Tego dnia było już za późno.

Stało się to pewnego pochmurnego popołudnia, gdy płynąłem promem po rzece Hudson w kierunku New Jersey. Tkwiłem samotnie na rufie górnego pokładu, a zimny i porywisty wiatr, który zmusił innych pasażerów do ukrycia się na dolnym poziomie, dudnił w uszach, targał włosy i wyciskał gorące łzy z oczu. Stary prom leniwie odbił od przystani przy Battery Park i mozolnie pokonywał wysokie fale, rozbijając je swym tępym dziobem. Przede mną mroczne kaniony dolnego Manhattanu utworzone przez drapacze chmur kreśliły szczerbatą linię na horyzoncie.

Oparty o reling w dłoni trzymałem telefon komórkowy.

W głowie miałem kompletną pustkę. W uszach wciąż brzmiały mi słowa. Jej słowa. Tej, która zawsze do mnie dzwoni, gdy dzieje się coś ważnego. Nieodwracalnego. Ostatecznego.

Były to trudne słowa. Ciężkie. Nabrzmiałe niczym smolisto-czarne, deszczowe chmury. Przesiąknięte smutkiem. I bólem. Dla mnie jej słowa były jak wyrzut sumienia. Niczym akt oskarżenia wydany razem z wyrokiem. Dożywotnim. Niestety, już bez możliwości zadośćuczynienia.

Mama powiedziała, że pogrzeb odbędzie się najbliższą środę. Że wszystko już załatwione. Że była przy Nim  do samego końca. Że umarł w domu. Swoim domu. Że tuż przed tym pocałowała go w czoło. On natomiast chciał jej coś powiedzieć. Czuła to. Już nie zdołał. Ale zrobił coś przedziwnego. Ułożył ręce wzdłuż ciała. I umarł. Tak po prostu. Odszedł. Jakby nie chciał narobić jej kłopotów z tym całym przygotowywaniem ciała do pochówku. Jak zawsze. Nigdy nie sprawiał kłopotu. Wprost przeciwnie. Zawsze dawał. Wszystkim. Bez wyjątku. Z całego serca. Dobrego serca.

Dawne, postrzępione wspomnienia wróciły niczym nietoperze do jaskini o świcie, powodując na przemian przyspieszone bicie serca, jak i nieznośne poczucie winy.

Nagle zapragnąłem, aby wskazówki zegara zaczęły obracać się w przeciwnym kierunku.

* * *

Nawet nie był moim dziadkiem. Takim rodzonym dziadkiem. Był zupełnie obcy. I tylko zwykły przypadek sprawił, że mieszkał za płotem oddzielającym nasz ogród od jego. Tata powiedział, że mieszkał już tam, zanim się sprowadzili z mamą i od zawsze był nieodłącznym elementem mojego dziecięcego krajobrazu.

Nawet nie pamiętam, kiedy zaczęliśmy mówić na niego „Dziadek”. Początkowo określenie to znaczyło ni mniej, ni więcej tylko kogoś, kto jest stary, ale z biegiem czasu ta różnica się wyraźnie zatarła. Znikła. Stała się synonimem takiego prawdziwego dziadka. Takiego, który całkiem bezinteresownie zaklei dziurawą dętkę w twoim rowerku marki Reksio. Albo takiego, do którego można wpaść w środku meczu rozgrywanego na pobliskiej łące, żeby napić się lodowatej i słodkiej wody wprost z metalowego wiadra. Albo takiego, do którego mama wysyłała cię, żeby pożyczyć jajko, bo właśnie robiła makaron na niedzielny rosół i jednego jej zbrakło.

Chociaż z tym jajkiem to nie była taka prosta sprawa. Właściwie była beznadziejna. Z góry skazana na porażkę! Bo Dziadek miał – jak to mówili ludzie – jakiegoś „pierdolca” na punkcie tych jajek. Coś rzeczywiście było na rzeczy. Bo on oddałby ci wszystko. Ostatnie pieniądze, jedyną koszulę, ba, nawet całą kurę! Ale jeśli chodziło o jajko, to zaczynał coś kręcić. Wić się. Jak piskorz posypany solą. Jak dżdżownica dziabnięta szpadlem. Zawsze coś motał. Coś marudził. Że kury się przestały nieść. Że łasica podebrała w nocy. Że to. Że tamto…

I kiedy wracałem z pustymi rękami, mama kiwała głową ze zrozumieniem, jakby spodziewała się takiego obrotu sprawy. Dziadek nigdy nie otwierał lodówki w obecności innych ludzi, ale mama zdradziła mi, że kiedyś pod jego nieuwagę zajrzała do niej i zobaczyła, że cała jest wypełniona jajkami. Wszystkie półki. Od samego dołu aż po sam zamrażalnik. Setki jajek.

Później natomiast usłyszałem, jak Dziadek kłócił się z kimś w sklepie mówiąc, że on to przed wojną we dworze cały dzień harował w polu za jedno jajko! A teraz tyle trzeba płacić za takie byle co. Mimo że miałem wtedy ważniejsze rzeczy do roboty, to przez ułamek sekundy, krótszy niż rozbłysk spadającej gwiazdy z nieba, nagle dostrzegłem jakiś związek pomiędzy tymi jajkami oraz jego dziwacznym zachowaniem. Ale oczywiście zbyt długo nie zaprzątałem sobie głowy.

Z tymi ostatnimi pieniędzmi to też była fatalna sprawa. Nawet nie pamiętam, który z nas, łepków, wpadł na ten pomysł. Zresztą akurat to nie jest tu najistotniejsze. Ważne, kto zgłosił się na ochotnika! Ale kiedy masz osiem albo dziewięć lat, to niestety masz bardzo ograniczony wachlarz możliwości, żeby zaimponować kumplom. Zwłaszcza starszym od siebie. Zwłaszcza kiedy jesteś najniższy, najwątlejszy i najsłabszy.

Ale tuż przed samą akcją nachodzą Cię wątpliwości. Gdzieś w głębi twojego mózgu rodzi się jednak myśl, że tak nie można. Że to grzech. Że to nie jest w porządku. Że to wbrew temu, czego starzy cię uczyli. Że w końcu, to wbrew tobie. Że jeśli to zrobisz, już nie będziesz tym samym człowiekiem. Zwłaszcza w tym przypadku. Był jakby twoim dziadkiem. Był dla ciebie dobry. Nawet lepszy niż rodzony dziadek. Nawet kiedyś narysowałeś mu laurkę na Dzień Dziadka. To prawie jak świętokradztwo. Jak to, kiedy zapaliłeś pierwszego papierosa podanego przez kumpla i natychmiast sobie przypomniałeś, że rok wcześniej przysięgałeś na Komunii, że nie będziesz tego robił do osiemnastki. I jak natychmiast dostałeś mdłości.

– Ale to przecież nie jest twój prawdziwy dziadek! – mówi naraz najstarszy z waszej bandy widząc twoje wahanie. – To się nie liczy.

Wszyscy kiwają głowami na potwierdzenie jego słów.

Nie masz już wyboru. Żadnej drogi odwrotu. Zwłaszcza, że ty jedyny wiesz, pod którą cegłą w gzymsie znajduje się klucz do zamka.

Ale co najważniejsze – tylko ty wiesz, gdzie znajduje się jego sekretna skrytka z najcenniejszymi skarbami.

* * *

Jest ciepły, wrześniowy wieczór. Zapowiada się piękna jesień, lekko zamglone słońce rzuca wydłużone cienie, a drzewa zdążyły pokryć się wszystkimi odcieniami złota, brązu i czerwieni. Jest już po pierwszych nocnych przymrozkach i w powietrzu leniwie żeglują pasemka babiego lata.

Za ostatnią wioską kiepska asfaltowa szosa biegnie wśród pól i łąk. Japoński samochód bardzo dobrze się prowadzi i całkiem nieźle tłumi nierówności. Auto nieco podskakuje przy moście i po chwili jestem na krzyżówce. Dalej droga wpada do lasu, by zniknąć gdzieś w plątaninie dróg prowadzących donikąd.

Skręcam w lewo w polną drogę. We wstecznym lusterku widzę jak koła wzbijają w powietrze drobinki piasku tworząc z nich wirujący w tyle warkocz kurzu. Znam drogę na pamięć i pomimo upływu czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakby to wszystko było zaledwie wczoraj.

Zatrzymuję samochód i gaszę silnik. Moje serce bije mocno, kiedy wysiadam i nabieram głęboko powietrza w płuca. Jest rześkie, wilgotne i ma delikatny zapach spalenizny. Od nadmiaru tlenu czuję lekkie oszołomienie.

Tym razem nikt na mnie nie czeka.  Jego dom stoi pusty od kilku miesięcy. Jest w opłakanym stanie. Brakuje szyb w oknach, a wokół domu rosną wysokie chwasty i długa, sucha trawa. Widzę nawet zdziczałe gołębie wlatujące swobodnie do środka przez strzaskane dachówki.

Podchodzę bliżej i zatrzymuję się przed drzwiami wejściowymi pokrytymi złuszczającą się brązową farbą. Naciskam klamkę, ale drzwi są zamknięte na klucz. Tak, jak wtedy. Spodziewałem się tego.  Odnajduję odłupaną cegłę i wyjmuję ją z gzymsu. Biorę w palce duży i chłodny klucz. Z trudem otwieram drzwi. Zawiasy protestują z przeraźliwym zgrzytem.

Wewnątrz jest mroczno. W nozdrza uderza zapach zastanego, zatęchłego powietrza. Oraz tego nieuchwytnego smaku zamrożonego czasu. Zatrzymanej w półkroku przeszłości oraz teraźniejszości. Nic się nie zmieniło. Jest dokładnie tak, jak kiedy byłem tu ostatni raz. Ileż to już lat? Dwadzieścia? Więcej? Mniej? A może było to zaledwie sekundę temu? Może nigdzie się nie ruszałem. I tylko On gdzieś wyszedł. Na chwilę. I już nie wrócił.

Siadam na progu przy piecu. Tam, gdzie On zawsze siadał. Żeby wrzucić bryłę węgla do paleniska w starym kuchennym piecu. Albo pogrzebać w rusztach. Albo odwrócić pieczone na blasze ziemniaki na drugą stronę. Albo usiąść i zapatrzyć się na tańczące płomienie w piecu. I tak siedzieć. Po prostu siedzieć.

Rozglądam się z ciekawością dookoła siebie. Wszystko tak samo. Ten sam stary kredens. I to skrzynkowe radio. Wysiedziana kanapa. Nawet ten jego płaszcz przerzucony przez oparcie krzesła. Wszystko jest na swoim miejscu. On przecież tak nie lubił, kiedy ktoś Mu coś zmieniał. Naruszał porządek rzeczy. Zakłócał ustalony rytm. Burzył spokój. On tak wtedy obruszał się z udawaną złością. Ofukiwał na niby. Ale oczy zawsze go zdradzały. Bo człowiek nie może być zły, kiedy jego oczy tak łagodnie się uśmiechają. Po prostu nie da się.

Ruszam się z miejsca. Muszę się pośpieszyć. Gęstniejący mrok sprawił, że cały dom zaczął pogrążać się w bezkształtnych cieniach. Wkrótce zapadną ciemności. Z tego, co mówiła mi mama, Energetyka zaraz po pogrzebie odcięła prąd. Ponoć takie są procedury.

Obchodzę piec dookoła. Upływ czasu sprawił, że już nie jestem pewien. Obmacuję po kolei wszystkie kafle. Już nie pamiętam, który to był. Żaden nie drgnął. Marszczę czoło. Ale nie poddaję się. Opukuję każdy jeden zagiętym palcem. Wszystkie brzmią tak samo. Czyżbym się pomylił? Pukam mocniej.

Aha! Jeden jakby bardziej odpowiedział. A może mi się tylko tak zdawało? Uderzam pięścią. Tak! To ten. Napieram dłonią na jeden z narożników kafla. Po przeciwnej stronie szczelina robi się coraz większa. Wciskam w nią palce i podważam z całej siły. Po chwili kafel odskakuje i w ostatniej chwili łapię go mocniej, aby nie upadł na podłogę. Delikatnie odkładam na bok.

Przede mną w piecu zionie kwadratowa, ciemna dziura. Serce wali mi jak młotem. Czuję stróżki potu wzdłuż kręgosłupa. Zdmuchuję opadające na oczy włosy i wyciągam przed siebie rękę.

Moje palce trafiają na kanciasty kształt. Zaciskam dłoń. Po chwili wyjmuję stamtąd małą puszkę. Kwadratową blaszankę po herbacie. Tą samą. Nie mam żadnych wątpliwości. Jej obraz wyrył mi się pod powiekami jak oskarżycielski napis na murze.

Jego puszka ze skarbami. Najcenniejszymi. Wprawdzie bez materialnej wartości, ale jakże bezcennymi! Najbliższymi. Nie dającymi przeliczyć się na żadne pieniądze. Bowiem, są one naszymi łącznikami. Z chwilami, kiedy byliśmy szczęśliwi. Prawdziwie szczęśliwi. Z czasami, kiedy kolory były żywsze. Zapachy intensywniejsze. A wszystko wyglądało tak, jakbyśmy patrzyli przez szkło powiększające. I co najistotniejsze, są naszymi jedynymi pośrednikami z tamtymi ludźmi. Z ludźmi, których kochaliśmy. I którzy już odeszli. Dawno temu. Bardzo dawno.

Potrząsam puszką. Odpowiada mi metaliczny chrzęst. Zdejmuję wieczko i zaglądam do środka. Niewiele jest tego. Ot, wytarty od noszenia przez lata szkaplerzyk Najświętszej Maryi Panny. Na poczerniałym od starości rzemyku. Nigdy się z nim nie rozstawał. I już tajemnicą pozostanie to, dlaczego zdjął go przed śmiercią i ukrył w tej puszce. Nigdy się tego nie dowiem.

Dalej znajduję poniszczoną książeczkę wojskową. Już wydaną za Polski Ludowej. Ciekawe, dlaczego była taka bezcenna? Może przypominała mu o czasach, kiedy czuł się mężczyzną? Prawdziwym mężczyzną. Który miał jakiś cel w życiu. Na czymś mu zależało?

I jest coś jeszcze. Złożona we czworo kartka papieru. Format A4. Z bloku technicznego. Już pożółkła ze starości. Pognieciona, jakby ktoś bardzo często ją składał i rozkładał.

Rozprostowuję papier i czuję mrowienie na plecach. Mam wrażenie, jakby ktoś położył mi na głowie ciężką, lodowatą dłoń. A wokół mojego gardła zacisnął pętlę.

Przed oczami mam rysunek. Mój rysunek. Narysowałem go wiele lat temu. Dla Niego. Na Dzień Dziadka. Zwykły, dziecinny rysunek. Wykonany świecowymi kredkami. Niezdarna kreska. Właściwie nic na nim nie ma. Tylko On. I ja. Obaj mamy monstrualne głowy, z wprost których wyrastają chudziutkie nóżki zakończone wielkimi stopami z paluchami jak serdelki. Ja mam po osiem palców u każdej nogi, a On zaś po cztery. Jest jeszcze słońce i jakiś niewyraźny bohomaz na dole. Chyba trawa.

Ale jest jeszcze coś jeszcze. Nad Jego głową. Koślawe litery aż kłują w oczy.

Dwa słowa: „MUJ DZIADEK”.

Czuję szczypanie pod powiekami.

Zmrok już jest tak gęsty, że z trudem widzę otaczające mnie kontury. Składam rysunek i wkładam go ponownie do blaszanej puszki. Puszki z Jego skarbami. Bezcennymi.

Ale robię coś jeszcze. Wyjmuję portfel z kieszeni i wyłuskuję z niego parę banknotów. Próbuję przeliczyć sumę, ale w głowię mam kompletną pustkę. W końcu wkładam wszystkie banknoty do puszki i mocno nabijam wieczko. Odstawiam puszkę na jej poprzednie miejsce. W piecu. Piecu, przy którym tak lubiliśmy siedzieć. Razem. Umieszczam kafel na jego miejscu. Mocno uderzam dłonią i słyszę ceramiczny pogłos, kiedy jego krawędzie zaskakują z oporem. Po tajemnej skrytce nie ma już ani śladu.

Niespiesznie wychodzę z domu. Delikatnie zamykam wejściowe drzwi. Przekręcam zamek. Wyjmuję klucz i wkładam go z powrotem do dziury w murze. Zakrywam otwór cegłą.

Idąc w kierunku samochodu, pogrążam się w myślach.

Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem! Przecież z logicznego puntu widzenia taki gest jest już kompletnie bez znaczenia. Bez sensu. Jest na próżno. I o wiele za późno.

Jakże bardzo się łudziłem! Przyjechałem tutaj po to, aby zwrócić dług. Po to, żeby odzyskać spokój. Oczyścić sumienie. Zrobić to, co gryzło mnie przez te wszystkie lata. Żeby naprawić zło, które wyrządziłem. Żeby uzyskać odkupienie.

A kiedy w końcu to zrobiłem, jest mi źle.

Po prostu źle.

Nieznośnie źle.

 

  • http://notaboringlife.com/ Natalia Jaranowska

    Może spokój i odkupienie przyjdą po upływie czasu. Tego Ci życzę!

  • Patrycja Czubak

    Niesamowita historia! Aż się wzruszyłam, kiedy ją czytałam. Nie wiem, co mam napisać, jak skomentować. Przypomniałeś mi, jak kruche jest nasze życie. Dziękuje 🙂

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dokładnie. Jest kruche, a my tak notorycznie o tym zapomniamy…. Dziękuję za to wzruszenie!

  • http://www.makehappylife.pl Make Happy Life

    Historia chwyta za serce i uświadamia nas że nie ma na co czekać, że za chwile może być za późno..

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Błąd zwlekania jest z tych błędów, których już nie da się naprawić….

  • Eulampia Romanowa

    Pieknie opowiedziana historia, bez grania na płytkiej uczuciowości, subtelnie. Oprócz tego, że mnie zwyczajnie wzruszył ten skromny pan z trauma jajeczną, to opowiadanie wywołało lawinę wspomnień. Czytałam Twoja historię, ale widziałam swoje, te wszytskie sceny z czasów, kiedy moja empatia była zerowa i nie doceniałam gestów innych ludzi. Czyjeś poświęcenie, żeby sprawić mi radość. Piękne, ale najbardziej boli własne zaniechanie, to, czego się nie zrobiło i nie powiedziało i już nie można tego zmienić. To wielki dar tak poruszyć czytelnika. Chyba możesz sobie wybaczyć, bo w tych naszych błędach chodzi o to, żeby zrozumieć i żałowac do łez.

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      No właśnie…. jako ludzie latamy w Kosmos, schodzimy na samo dno oceanów, zaglądamy do wnętrza atomu… coraz głębiej, coraz dalej, coraz śmielej…. a zapominamy, że największą tajemnicą do odkrycia na tym świecie jest…. drugi człowiek! I tak mało poświącamy czasu na to, żeby go poznać… A kiedy już sobie to uzmysłowiamy, zostają na tylko po nim… okruchy 🙁

  • http://www.wysmakowane.pl/ Kasia z wysmakowane.pl

    Szkoda ze takie rzeczy uswiadamiamy sobie jak juz jest za pozno 🙁

  • Anna Przybyło

    Piękna i wzruszająca historia. Uświadamia nam, jak ulotne są chwile i jak kruche jest nasze życie…

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Właśnie po to są takie historie… żeby te wszystkie chwile uczynić nieśmiertelnymi 🙂

  • http://www.dookolapracy.pl DookolaPracy

    Twoje historie są zawsze takie wciagające… 🙂

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A wiesz, że siadając do pisanie jedyne, czego pragnę to to, żeby własnie takie były 😉

  • Daria Natalia Devries-Lenehan

    Piękne i refleksyjne ❤️
    Trzymaj tak dalej