Złudzenia

FeaturedZłudzenia

Czy wiecie, jaki jest mój największy ból dupy?

Hemoroidy? Nie, jeszcze nie teraz. Pewnie za parę lat. W końcu siedzenie kilka godzin dziennie przed kompem nie ma prawa się dobrze skończyć…

A może wrodzony brak asertywności? Z pewnością. Ale to jeszcze chyba nie to…

Otóż nic nie jest takie, jak mi się na pierwszy rzut oka wydaje!

Też tak macie? Bo mi się to notorycznie zdarza. Prawie zawsze. Właściwie to za każdym razem.

Nieustannie ulegam złudzeniom.

Jak wtedy, kiedy gonił mnie goły facet.

Serio! Był golusieńki. Cały. A podczas biegu, jego sterczący członek kiwał się rytmicznie na boki. Niczym metronom. Później dowiedziałem się, że to była, jak to się fachowo mówi – erekcja. Wprawdzie nie poranna, ani też nie incydentalna, tym bardziej nie priapizm. Broń Boże! Zwyczajny wzwód. Taki całkiem normalny. Nic szczególnego.

Ale wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak to się nazywa. No, bo jak masz dziesięć lat to nie zawracasz sobie głowy takimi głupotami. Jeszcze nie wiesz, że takie pojęcia w ogóle istnieją na świecie.  Tak samo, jak rachunek różniczkowy, całka oznaczona, albo metoda elementów skończonych.

Wiedziałem natomiast, że w miejscu, gdzie rzeka wpada do stawu, przy brzegu można spotkać szczupaka. I ja tego szczupaka postanowiłem złapać, żeby zostać prawdziwym bohaterem domu. Uzbrojony w niezbyt długi miedziany drut przyczepiony do haniebnie krzywego patyka i z zaplecionym przeze mnie osobiście oczkiem na drugim końcu, znalazłem się tamtego upalnego dnia na porośniętej trzcinami grobli.

I stanąłem jak wryty.

Na ledwo widocznej drodze biegnącej wzdłuż skarpy  stała błękitna furgonetka z otwartymi na oścież drzwiami po stronie pasażera. Nyska. Taka, jak milicyjna. Albo karetka. Z włączonego radia płynęła głośna muzyka. Zdawało mi się, że słyszę również stłumione głosy, jakby ktoś się z kimś kłócił.

Zaciekawiony zbliżyłem się do obłego tyłu samochodu, rozglądając się dookoła, ale nikogo nie widziałem. Zastanawiałem się, co ktoś mógł robić w tym ukrytym i niedostępnym miejscu i dlaczego dojechał swoją furgonetką tak blisko brzegu, ryzykując uszkodzenie zawieszenia Nysy na niepewnej drodze lub nawet narażając się na stoczenie wprost do stawu.

I wtedy moja niezawodna wyobraźnia dała o sobie znać. Ruszyła znienacka, jak projektor filmowy w opuszczonym kinie, wyświetlając jakiś horror klasy B. Albo nawet C.

Zwykle na takich filmach przypadkowy świadek odnajduje wiszącego na drzewie samobójcę lub zmasakrowane zwłoki pływające w wodzie twarzą w dół. Świadek, dokładnie taki, jak ja. Mały chłopiec. Bohater, które dotychczasowe beztroskie życie ma się diametralnie odmienić.

Z bijącym mocnej sercem okrążyłem furgonetkę od strony kierowcy i zachowując maksymalną ciszę, zbliżyłem się do przodu samochodu i przykucnąłem. Wyciągnąłem szyję i ponad rozgrzaną przednią maską Nysy, spojrzałem w kierunku naturalnej zatoczki, dotychczas zasłoniętej przed moim wzrokiem.

Najpierw ujrzałem rozchodzące się na stawie koncentryczne kręgi, a kiedy mocnej wysunąłem głowę, dostrzegłem stojącego po pas w wodzie jakiegoś mężczyznę. Był zwrócony do mnie tyłem i trzymał wyciągniętą dłoń na głowie kobiety, którą właśnie wpychał pod wodę.

Aż dech mi zaparło, kiedy uświadomiłem sobie, że chce ją utopić. Kobieta desperacko walczyła, młócąc rękami i rozbryzgując dookoła wodę, próbowała wyrwać się z morderczego uścisku. Najbardziej przerażające było to, że facet śmiał się przy tym demonicznym śmiechem psychopaty.

Nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu, a myśl, że oto jestem świadkiem morderstwa, sparaliżowała mnie. Jedyne, co mogłem robić, to patrzeć na nich w poczuciu całkowitej bezsilności.

Nie wiem, ile czasu upłynęło, ale nagle morderca puścił głowę ofiary, która wyskoczyła spod wody jak spławik i z szeroko otwartymi ustami, rozpaczliwie próbowała nabrać powietrza. Krzycząc coś niezrozumiale, zaczęła okładać swojego oprawcę rękami po twarzy. Ten nagle przestał się rechotać i próbował osłonić głowę przed ciosami swojej niedoszłej ofiary. W końcu kobieta przerwała i odpychając go z całej siły, odwróciła się w moim kierunku.

– Ty skończony kretynie! – powiedziała, idąc energicznie w stronę brzegu. – Odbiło ci?

Facet runął jak długi na plecy i z głośnym pluskiem znikł pod wodą. Tafla wody zamknęła się na nim jak kurtyna na scenie. Po sekundzie jednak wynurzył się z idiotycznym wyrazem twarzy i ocierając wodę z oczu, krzyknął:

– No co ty, Andżela. Nie znasz się na żartach?

Patrzyłem na nich, kompletnie nic z tego nie rozumiejąc. Uświadomiłem sobie, że to wcale nie było morderstwo i poczułem coś na kształt ulgi. Jednak nie było mi dane zbyt długo napawać się tym uczuciem.

Andżela właśnie wyszła na brzeg i była nagusieńka, jak ją Pan Bóg stworzył. Szła szybkim krokiem w moim kierunku, odgarniając rękami przemoczone włosy z twarzy, które teraz miały kolor ciemnego miodu. Tylko dlatego jeszcze mnie nie spostrzegła, że miała odchyloną głowę do tyłu. Przez ułamek sekundy widziałem dokładnie jej wielkie piersi, kołyszące się na boki w rytm kroków oraz przyciągający wzrok jak magnes czarny trójkąt utworzony z kręconych, mokrych włosków pomiędzy nogami.

Wytrzymałem do ostatniej chwili, zanim zostanę nakryty na podglądaniu i kiedy Andżela wyprostowała głowę, zanurkowałem pod furgonetkę, nabierając głęboko powietrza w płuca. Serce o mało nie wyrwało mi się z piersi i miałem wrażenie, że pulsująca w skroniach krew zaraz rozsadzi mi czaszkę. Przypadłem do ziemi, nawet nie czując, jak pokrzywy parzą mnie niemiłosiernie w twarz i ręce.

Leżałem nieruchomo pod samochodem i widziałem po drugiej stronie nogi Andżeli do wysokości kolan, która stanęła na rozłożonym obok Nysy czerwonym kocu i pochylając się, sięgnęła po leżący obok ręcznik.

– Chyba się na mnie nie obraziłaś, co? – Usłyszałem chrapliwy głos faceta i po chwili na kocu pojawiła się druga para nóg, tym razem nie tak zgrabnych i kompletnie owłosionych.

– Głupek! – powiedziała Andżela. – O mało mnie nie utopiłeś.

Męskie nogi zbliżyły się do nóg Andżeli.

– To był tylko żart – powiedział mężczyzna. – Tak na niby.

– Ładny mi żart – prychnęła Andżela.

– Chyba się na mnie nie gniewasz? – spytał facet i jego nogi zatoczyły koło wokół nóg Andżeli.

– Mam dosyć twoich żartów. To był idiotyczny pomysł, żeby tu przyjeżdżać.

Boże, jak ja chciałem w tej chwili być niewidzialny i mieć zdolność przenikania przez różne rzeczy, a zwłaszcza furgonetki.

– Przepraszam – powiedział facet przymilnym głosem. – Nie chciałem cię nastraszyć.

– Nie obchodzi mnie to – ucięła krótko Andżela, ale w jej głosie nie było już poprzedniej wściekłości. – Odwieź mnie natychmiast do domu.

– No co ty, Andżela? Nie popsujemy chyba takiego cudownego dnia? – spytał jeszcze bardziej przymilnym głosem mężczyzna.

– Ja już mam dosyć – powiedziała Andżela i po chwili dodała: – Aj, co ty robisz?

Usłyszałem szamotaninę, a potem coś gruchnęło o budę furgonetki z głuchym łomotem, aż zaskrzypiały resory. Dwie pary nóg splotły się i teraz były tak blisko mnie, że gdybym wyciągnął rękę, mógłbym z łatwością je dotknąć.

– Chcę ci to wynagrodzić – wycharczał facet. – Chyba chcesz tego?

– Aj! Przestań! – krzyknęła Andżela. – Jeszcze ktoś nas zobaczy.

– Nikogo tu nie ma – powiedział facet, głośno sapiąc. – Przecież jesteśmy kompletnie sami.

– Co ty… wyprawiasz? – spytała Andżela i zachichotała cicho. – Opanuj się, bo…

Nie dokończyła i oboje naraz runęli na koc. Andżela leżała na plecach z rozłożonymi szeroko nogami, pomiędzy którymi ujrzałem kosmaty jak u niedźwiedzia nagi tyłek faceta, który zaczął poruszać się rytmicznymi ruchami w górę i w dół. Patrzyłem na nich, nie wierząc własnym oczom i naraz dotarło do mnie, czego właśnie jestem świadkiem.

I wtedy Andżela odwróciła głowę w moim kierunku. Nasze spojrzenia spotkały się. Jej oczy zaczęły rosnąć i po chwili zdominowały całą twarz. Jej usta powoli zaczęły się otwierać.

Po chwili rozdarła się tak głośno, że aż po drugiej stronie stawu kilka czapli zerwało się z panicznym krzykiem.

– Tam ktoś jest!!! – krzyczała, powtarzając: – Tam, ktoś jest! Ktoś jest!

Zerwałem się na równe nogi i rzuciłem się do ucieczki wzdłuż grobli. Po drodze gdzieś zgubiłem moją wędkę. Za sobą słyszałem okrzyki przerażenia Andżeli i tupot nóg. W biegu odwróciłem głowę.

Za mną, w odległości jakichś piętnastu metrów biegł goły facet. Desperacko próbował zasłaniać rękami sterczące przyrodzenie, ale że nie da się zbyt szybko biec z dłońmi przytkniętymi do krocza, dystans pomiędzy nami z każdą chwilą się powiększał. W sumie gość wyglądał bardzo zabawnie, jak podskakiwał na tych swych gołych, owłosionych nogach. Do złudzenia przypominał żabę, która nagle postanowiła stanąć na dolnych kończynach, żeby zobaczyć, co ludzie w tym widzą.

Wkrótce grobla, błękitna nyska i goły facet zostali za zakrętem.

Albo innym znów razem.

Wiecie, że najlepszą kawę mają na stacji benzynowej BP znajdującej mniej więcej w połowie drogi między Warszawą a Wrocławiem? Nie, żebym był jakimś szczególnym smakoszem kawy, ale tylko tam potrafią przyrządzić ją dokładnie tak, jak lubię. W największym kubku. Z mlekiem i podwójnym cukrem. Prawdziwy ulepek. Kofeina świetnie usuwa zmęczenie, a glukoza dodaje energii.

Tamtej mroźnej nocy, kiedy płaciłem za paliwo i kawę, kasjerka spytała mnie niespodziewanie:

– Czy jedzie pan może przez Wieluń?

– Tak – odparłem. – Dlaczego pani pyta?

Dziewczyna wskazała głową faceta siedzącego pod oknem.

– Tamten człowiek chyba szuka okazji – powiedziała. – Słyszałam, jak pytał różnych kierowców, ale nikt go nie chce wziąć. Chyba jedzie do Wielunia.

Nie dziwię się, pomyślałem. I natychmiast pożałowałem, że przyznałem się, dokąd jadę. Teraz będzie mi głupio wykręcić się przed kasjerką.

Bo facet wyglądał, jak zwykły lump. Rzadkie, przetłuszczone włosy. Był w trudnym do odgadnięcia wieku i jakiś taki uflogany. Miał przed sobą plastykowy kubek z jakimś napojem i suchą bułkę, którą skubał palcami i kawałki wpychał pod połę haniebnie zniszczonej kurtki. Coś przy tym gadał do siebie i śmiał się.

Czyżby do tego jeszcze debil?

Wyszedłem chyłkiem, żeby mnie zobaczył, ale w połowie drogi do samochodu, facet dogonił mnie.

– Przepraszam – powiedział i zapytał: – Czy jedzie pan może przez Wieluń?

Czy wspominałem już o moim braku asertywności? To takie irytujące uczucie, kiedy chcesz powiedzieć „Nie”, ale mimo to mówisz „Tak”. Znacie to?

 – Tak – powiedziałem, nie patrząc mu w oczy.

– Czy możemy się zabrać z panem?

My?! Rozejrzałem się do dookoła. Nikogo nie było oprócz nas dwóch. No, nie dość, że debil, to jeszcze psychol! Prawie jak Gollum Smigol. W sumie był nawet podobny.

Skinąłem głową i odblokowałem zamki w drzwiach samochodu. Usiadłem za kierownicą. Facet zajął miejsce pasażera.

Kiedy wyjeżdżaliśmy na szosę, usłyszałem delikatne popiskiwanie i ze zdumieniem zobaczyłem, jak spod poły jego płaszcza patrzą na mnie dwa błyszczące ślepia. A po chwili wyłania się włochaty pyszczek ze sterczącymi uszkami. Psiak ziewnął przeciągle, i zwijając różowy język w trąbkę, wywalił go po chwili na brodę patrząc na mnie ze szczenięcym zaciekawieniem. Młody owczarek niemiecki.

Nie sposób było się nie uśmiechnąć.

– No i mamy też pasażera na gapę – powiedziałem na głos.

Facet próbował wepchnąć kosmaty łepek z powrotem pod kurtkę, ale psiak myśląc, ze to zabawa, zaczął gryźć go po palcach, nie dając się schować.

– Jak się wabi? – spytałem.

Facet milczał przez moment.

– Jeszcze nie ma imienia – odrzekł. – To prezent dla mojej wnuczki. Pod choinkę. Pierwszy raz mnie zaprosili na Wigilię, no to nie mogę przyjechać z pustymi rękami.

Teraz już chyba wiecie, skąd ten mój brak asertywności. Ujawnia się szczególnie przed świętami Bożego Narodzenia.  Ale pewnie Wy też tak macie, prawda?

– No tak – rzekłem, ale chyba bardziej po to, żeby coś powiedzieć. – Mała z pewnością się ucieszy.

– Ona tak – powiedział mój pasażer. – Kiedy dzwoniła z zaproszeniem mówiła, że najbardziej chciałaby dostać pieska od Mikołaja. Ale jej matka, to znaczy moja córka, zakazała mi pokazywać się z żywym psem. Powiedziała, że mogę kupić takiego pluszowego, albo jakiegoś innego. Byle tylko nie prawdziwego.

Przez chwilę milczeliśmy. Psiak kichnął niespodziewanie i kładąc przednie łapy na desce rozdzielczej patrzył przed siebie na nadbiegającą drogę. Wydawał się być zafascynowany tym widokiem.

– Może nie będzie tak źle – powiedziałem w końcu. – Najważniejsze, żeby mała się ucieszyła. Dla dziecka przecież najważniejsze są te wymarzone prezenty, prawda? Z pewnością będą to dla niej wyjątkowe święta.

Mężczyzna zapatrzył się w boczną szybę.

– Czy ja wiem – rzekł jakby do siebie i odwracając do mnie twarz, niespodziewanie zapytał: – Wie pan, o czym ja zawsze marzyłem będąc dzieckiem?

Pokręciłem przecząco głową.

– O śmierci dla mojego ojczyma – powiedział po chwili, wpatrując się we mnie intensywnym spojrzeniem. – Każdej nocy modliłem się, żeby umarł i obmyślałem sposoby, w jaki sposób mógłbym pozbawić go życia.

No, ładnie – pomyślałem – zaczyna się. To ci się pasażer trafił! Ciekawe, czego jeszcze się dowiesz!

– Chciał pan go zabić?! – spytałem, zastanawiając się, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa.

– I to nie raz – odpowiedział i po chwili kontynuował:  – On nawet nie był złym człowiekiem. Problem w tym, że zbyt często sięgał do kieliszka. Właściwie był nałogowym alkoholikiem. A kiedy wpadał w ciąg alkoholowy, zamieniał się w bestię. Tłukł matkę za wszystko, aż furczało. Za to, że się odezwała nie w tym momencie, co trzeba. I za to, że dla odmiany milczała. A zazwyczaj za to, że po prostu była pod ręką. Co ciekawe, mnie nigdy nie uderzył. Długo zajęło mi zrozumienie, że to całkowicie zasługa matki. Chroniła mnie przez cały ten czas. Prowokowała go i w ten sposób ściągała na siebie całą jego agresję. Przyjmowała ze spokojem wszystkie jego ciosy, aż opadał z sił i zasypiał pijackim snem.

Chciałem coś powiedzieć, ale kompletnie nic nie przychodziło mi do głowy.

– A ja leżałem wtedy w swoim pokoju za ścianą i zatykając uszy czekałem, aż to wszystko się skończy – mówił dalej. – Potem długo w nocy wyobrażałem sobie, że któregoś pięknego dnia będzie miał wypadek samochodowy. Albo wpadnie pod tramwaj. Albo utopi się w wannie. Albo, że będę miał na tyle odwagi i stając w obronie matki, po prostu wyrzucę go własnoręcznie przez okno z szóstego piętra, na którym było nasze mieszkanie. Każdej nocy obmyślałem inny rodzaj śmierci dla niego. Trwało to przez wiele lat i pewnego dnia moje prośby zostały wysłuchane.

– W jaki sposób zginął? – spytałem. Chociaż chyba wcale nie chciałem usłyszeć odpowiedzi.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Po prostu powiesił się na pasku od spodni – odparł. – Nie wracał od kilku dni i kiedy zasiadaliśmy z matką do kolacji wigilijnej, sąsiad znalazł go powieszonego na drzwiach piwnicy w naszym bloku. Był trzeźwy i miał przy sobie jeszcze prezenty dla mnie i dla matki.

Do Wielunia mężczyzna nie odezwał się już ani słowem.

Kiedy wysiadał, nie wytrzymałem.

– Przepraszam – powiedziałem.

Mężczyzna spojrzał na mnie uważnie.

– Za co? – spytał. Był chyba zaskoczony.

Wpiłem palce w kierownicę.

– Za to, że tam na stacji wziąłem pana za kogoś innego.

Mężczyzna nic nie odpowiedział. Pokiwał tylko głową i po chwili znikł w ciemnościach.

Na miejsce dotarłem o północy. Temperatura dalej spadała. Z pewnością było już jakieś dwadzieścia stopni poniżej zera. Może nawet dwadzieścia pięć.

Zgasiłem silnik i wyłączyłem światła. Przez chwilę siedziałem w kompletnych ciemnościach. W końcu otworzyłem drzwi i wyszedłem na zewnątrz.

Od razu uderzyło mnie mroźne powietrze, a rozgwieżdżone niebo przytłoczyło swoją bliskością. Już dawno zapomniałem, jak ono potrafi wyglądać. Jak wiele potrafi być gwiazd i jak intensywnie potrafią świecić.

Zacząłem szukać jej na nieboskłonie. Najpierw odnalazłem Gwiazdozbiór Pegaza. Potem podwójna gwiazda Alpheratz. 97 lat świetlnych ode mnie. Czy to nie jest fascynujące? Że w chwili, kiedy na nią patrzę, cofam się do roku 1908?! Pierwszy Ford T za chwilę zjedzie z taśmy produkcyjnej i już na zawsze zmieni sposób podróżowania ludzi. A w Londynie właśnie rodzi się Ian Fleming, którego James Bond rozpali wyobraźnię milionów facetów, a drugie tyle kobiet poczuje miękkość w kolanach. I w końcu, że w takim zatęchłym Krakowie powieje wielkim skandalem, kiedy taka Irena Solska pojawi się nago na scenie, że aż później ludzie będą mieli o czym gadać przez wiele tygodni.

Chyba poczułem gęsią skórkę na karku. Błądzę dalej wzrokiem. Mirach. Czerwony Olbrzym. Prawie dwa tysiące razy jaśniejszy od Słońca. Potem w prawo. Biała gwiazda μ. Swoją drogą, cóż za żałosna nazwa, prawda?

I… jest! Galaktyka Andromedy. M31. Z moim wzrokiem, jest to najodleglejszy obiekt we Wszechświecie, jaki mogę dostrzec.

Uwielbiam nocne niebo! Patrząc w górę mam wrażenie, że więcej wiem i rozumiem. Że jestem bardziej sobą. Że ja, to ja.

Najpierw słyszę zgrzyt zamka w drzwiach pogrążonego w ciemnościach domu. Potem skrzypienie śniegu pod butami. W absolutnej ciszy rozchodzi się jego głośne chrupanie.

Tata staje obok mnie. Czuję od niego bijące ciepło. I zapach choinki.

Zapach domu.

Potem długo patrzymy w niebo. Jak wtedy. Kiedy pokazywał mi gwiazdy. I uczył, jak się nazywają. Przez chwilę mam wrażenie, że znów jest rok 1986. Że znów mam dziesięć lat i stoję z tatą w tym samym miejscu, co wtedy. Jakby przeszłość i teraźniejszość istniały w tym samym momencie.

A możne czas jest też tylko złudzeniem?

W końcu tata mówi cicho do mnie:

– Witaj w domu, synku.

 

Reklamy

Raki

FeaturedRaki

Nigdy Mu tego nie powiedziałem!

Latem często wybieraliśmy się z tatą nad rzekę, by łapać je w krystalicznie czystej wodzie.

Raki.

Brodziliśmy wtedy z nogawkami podciągniętymi do kolan tuż przy betonowej podstawie za przepustem i podnosząc porośnięte wodorostami kamienie, chwytaliśmy gołymi rękami dorodne skorupiaki. Wyglądały jak przybysze z innej planety. Było ich tam całe mnóstwo i zwykle po niedługim czasie mieliśmy już pełne wiaderko.

Mama brzydziła się nimi i aż płakałem ze śmiechu, jak piszcząc i machając rękami, uciekała przed tatą, który gonił ją przez całe podwórze trzymając w dłoniach dwa największe okazy. Za nic w świecie nie chciała słyszeć, abyśmy przyrządzali, jak mówiła – to paskudztwo – w kuchni i kazała nam się wynosić do pomieszczenia gospodarczego. Była tam prowizoryczna kuchnia, gdzie tata zwykle smażył ryby na kolację wigilijną. Siedzieliśmy tam we dwóch i obrabialiśmy raki, z których tata potem gotował zupę. Miał się za specjalistę w tej dziedzinie i twierdził, że nikt nie potrafi przyrządzić raków tak, jak on.

Zupa, jak dla mnie, była zbyt słona i zajeżdżało od niej rzecznym mułem, ale nie chciałem robić tacie przykrości i siedząc na tarasie, zajadałem ją z udawanym smakiem. Mama stała z założonymi rękami na piersiach, przyglądając się nam podejrzliwie. A kiedy mlaskaliśmy i wzdychaliśmy z zachwytem nad każdą łyżką zupy, uśmiechała się pobłażliwie, wywracając oczami. Zapewne zastanawiała się wtedy, jak to się stało, że los pokarał ją życiem z dwoma głupolami pod jednym dachem.

Nigdy nie przyznałem się tacie, że nienawidziłem tej zupy. Później zawsze bolał mnie brzuch przez kilka dni.

Nie wiem, dlaczego przypomniałem sobie o tym akurat teraz, kiedy siedzieliśmy w klasie, a spływające po szybie strugi deszczu sprawiały, że świat za oknem wydawał się jeszcze bardziej przygnębiający. Czekaliśmy na panią I., ale spóźniała się.

I wtedy znów to poczułem – dziwne uczucie, które ostatnio nawiedzało mnie coraz częściej. Powracało jak natrętna mucha. Była to mieszanka tęsknoty, samotności, żalu i niewypowiedzianego pragnienia podzielenia się tym.  Z kimkolwiek. Jakby wszystkie ostatnie wydarzenia, których byłem świadkiem, same szukały sposobu w moim umyśle, aby zostać jeszcze raz opowiedziane.

Bezwiednie wyciągnąłem z tornistra cienki zeszyt w kratkę, który miał służyć do zapisywania uwag nauczycieli. Mój był czysty. Otworzyłem na pierwszej stronie, wziąłem do ręki długopis i spojrzałem na szachownicę drobnych krateczek przede mną.

Przymknąłem powieki i po chwili poczułem zimne, rześkie powietrze. Usłyszałem delikatny plusk wody.  I jeszcze szum trzcin. Znów byłem na tamtym cyplu. Tam, gdzie wtedy polowałem z tatą na dzikie gęsi, a w dłoniach ściskałem kurczowo dubeltówkę. Kaliber dwadzieścia. W oddali widziałem nadlatujący klucz gęsi, a w powietrzu rozchodził się wrzask spłoszonych ptaków.

Zrobiło mi się gorąco i poczułem trzepotanie serca. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem podobnego uczucia i teraz siedząc w klasie wśród wrzeszczących i chichoczących kolegów i koleżanek poczułem, jakbym nagle zrozumiał sens życia. Wszystkie moje obawy, radości, strach oraz pozostałe uczucia, których nawet nie umiałbym nazwać, naraz nabrały głębokiego znaczenia. Chyba po raz pierwszy poczułem, że zaczynam nad nimi panować, bo odnalazłem swój cel w życiu i bezpieczne schronienie. Od teraz zawsze będę mógł skryć się we własnej, bezpiecznej twierdzy, do której nikt nie będzie miał wstępu. Zrozumiałem, że od tej chwili mogę stać się kimkolwiek zechcę, że mam władzę tworzenia i niszczenia światów i że mogę wreszcie wypowiedzieć to, co od dawna chciałem z siebie wyrzucić.

Tysiące myśli zaczęło kotłować się w mojej głowie; słyszałem kojący szum fal, jak i ryczące fale sztormu; widziałem dalekie przestrzenie, niezwykłe budowle oraz tajemnicze postaci. Niemal czułem na skórze przeraźliwe zimno Arktyki i zatykający gardło kurz burzy piaskowej na Saharze. Słyszałem tętent koni oraz donośny huk dział, grzechotanie karabinów maszynowych i rozdzierający wizg silników odrzutowych.

Po chwili wszystko ucichło, a przed moimi oczami pojawiła się piękna willa, otoczona różami i ogrodem z idealnie przystrzyżoną trawą, pośrodku którego stała altana. Przy stoliku jacyś ludzie piją szampana i śmieją się czystym, wibrującym głosem. Ktoś gra w tenisa na korcie obok. Piłeczka delikatnie wzbija obłoczek kurzu, wydając przy tym głuche „pok”… „pok”.

Spojrzałem w okno, nabrałem głęboko powietrza w płuca, pochyliłem się nad biurkiem i przystawiłem drżącą ręką końcówkę długopisu do kartki. Przez kilka sekund zbierałem myśli i w końcu napisałem: „Tego roku dzikie gęsi przyleciały późno”.

Podniecenie napełniło moje ciało ekscytującym drżeniem, jakby przepłynął po mnie silny prąd. Po chwili zapomniałem o całym świecie dookoła mnie i skupiłem uwagę na pisaniu. Kolejne zdania gładko formowały się w mojej głowie i bardzo szybko pierwsza strona w zeszycie zapełniła się moim charakterystycznym pochyłym pismem.

Czyjś cień padł na moje biurko i zobaczyłem, jak zeszyt błyskawicznie wysuwa mi się spod długopisu. Podniosłem głowę i ujrzałem nalaną sylwetkę W.

– Co tam masz? – W. zapytał, podnosząc zeszyt do góry.

Na jego twarzy malował się dobrze znany nam wszystkim lisi grymas.

– Oddawaj! – krzyknąłem, zrywając się na równe nogi. Poczułem jednocześnie wstyd i wściekłość. Nie byłem gotowy, aby dzielić się tym, co napisałem z kimkolwiek, a tym bardziej z nim. Miałem wrażenie, jakbym właśnie został nakryty na robieniu czegoś nieprzyzwoitego.

W. chwycił mnie za kołnierz, a drugą ręką trzymał mój zeszyt otwarty na pierwszej stronie. Próbowałem mu go odebrać, ale trzymał mnie na dystans w żelaznym uścisku.

– Oddaj to! – powtarzałem, szamocąc się z bezsilności.

– No… no… co my tu mamy? – powiedział W., czytając na głos pierwsze zdanie mojego opowiadania, dukając co drugie słowo: – Tego roku… yyhy.. dzikie… gę… gęsi…

Oczywiście, takie zamieszanie nie mogło pozostać niezauważone przez resztę klasy i szybko zostaliśmy otoczeni szczelnym kołem utworzonym z uczniów. W niektórych oczach kryło się pragnienie widoku krwi, ale w większości malowało się szczere współczucie.

– Oddaj zeszyt – syknąłem przez zęby, zaciskając pięści. – Bo jak nie, to…

W. puścił mnie, cofnął się o krok i otwierając usta, pochylił jednocześnie na bok głowę, jak człowiek, który jest głuchy na jedno ucho.

– Bo co? – spytał, wykrzywiając mięsiste wargi w kpiącym uśmiechu.

No właśnie, co? – pomyślałem. Wiedziałem, że nie mam z nim najmniejszych szans i teraz, jak mijał pierwszy wstyd, moja żądza mordu powoli się ulatniała. Nagle poczułem się zniechęcony i po prostu zmęczony. Rozluźniłem dłonie.

– Nic – powiedziałem, wbijając pięści w kieszenie spodni.

Ale W. nie byłby sobą, gdyby tak łatwo odpuścił. Zastosował swoją starą sztuczkę, a ja przez wrodzoną łatwowierność, dałem się złapać. Nagle zrobił niewinną minę i wciągnął w moim kierunku rękę, podając zeszyt.

– W porządku – powiedział. – Masz.

Nie chciałem, aby mój zeszyt był ani przez sekundę dłużej w obcych rękach, więc bezwiednie sięgnąłem po niego.

W. zarechotał i biorąc potężny zamach, rzucił zeszytem w drugi koniec klasy, który zafurkotał w powietrzu jak nagle spłoszony gołąb.

– No to sobie go weź – powiedział, zachodząc się od śmiechu, jakby właśnie zrobił najzabawniejszy numer na świecie.

Długo wpatrywał się we mnie wyczekującym wzrokiem, mając nadzieję, że dam się sprowokować. Spojrzałem na niego z pogardą i wzruszyłem ramionami. Usiadłem na swoim krześle, założyłem ramiona na piersi i wbiłem wzrok w okno.

Nagle całe zamieszanie, W. i klasa przestały mnie obchodzić. Nie wiem dlaczego, ale przed moimi oczami stanął obraz mamy. Niemal usłyszałem jej radosny śmiech.

– Twoja matka ma raka! – głos W. wyrwał mnie z zamyślenia.

Odwróciłem w jego kierunku głowę i wlepiłem w niego wzrok.

Stał przede mną, trzymając się pod boki i uśmiechał się szyderczo. W jego oczach kryło się bezmyślne okrucieństwo.

– Co takiego? – spytałem, czując jakby wokół mojego gardła zaciskała się pętla.

W. już wiedział, że trafił mnie w niezwykle czuły punkt.

 – Skąd to wiesz? – spytałem.

Uśmiechnął się z sadystyczną satysfakcją i zaczął mówić okrutne, bezlitosne słowa:

– Wszyscy o tym wiedzą, że jest chora na raka, i że mają uciąć jej jednego cycka!

Patrzyłem na niego, jak na zjawę i powoli zaczęły do mnie docierać jego słowa. Nigdy bym mu nie uwierzył, gdyby nie fakt, że nagle zaczynałem rozumieć dziwne zachowanie mamy wtedy, kiedy pytała mnie ze łzami, czy ma ładne piersi.  Wszystko już rozumiałem.

W klasie zapadła kompletna cisza. Popatrzyłem na otaczające mnie twarze koleżanek. Zdecydowana większość z nich stała ze spuszczonymi głowami, unikając spojrzenia. Desperacko szukałem w ich twarzach potwierdzenia, że to wszystko nieprawda i że W. zgrywa się, aby mnie jeszcze bardziej upokorzyć.

– To nieprawda – powtarzałem jednostajnie, kręcąc przecząco głową. – To nieprawda.

W. znęcał się nade mną z wprawą urodzonego sadysty.

– Twoja matka niedługo umrze – powiedział pochylając się w moim kierunku. – Lekarze mówią, że zostało jej tylko kilka miesięcy życia, bo rak jest złośliwy i ma przerzuty.

– Nieprawda – powiedziałem, czując jakby gdzieś pod sklepieniem mojej czaszki eksplodował granat.

Czasami latem przychodzi taki dzień, kiedy upał jest wprost nie do zniesienia, a z wiszącego na niebie słońca żar leje się niczym płynny ołów. Asfalt na szosie lepi się do butów, a horyzont drga jakby cały świat znalazł się pod wodą. Otępiałe od gorąca ptaki nie mają siły latać i ukryte w cieniu, oczekują nadejścia nocy. Rozpalone powietrze ma zapach benzyny i można odnieść wrażenie, że wystarczyłaby mała iskierka, aby zaczęło płonąć.

Z zachodu szybko nadciągają czarne jak noc chmury i słychać odległe, groźne pomruki zbierającej się burzy. Nagle robi się mroczno i jakoś tak strasznie, jak podczas zaćmienia słońca. Błyskawice kreślą zygzakowate linie na horyzoncie, a potężne chmury podobne do górskich szczytów gór rozświetlają świat, jakby gdzieś w ich środku znajdowała się potężna jarzeniówka.

Zrywa się wichura i słychać narastające wycie, niczym odgłos zbliżającego się pociągu. Wtedy spod chmury urywa się jasny, niepozorny obłoczek, który po chwili zmienia się potężny, biały wał toczący się nad lasem i przygniatający do ziemi drzewa. Podrywa wodę, zmieniając zwykle spokojne jezioro w rozszalałe sztormem morze.

– Biały szkwał – powiedział wtedy tata.

Teraz znów usłyszałem wściekły ryk, jakby gdzieś wewnątrz mnie zerwała się burza i poczułem w sobie jej niszczycielska siłę.

– Zostaniesz sam – powiedział W., uśmiechając się głupkowato.

W ułamku sekundy zerwałem się na nogi, wskoczyłem na biurko i odbijając się jedną nogą, wystrzeliłem do przodu jak z katapulty. Rąbnąłem W. głową w brzuch, który poleciał zadziwiająco łatwo do tyłu. Zdążył jedynie rozpaczliwie zamachać swymi łapskami w powietrzu i runął plecami do tyłu obok biurka pani I. jak ciężki, bezwładny wór kartofli.

Mój gwałtowny atak kompletnie go zaskoczył i zanim pojął, co się stało, siedziałem na nim okrakiem, okładając go pięściami po twarzy z furią słabszego czwartoklasisty. Różnicę w masie nadrabiałem szybkością zadawanych ciosów. W uszach słyszałem jednostajny wizg jak wtedy, gdy szalał tamten biały szkwał, a moje ręce były jak niszczycielski wał. Czułem rozpierającą mnie gigantyczną energię i wiedziałem, że tym razem W. nie wyjdzie z tego żywy. Chyba po raz pierwszy w życiu zapragnąłem kogoś zabić. Chciałem poczuć zapach krwi.

– Moja mama wcale nie umrze! – powtarzałem za każdym razem, gdy trafiłem go w jego tłustą twarz. – Rozumiesz!

W. chyba dostrzegł w moich oczach żądzę mordu, bo zaczął kwiczeć jak zarzynane prosię, próbując za wszelką cenę zasłonić się rękami. Jednak moje ciosy były piekielnie mocne i precyzyjne; po chwili z jego rozkwaszonego nosa sączyły się dwie strugi bordowej krwi, a pod jednym okiem szybko tworzyła się opuchlizna.

W klasie rozległ się pisk przerażenia, wystraszone koleżanki stały omdlałe z rękami zasłaniającymi usta i szeroko otwartymi oczami.

Usłyszałem, jak ktoś woła mnie po imieniu.

Zignorowałem to jednak i dalej młóciłem W. po twarzy, który leżał teraz i cicho pojękiwał, a z jego oczu spływały grube krople łez.

– Co ty wyprawiasz! – pani I. chwyciła mnie za ramiona i pociągnęła do tyłu. – Natychmiast przestań!

Jej słowa otrzeźwiły mnie i moja prawa ręka zwisła w powietrzu.

– Jak ty się zachowujesz? – powiedziała ostrym jak brzytwa głosem. – Wstawaj natychmiast!

Posłusznie spełniłem jej polecenie i wciąż zaszokowany tym, co zrobiłem, patrzyłem szeroko otwartymi oczami na moje dzieło. W. sapał ciężko, a jego twarz przypominała świeżo tłuczony kotlet schabowy.

– Zobacz swoje ręce? – pani I. powiedziała, podnosząc moją rękę na wysokość twarzy. – Widzisz, co narobiłeś?

Spojrzałem na wierzch dłoni, który cały był pokryty rozbryźniętymi kroplami krwi.

– Spójrz mi w oczy – rzekła.

Podniosłem wzrok. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w taki stanie. Na jej twarzy malowała się wściekłość, a z oczu tryskały gniewne iskry.

– Co cię opętało? – spytała.

Spuściłem oczy. Nic nie odpowiedziałem. Sam nie wiedziałem, co się ze mną stało. Mordercza siła nagle ulotniła się i całe moje ciało drżało, jak w gorączce. Ledwie mogłem ustać na nogach. Spojrzałem na W., który z trudem podnosił głowę, wierzchem dłoni próbując zatrzymać cieknącą z nosa krew. Teraz było mi go żal i ogarnął mnie wstyd.

Pani I. położyła mi dłoń na ramieniu.

– Dlaczego to zrobiłeś? – spytała.

Wzruszyłem ramionami. Chciałem jej powtórzyć, co W. mówił o mojej mamie, ale ostatecznie tego nie zrobiłem. Chyba by tego nie zrozumiała. Zresztą, sam siebie kompletnie nie rozumiałem.

– Zawiodłam się na tobie – powiedziała patrząc mi prosto w oczy.

Spuściłem wzrok.

– Jak mogłeś? – spytała z wyrzutem.

Zrozumiałem, że bardzo ją zraniłem. W. leżał oparty plecami o biurko z wysoko uniesioną twarzą. Cały czas słychać było jak głośno wciąga krew z powrotem do nosa. Poczułem mdłości.

Ruszyłem w kierunku drzwi. Pani I. próbowała mnie powstrzymać, ale wywinąłem się jej, odtrącając wyciągniętą w moim kierunku rękę.

– Wracaj! – krzyknęła.

Zignorowałem jej wołanie.

– Wracaj natychmiast!

Wypadłem z klasy na korytarz. Zbiegłem po schodach wprost pod zacinające strugi deszczu. Wielkie, zimne krople zalewały mi twarz i w jednej chwili moje ubranie przemokło do suchej nitki. Wbiłem ręce w kieszenie i ruszyłem szosą w kierunku domu.

Byłem zły na cały świat: na W. za to, co mówił o mojej matce; na panią I., że zawiodła się na mnie; na pogodę i w końcu na samego siebie. Byłem przerażony tym, że pragnąłem zabić W.. Uświadomiłem sobie, że jestem bardzo złym człowiekiem i teraz czułem się jak przestępca uciekający z miejsca zbrodni.

Znów usłyszałem za sobą swoje imię.

Pani I. szła szybkim krokiem kilkadziesiąt kroków za mną, próbując rękami osłonić głowę przed deszczem.

– Proszę cię, poczekaj – powiedziała. W jej głosie już nie było słychać gniewu.

Zatrzymałem się i odwróciłem w jej kierunku. Dogoniła mnie szybko i stanęliśmy naprzeciwko siebie.

Pani I. położyła mi dłoń na ramieniu.

– Co się stało? – spytała z troską w głosie.

Spojrzałem na nią. Jej oczy wyrażały głęboki smutek, jaki nieraz widziałem u mamy, kiedy się czymś bardzo martwiła. Deszcz zmoczył jej włosy, które opadały na twarz prostymi kosmykami.

– Dlaczego pobiłeś W.? – spytała.

Wzruszyłem ramionami.

– O co wam poszło?

Znowu wzruszyłem ramionami.

– Chyba należą mi się słowa wyjaśnienia, nie sądzisz?

Spuściłem głowę i wbiłem wzrok w asfalt. Właśnie obok nas przetoczyła się potężna tatra z naczepą, ciągnąc za sobą tumany poderwanej spod kół wody.

Długo patrzyłem w oczy pani I. i w końcu spytałem:

– Moja mama nie umrze, prawda?

Pani I. natychmiast potrząsnęła przecząco głową.

Ale jej spojrzenie uciekło gdzieś w bok.

– Tak ci powiedział? – spytała.

Pokiwałem głową.

– I dlatego się pobiliście?

Przytaknąłem.

Pani I. naraz objęła mnie ramieniem i przyciągnęła do siebie. Przytuliłem głowę do jej kompletnie przemokniętej bluzki, czując na policzku ciepło skóry, która pachniała tym tajemniczym, intensywnym aromatem. Miałem wrażenie, jakby naraz opuściły mnie wszelkie siły i z trudem mogłem ustać na nogach.

Zacząłem płakać, z początku nieśmiało i cicho, aż w końcu coś we mnie pękło i szlochałem na ramieniu pani I. długimi i głośnymi spazmami.

Jednak nie był to wcale ten rodzaj płaczu, który przynosi ulgę.

– Proszę powiedzieć, że to nie jest prawda – błagałem.

Pani I. nic nie odpowiadała. Gładziła mnie z tyłu głowy, powtarzając cicho:

– Ciii… już dobrze… już dobrze… Ciii… Ciii…

Przekleństwo

FeaturedPrzekleństwo

Tamte słowa miałem przypomnieć sobie wiele lat później!

Stara Cyganka siedziała na trzebnickim chodniku i coś tam mamrotała pod nosem bezzębnymi ustami.  Nie zwróciłem na nią najmniejszej uwagi zbyt pochłonięty wcinaniem największej porcji włoskich lodów, które właśnie mama mi kupiła, żebym już więcej jej nie jojczał. Miałem wtedy jakieś pięć lat i cholernie mi taki układ odpowiadał.

I wtedy Cyganka złapała mnie za rękę. Przytuliłem się do mamy, chcąc wyrwać się z jej żelaznego uścisku. Ale trzymała mnie mocno. I długo patrzyła w oczy.

– Śliczny chłopiec – powiedziała skrzeczącym głosem. – Taki śliczny chłopiec.

Continue reading „Przekleństwo”

Najfajniejsze cycki na świecie

FeaturedNajfajniejsze cycki na świecie

Czy wiatr może zmienić chłopca w mężczyznę?

Może. Pod warunkiem, że byłby to bardzo silny wiatr. Huragan. Taki, który przygniata drzewa do ziemi, łamie pnie niczym zapałki i wyrywa całe połacie lasu z korzeniami. Wiatr, jak tamten, który wiele lat temu spustoszył Karkonosze i porwał z domów na kilka tygodni wielu leśników, pozbawiając żon ich mężów oraz dzieci ich ojców. Okrutny wiatr. Bezlitosny.

Tamtej nocy, kiedy zostaliśmy sami obudził mnie jej ledwie słyszalny, udręczony szloch. Zszedłem po schodach i stanąłem przed sypialnią rodziców. Drzwi były lekko uchylone, a przez szparę wyciekało żółte, mdłe światło. Znów usłyszałem urywany płacz i przeciągłe westchnienie. Delikatnie pchnąłem drzwi.

Continue reading „Najfajniejsze cycki na świecie”

Pierwszy raz

FeaturedPierwszy raz

Wszystko zaczyna się od kłamstwa!

To zawsze przychodzi znienacka. Jak zła wiadomość. Jak złodziej. Jak nagła śmierć. Nigdy nie wiadomo, kiedy się pojawi. Wcześniej nie daje żadnego znaku. Żadnego sygnału. Nie ostrzega. Co więcej, najpierw cię zwodzi. Kluczy. Oszukuje. No, bo jeszcze wczoraj wydawało się to absolutnie niemożliwe! Nieprawdopodobne. A dzisiaj?

Dzisiaj już niczego nie jesteś pewien.

Continue reading „Pierwszy raz”

Samantha

FeaturedSamantha

Pułkownik to się dopiero znał na kobietach!

Zawsze powtarzał, że nie ma gorszej cholery na tym świecie niż baba. Bardziej fałszywej. Bardziej zawziętej. Wredniejszej. Albo pazerniejszej.

Ale też, jak mawiał z nieukrywanym podziwem – nie ma też bardziej cwańszej.

– Uważaj z tymi babami – mówił często do mnie, spluwając na odległość pięciu najdłuższych kroków, jak kiedyś dokładnie odmierzyłem. – Bo już niejednego porządnego chłopa te france sprowadziły na manowce!

Continue reading „Samantha”

Most Grunwaldzki

FeaturedMost Grunwaldzki

Poznałem kiedyś dziewczynę.

Ale od razu uprzedzam! To nie będzie romantyczna historia. Taka z happy endem. Taka z motylami w brzuchu. Powietrzem o zapachu dzikiego bzu. Albo z cygańską muzyką w tle. Nic z tych rzeczy.

Bo tam nie było motyli.

Bo tam zamiast motyli były inne robale.

Tam były szerszenie!

Continue reading „Most Grunwaldzki”