Kiosk z marzeniami

FeaturedKiosk z marzeniami

Wszystko zaczyna się od marzeń!

Moje największe marzenie zawsze zaczynało się późną wiosną. Albo wczesnym latem. Najtrudniejsze było jednak to, że nigdy nie dawało się określić dokładnego dnia. Kiedy się pojawi. Z każdym tygodniem robiłem się coraz bardziej niespokojny, a moja wrodzona niecierpliwość wystawiana była na ciężką próbę.

Aż tamtego dnia w końcu się spełniło.

Wracałem polną drogą ze szkoły, kiedy na horyzoncie pojawił się mały punkcik. Błyskawicznie rósł w oczach i po chwili zmienił się w znajomy kształt. Leciał nisko nad koronami drzew. Wyskoczyłem na środek drogi, a moje serce o mało nie wyrwało się z piersi, niczym dziki ptak na wolność trzymany w klatce. Zaczynałem wrzeszczeć na całe gardło i machać rękami jak wariat.

Pilot chyba mnie zauważył, bo naraz skręcił w moją stronę i leciał teraz tuż nad drogą, rosnąc z każdą sekundą i napełniając powietrze basowym rykiem silnika. Przetoczył się nad moją głową jak bliski grzmot i lśniący, pękaty kadłub AN–2 wystrzelił w górę. Samolot zakołysał się ociężale z jednego skrzydła na drugie i wiedziałem, że pilot zrobił to specjalnie dla mnie. Po chwili silnik zwiększył obroty, samolot wziął głęboki zakręt i znikł za lasem. Jeszcze przez chwilę widziałem jego obły statecznik pomiędzy drzewami i zapadła cisza.

A ja ruszyłem raźno w kierunku domu środkiem drogi, oddychając pełnymi płucami. Wiedziałem, że teraz widok samolotu robiącego wiraże nad polami będzie towarzyszył mi przez kilka najbliższych tygodni i jeszcze nadarzy się niejedna okazja, aby się do niego zbliżyć na wyciągnięcie dłoni. Ta podniecająca perspektywa napawała mnie wprost niosącą radością.

Lotnictwo było moją największą pasją, od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem ten duży, dwupłatowy samolot, który każdego roku pojawiał się w naszej okolicy, żeby opryskiwać pola. Widok ten otworzył przede mną nieznany, fascynujący świat i na zawsze zaszczepił we mnie miłość do latania. Tata, widząc moje zainteresowanie, zamówił prenumeratę Skrzydlatej Polski w kiosku obok poczty. Pani Czapla nie chciała się z początku zgodzić, bo jak mówiła szkoda zachodu dla jednego egzemplarza.

Czapla to było jej nazwisko, chociaż wyglądała zupełnie jak ten ptak, od którego je zapożyczyła: miała długi nos, zdający się wyrastać prosto z czoła; duże okulary ze szkiełkami grubymi jak dna od butelek i wiecznie nosiła ten sam szary sweter. Sweter zapewne zrobiła sama, bo zawsze widziałem, jak robi na drutach, siedząc od rana do późnego popołudnia w kiosku. Gruby, mój najlepszy kumpel, kiedyś zdradził mi w wielkiej tajemnicy, że pani Czapla specjalnie przekłuwa szpilką kondomy, żeby kobiety zachodziły w ciążę, bo według niej używanie ich to śmiertelny grzech. W kościele pani Czapla zawsze siedziała w pierwszym rzędzie i śpiewała wysokim, skrzeczącym głosem, aż czasami ksiądz musiał ją uciszać.

Nie miałem zielonego pojęcia, co to znaczy „kondom”, ale nie pytałem Grubego, bo nie chciałem uchodzić w jego oczach za takiego, który nie wie. Rodziców również nie pytałem, ponieważ miałem przeczucie, że skoro usłyszałem to słowo od niego, z pewnością musi być to jakieś wyjątkowe świństwo.

Czasopismo przychodziło bardzo nieregularnie i każdego dnia po szkole szedłem do kiosku, pytając czy już się pojawiło. Pani Czapla miała mnie już zapewne serdecznie dosyć, ale czasami zdarzał się ten wyjątkowy dzień, kiedy już z daleka machała do mnie ręką przez wąskie okienko, uśmiechając się dobrotliwie.

W takich dniach zwykle nie pamiętałem drogi powrotnej do domu.

A potem przez kilka następnych tygodni żyłem moimi marzeniami. Razem z moim najlepszym przyjacielem, Benkiem, każdego dnia odprawialiśmy ten sam rytuał. Wymykaliśmy się z domu i pędziliśmy przez pola na spotkanie z samolotem.

Tata twierdził, że jak na myśliwskiego psa, Benek jest „rozpuszczony jak dziadowski bicz”, ale według mnie był najinteligentniejszym psem na świecie. Mógłbym przysiąc, że Benek rozumiał ludzką mowę, ale z sobie tylko znanych powodów wolał nie zdradzać tej umiejętności. Czasami, kiedy miałem nieodpartą chęć opowiedzenia jakiejś niesamowitej historii, a rodzice byli akurat zbyt zajęci, aby poświęcić mi czas, Benek stawał się moim jedynym i cierpliwym słuchaczem. Zawsze przysłuchiwał mi się z uwagą zabawnie marszcząc czoło, przekrzywiając łeb na boki, a na jego obwisłych wargach błąkał się ironiczny uśmieszek. A kiedy wpadałem w podły nastrój i moje życie stawało się podobne do tych niemych filmów, które nadawano w niedzielne popołudnia, Benek zawsze mi towarzyszył i jak najlepszy kumpel, siedział cierpliwie na tylnych łapach, od czasu do czasu poszturchując swym wilgotnym nosem w ramię.

Kilka dni temu Benek odkrył wśród stosu drewna ułożonego przy tylnej ścianie garażu wielkie gniazdo os i niefrasobliwie wetknął tam swój wiecznie szperający nos, niszcząc delikatną konstrukcję, czym wprawił jej mieszkańców w prawdziwą furię. Staliśmy wtedy z mamą i tatą na ganku i widzieliśmy, jak panicznie uciekał w naszym kierunku z głośnym skomleniem, a nad jego głową unosiła się chmura wściekłych os. Musieliśmy wszyscy schronić się w domu i do końca dnia nie wychodziliśmy na podwórko, gdzie królowały rozdrażnione owady gotowe rzucić się na każdego, aby wyładować na nim swą złość. Kilka z nich zdążyło użądlić Benka, ponieważ jego głowa napuchła jak dynia i za każdym razem, gdy na niego patrzyliśmy, wybuchaliśmy gromkim śmiechem. Benek chyba się na nas obraził, bo zaszył się w garderobie za koszem na brudną bieliznę i długo nie wychodził.

Przed nami rozciągała się otwarta przestrzeń ciągnących się po horyzont pól pokrytych srebrnymi kłosami pszenicy, falującymi jak wzburzona powierzchnia morza. W rozedrganym powietrzu unosiły się chmary owadów, a zwinne jaszczurki, podobne do miniaturowych dinozaurów umykały spod nóg.

Biegliśmy ścieżką wydeptaną przez sarny w kierunku kępki zrośli z samotną sosną, która wyglądała jak palma na maleńkiej, bezludnej wysepce wyrastającej pośrodku tropikalnego morza. Zwinnie jak małpa wdrapałem się na czubek drzewa i przytulony do lepiącego się od żywicy pnia, zastygłem w pełnym napięcia oczekiwaniu. Benek przez chwilę obszczekiwał mnie z dołu, a potem położył się w cieniu, ucinając sobie drzemkę.

Słońce zdawało się wisieć tuż na moją głową, a upał lał się z nieba jak wrzątek. Chciało mi się pić i kiedy zaczynałem już tracić nadzieję, naraz dostrzegłem dwupłatowiec, jak leciał tuż nad linią drzew, robiąc się coraz większy i większy.

Czym prędzej zszedłem z sosny i zacząłem biec co sił przez zboże na spotkanie z nim. Benek obudził się i pognał za mną, z radością biorąc udział w tej nowej dla niego zabawie.

Kiedy samolot minął linię lasu, obniżył gwałtownie wysokość i leciał w naszym kierunku, niemal muskając podwoziem falujące kłosy. Spod jego kadłuba trysnęła krwista smuga sztucznego nawozu, jakby został trafiony pociskiem, ciągnąc za sobą gęsty pióropusz dymu.

Dokładnie w chwili, gdy wielorybi kadłub znalazł się nad moją głową, rozrzuciłem ramiona, niemal ogłuszony rykiem silnika, a opadający nawóz przydusił mnie do ziemi. Kaszlałem, próbując złapać oddech, a moje oczy paliły żywym ogniem, jakby ktoś nasypał tam soli. Benek kichał i fukał zabawnie, niezdarnie pocierając łapą oczy.

Ale po chwili zrywałem się na nogi i pędziłem za oddalającym samolotem, który kładąc się na skrzydła, zawracał i obniżał lot, przygotowując do następnego przelotu. Znów rozkładałem ramiona i upajałem się widokiem zbliżającego się szybko potężnego dwupłatowca.

Nie wiem, czy pilot widział mnie, ale byłby chyba przerażony, gdyby dowiedział się, że jakiś zwariowany dzieciak z psem daje się obsypywać nawozem, niemal dusząc na śmierć tylko po to, aby znaleźć się jak najbliżej lecącego samolotu.

Jednak dla mnie pilot był kimś w rodzaju Supermena i niczego w życiu nie pragnąłem bardziej, jak być na jego miejscu. Usiąść tam, w kabinie samolotu.


Wiele lat później, już w innych czasach i  w innym miejscu, siedziałem w kabinie szybowca, wykonując swój pierwszy samodzielny lot. Byłem tak samo podekscytowany, jak wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem żółty dwupłatowiec nad polami. Leciałem właśnie do czwartego zakrętu. Byłem już bardzo nisko. Jakieś sto metrów. Pochyliłem szybowiec na skrzydło i dokładnie widziałem niewielkie boisko, na którym chłopiec kopał piłkę do bramki. Wokół niego biegał pies, kreśląc zabawnie ósemki.

Smukły cień szybowca przemknął po wypalonej słońcem trawie.

Chłopiec podniósł głowę do góry i spojrzał na mnie.

Po chwili wyrzucił ramiona w powietrze i zapominając o piłce, zaczął biec razem ze mną.

Uśmiechnąłem się do siebie. Znam to uczucie, stary!

Tak. Bo wszystko zaczyna się od marzeń!

Benek

FeaturedBenek

To były ostatnie takie święta Bożego Narodzenia!

W Wigilię, o świcie, tata wyciągnął mnie z łóżka, pytając, czy pójdę z nim na polowanie. Niemal poczułem się urażony tym pytaniem. Z kolei na moje wątpliwości – na co będziemy polować? – tata odparł enigmatycznie: – Zobaczymy.

Wzięliśmy Benka i ruszyliśmy samochodem w kierunku szosy. Na krzyżówce pojechaliśmy prosto, torując sobie drogę przez zaspy. Otaczający nas las ciągnął się wiele kilometrów i zajęło nam około godziny dotarcie do jego granicy. Przed nami pojawiła się biała jak prześcieradło płachta otwartej przestrzeni ciągnącej się po horyzont, gdzieniegdzie upstrzona kępkami drzew i zarośli rosnących wzdłuż rowów.

Teraz pola były pokryte śnieżną pierzyną, przenikliwy wiatr hulał niosąc drobne lodowe igiełki, a kilkustopniowy mróz szczypał w policzki.

Zostawiliśmy samochód przy drewnianym mostku i ruszyliśmy wzdłuż szerokiego rowu, porośniętego rzadkimi krzakami. Benek pobiegł do przodu i po chwili znikł nam z oczu.

Tata twierdził, że jak na myśliwskiego psa, Benek jest „rozpuszczony jak dziadowski bicz”, ale według mnie był najinteligentniejszym psem na świecie. Mógłbym przysiąc, że Benek rozumiał ludzką mowę, ale z sobie tylko znanych powodów wolał nie zdradzać tej umiejętności. Czasami, kiedy miałem nieodpartą chęć opowiedzenia jakiejś niesamowitej historii, a rodzice byli akurat zbyt zajęci, aby poświęcić mi czas, Benek stawał się moim jedynym i cierpliwym słuchaczem. Zawsze przysłuchiwał mi się z uwagą zabawnie marszcząc czoło, przekrzywiając łeb na boki, a na jego obwisłych wargach błąkał się ironiczny uśmieszek. A kiedy wpadałem w podły nastrój i moje życie stawało się podobne do tych niemych filmów, które nadawano w niedzielne popołudnia, Benek zawsze mi towarzyszył i jak najlepszy kumpel, siedział cierpliwie na tylnych łapach, od czasu do czasu poszturchując swym wilgotnym nosem w ramię.

Tata załadował dubeltówkę, ale przerzucił ją sobie przez ramię i wcisnął ręce w kieszenie kurtki. Czasami polowaliśmy w ten sposób, przemierzając pola i czekając aż Benek wypłoszy zająca lub bażanta. Jednak dzisiaj tata sprawiał wrażenie, jakby wcale nie miał ochoty na polowanie. Najwyraźniej coś go nurtowało.

– Powiedz mi, synku, czy nie czujesz się czasem odrobinę samotny? – zapytał niespodziewanie.

Co za dziwne pytanie, pomyślałem. Jasne, że nie czułem się samotny, miałem przecież rodziców, Benka i czasami nawet dobrze bawiłem się w towarzystwie Grubego. Dlaczego więc, tata tak dziwnie się pyta? Może martwi się, że za dużo czasu spędzam nad moimi projektami myśliwców? Jednak przeczucie podpowiadało mi, że to nie to.

– Chyba nie – odpowiedziałem.

– Ani trochę?

– Nie – odparłem. – Mam przecież was.

Tata uśmiechnął się pobłażliwie.

– Chodziło mi, czy nie brakuje ci towarzystwa innego dziecka. Kogoś znacznie młodszego niż mama czy ja?

– Może trochę – odrzekłem wykrętnie, czując niepokój. Najwyraźniej tata zmierzał do konkretnego celu i próbował mnie najpierw wybadać. – Dlaczego pytasz?

Tata zrobił kilka kroków w milczeniu. Może ktoś ma się do nas sprowadzić, uświadomiłem sobie z rosnącym przerażeniem. Ale kto to mógłby być?

– A co byś powiedział na braciszka albo siostrzyczkę? – wypalił nagle i zatrzymał się. – Taki nasz prezent pod choinkę. Dla ciebie.

Zamurowało mnie. A więc tak się sprawki mają, pomyślałem. Czułem, jak zaczyna ogarniać mnie panika.

– Pomyśleliśmy sobie z mamą, że być może nadszedł już czas postarać się o kolejne dziecko. A i tobie byłoby raźniej.

Dzięki za troskę, odpowiedziałem mu w myślach, czując jak mój świat wali w gruzy. Nigdy, nawet w najśmielszych wyobrażeniach, nie przypuszczałem, abym musiał się dzielić z kimś rzeczami należącymi do mnie, moim pokojem czy też uwagą rodziców. Przerażała mnie również myśl, że oto, kiedy ja żyłem w błogiej nieświadomości, rodzice przygotowali zamach na moją wolność, planując kolejnego potomka. Poczułem się zdradzony. Czyżby…?

– Czy mama jest już…?

– Nie – tata roześmiał się głośno. – Mama nie jest jeszcze w ciąży, jeśli o to ci chodzi. Pomyśleliśmy sobie, że skoro jesteśmy rodziną, to ta sprawa również ciebie dotyczy. Dlatego chcielibyśmy poznać twoje zdanie na ten temat.

Doceniam gest, pomyślałem z przekąsem. Miałem wrażenie, że decyzja została już dawno podjęta. Czułem się kompletnie rozbity. O ile młodszego brata mógłbym od biedy tolerować, to na myśl o siostrze cierpła mi skóra.

– No jak, synku? Co ty na to?

– Nie wiem – odparłem i nagle stanęła mi przed oczami przerażająca wizja: płaczący dniami i nocami niemowlak i porozwieszane wszędzie pieluchy. Poczułem mdłości.

– No, głowa do góry, synu – powiedział tata z nutką radości w głosie.

Tak, nie było wątpliwości – decyzja została podjęta!

– Zobaczysz, jak będzie fajnie – kontynuował z coraz większym entuzjazmem. – Jeśli to będzie braciszek, będziecie mogli grać razem w piłkę. Oczywiście dopiero za parę lat, ale czas szybko leci. A jeśli to będzie dziewczynka, to… cóż… to…

Urwał, szukając jakiegoś dobrego przykładu. No właśnie, pomyślałem, a co jeśli to będzie dziewczynka? Chyba nie znalazł niczego przekonującego, bo zamilkł.

Spojrzałem na niego. Tata patrzył gdzieś ponad moją głową, marszcząc brwi. Podążyłem za jego wzrokiem.

W oddali, prostopadle do rowu Benek biegł, dziwnie ujadając. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby tak robił. Za nim w niewielkiej odległości podążały w ciszy dwa duże cienie szybko zmniejszając dystans. Z daleka rozpoznałem wilczury należące do Siwca. Nie miałem wątpliwości, że Benek przed nimi rozpaczliwie uciekał.

Siwiec nigdzie nie pracował. Tata twierdził, że utrzymuje się z kłusownictwa i ma ukrytą nielegalną broń. Bałem się go bardzo, a kłusownictwo uważałem za najcięższe przestępstwo i dziękowałem Bogu za to, że mój tata jest zawodowym myśliwym, legalnie posiadającym broń.

Siwiec mieszkał przy drodze prowadzącej ze szkoły i ilekroć tamtędy szedłem, zawsze witało mnie natarczywe ujadanie psów. W rogu podwórka, pod płotem stał duży kojec, w którym zamknięte były dwa olbrzymie wilczury. Kain i Abel. Widocznie Siwiec bardzo kochał psy, gdyż kojec był najporządniejszą konstrukcją w całym obejściu. Psy miały drewnianą podłogę, solidny dach pokryty papą, obszerne budy zbite z grubych desek, a stalowa siatka była nowa i równo naciągnięta. Psy były świetnie odżywione, miały gęstą, lśniącą sierść i na mój widok rzucały się wściekle na siatkę. W ich pyskach błyskały białe, ostre kły, a w gardłach grały groźne werble. Rozumiałem, dlaczego Siwiec otacza psy taką opieką, gdyż z pewnością używa ich do kłusownictwa. Ja nigdy nie wiedziałem, który jest który.

Patrzyłem z rosnącym przerażeniem, jak jeden wilczurów wyforsował się do przodu i na pełnej prędkości skoczył Benkowi na grzbiet. Przednie łapy Benka załamały się pod zwiększonym ciężarem i oba psy wykonały wysoki piruet, wzbijając w powietrze tumany śniegu. Benek błyskawicznie poderwał się i wykonując gwałtowny skręt, ruszył w naszym kierunku.

Drugi ze ścigających go wilczurów, jakby tylko na to czekał. Ściął zakręt i rzucił się na Benka, wpijając kły w jego kark. Benek zaskowyczał przeraźliwie i uskoczył w bok, próbując oderwać się od napastnika, ale w tym czasie pierwszy wilczur skoczył mu ponownie na grzbiet.

– Dopadły go! – krzyknął tata i zrywając dubeltówkę z ramienia, zaczął biec w kierunku walczących psów.

Ruszyłem za nim, modląc się, aby Benkowi nie stała się krzywda.

Benek za wszelką cenę próbował uwolnić się od napastników. Zaczął szamotać się rozpaczliwie, warcząc i kąsając zębami na oślep, jednak psy Siwca były zaprawionymi w walkach mordercami i doskonale wiedziały, jak zabija się inne zwierzęta. Powaliły Benka na śnieg i w całkowitym milczeniu zaciskały swoje kły w śmiertelnym uścisku. Wiedziałem, że Benek nie ma najmniejszych szans.

Tata był poza zasięgiem skutecznego strzału, ale w biegu przyłożył strzelbę do ramienia. Na sekundę zatrzymał się i usłyszałem odgłos zwalnianej iglicy.

Suchy trzask rozdarł powietrze i zobaczyłem szary cień, który wyprysnął z lufy dubeltówki i rąbnął najbliższego wilczura w czaszkę. Pies zawył przeraźliwie, wykonał kilka fikołków, zerwał się na równe łapy i zaczął wykonywać jakiś obłędny taniec. Z jego strzaskanego pyska buchnęła parująca, niemal pomarańczowa krew, tworząc makabryczny rysunek na śniegu. Po chwili przewrócił się na bok z głuchym łomotem i znieruchomiał.

Drugi wilczur puścił Benka i zaczął uciekać szerokim łukiem, podkulając ogon, pokryty długą, czarną sierścią. Tata ponownie złożył się do strzału, długo prowadził uciekającego psa końcem luf i kiedy myślałem już, że zrezygnuje ze strzału, nacisnął spust. Znów rozległ się trzask, gdy broń bluznęła ogniem.

Uciekający wilczur, jakby naraz zderzył się z niewidoczną ścianą. Ładunek śrutu zatrzymał go niemal w miejscu. Pies przeleciał przez łeb i zastygł w bezruchu, nie wydając przy tym najmniejszego głosu.

To ja pierwszy dobiegłem do leżącego Benka i oczom ukazał mi się straszny widok. Mój przyjaciel leżał na boku w powiększającej się kałuży krwi, dysząc krótkimi, urywanymi spazmami. Połowa jego pyska została obdarta ze skóry, której wywinięty płat odsłaniał nagie kości i zęby w miejscu gdzie żuchwa łączy się z czaszką. Gałka oczna wypadła ze swojego miejsca i groteskowo zwisała na kawałku jakieś żyłki.

Upadłem na kolana i wziąłem w dłonie pysk Benka. Na rękach poczułem jego ciepłą i lepką krew. Łzy napełniły mi oczy i rozbeczałem się jak noworodek.

– Tato, zrób coś! – krzyczałem próbując zawinąć zwisający płat skóry na jego pierwotne miejsce. – Proszę cię!

Tata przykucnął przy mnie i położył mi dłoń na ramieniu.

– On właśnie umiera, synku. Stracił za dużo krwi.

– Nie! Zrób coś, proszę!

Tata poklepał mnie delikatnie.

– Nic nie możemy zrobić. – powiedział i dodał: – To już nie potrwa długo.

– Nieprawda! Benek wcale nie umiera!

Jakby na potwierdzenie moich słów, Benek uniósł nieznacznie głowę, spojrzał na mnie zdrowym okiem jakoś tak po ludzku i polizał aksamitnym językiem po ręce.

– Widzisz? – powiedziałem do taty.

Tata nic nie odpowiedział, tylko mocniej ścisnął moje ramię.

Głowa Benka opadła, oddech stawał się coraz płytszy, aż w końcu klatka piersiowa przestała się unosić. Jego zakrwawionym ciałem wstrząsnął ostatni dreszcz i znieruchomiał.

– Nieee! – wykrzyknąłem. Uświadomiłem sobie, że tata jednak mówił prawdę.

– Przykro mi, synku – powiedział tata, wstając. – Pójdę po samochód.

Słyszałem chrzęst śniegu pod jego butami, jak się oddalał.

Kiedy wrócił, zastał mnie klęczącego z głową przyjaciela na kolanach, a moje łzy na policzkach zaczęły już zamarzać.

Tata rozłożył stary koc na pace samochodu i pomógł mi ułożyć na nim Benka. Chciałem jechać razem z nim, ale tata się nie zgodził i stanowczym głosem kazał mi wsiąść do kabiny. Następnie przyciągnął martwe ciała morderców Benka i bezceremonialnie wrzucił na pakę. Zajął miejsce za kierownicą i samochód ruszył w kierunku domu, buksując na śniegu.

Długo żaden z nas się nie odzywał. Pogrążony we własnych myślach, popadłem w całkowitą rozpacz. Co chwilę oddychałem z ulgą, mając nadzieję, że Benek żyje i wszystko będzie jak dawniej, ale kiedy spoglądałem przez tylną szybkę, widziałem martwe ciało przyjaciela. Nawet ośmiolatek zdaje sobie doskonale sprawę, że cuda raczej się nie zdarzają.

Tata również pogrążony był w myślach. W końcu odwrócił głowę i powiedział:

– Musiałem to zrobić.

Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, nie bardzo wiedząc, o czym mówi.

– Musiałem zastrzelić te psy. Po prostu musiałem. – powiedział jakby chciał się usprawiedliwić. – Jako strażnik łowiecki mam nawet obowiązek odstrzeliwać wałęsające się psy, żeby chronić dziką zwierzynę.

Kiwnąłem głową, czując jak wzbiera we mnie nienawiść do Siwca.

– Szkoda tylko, że nie zdążyłem uratować Benka.

Chciałem, aby Siwiec poniósł straszliwą karę, za to, co się stało z moim przyjacielem. Chyba po raz pierwszy w życiu życzyłem komuś śmierci.

– Wiesz, czyje to były psy? – spytał tata.

– Tak.

– Już dawno mówiłem Siwcowi, żeby na nie uważał, bo może je stracić.

– Co z nimi zrobisz? – spytałem, wskazując na pakę.

Tata wzruszył ramionami.

– Zawiozę i rzucę mu pod nogi.

W jego głosie również wyczułem wściekłość.

– Będziesz się z nim bił?

Tata spojrzał na mnie i po raz pierwszy się uśmiechnął.

– Nie… nie ma takiej potrzeby, synku – powiedział i zamilkł.

W kompletnej ciszy zajechaliśmy na podwórko z tyłu domu. Tata wstawił samochód do garażu, wziął łopatę i gdzieś zniknął na długo.

Ja natomiast nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Poszedłem do pomieszczenia, gdzie trzymaliśmy Benka i łzy napłynęły mi do oczu, na widok pustego materaca. Było coś niewyobrażalnie żałosnego w widoku jego ulubionego legowiska, postrzępionego i pogryzionego w wielu miejscach, na którym Benek ćwiczył zęby, gdy był jeszcze szczeniakiem.

Później wszyscy poszliśmy wszyscy w róg ogrodzenia, gdzie tata wykopał płytki dołek tuż obok starej akacji. Musiał sporo się natrudzić, ponieważ ziemia była twarda jak skała i tata pomógł sobie ciężkim kilofem. Obok, w białym worku leżało ciało mojego najwierniejszego przyjaciela.

Tata złożył Benka w jego grobie i zasypał grudami ziemi za pomocą łopaty. Zmarznięta ziemia dźwięczała metalicznie.

Raz za razem pociągałem nosem, mama stanęła przy mnie, obejmując ramieniem. Patrzyliśmy, jak tata usypał niewielki kopiec, oparł łopatę o drzewo i stanął niezdecydowany z założonymi rękami. Z jego głowy i pleców unosiły się obłoki pary.

Chciałem coś powiedzieć, ale wyręczyła mnie mama:

– Teraz kochany Benek będzie strzegł naszego domu już na zawsze.

Obaj z tatą pokiwaliśmy głową, przyznając jej rację. Chyba lepiej nie można było tego ująć.

– Wracajmy – powiedział mama.

Z sercem ściśniętym żalem powlokłem się do swojego pokoju i rzuciłem się na łóżko. Wtuliłem twarz w poduszkę.

Przed oczami wciąż miałem spojrzenie Benka.

Tamto spojrzenie.

Ostatnie.

* * *

Zapadł zmierzch i odświętnie ubrani stanęliśmy przy wigilijnym stole w gościnnym pokoju. Tata rozpalił ogień w kominku, a mrugające na choince kolorowe lampki wprowadzały świąteczny nastrój. W całym mieszkaniu rozchodził się zapach jedzenia i aromat jodłowych igiełek.

Mama przywiązywała niezwykłą wagę do tradycji i nakrywała stół wyprasowanym idealnie białym obrusem, pod który wkładała pęczek pachnącego siana, suszonego od lata na strychu. Z pozostałego sianka na środku stołu robiła coś w rodzaju ptasiego gniazda i rozkładała opłatek w kształcie wachlarza.

Stawiała również pusty talerz na honorowym miejscu, jak mawiała, dla zbłąkanego, głodnego wędrowca. Odkąd sięgam pamięcią, jeszcze żaden głodny wędrowiec nigdy nas nie nawiedził, ale taka była tradycja. Właściwie nie chciałem, aby ktokolwiek naruszał tą świąteczną atmosferę i rodzice też pewnie byliby niezadowoleni, gdyby ktoś teraz przyszedł do naszego domu. Zwłaszcza w dniu, w którym straciłem swojego najlepszego przyjaciela.

– Pomódlmy się – powiedziała mama i wzięła do ręki Pismo Święte. Odszukała odpowiedni fragment i odczytała, jak brzemienna Maryja z Józefem błąkali się po świecie, nie mogąc znaleźć miejsca, w którym mógłby się urodzić Jezus. Zawsze przy tym fragmencie, dziękowałem w duchu, że urodziłem się dzisiejszych czasach.

Kiedy skończyła, rozdała opłatek i złożyliśmy sobie życzenia, przełamując się nawzajem. Mama jak zawsze rozpłakała się przy tym i długo nie mogła dojść do siebie. Tata natomiast życzył mi krótko powodzenia w szkole, ściskając w żelaznym uścisku moją rękę, a na koniec huknął mnie w plecy, zmierzwił włosy na głowie i szybko zasiadł za stołem. Rozumiałem go doskonale, bo sam miałem trudności ze składaniem życzeń.

Zgodnie z tradycją, mama przygotowała dwanaście potraw, na które składały się zawsze: barszcz z uszkami, zupa grzybowa, gotowane ziemniaki, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi z ziemniakami i serem, smażony karp, karp w galarecie, karp wędzony, śledzie z cebulą, kapusta gotowana z grochem, kutia oraz kompot gotowany z suszonych owoców.

Zawsze zaczynaliśmy od barszczu z uszkami naszpikowanymi przepyszną grzybową masą, potem każdy nakładał sobie kolejne potrawy w dowolnej kolejności, ale koniecznie należało spróbować wszystkich dań. Mama dokładnie pilnowała, aby zgadzała się ilość i nigdy nie była pewna, czy barszcz należy liczyć osobno czy też razem z uszkami.

Po kolacji, kiedy już nie mogłem się ruszać z przejedzenia, mama sprzątnęła stół i wszyscy zaczęliśmy śpiewać kolędy. Właściwie śpiewała tylko mama, podczas gdy my z tatą nuciliśmy cicho pod nosem, i to wcale nie dlatego, że nie chciało nam się śpiewać, lecz byliśmy wprost zauroczeni jej śpiewem. Mama miała tak czysty i melodyjny głos, który sprawiał, że zawsze czułem na głowie i karku mrowienie, jakby wzdłuż mojego kręgosłupa maszerowało tysiące mrówek.

Kiedy mama skończyła, długo siedzieliśmy w milczeniu.

– A może teraz, Damianek pójdzie sprawdzić, czy przypadkiem przed domem nie zatrzymały się sanie Świętego Mikołaja? – spytała mama, zwracając się do taty z konspiracyjną miną.

– Ależ oczywiście – ożywił się naraz tata.

– Ale czy nasz synek zasłużył w tym roku na to, aby przyszedł do niego Mikołaj? – dziwiła się mama, zezują na mnie oczami.

– No nie wiem – odrzekł tata, rozkładając ręce w teatralnym geście. ­– No nie wiem.

Tak, jasne, pomyślałem przewracając oczami. Irytowało mnie ich zachowanie i to, że nadal traktowali mnie, jak małe dziecko. Przecież żaden ośmiolatek na świecie nie wierzy w istnienie Świętego Mikołaja! Dlaczego dorośli tak szybko zapominają rzeczy, które były dla nich oczywiste, kiedy sami byli dziećmi?

Ale równocześnie z chęcią wziąłem udział w tym kiepskim przedstawieniu. Cóż, byłem jednak dzieckiem i ostatecznie ciekawość wzięła górę nad urażoną dumą. Oczywiście, nie żebym nagle uwierzył w Świętego Mikołaja. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że prośba mamy jest tylko pretekstem, abym na chwilę wyszedł z pokoju, podczas gdy rodzice potrzebują trochę czasu, aby prezent dla mnie zmaterializował się pod choinką. I jak zwykle będą zaprzeczać, że mają z tym cokolwiek wspólnego.

Z niecierpliwością pobiegłem do przedpokoju i robiąc dużo hałasu, otworzyłem szeroko drzwi wejściowe. Za sobą usłyszałem pośpieszną krzątaninę rodziców.

Tego wieczoru po raz pierwszy w życiu zmoczyłem się w spodnie.

* * *

Na progu, w mroku stał potężny jak góra, ubrany na czarno mężczyzna w kapeluszu.

Z całą pewnością nie był to Święty Mikołaj.

– Aaa, młody leśniczy – rzekł, prawie nie poruszając ustami. Miałem wrażenie, jakby głos dobiegał gdzieś z jego wnętrzności.

Siwiec zrobił krok do przodu i wszedł do mieszkania, kołysząc się na boki.

Młody leśniczy zrobił kilka kroków do tyłu, czując jak ciepła ciecz spływa mu po nogach. Miałem wrażenie, jakby ktoś położył mi lodowatą rękę na głowie i ciągnął do góry za włosy.

– Chodź tutaj! – krzyknął tata za moimi plecami głosem ostrym jak ostrze noża i pociągnął mnie do tyłu, stając przed Siwcem. W drzwiach stała mama z ręką przy ustach. Była blada jak płótno. Wiedziałem, że nawet w najśmielszych wyobrażeniach, nie takiego zbłąkanego wędrowca miała na myśli.

Siwiec stał z pochyloną głową dłużą chwilę i wykrzywił usta w fałszywym uśmiechu. Miał krwistoczerwoną twarz, ściętą mrozem, a z kącika ust ciekła mu stróżka śliny. Bił od niego kwaśny odór alkoholu.

Stojąc bezpiecznie za plecami taty, patrzyłem wytrzeszczonymi oczami, jak podniósł rękę i uchylając kapelusza, ukłonił się w kierunku mamy.

– Wesołych świąt! – powiedział chrapliwym głosem, szorstkim jak papier ścierny.

Ani tata, ani mama nie odezwali się słowem i zapadła kompletna cisza. Siwiec zdjął kapelusz i obracał go w dłoniach, jakby był zakłopotany wrażeniem, jakie wywołała jego niespodziewana wizyta.

– Po co tu przyszedłeś, Siwiec? – zapytał tata. Z tonu jego głosu jasno wynikało, że również nie spodziewał się takiego gościa i z całą pewnością nie zostanie zaproszony do stołu na honorowe miejsce. Nawet wbrew tradycji.

Siwiec sięgnął pod połę płaszcza i długo czegoś tam szukał. Śledziłem każdy jego ruch, a wyobraźnia naraz podsunęła mi przerażającą wizję: zaraz wyjmie nóż, albo pistolet i będzie chciał się zemścić za zastrzelenie jego psów.

– Chodzi ci o psy? – tata jakby czytał w moich myślach.

– Nie, nie przyszedłem tu z powodu psów – odrzekł, nadal gmerając w kieszeni. – Nie żywię urazy. Było minęło.

Wiedziałem, że kłamie i desperacko szukałem sposobu, jak sprawić, aby zniknął z naszego domu.

– Więc o co chodzi? – spytał tata.

– Przyszedłem, żeby… – zaczął i wreszcie wydobył to, czego szukał. – …żeby złożyć świąteczne życzenia i podzielić się opłatkiem.

Tata odwrócił powoli głowę i spojrzał na mamę, która stała z założonymi rękami na piersiach, opierając się o framugę drzwi i kręciła głową z niedowierzaniem.

Siwiec trzymał w ręku kwadratowy opłatek tak biały, że aż niebieski. Był pijany, lecz nie na tyle, żeby stracić zdolność składnego formułowania myśli.

– Przyszedłem tutaj – zaczął mówić, nie patrząc się nikomu z nas w oczy. – Żeby złożyć państwu wszystkiego najlepszego z okazji narodzenia dzieciątka Jezus i przełamać się tym oto opłatkiem.

Zbliżył się do taty i wyciągnął rękę. Tata zagryzł wargi, wahał się bardzo długo, w końcu sięgnął po opłatek i ułamał kawałek. W całkowitej ciszy trzask pękającego opłatka zabrzmiał jak wystrzał z pistoletu.

Siwiec wyciągnął rękę w kierunku mamy, która idąc za przykładem taty, również ułamała kawałek. Gdyby zaczął od niej pierwszej, z pewnością by tego nie zrobiła.

– Jeszcze ty, smyku – powiedział, podając mi opłatek. Nie wiem, na co liczył, ale cofnąłem się kilka kroków. Był przecież mordercą Benka i ostatnią rzeczą w życiu, na jaką miałem ochotę, to przełamywanie się z nim opłatkiem! Byłem zły na rodziców, że tak łatwo się zgodzili. Siwiec był niebezpieczny niczym wilkołak i nie można było go spuszczać z oka nawet na ułamek sekundy.

– No, śmiało – zachęcał mnie, uśmiechając się fałszywie. – Nie bój się, chłopcze.

Pokręciłem głową i cofnąłem się jeszcze bardziej. Czułem wilgotne zimno na nogach.

– No, dobrze – rzekł z rezygnacją i zostawił mnie w spokoju. Odwrócił się do rodziców. – Najwyższy czas zapomnieć o starych urazach i krzywdach, prawda?

Zamilkł i wsadził sobie opłatek do ust. Rodzice pokiwali głowami i również spróbowali swoje kawałki. Żadne z nich nic się nie odezwało. Być może wciąż byli w szoku jego niespodziewaną wizytą, chociaż tata wydawał się już być nieco rozluźniony. Najprawdopodobniej kompletnie nie wiedzieli, co powiedzieć.

– Zwłaszcza, że są to nasze ostatnie takie święta – Siwiec dodał niespodziewanie i spojrzał tacie prosto w twarz.

Tata przestał nagle ruszać żuchwą.

– Co chcesz przez to powiedzieć, Siwiec?

Długo mierzyli się wzrokiem.

– Chcę powiedzieć, że teraz różne rzeczy mogą się wydarzyć – rzekł Siwiec.

– Na przykład?

– Różne – odparł, spoglądając w kierunku mamy. ­– Jest stan wojenny i trzeba na siebie uważać. Zwłaszcza, jak ma się taką piękną żonę.

Tata zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki.

– O co ci chodzi, Siwiec?

Wzruszył ramionami. Znów miał twarzy ten okropny grymas i odniosłem również wrażenie, jakby cały alkohol nagle gdzieś się z niego ulotnił.

– Ja tam nic nie wiem – rzekł, zakładając kapelusz na głowę. – Mówię tylko, że w stanie wojennym różne rzeczy mogą się przytrafić.

– Grozisz nam, Siwiec?

Ten odwrócił się i chwycił za klamkę.

– Czas już na mnie – powiedział i uchylił kapelusz. – Wesołych świąt!

Po chwili już go nie było.

* * *

Dochodziła północ i pojechaliśmy na Pasterkę. Już z daleka widać było kościół, który rozświetlony w zimowej, nocnej scenerii wyglądał niczym lądujący pojazd kosmiczny. Wokół kłębił się tłum wiernych, a cała droga po obu stronach zastawiona była najprzeróżniejszymi samochodami, że trudno było znaleźć miejsce do parkowania.

Weszliśmy do kościoła.

I wtedy go zobaczyłem.

Siwiec stał pod kolumną z tyłu kościoła i przypatrywał mi się uważnie. Na jego przerażającej twarzy widniał znów ten straszliwy grymas, a kiedy nasze oczy się spotkały, wykrzywił wargi w fałszywym uśmiechu. Nagle przypomniały mi się jego słowa, które wypowiedział przed paroma godzinami w naszym domu i zacząłem trząść się ze strachu.

Poczułem, jakby groziło nam straszliwe niebezpieczeństwo.


Niedługo po tym wydarzeniu do naszych drzwi zapukali milicjanci. Było ich dwóch. Mieli zimowe panterki i czapki z nausznikami. Jeden z nich miał na plecach karabin.

Kazali tacie oddać broń. I całą amunicję.

Nie byli mili.

I zabrali tatę z sobą.

Po jakimś czasie wrócił.

Ale już bez broni.

Telefon wieczorową porą

FeaturedTelefon wieczorową porą

To ci dopiero było wydarzenie!

Po wielu latach oczekiwania zrobili to! W końcu. Założyli linię telefoniczną do naszej leśniczówki. Pamiętam, jak monterzy stawiali cuchnące impregnatem słupy telefoniczne na drodze i jak im w tym gorliwie pomagałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat i skoro mieliśmy mieć telefon, czułem się w obowiązku osobiście dopilnować, aby nie odwalili jakiejś fuszerki. Machałem profesjonalnie rękami, żeby dać znak kierowcy koparki, ile jeszcze może podcofać. Krzyczałem, kiedy zbyt słabo zaczepiali liny. Cmokałem z dezaprobatą, gdy wydawało mi się, że słup niezbyt prosto stoi. W końcu dociekałem, kiedy zbyt długo odpoczywali podczas licznych przerw na papierosa.

Continue reading „Telefon wieczorową porą”

Córeczka tatusia

FeaturedCóreczka tatusia

Czy wiecie, kiedy tak naprawdę poczułem, że jestem ojcem?

Czy tamtego dnia, gdy się o tym dowiedziałem? A może wtedy, kiedy wziąłem to śliskie i wilgotne ciałko do ręki, a drugą z trudem przecinając pępowinę? Lub też, gdy po raz pierwszy usłyszałem upragnione słowo „Tata”?

Continue reading „Córeczka tatusia”

Kobieta z pociągu

FeaturedKobieta z pociągu

Nie wierzę w cuda!

Nigdy nie wierzyłem. I odkąd sobie to uświadomiłem, jakoś lżej żyje mi się na tym świecie. Łatwiej. Bo życie bez złudzeń jest znacznie prostsze. Bez wszystkich tych nieznośnych rozczarowań. Niepotrzebnego oczekiwania na coś, co samo i tak się nie wydarzy. Nigdy!

Continue reading „Kobieta z pociągu”

Chleb z musztardą

FeaturedChleb z musztardą

Był postrachem całej szkoły.

Miał ksywę „Diabeł” i robił chyba wszystko, żeby przypodobać się swojemu patronowi. Lucyferowi. Albo Belzebubowi. Zresztą, kto by się tam połapał w tej piekielnej hierarchii. W każdym razie nieźle sobie radził i po śmierci z pewnością czekała go wspaniała kariera. Nieziemska. Rzekłbym – szatańska.

Continue reading „Chleb z musztardą”

Murzyn

FeaturedMurzyn

Jako dzieciak niczego tak się nie bałem w życiu, jak Murzyna!

Pan Mundek często powtarzał, że jeszcze nigdy nie trafił mu się równie głupi koń. Nieusłuchany. Dziki. Taki, któremu nigdy nie wiadomo, co może do tego durnego łba strzelić. Taki leniwy. I taki pojebany.

– Tak samo tępy i tak samo nie chce mu się robić, jak… tamtym – mawiał, rechocząc ze śmiechu aż widać było ten drgający dzyndzel głęboko w jego gardle.

Continue reading „Murzyn”