Czarne Usta – Prolog

FeaturedCzarne Usta – Prolog

Kochani Czytelnicy Czarnej Skrzynki!

Zachęcony Waszymi jakże inspirującymi komentarzami, które otrzymywałem od pierwszego wpisu na tym blogu oraz bardzo licznymi słowami zachęty, postanowiłem opublikować fragment nieco dłuższej nieopowiedzianej historii, nad którą od jakiegoś czasu pracuję. Traktuję to jako swego rodzaju teaser, dzięki któremu chciałbym zobaczyć, z jakim odbiorem może się spotkać historia Mirandy. W zależności od tego, jaki ów odbiór się okaże, będę publikował kolejne rozdziały. Albo nie będę tego robił. 

Dzisiaj mam przyjemność przedstawić Wam prolog powieści pod tytułem „Czarne Usta”. Mam głęboką nadzieję, że po jego przeczytaniu będziecie chcieli dowiedzieć się, dlaczego Miranda zjawiła się tamtego dnia na krawędzi klifu oraz jaką tajemnicę skrywa wydarzenie sprzed prawie dziesięciu lat.

Miłej lektury!                                                                                                   

Czarna Skrzynka


Teneryfa, 2010

Samotna kobieta stała na krawędzi wysokiego klifu i poprzez szkła przeciwsłonecznych okularów patrzyła na rozpościerający się przed nią bezkresny ocean. Wieczorna bryza pieściła delikatnie jej długie, czarne włosy, spływające miękko z przodu wzdłuż prawego ramienia, a zachodzące słońce rozświetlało mocno opaloną skórę na twarzy i ramionach miedzianymi refleksami. Łzy na policzkach błyszczały diamentowym blaskiem.

Bezwiednym ruchem odgarnęła kosmyki włosów z kącików ust, zrobiła krok do przodu i zatrzymała się tuż nad przepaścią. Pod jej stopami, kilkadziesiąt metrów poniżej, wulkaniczna skała opadała pionowo wprost do gotującej się wodnej kipieli. Kobieta patrzyła jak nadbiegające fale wściekle uderzają o brzeg z głuchym łomotem przypominającym odległy odgłos gromu.

Skrzyżowała ramiona na piersiach i przymknęła powieki. Ile to będzie sekund? – pomyślała. Jeżeli swobodnie spadający w powietrzu skoczek pokonuje około pięćdziesięciu metrów na sekundę – przypomniała sobie z lekcji fizyki – to daje jakieś niecałe dwie sekundy lotu. Tak niewiele, a jednocześnie cała wieczność. Mimo że było gorące sierpniowe popołudnie jej ciałem wstrząsały zimne dreszcze.

Miranda Torres miała trzydzieści trzy lata, i właśnie dzisiaj był dzień jej urodzin.  Boże! – szepnęła i nabrała głęboko powietrza w płuca. Było jak łyk orzeźwiającej wody. Od namiaru tlenu czuła lekkie oszołomienie. – Proszę natchnij mnie odwagą i daj mi Twoją siłę – modliła się poruszając bezgłośnie wargami.

Przybyła w to miejsce po raz pierwszy od prawie dziesięciu lat i sama zastanawiała się, dlaczego w końcu zdecydowała się to zrobić. Przecież z logicznego punktu widzenia pomysł był całkowicie pozbawiony sensu.

Czy wypowiedziane dawno temu słowa mają jeszcze jakiekolwiek znaczenie?

Od kilku miesięcy – dokładnie od chwili, kiedy brzmiąca jak wyrok wiadomość pozbawiła ją wszelkich złudzeń – czuła się jakby grała w jakimś koszmarnym, czarno-białym filmie. Tamtego dnia całe jej dotychczasowe życie, pełne uników i subtelnej gry pozorów, stało się nagle desperacką walką o każdy kolejny dzień życia. Miała wrażenie jakby świat skurczył się do rozmiarów niewielkiego pokoju, a upływający czas zatrzymał w miejscu. Pomimo fizycznej wolności była więźniem i zarówno jej dusza, jak i każda komórka ciała wołała o wyzwolenie.

Miranda nie pamiętała dokładnie, kiedy pierwszy raz pomyślała, żeby to zrobić. Właściwie to nigdy nie zapomniała złożonej dawno temu obietnicy. Teraz uchwyciła się kurczowo tej myśli, która wydawała się być jej jedyną nadzieją i jedynym ratunkiem.

Lecz czy można liczyć na kogoś, kto już raz zawiódł?

Kobieta wyciągnęła rękę i otwarła zaciśniętą pięść. Spojrzała na leżącą w jej dłoni niewielką figurkę wyrzeźbioną w kości słoniowej. Wizerunek przedstawiał tancerza z wzniesionymi ku górze ramionami i pochodziła najprawdopodobniej z Sahary Zachodniej. Kiedyś figurka składała się również z tancerki zastygłej w namiętnej pozie, ale rzeźba została przełamana na dwie osobne części.

Miranda otarła łzy z policzka i uśmiechnęła się na wspomnienie tamtego dnia. Ta krótka chwila wystarczyła, aby nabrała pewności. Ogarnęło ją poczucie winy. Przecież nie może pozwolić sobie nawet na moment słabości. Musi być silna i musi mieć nadzieję. Ostatni raz spojrzała na odległy horyzont i odwracając się energicznie, ruszyła kamienistą ścieżką wzdłuż klifu. Musi odnaleźć jakieś łagodne zejście i zdążyć zanim przypływ uniemożliwi jej to, co zamierzała zrobić. I musi pośpieszyć się, ponieważ i tak już była zbyt długo poza domem. Nie chciała swą nieobecnością wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń.

Była pewna, iż każdy jej krok jest dokładnie śledzony.

Reklamy