie przyciągnęła mojej uwagi na dłużej. Prawdę mówiąc nudziłem się śmiertelnie. Żeby poczuć w końcu jakieś emocje postanowiłem pomyszkować trochę po domu. W końcu nieobecność rodziców jest przecież doskonałą ku temu okazją! Najpierw poszedłem do sypialni rodziców i po krótkich poszukiwaniach odkryłem pod materacem coś, co mama tam zawsze skrzętnie chowała przede mną.

Książkę. Niezbyt grubą. Pod nic mi nie mówiącym tytułem. Emmanuelle. Tylko po co te podwójne „m” oraz „l”? Rzuciłem się w poprzek na łóżko i zacząłem ją przeglądać. Przeczytałem kilka akapitów, ale nie znalazłem nic ciekawego. Żeby choć jakieś obrazki były! I po co, mama urządzała z tą książką takie ceregiele? Odłożyłem ją w takim samym miejscu i pozycji, jak była.

Potrzebowałem czegoś mocniejszego. W tym czasie burza przybliżyła się znacznie i odgłosy gromów słychać było coraz wyraźniej. Poszedłem do kancelarii taty i z szuflady biurka wyjąłem niewielki kluczyk. Wiedziałem, do którego zamka pasował. Z bijącym sercem otworzyłem szafkę, gdzie tata trzymał broń. Dubeltówka Иж-49. Kaliber 20. Z wprawą ją złożyłem. Najpierw kolba, potem lufy, a na końcu czółenko. Broń była dobrze naoliwiona i wszystkie części pasowały do siebie zatrzaskując się z aksamitnym kliknięciem. Poćwiczyłem celowanie do wyimaginowanych celów i nawet przyszło mi do głowy, żeby załadować lufy nabojami. Ale na to już nie starczyło mi odwagi.

I wtedy zadzwonił telefon.

Aż podskoczyłem w miejscu. Miałem wrażenie, jakby tata właśnie mnie nakrył na tym, że ruszam broń. To miałem absolutnie zabronione i zdawałem sobie sprawę, że raczej bez paska się nie obejdzie, jeśli się wyda.

Telefon dalej dzwonił.

Błyskawicznie rozłożyłem dubeltówkę, wytarłem rękawem odciski palców z luf i odłożyłem  ją z powrotem do szafki. Zamknąłem dokładnie, a kluczyk odłożyłem do szuflady.

Telefon cały czas dzwonił.

Już nieco uspokojony, sięgnąłem po słuchawkę i przyłożyłem ją do ucha.

– Słucham? – powiedziałem. Miałem ściśnięte gardło i z moich ust wydobył się coś jakby zduszony pisk.

Po drugiej stronie panowała głucha cisza.

– Słucham – powtórzyłem.

Nikt się nie odezwał. Miałem wrażenie, że słyszę czyjś oddech w słuchawce. I bicie serca. A może to był tylko odgłos mojego?

Odłożyłem słuchawkę. Przez chwilę było cicho, lecz zaraz gdzieś uderzył piorun. Zacząłem liczyć. 121…122…123. Grzmot! Jakiś kilometr od nas. Słychać było narastający szum wiatru i bębnienie ciężkich kropel deszczu po dachówkach.

Znów rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka.

Znów podniosłem słuchawkę. I znowu po drugiej stronie zapadła głucha cisza!

Przyznam się, że poczułem się nieswojo.

A może by tak udawać, że nic się nie stało? – pomyślałem. Poczułem przypływ lepszego humoru i już wiedziałem, czym się zająć – postanowiłem wysprzątać mieszkanie. Mama na pewno byłaby zadowolona, poza tym chciałem, żeby mieszkanie lśniło, kiedy rodzice wrócą. A poza tym chyba chciałem nieco zagłuszyć to poczucie winy, które ogarnęło mnie po tym, jak ruszyłem broń.

Ale rodziców wciąż nie było.

Pozapalałem światła we wszystkich pokojach i rzuciłem się z odkurzaczem na dywany i chodniki. Następnie poszły w ruch szczotki i ścierki. Wymyłem podłogi w pokoju gościnnym i przedpokoju, wytarłem również kurze z górnych szafek w kuchni. Pozmywałem i powycierałem do sucha naczynia oraz podlałem wszystkie kwiaty na parapetach.

Telefon już nie zadzwonił ani razu.

Zrobiło się już bardzo późno, kiedy skończyłem, a na dworze burza rozpętała się na dobre. Pioruny uderzały coraz bliżej i raz po raz okna w domu błyskały niebieskim światłem. Sprzątanie bardzo mnie wykończyło, ale byłem dumny z efektów. Czułem się znużony i co chwilę ziewałem przeciągle. Mimo że byłem śpiący, z nic w świecie nie poszedłbym do łóżka przed przyjazdem rodziców.

Na wszelki wypadek posprawdzałem, czy wszystkie okna są zamknięte. Pozamykałem również drzwi wejściowe oraz te prowadzące na strych. Klucze poprzekręcałem dwa razy i zostawiłem w zamkach.

Aż skuliłem się w sobie, gdy gdzieś blisko walnął piorun. Wisząca nad kuchennym stołem lampa zgasła na sekundę, zapaliła się na niewiele dłużej i ostatecznie przestała świecić na dobre.

Zapadła kompletna ciemność.

Stałem nieruchomo, nerwowo przełykając ślinę. Ulewny deszcz ostro zacinał w okna, wiatr wściekle  tarmosił konarami akacji, a co kilka sekund rozlegał się głośny syk i oślepiający błysk rozświetlał wnętrze kuchni, jakby ktoś robił zdjęcia przez okno aparatem fotograficznym z gigantyczną lampą błyskową.

Gdzieś, chyba na strychu coś łupnęło z głuchym łoskotem, potem słychać było dźwięk podobny do tego, jaki wydaje tocząca się kulka po drewnianej podłodze, a na koniec dało się słyszeć jakby ktoś chodził tam i z powrotem, ciężko stawiając kroki.

Lodowate macki zaczęły wędrować w górę moich pleców, jeżąc włoski na karku i powoli zaciskając się wokół gardła. Zerwałem się na równe nogi, czując paniczny strach, podczas gdy usłużna wyobraźnia podsuwała mi coraz to bardziej przerażające obrazy, kto lub co właśnie przyszło, aby mnie dopaść. Naraz przypomniały mi się wszystkie te filmy, które widziałem, a których rodzice nie pozwalali mi oglądać. Ożyły wszystkie potwory i umarlaki. Zmaterializowały się wszelkie duchy, zjawy i demony. I po co oglądałem ostatnio ten program „997”! Pokazywali wtedy seryjnego mordercę, który chodził po domach udając rannego w wypadku człowieka, a potem zabijał samotne kobiety, podcinając im gardła. Wcześniej coś im jeszcze robił, ale nie mogłem przypomnieć sobie, o co dokładnie chodziło.

Dlaczego wtedy nie zamknąłem oczu, jak kazali mi rodzice!

Stąpając na palcach przeszedłem do ganku i zatrzymałem się obserwując drzwi wejściowe i nasłuchując dobiegających zewsząd dźwięków.

Jaskrawy błysk rozświetlił ciemność na ułamek sekundy i w zimnym, trupim świetle, nie mogąc uwierzyć własnym oczom widziałem, jak u wejściowych drzwi klamka poruszyła się kilkakrotnie w górę i w dół. Strach oblał mnie jak wrzątek i całym ciałem poczułem jego fizyczny ciężar. Otaczał mnie ze wszystkich stron jak ciężkie, gęste powietrze nie pozwalając ruszyć się z miejsca. Nawet nie słyszałem grzmotu, który w chwilę po tym przetoczył się nad domem jak olbrzymi walec.

Kolejny błysk i poprzez matową szybę w ujrzałem potężną sylwetkę człowieka stojącego na ganku. Klamka znów zatrzepotała nerwowo.

To on! – przemknęło mi przez głowę, zanim ponownie zapadła ciemność.

Seryjny morderca!

Nie widziałem dokładnie, ale nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to on. Pewnie skądś się dowiedział, że zostałem sam w domu i przyszedł mnie załatwić.

No jasne! Groza ścięła mi krew żyłach.

Telefon! To on dzwonił! Seryjny morderca! Sprawdzał, czy ktoś jest w domu.

Chryste Panie!

Uświadomiłem sobie, że grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo. Musiałem natychmiast uciekać z domu! Wiedziałem, że nie mam zbyt wiele czasu. Musiałem też zdobyć jakąś broń, na wypadek gdyby mnie dopadł.

Co jak co, ale łatwo życia nie sprzedam!

Skuliłem się i zachowując całkowitą ciszę, krok za krokiem przesunąłem się do kuchni. Z szuflady w kredensie wyjąłem długi, wąski nóż do krojenia mięsa. Wróciłem do ganku i czekałem, aż błyskawica znowu oświetli drzwi wejściowe, ale minęła minuta albo dwie i nic się takiego nie stało. Burza powoli oddalała się, a ja nie miałem ani chwili do stracenia.

Ruszyłem w kierunku drugich drzwi wyjściowych. Tych od kancelarii. Poruszając się w kompletnych ciemnościach wymacałem zamek i dwa razy przekręciłem metalowe pokrętło, odsuwając rygiel. Nabrałem mocno powietrza w płuca i ściskając kurczowo nóż, chwyciłem za klamkę.

Teraz! – powiedziałem do siebie i naciskając klamkę, natarłem całym ciałem na drzwi.

Wypadłem na schody.

I zderzyłem się ze stojącym w ciemnościach człowiekiem.

Krzyknąłem przeraźliwie i uniosłem rękę uzbrojoną w nóż do góry.

– Damian? – stojący przede mną mężczyzna spytał głosem, w którym kryło się bezgraniczne zdumienie.

Gdzieś na stawach zygzakowaty piorun uderzył w drzewo i przez ułamek sekundy dookoła zrobiło się jasno jak w dzień.

Przede mną stał tata i wyciągał do mnie ręce.

– Co ty robisz, synku? – zapytał, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w nóż.


Później okazało się, że monterzy jednak odwalili fuszerkę i podczas burzy dochodziło do jakiegoś zwarcia na linii. Tata zgłosił to do Telekomunikacji. Przez kilka dni nic się działo. Przynajmniej mieliśmy spokój, bo nikt nie dzwonił. To znaczy, jak dzwonił to i tak niczego nie było słychać po drugiej stronie. Naszej stronie.

Tamtej nocy tata dzwonił do mnie, żeby powiedzieć, że popsuł im się samochód. I że nie wiedzą, kiedy wrócą. I że idzie burza. I żebym się nie bał.

Taaa… jasne!

Ale w końcu przed naszym domem pojawiła się ekipa monterów. Ta sama, która stawiała wtedy słupy. Tym razem nie dałem się spławić i dulczałem nad nimi, jak cień sępa nad umierającym z pragnienia człowiekiem na pustyni. Cały czas patrzyłem im na ręce i zasypywałem setkami pytań.

Myślę, że właśnie tylko dzięki mnie w końcu zrobili to tak, jak należy.

Od tamtej pory już nie dochodziło do żadnego zwarcia na linii podczas burzy.

 

Córeczka tatusia

FeaturedCóreczka tatusia

Czy wiecie, kiedy tak naprawdę poczułem, że jestem ojcem?

Czy tamtego dnia, gdy się o tym dowiedziałem? A może wtedy, kiedy wziąłem to śliskie i wilgotne ciałko do ręki, a drugą z trudem przecinając pępowinę? Lub też, gdy po raz pierwszy usłyszałem upragnione słowo „Tata”?

Continue reading „Córeczka tatusia”

FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.

Oj, zagotowało się!

Pierwszy wpis z cyklu FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1. był jak przysłowiowy kij w mrowisko. Piasek w tryby. Był niczym pręt wsadzony w szprychy, albo palec wkręcony w sieczkarnię! Niektórych zabolało.

Ale myślę, że mimo to udało się osiągnąć pierwszy krok w kierunku założonego celu.

Sprowokować do rozmowy.

Bo nadal twierdzę, że my o sobie niewiele wiemy. My, faceci, swoje, a Wy swoje.

Continue reading „FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 2.”

Kobieta z pociągu

FeaturedKobieta z pociągu

Nie wierzę w cuda!

Nigdy nie wierzyłem. I odkąd sobie to uświadomiłem, jakoś lżej żyje mi się na tym świecie. Łatwiej. Bo życie bez złudzeń jest znacznie prostsze. Bez wszystkich tych nieznośnych rozczarowań. Niepotrzebnego oczekiwania na coś, co samo i tak się nie wydarzy. Nigdy!

Continue reading „Kobieta z pociągu”

Chleb z musztardą

FeaturedChleb z musztardą

Był postrachem całej szkoły.

Miał ksywę „Diabeł” i robił chyba wszystko, żeby przypodobać się swojemu patronowi. Lucyferowi. Albo Belzebubowi. Zresztą, kto by się tam połapał w tej piekielnej hierarchii. W każdym razie nieźle sobie radził i po śmierci z pewnością czekała go wspaniała kariera. Nieziemska. Rzekłbym – szatańska.

Continue reading „Chleb z musztardą”

Warszawa pod ich stopami

FeaturedWarszawa pod ich stopami

On jeszcze nie był sam.  Ona już nie miała nikogo.

Oboje się pomylili. Co do życia. Jeszcze nie zaczęli go na dobre, a już nieźle oberwali. Zostali poharatani. Do kości. Do krwi. Zranieni. Pogruchotani. Pozbawieni niewinności. Tej naiwnej wiary w lepsze jutro. I w ludzi. W drugiego człowieka.

Continue reading „Warszawa pod ich stopami”

Murzyn

FeaturedMurzyn

Jako dzieciak niczego tak się nie bałem w życiu, jak Murzyna!

Pan Mundek często powtarzał, że jeszcze nigdy nie trafił mu się równie głupi koń. Nieusłuchany. Dziki. Taki, któremu nigdy nie wiadomo, co może do tego durnego łba strzelić. Taki leniwy. I taki pojebany.

– Tak samo tępy i tak samo nie chce mu się robić, jak… tamtym – mawiał, rechocząc ze śmiechu aż widać było ten drgający dzyndzel głęboko w jego gardle.

Continue reading „Murzyn”

Łzy w Twoich oczach

FeaturedŁzy w Twoich oczach

Dzisiaj, jadąc do pracy znów ją słyszałem.

Pada mokry śnieg. Za dwa dni skończę czterdzieści jeden lat. Jest zimno. I mokro. I brzydko. Druga połowa kwietnia. Świat zdaje się znowu przycupnął na krawędzi jakiegoś globalnego konfliktu. Powinna być już wiosna. I słońce. Wszyscy jakby wstrzymują oddech czekając na to, co się ma wydarzyć. Pracujące rytmicznie wycieraczki samochodu rozmazują brud po całej szybie. Właśnie skończył się płyn do spryskiwaczy. Niskie, ołowiane chmury szorują nabrzmiałymi od wody wymionami tuż po samej ziemi.

Continue reading „Łzy w Twoich oczach”

Mirafiori

FeaturedMirafiori

Dżonek był jakiś dziwny!

Chodził z nami do klasy, ale zawsze trzymał się z daleka. Z boku. Całkiem dobrze się uczył. Grał też nieźle w piłkę. Niezbyt szło mu z dziewczynami, ale ten temat nie był jeszcze wtedy dla nas wszystkich najważniejszy. Jeszcze nie był.

Continue reading „Mirafiori”

Dziunia

FeaturedDziunia

Czy wiecie, jaki jest najbardziej przygnębiający widok na świecie?

To widok z okna. Szpitalnego. Nie ma nic gorszego. Nic bardziej niesprawiedliwego. Bo nigdzie bardziej nie doświadcza się granicy pomiędzy światem zewnętrznym a samotnością. Twoją samotnością. I twoimi myślami. Sam na sam.

W żadnym innym miejscu nie zadajesz sobie wciąż tego samego pytania: „Dlaczego?”

Continue reading „Dziunia”

Moja Czarna Skrzynka

FeaturedMoja Czarna Skrzynka

Czy to już jest TEN kryzys?

Kiedy zacząłem pisać bloga, żona stwierdziła, że chyba właśnie dopadł mnie kryzys wieku średniego. Rodzina i wszyscy znajomi zapewne nieco się zdziwili, uznając mnie pewnie za lekko nieszkodliwego dziwaka. A parę innych osób właśnie puka się w czoło, mówiąc: „Temu, to już naprawdę odbiło na dekiel!”.

Continue reading „Moja Czarna Skrzynka”

Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

FeaturedShare Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!

Wstyd, że dopiero teraz to robię!

Już dawno powinienem był to zrobić. I mógłbym teraz podać milion lepszych lub gorszych wykrętów, dlaczego jeszcze tego nie uczyniłem, ale faktem jest, że nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Kompletnie. Nul! Mogę tylko spuścić głowę, rysować czubkiem buta ziemię i czerwienić się…

A powinienem oddać z nawiązką wszystko to, co otrzymałem od chwili, kiedy opublikowałem swój pierwszy wpis jako Czarna Skrzynka. Mam olbrzymi dług do spłacenia! Przyznam się szczerze, że początkowo trochę obawiałem się, iż zobaczę komentarze podobne do tych, jakie przeczytać można na onecie, wirtualnej czy innych portalach. Wiecie jakie, prawda?

Continue reading „Share Week 2017 – czyli blogi, które Czarna Skrzynka poleca!”

160 znaków przed śmiercią

Featured160 znaków przed śmiercią

Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co chciałbyś powiedzieć swoim najbliższym przed śmiercią?

Twoją śmiercią. Nieuchronną śmiercią. Właściwie trudno nawet stwierdzić, gdzie przebiega dokładna granicą między nią, a Twoim życiem. Tego nie wiesz. I nie będziesz widział. Możesz tylko czekać. Biernie czekać. Nic nie możesz zrobić. Bo nic nie da się zrobić.

Siedzisz przecież w samolocie!

Continue reading „160 znaków przed śmiercią”

Czarna Wołga

FeaturedCzarna Wołga

Czy znacie legendę o Czarnej Wołdze?

Z pewnością słyszeliście mrożące krew w żyłach historie o czarnej limuzynie krążącej nocami po nieoświetlonych drogach, prawda? W zależności od stopnia rozwinięcia wyobraźni świadków, raz jej kierowcą był seryjny morderca polujący na młode dziewczyny, innym razem natomiast wampir wysysający krew z niczego nieświadomych autostopowiczów, lub też sam Szatan o wyglądzie przemiłego staruszka, którego zdradziły dopiero wystające z nogawek kopyta, jak przysięgała pewna kobieta. Ponoć chwilę potem postradała zmysły i osiwiała jak gołąbek. Ale zdarzało się, że widziano również za kierownicą wilkołaki, esesmanów oraz obowiązkowo w naszej szerokości geograficznej – Żydów upuszczających dzieciom krew na macę. Któż tego nie słyszał!

Ja spotkałem Czarną Wołgę. Wiele lat temu. I poznałem całą prawdę, jaka się za nią kryła. Była zupełnie różna od tych wszystkich opowieści.

Ale wiecie co?

Rzeczywistość okazała się nie mniej przerażająca.

Continue reading „Czarna Wołga”

Milion szkarłatnych róż

FeaturedMilion szkarłatnych róż

Czy można zakochać się do szaleństwa?

W dniu takim, jak dziś opowiem Wam bajkę. Prawdziwą bajkę. Bajka będzie krótka. Tak krótka, jak krótkie może być życie. I niesprawiedliwe. Czasem lepsze. Czasem gorsze. Ale najczęściej nędzne i samotne.

Dokładnie takie, jak życie Niko Pirosmani.

Continue reading „Milion szkarłatnych róż”

12 groszy

Featured12 groszy

Od dzisiaj definitywnie jestem obrażony z Żabką!

Nie chodzi tu o moją żabkę, bo na moją żabkę zazwyczaj mówię „Myszka”. Poza tym gdzież bym tam śmiał się na nią obrazić! Nie da się. Wystarczy, że zrobi minę numer 16 – a ma ich 365 podstawowych i niezliczoną ilość pośrednich – i już moje serce topnieje jak stal w martenowskim piecu.

Chodzi mi o ten sieciowy sklep na osiedlu. Definitywny rozwód! Czara goryczy przelała się ostatecznie. Moja noga już tam więcej nie postanie! Never ever!

Continue reading „12 groszy”

FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

FeaturedFightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.

Wiem, że od teraz będę miał przerąbane!

I to podwójnie. Kobiety znienawidzą mnie za to, że usłyszą coś, czego może wcale nie chciałyby usłyszeć. Nigdy. Bo to nie będzie miłe. Ani przyjemne. Nie będzie też w stylu: „Zdradzę-Wam-co-o-Was-myślimy-bo-jestem-taki-miły-facio-prawie-Brat-Łata-i-po-cichu-na-coś-tam-może-liczę…” Taki Lisek-Chytrusek, albo Babski Sołtys, jak nazywaliśmy ich w szkole. Wy też takich spotykałyście, prawda? Łazili wszędzie za wami niczym przyszywana koleżanka; próbowali z mizernym skutkiem skakać w gumę; trzymali za rękę, kiedy zalewałyście się łzami po którymś tam zerwaniu z chłopakiem; i wreszcie we wszystkich grach typu „chłopaki-na-dziewczyny”, dziwnym trafem zawsze byli po waszej stronie. My zaś gardziliśmy takimi osobnikami, jak gardzi się kapusiami, skarżypytami i generalnie wszelkiej maści gnojkami.

Continue reading „FightClub.pl – czyli co faceci mówią o kobietach – część 1.”

A kiedyś znów mnie uratujesz…

FeaturedA kiedyś znów mnie uratujesz…

Czy wiecie, jak łatwo można złamać serce?

Bardzo łatwo. Właściwie nie wymaga to większego wysiłku. Wystarczy niewielka siła i… traaaach!  Pęknięte na dwie połowy. Trzeba tylko uważać, bo można się przy tym poranić. I poharatać ostrymi odłamkami. Aż do krwi.

Zwłaszcza, kiedy serce zrobione jest z kruchego plastiku. Najtańszego. Chińska tandeta. Zwykła mała popierdółka kupiona gdzieś za grosze na straganie w Ełku. A może w Mikołajkach? Zresztą, teraz to już jest właściwie nieistotne. Któż by tam pamiętał po tylu latach!

Continue reading „A kiedyś znów mnie uratujesz…”

Słowa

FeaturedSłowa

Czy wiecie, kto wypowiedział najmądrzejsze słowa w historii ludzkości?

To przed przeczytaniem tekstu poniżej, obejrzyjcie najpierw ten filmik na YT:

Słyszeliście, prawda? Zwróćcie uwagę na poniższe zdanie:

„[…] We choose to go to the moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard, because that goal will serve to organize and measure the best of our energies and skills, because that challenge is one that we are willing to accept, one we are unwilling to postpone, and one which we intend to win, and the others, too.”

Continue reading „Słowa”