Tamte słowa miałem przypomnieć sobie wiele lat później!

Stara Cyganka siedziała na trzebnickim chodniku i coś tam mamrotała pod nosem bezzębnymi ustami.  Nie zwróciłem na nią najmniejszej uwagi zbyt pochłonięty wcinaniem największej porcji włoskich lodów, które właśnie mama mi kupiła, żebym już więcej jej nie jojczał. Miałem wtedy jakieś pięć lat i cholernie mi taki układ odpowiadał.

I wtedy Cyganka złapała mnie za rękę. Przytuliłem się do mamy, chcąc wyrwać się z jej żelaznego uścisku. Ale trzymała mnie mocno. I długo patrzyła w oczy.

– Śliczny chłopiec – powiedziała skrzeczącym głosem. – Taki śliczny chłopiec.

Mama pociągnęła mnie za sobą, uwalniając moją dłoń z ręki Cyganki. Przyśpieszyła kroku. Z odwróconą głową i  lodem przytkniętym do nosa długo patrzyłem na siedzącą na chodniku starą kobietę. Świdrowała mnie natarczywym spojrzeniem i śmiejąc się głośno, mieliła dziąsłami pozbawionymi zębów:

– Śliczny chłopiec… Taki śliczny… Ciekawe życie… Trudne życie… Ach… Taki śliczny chłopiec!

Tamtego dnia jeszcze nic z tego nie rozumiałem.

Nie mogłem.

* * *

To było moje przekleństwo! Powód do wstydu i przyczyna wszelakich frustracji. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale ludzie często mi to mówili, co całkowicie podkopywało moje poczucie wartości jako mężczyzny. Codziennie przeglądając się w lustrze widziałem zwykłego chłopaka. Miałem lekko skrzywiony nos, wystający podbródek, czuprynę bujnych włosów, których nijak nie udawało się przyczesać i nieco odstające uszy. Wyobrażałem sobie, że tak właśnie wyglądał Clint Eastwood, kiedy miał osiem lat i miałem głęboką nadzieję być taki jak on, kiedy dorosnę. A już szczytem upokorzenia było uwaga jednej cioci kiedyś na imieninach taty, która powiedziała, że wyglądam jak dziewczynka. Pamiętam, że aż mnie wtedy zemdliło.

Albo tamtego dnia, kiedy brodząc w śniegu wracałem ze szkoły. Mijałem kościół, gdy właśnie usłyszałem za sobą chrzęst toczących się kół. Błyskawicznie odwróciłem się i z prawdziwą ulgą wypuściłem powietrze z płuc, widząc czerwonego volkswagena golfa. Kierowca pomachał mi ręką i opuścił szybę w drzwiach.

– Cześć – powiedział proboszcz Gabriel, uśmiechając się serdecznie. – Chyba przestraszyłem cię trochę, prawda?

– Szczęść Boże – przywitałem się.

– Wpadniesz na chwilę do zakrystii? Mam do ciebie sprawę – powiedział, mrugając okiem.

– Dobrze – odpowiedziałem i ruszyłem w kierunku bramy prowadzącej na teren kościoła. Czerwony golf wyprzedził mnie, skręcił w bramę i widziałem, jak zatrzymuje się przed drzwiami zakrystii, na tyłach kościoła.

Brnąc przez nieośnieżony kościelny dziedziniec, myślałem o proboszczu Gabrielu. Pojawił się w zeszłym roku w naszej parafii i zastąpił poprzedniego proboszcza, który był już tak stary, że jak żartowała mama, musiał być młodszym bratem Abrahama. Miał zaniki pamięci, notorycznie spóźniał się z odprawianiem mszy w niedziele, a już szczytem było to, jak podczas pogrzebu na wiosnę, kazał mężowi podać dłoń zmarłej żonie i powtarzać słowa przysięgi małżeńskiej. Jak głosiła plotka, ktoś doniósł o tym zdarzeniu do biskupa i staruszek został natychmiast odwołany.

Wszyscy w cieszyli się z nowego proboszcza, który energicznie wziął się za sprawy parafialne. Zakupił nowe organy, przy okazji wymieniając organistę, gdyż poprzedni zbyt często zaglądał do kieliszka i potrafił wzbogacić swój gardłowy śpiew głośną czkawką, czym wywoływał powszechne zgorszenie. Jesienią proboszcz Gabriel wyremontował mur wokół kościoła, doprowadził do wykarczowania gęstych zarośli na cmentarzu, robiąc miejsce na nowe groby oraz zakupił nowe tabernakulum.

W zakrystii było przeraźliwie zimno i pachniało starą szafą. Wzdłuż całej ściany pod oknem biegł szeroki blat, pod którą znajdowało się mnóstwo szuflad, pomalowanych brązową farbą. Przez wielkie drzwi z archaiczną klamką przechodziło się wprost do kościoła wąskim przejściem za ołtarzem. Za każdym razem, kiedy tu byłem zawsze miałem wrażenie, jakbym cofał się do średniowiecza.

– Siadaj, proszę i poczekaj chwilę – powiedział proboszcz Gabriel, wskazując mi szeroką ławkę pod ścianą. Sam stał pochylony przy wysuniętej szufladzie i czegoś tam szukał.

Usiadłem i zacząłem mu się przyglądać. Wyglądał bardzo młodo, choć miał około czterdziestu lat i jak często szeptały kobiety przed kościołem, był bardzo przystojny. Raz w tygodniu prowadził dla nas lekcje religii w salce katechetycznej i w odróżnieniu od poprzedniego proboszcza, nigdy nie zdarzyło się, aby ktokolwiek z nas nudził się nawet przez sekundę. Z pasją opowiadał biblijne historie, pięknie śpiewał i grał na gitarze, a latem kopał z nami w piłkę na dziedzińcu kościoła. Wszyscy śmialiśmy się do rozpuku, jak biegał w swej długiej sutannie za piłką, a nawet zdarzało mu się zakląć pod nosem, gdy chybił do bramki, wyznaczoną pomiędzy dwiema topolami. Gdyby nie był księdzem, moglibyśmy wziąć go za starszego kolegę. Lubiłem go bardzo, choć w jego obecności czułem się nieco onieśmielony, zwłaszcza wtedy, gdy kazał mówić sobie po imieniu. Nigdy jakoś nie mogłem się przełamać.

Proboszcz w końcu wydobył jakieś opasłe księgi z szuflady, schował je do czarnej walizeczki, którą zawsze nosił ze sobą i zasunął szufladę, zamykając na klucz. Usiadł przy mnie na ławce, kładąc walizeczkę obok.

– Otóż, chciałbym, abyś od świąt Bożego Narodzenia zaczął służyć do mszy i po okresie próbnym, został ministrantem. Jak powiedziałem, masz dobrą dykcję i myślę, że mógłbyś później zacząć czytać czytania, a kto wie, może od razu śpiewałbyś psalmy.

Słuchałem go z uwagą, patrząc w podłogę. Mimo całej mojej sympatii do niego czułem, że wcale nie będzie to coś ekscytującego. Miałem prawie osiem lat i wystarczająco dużo życiowego doświadczenia, aby przypuszczać, że jeżeli ktoś zaczyna w ten sposób, to na pewno chce cię w coś wrobić. Szczególnie tyczyło się to dorosłych.

Szczerze mówiąc, nie bardzo podobał mi się ten pomysł. Mama pewnie byłaby zachwycona, ale już na samą myśl ogarniało mnie przerażenie, że miałbym wystąpić przed ludźmi i czytać, nie mówiąc już o śpiewaniu. A co jeśli zabraknie mi języka w buzi, albo potknę się w drodze do ambony? Gruby nie zostawiłby na mnie suchej nitki.

Proboszcz jednak nie odpuszczał. Położył mi dłoń na ramieniu i spojrzał prosto w oczy.

– Poza tym, nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale jesteś bardzo ładnym chłopcem – powiedział z tajemniczym uśmiechem na ustach.

Zesztywniałem. Jeśli myślał, że tym mnie przekupi, to właśnie jego wizja mnie jako ministranta, zaczęła się oddalać.

Proboszcz Gabriel chyba to zrozumiał. Spuścił głowę i westchnął.

– Widzisz, tak naprawdę potrzebuję cię. Jak zapewne słyszałeś, Tobiasz zawiódł moje zaufanie i musiałem wyrzucić go z grona ministrantów. To był bardzo zły chłopiec. – Ścisnął mnie mocniej za ramię i ściszył głos: – Powiem ci w sekrecie, że nakryłem go kiedyś jak palił papierosy, a wcale bym się nie zdziwił, gdyby również popijał alkohol. Serce ministranta musi być czyste jak ten opłatek, który przyjmujemy w komunii.

To prawda, ostatnio Tobiasz wpadł w podejrzane towarzystwo, sam widziałem, jak palił za mleczarnią z chłopcami, którzy już przynajmniej raz powtarzali klasę i często używali przekleństw. Kiedyś byłem również świadkiem, jak Tobiasz w szkolnej szatni brzydko wyrażał się o proboszczu Gabrielu. Rzeczywiście, na ministranta to on się chyba nie za bardzo nadawał.

– Teraz nie mam nikogo, kto mógłby czytać podczas mszy. Dlatego proszę ciebie.

– Nie wiem, czy potrafię…

– Och, daj spokój – przerwał mi. – Jasne, że sobie poradzisz. Możesz przychodzić tutaj, kiedy tylko zechcesz i będziemy razem ćwiczyć. Spodoba ci się, zobaczysz.

Widząc, że nadal się waham, proboszcz wstał z ławki i stanął przede mną. Miał tajemniczą minę.

– Zwykle tego nie robię, ale dla ciebie mógłbym uczynić wyjątek. Mógłbyś zostać ministrantem bez okresu próbnego. Chciałbyś być ministrantem, prawda?

Wzruszyłem ramionami. Ale nie powiedziałem „nie”.

– Świetnie! – klasnął w dłonie. – Oczywiście będziesz miał sporo obowiązków, bo czasami to naprawdę ciężka praca, ale przez większość czasu to fajna zabawa. Na ferie wyjeżdżamy na zimowisko w Góry Stołowe, a latem mamy w planach wyjazd nad morze. Zobaczysz, jaka to niezwykła przygoda być ministrantem.

Nie podzielałem jego entuzjazmu, ale musiałem przyznać, że ministranci cieszyli się większym szacunkiem w szkole. Byli kimś w rodzaju elity. Może trochę zadzierali nosa, ale ogólnie byli w porządku. Ostatecznie, co mi szkodziło spróbować?

– No to jak? Zgadzasz się? – spytał wyciągając rękę.

Wstałem i uścisnąłem jego dłoń.

– Chyba tak.

– Wspaniale. Witaj w rodzinie ministrantów. Przyjdź trochę wcześniej w najbliższą niedzielę na mszę o dziesiątej, żeby zapoznać się z kolegami.

* * *

Była niedziela, późne popołudnie, kończyło się długie i upalne lato. Rankiem długo na trawie leżała mokra i zimna rosa, ale w ciągu dnia z nieba lał się skwar. Jakaś ledwie dostrzegalna zmiana w zapachu powietrza zapowiadała zbliżającą się jesień.

Promienie słońca zachodzącego za murem cmentarza wpadały przez wysokie okna i przenikając kolorowe szkiełka witraży przedstawiające biblijne sceny, rozświetlały spowite w półmroku wnętrze kościoła miękką, niemal anielską poświatą. Dokoła pachniało tym specyficznym zapachem politury, kadzidła i prawie czterystuletnim kurzem, przywodzącym na myśl jakieś porośnięte pajęczyną strychy i zatęchłe krypty.

– Teraz – powiedział do mnie proboszcz Gabriel. Siedział w pierwszej ławce i uśmiechał się zachęcająco.

Chrząknąłem, oczyszczając gardło i pochyliłem głowę. Mimo że poza nami dwoma kościół był całkowicie pusty, paraliżowała mnie trema i zaschło mi w gardle. Stałem przy ambonie obok ołtarza i niemal czułem na sobie spojrzenie tych setek par oczu, które zwykle znajdowały się w kościele na niedzielnej mszy.

Przez kilka ostatnich tygodni spotykałem się po lekcjach z proboszczem Gabrielem, czytając na głos do pustych ławek i przygotowując się do pierwszego publicznego występu podczas porannej mszy w następną niedzielę. Mimo że na pierwszy rzut oka wydawało się to całkiem łatwe, dopiero proboszcz Gabriel uświadomił mi, że publiczne czytanie jest prawdziwą sztuką. Poza tym, był perfekcjonistą i przywiązywał wielką wagę do detali. Każde słowo, gest czy wyraz twarzy, które ćwiczyliśmy do znudzenia, miały dla niego ogromne znaczenie.

Mój początkowy entuzjazm szybko opadł i czułem się zniechęcony ogromem wysiłku i pracy, których ode mnie wymagał. Moja wrodzona niecierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Bądź co bądź, dla dziewięciolatka są o wiele ciekawsze rzeczy do robienia w letnie popołudnia niż spędzanie czasu w kościele z księdzem, choćby nie wiem jak przyjaźnie nastawionym.

Tylko dlatego to robiłem, że chciałem sprawić radość mamie. Przez ostatni rok rzadko widziałem radość w jej oczach i zaprzedałbym duszę diabłu, żeby tylko była szczęśliwa. Kiedy powiedziałem jej, że przygotowuję się do czytania na porannej mszy, była wprost zachwycona i aż kipiała ze zniecierpliwienia, nie mogąc doczekać się tej chwili.

– Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza – zacząłem czytać. Miałem wrażenie, jakby to ktoś inny stał za mną i wypowiadał te słowa. – Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść… ¹

– Stop! – proboszcz klasnął w dłonie. – Za szybko. Pamiętaj o pauzie. Po pierwszym zdaniu musisz zawiesić głos na dłuższą chwilę.

– Dobrze – zgodziłem się.

Proboszcz Gabriel wstał i stanął pomiędzy rzędami ławek, na wprost ołtarza, założył ręce na piersi, podpierając jedną dłonią podbródek.

– Dzięki temu wprowadzisz element tajemniczości i wywołasz w ludziach chęć poznania, co będzie dalej – dodał, celując we mnie palcem.

Kiwnąłem głową i kontynuowałem:

– Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas…

– Poczekaj… poczekaj – proboszcz znów mi przerwał. – Cały czas trzymasz pochyloną głowę i wiesz, co ludzie mogą sobie pomyśleć?

– Co takiego? – spytałem.

– Że chcesz jak najszybciej przeczytać tekst i zejść z ambony. A to przecież nie o to chodzi, prawda?

– Tak – kiwnąłem głową. Miał zapewne rację, ale łatwo mu mówić – pomyślałem. Był przecież księdzem i dla niego była to bułka z masłem.

– Chodzi o to – zaczął, a jego oczy zapłonęły blaskiem – żeby porwać za sobą tych ludzi i poprowadzić ich tam, dokąd tylko chcesz. Pamiętaj, że stojąc przy ołtarzu masz wielką władzę nad nimi, ponieważ pozwalasz oderwać im się na chwilę od codzienności i zapomnieć o ich problemach. To ty możesz sprawić, że będą wraz z Mojżeszem przechodzili przez Morze Czerwone, że będą odczuwali głód i pragnienie jak Jezus na pustyni i w końcu, jak się postarasz, niemal poczują na swoich rękach ból od gwoździ, którymi żołnierze przybili go do krzyża na Golgocie. Rozumiesz, co mam na myśli?

– Chyba tak – powiedziałem, ale w moim głosie nie było pewności.

Proboszcz Gabriel przyglądał mi się dłuższą chwilę i podszedł do ołtarza.

– Musisz po prostu jak najrzadziej spoglądać na tekst przed sobą, a czytając sprawiać wrażenie, jakbyś wszystko recytował z pamięci. Wiem, że to trudne, ale dzięki temu będziesz brzmiał bardziej wiarygodnie.

Skinąłem głową i mając na uwadze wszystkie jego rady, czytałem dalej:

– Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana”. Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny. Byłeś wierny w niewielu rzeczach, nad wieloma cię postawię; wejdź do radości twego pana”. Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność”.

– Doskonale! – wykrzyknął proboszcz i podbiegając do ambony, stanął za moimi plecami.

Położył mi jedną dłoń na ramieniu, a drugą wyciągnął przed siebie, jak pasterz wskazujący drogę swoim owieczkom.

– Właśnie o to chodzi! Musisz jeszcze pamiętać, aby nie patrzeć przed siebie tylko w jedno miejsce – powiedział i zaczął przesuwać ramię od lewej do prawej strony. – Najlepiej wypatrz sobie jakąś twarz wśród ludzi i czytaj tak, jak byś robił to tylko do niej. A kiedy rozpoczynasz nowy akapit, przenieś wzrok na kolejną osobą. Sam będziesz zdziwiony, jak to działa.

– Dobrze – powiedziałem, czując jego zaraźliwy entuzjazm. Chyba załapałem, o co w tym wszystkim chodzi i poczułem przypływ nadziei. Może nie będzie tak źle? – pomyślałem.

– Odrzekł mu pan jego: – czytałem dalej, czując ciepły oddech proboszcza na głowie. – „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że chcę żąć tam, gdzie nie posiałem, i zbierać tam, gdziem nie rozsypał. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz w ciemności; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”.

Zawiesiłem dramatycznie głos i wolno przymknąłem powieki, jak robią starzy ludzie, gdy się z kimś zgadzają. Majestatycznym ruchem zamknąłem leżącą przede mną księgę. To wszystko dodałem od siebie – coś mi mówiło, że tak właśnie powinienem postąpić.

Wykręciłem głowę do tyłu i spojrzałem w górę na proboszcza Gabriela. Na jego twarzy malowała się sama radość, a na ustach błąkał tajemniczy uśmiech. Nasze oczy spotkały się i przez ułamek sekundy ujrzałem w nich jakiś błysk. Jakiś złowróżbny cień. Jakby proboszcz nagle zmienił się w innego człowieka. Ale może to było tylko złudzenie.

– Cudownie! – wyszeptał ledwie słyszalnym głosem.

Nagle gdzieś w środku mojej głowy wykiełkowało straszliwe przypuszczenie, które jak zachłanna, trująca roślina zaczęło błyskawicznie się rozrastać, pochłaniając myśli. W jednej chwili jego serdeczne zachowanie w stosunku do mnie stało się niezwykle czytelne: prośba, żebym został ministrantem nawet bez okresu próbnego; częste podkreślanie, że jestem ładnym chłopcem oraz niby przypadkowe głaskanie po głowie czy policzkach. Wszystko miało z góry określony cel i kiedy sobie to uświadomiłem, zaczęło brakować mi powietrza. Naraz zrozumiałem, dlaczego Tobiasz zrezygnował i dlaczego wtedy w szatni pod schodami mówił o proboszczu Gabrielu takie okropne rzeczy.

Zaczynała ogarniać mnie panika. Poczułem nagłą chęć ucieczki z kościoła. Teraz. Natychmiast. W tej chwili.

Zrobiłem krok do tyłu.

Brwi proboszcza uniosły się do góry.

– Co się stało? – spytał, przełykając ślinę. – O co chodzi?

Zacząłem kręcić głową na boki.

– Nie chcę czytać – powiedziałem stanowczym głosem. – I już nie chcę być ministrantem.

Oczy proboszcza zapłonęły ogniem gniewu.

– Nie możesz tego zrobić! – krzyknął, chwytając mnie za rękę. – Ale dlaczego? Dlaczego?

– Niech mnie ksiądz zostawi – powiedziałem, próbując uwolnić się z jego uścisku.

– Nie wolno ci tego robić, rozumiesz?

– Ja nie będę czytał – dodałem.

Twarz proboszcza Gabriela wykrzywiła się z wściekłości.

– Musisz czytać, rozumiesz? – krzyczał, aż z jego ust wylatywały kawałki śliny. – Masz wielki talent i pod żadnym pozorem nie możesz go zmarnować!

– Niech mnie ksiądz puści – powiedziałem. – Proszę.

Proboszcz Gabriel wpadł w jakiś trans, miał szeroko otwarte oczy i kompletnie ignorował moje prośby. Teraz naprawdę się go bałem i żałowałem, że wtedy zgodziłem się być ministrantem.

– Nigdy nie pozwolę ci zrezygnować – powiedział i przybliżył twarz tak, że widziałem, jak nabrzmiały żyłki w jego gałkach ocznych.

Czułem, że zaczynam się dusić z braku powietrza.

– Czy wiesz, o czym było to czytanie? – spytał jadowitym głosem, wskazując ręką ambonę.

Pokiwałem szybko głową. Coś mi mówiło, że nie powinienem go więcej prowokować.

– Więc o czym? – ponowił pytanie. – Co takiego dał pan swoim sługom?

– Talenty.

– Ile?

– Jeden dostał pięć, drugi dwa a trzeci otrzymał jeden.

– I co z nimi zrobili?

– Pierwszy zarobił kolejne pięć, a drugi…

– Trzeci! – przerwał mi gwałtownie. – Co zrobił trzeci?

– Ukrył go.

– Dlaczego?

– Bo bał się go stracić?

– Jak trzeba to rozumieć? Czy chodzi tylko o pieniądze?

Wiedziałem, że jest to pytanie prowokacyjne, a ja za wszelką cenę chciałem uniknąć jego kolejnego wybuchu.

Pokręciłem przecząco głową.

– No, więc jak?

– Że… że jak się ma jakiś dar, to nie można go zmarnować.

Proboszcz Gabriel pokiwał głową, wyraźnie usatysfakcjonowany moją odpowiedzią. Jego twarz złagodniała.

– Dobrze. Co jeszcze?

– Trzeba go cały czas rozwijać.

Puścił moją rękę i przyłożył mi wskazujący palec do piersi, aż poczułem bolesne ukłucie.

– Otóż to. Zapamiętaj to sobie. Bóg dał ci talent i za nic w świecie nie możesz go zatracić. Pamiętaj o tym. Dlatego bez względu na wszystko, przyjdziesz w następną niedzielę i przeczytasz to czytanie.

Proboszcz wpatrywał się we mnie, jakby oczekiwał odpowiedzi. Przełknąłem z trudem ślinę.

– Inaczej, może spotkać cię straszliwa kara – ciągnął dalej. – Wiesz o tym?

Po chwili wahania pokiwałem głową.

– Co się stało ze sługą, który zmarnował swój talent?

Moje kolana zaczęły dygotać. Zrobiło mi się niedobrze i bardzo chciałem znaleźć się teraz w domu.

– Został wyrzucony?

– Gdzie? – spytał.

– W ciemność.

– Co go tam spotkało?

Czułem dławienie w gardle.

– Płacz i zgrzytanie zębów? – powiedziałem łamiącym się głosem.

I stało się. Wybuchnąłem płaczem jak noworodek, aż od sklepienia kościoła odbiło się echo.

Proboszcz wydawał się być tym zaskoczony. Zagryzł wargi, a w jego oczach pojawiła się niepewność. Cofnął palec i założył ręce na piersiach. Czekał, aż dojdę do siebie.

– No właśnie – powiedział już spokojnym głosem. – Pamiętaj, że jeśli zmarnujesz swój talent, Bóg może cię za to dotkliwie ukarać.

– Jak? – spytałem, wycierając nos wierzchem dłoni. Nie chciałem żadnej kary. Przecież niczego złego nie zrobiłem.

– Może na przykład odebrać ci głos – powiedział. – Albo zesłać na ciebie jakąś chorobę, lub na kogoś z twojej rodziny. Chyba nie chciałbyś tego?

– Nie – zgodziłem się.

– Dobrze. Cieszę się, że zdajesz sobie z tego sprawę. Jak rozumiem, przyjdziesz w niedzielę na poranną mszę, prawda?

– Tak – pokiwałem głową.

– Świetnie – powiedział proboszcz Gabriel i położył mi dłoń na ramieniu. – Chyba wystarczy na dzisiaj?

Skinąłem głową. Czułem się kompletnie wykończony. Miałem wrażenie, jakby właśnie przejechał mnie walec drogowy.

A on znów był miłym i wesołym proboszczem Gabrielem o chłopięcym wyglądzie.

* * *

Tego niedzielnego poranka obudziłem zupełnie innym człowiekiem.

Leżałem z otwartymi oczami i zastanawiając się nad przyczyną tej zmiany. Jakby wszystko, co się dotychczas wydarzyło było tylko długim i mglistym snem albo jakbym to wszystko widział na filmie ze mną w roli głównej.

Wstałem i zszedłem na dół do łazienki. Stanąłem przed lustrem i uważnie przyjrzałem się swojemu odbiciu. Na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało w jak najlepszym porządku, jednak czułem, że zaszła we mnie trudna do określenia zmiana. A kiedy przypomniałem sobie o czekającym mnie wystąpieniu, uczucie to ogarnęło mnie ze zdwojoną siłą. Miałem ochotę po prostu uciec gdzieś daleko i przeczekać dzisiejszy dzień w ukryciu. Tylko dlatego tego nie uczyniłem, bo nie chciałem zrobić mamie przykrości. Poszedłbym nawet do piekła, żeby była szczęśliwa.

Powoli umyłem się i ubrałem odświętnie, cały czas nie mogąc pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Zwykle jadłem o tej porze śniadanie, dziś jednak mój żołądek zacisnął się w pięść i na myśl o jedzeniu, czułem mdłości.

Na niedzielne msze chodziłem razem z mamą, ale dzisiaj musiałem wyjść godzinę wcześniej. Mama obiecała, że będzie dodawać mi otuchy.

Oboje siedzieli przy stole w kuchni, jedząc śniadanie.

Stanąłem w drzwiach i otworzyłem usta z zamiarem powiedzenia, że wychodzę do kościoła.

Ku mojemu zdziwieniu, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego: nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Miałem wrażenie, jakby moje płuca, krtań, język i usta naraz straciły wrodzoną koordynację i odmówiły mi posłuszeństwa. Mięśnie twarzy napięły się do granic, poruszałem bezgłośnie ustami jak karp wyciągnięty z wody i jedyne, co byłem w stanie z siebie wydobyć, to rozciągnięty groteskowo pisk.

– Iiiiiiiiiiidddddy…

Tata przestał ruszać żuchwą i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. W oczach mamy dostrzegłem bezgraniczną troskę.

Nabrałem głęboko powietrza w płuca i spróbowałem ponownie wydusić z siebie słowa, które chciałem powiedzieć. Miałem wrażenie, jakby jakaś ogromna siła próbowała wykręcić mi głowę do tyłu.

– Iiiiiiiiddddddeeeee….. ddddd….oooooo…….kkkkk….. o…..ko…….koooośc… ci…ci..ooo…ył…ył….aaa.

Tata zmarszczył brwi i wlepił we mnie wzrok.

– Co z tobą, synu? – zapytał.

Pokręciłem przecząco głową.

– N…nnnnnyyyyy….ie – usiłowałem powiedzieć „nie wiem”, ale przerwałem w połowie. Prawie wybuchłem płaczem. Teraz już wiedziałem, dlaczego rano miałem to wrażenie, że jestem już innym człowiekiem.

– Dlaczego się jąkasz? – spytał ojciec, przyglądając mi się uważnie.

Patrzyłem na niego z szeroko otwartymi ustami, próbując powiedzieć, że nie mam najmniejszego pojęcia, co się ze mną dzieje, ale nie mogłem wydusić z siebie ani słowa.

– Nie denerwuj się – powiedziała mama i dodała: – Wszystko będzie dobrze, synku.

* * *

Kościół zapełniony był po brzegi i wydawało się, że wszyscy mieszkańcy właśnie przyszli na mszę, aby być świadkami mojego debiutu. Ławki co do jednej były zajęte, oba chóry zapełnione ludźmi i pomimo kiepskiej pogody, tłum wiernych tłoczył się przed wejściem do kościoła z braku miejsca w środku.

Stałem wraz z innymi ministrantami z prawej strony ołtarza, sparaliżowany ze strachu, a wewnątrz mojej głowy szalał huragan. Co chwilę zalewały mnie fale gorąca. Czułem, jak krople potu spływają mi wzdłuż kręgosłupa, a po chwili trząsłem się z zimna. Miałem wrażenie, jakby mój żołądek zamienił się w bezkształtną bryłę lodu.

Msza właśnie się zaczęła i moment, w którym będę musiał podejść do ambony zbliżał się nieubłaganie. Wcześniej, kiedy szedłem do kościoła, odkryłem rzecz niezwykłą – mianowicie, gdy nie było nikogo w pobliżu, wszystko ze mną było w porządku. Po drodze recytowałem z pamięci tekst czytania i mówiłem wszystko bez jednego zająknięcia. Trochę dodało mi to otuchy. Może nie będzie tak źle? – pomyślałem wtedy.

Jednak, kiedy wszedłem do zakrystii i chciałem przywitać się z innymi ministrantami, znów nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Na moje szczęście była prawie dziesiąta, wszyscy przebierali się w pośpiechu i nikt chyba tego nie spostrzegł.

Proboszcz Gabriel również sprawiał wrażenie, jakby nie zauważył mojej obecności, chociaż cały czas czułem na sobie jego uważne spojrzenie. Nie odezwał się do mnie ani słowem, miał kamienny wyraz twarzy, ale w jego ruchach czuć było jakąś nerwowość. W innych okolicznościach pewnie uciekłbym z dzisiejszej mszy, jednak cały czas miałem świadomość, że mama trzyma za mnie kciuki i aż głośno wypuszczałem powietrze z płuc, co chwilę uzmysławiając sobie, w jak beznadziejnej sytuacji się znalazłem. Pomyślałem, że tak z pewnością czuje się dzika zwierzyna w potrzasku.

A kiedy Paweł szarpnął dzwonkiem, wzywając ludzi zgromadzonych w kościele do powstania, było już za późno na jakąkolwiek ucieczkę.

Wyszedłem przed ołtarz z temperamentem wołu prowadzonego na rzeź.

Ani razu nie spojrzałem w kierunku ludzi i stojąc ze spuszczoną głową, modliłem się o cud. Ale kiedy proboszcz Gabriel odszedł od ołtarza po skończonym psalmie i skinął na mnie, wiedziałem już, że żaden cud się nie zdarzy.

Poruszając się jak w zwolnionym tempie, podszedłem do ambony.

– Powodzenia  – szepnął, kiedy się mijaliśmy.

Zaczerpnąłem głęboko powietrza i zacząłem czytać.

* * *

Było to prawdopodobnie najgorsze wykonanie przypowieści z Ewangelii według Świętego Mateusza o talentach w całej historii chrześcijaństwa. Jak nietrudno się domyślić, nie było żadnego cudu i stojąc pod wiszącym nad moją głową olbrzymim żyrandolem, mozolnie brnąłem przez kolejne linijki tekstu, podczas gdy mój język i wargi zdawały się żyć własnym życiem. Zupełnie straciłem nad nimi kontrolę i przez piętnaście minut w całkowitej ciszy, jaka panowała w kościele słychać było jedynie moje rozpaczliwe dukanie i całą gamę bliżej nieokreślonych dźwięków.

Kilka razy rzuciłem krótkie spojrzenie w kierunku zgromadzonych ludzi i widziałem pełne zażenowania miny, ironiczne uśmieszki, słychać też było z trudem tłumione szydercze śmiechy. Jak na złość Gruby pojawił się na mszy i stojąc między kilkoma starszymi kolegami, zakrywał sobie dłonią usta, powstrzymując się od doskonale nam znanego rechotu. Jego twarz była cała purpurowa z wysiłku.

Wziąłem sobie do serca rady proboszcza Gabriela i desperacko szukałem twarzy, na której mógłbym skoncentrować uwagę, dzięki czemu miałem wyglądać bardziej przekonująco. Kiedy przeciągnąłem wzrokiem z lewej strony do prawej, dostrzegłem parę oczu tuż obok filara podtrzymującego chóry.

Były to oczy anioła.

Mama uśmiechała się do mnie przyjaźnie i kiwając nieznacznie głową, ruszała bezgłośnie ustami, jakby chciała pomóc mi na odległość uformować chaotyczne dźwięki wydobywające się z moich ust w gładkie i zrozumiałe słowa. W jej oczach nie widziałem niczego oprócz zatroskania.

Skupiłem całą uwagę na twarzy mamy i po chwili wszyscy inni ludzie zmienili się w bezkształtną masę, na którą przestałem zwracać uwagę. Czytałem tylko dla niej i mimo że jąkałem się niemiłosiernie, w końcu dobrnąłem do końca przypowieści.

Wcześniej, proboszcz Gabriel kilkakrotnie próbował podnieść się ze swojego miejsca, ale ostatecznie pozwolił dokończyć mi czytanie. Teraz, kiedy opuszczałem ambonę, rzucił mi pełne wyrzutu spojrzenie.

Z opuszczoną nisko głową, czerwony ze wstydu i upokorzenia, zamiast wrócić na swoje miejsce w szeregu ministrantów, skierowałem się w kierunku zakrystii. Stary kościelny Antoni, który zawsze obserwował mszę stojąc w wąskim przejściu za ołtarzem, na mój widok pokręcił głową, ale uśmiechnął się przyjaźnie. Kiedy go mijałem, położył mi dłoń na ramieniu i poklepał dobrotliwie.

W zakrystii zrzuciłem komżę i wyszedłem na zewnątrz. Był chłodny, jesienny poranek i chyba zbierało się na deszcz. Chciałem uciec jak najdalej z kościoła i ukryć się w miejscu, gdzie nikt by mnie nie odnalazł.

Nigdy.

Byłem kompletnie zdruzgotany. Poczucie wstydu potęgowała myśl, że zawiodłem mamę na całej linii. Przecież tak na mnie liczyła! – tłukło mi się w głowie.

Jednak najbardziej nurtowało mnie to, że stało się coś niedobrego ze mną i teraz, będąc jąkałą, stanę się naznaczony do końca życia. Dotarło do mnie, że będę pośmiewiskiem wszystkich w całej szkole. A kiedy pomyślałem, że od teraz żadna dziewczyna nie będzie chciała ze mną się już nigdy umówić, ogarnęła mnie rozpacz.

Spojrzałem w kierunku dzwonnicy. Na jej szczycie, osłonięty stożkowym daszkiem, wisiał nowiutki dzwon. Zaledwie kilka dni temu przywieziono go z zakładu odlewniczego i został prowizorycznie umocowany na dzwonnicy. Dzisiaj, na sumie miało się odbyć jego uroczyste poświęcenie.

Wszedłem do dzwonnicy i zacząłem wspinać się po spiralnie zawiniętych schodach. Wewnątrz panował półmrok, pachniało wilgotnym betonem. Na końcu schodów znajdowała się niewielka platforma, z której wchodziło się po drewnianej drabinie na ostatni poziom. Pokonując kolejne szczeble drabiny, spojrzałem na wiszący nad moją głową lśniący dzwon, ustawiony na kratownicy w kształcie piramidy zbudowanej z grubych belek. Przecisnąłem się pomiędzy belkami i znalazłem się na szczycie dzwonnicy. Stanąłem przy jednym z czterech okien wychodzących na każdą stronę świata.

Rozciągał się stąd wspaniały widok na lasy i stawy. O tej porze woda miała barwę polerowanego metalu. Widziałem również ciemną wstęgę szosy biegnąca w kierunku mojego domu oraz ciągnące się po horyzont morze drzew. Na górze hulał przenikliwy wiatr, który sprawiał, że czułem wilgotne zimno w kącikach ust.

Długo stałem wpatrzony przed siebie i słyszałem, jak msza dobiegła końca. Ludzie właśnie wychodzili z kościoła, słychać było głośne rozmowy, śmiech i pokrzykiwania. Następnie do moich uszu dobiegł odgłos trzaskających drzwi samochodów zaparkowanych wzdłuż kościelnego muru i po chwili zapadła cisza.

Zostałem sam.

W końcu zrozumiałem tamte słowa.

Słowa Cyganki z bezzębnymi ustami.

Wszystko już rozumiałem.


¹ Przypowieść o Talentach została zaczerpnięta z Biblii Tysiąclecia, Mt 25, 14-30.

 

Reklamy

24 thoughts on “Przekleństwo

  1. Przyznam szczerze, że nie jestem zbyt dużym fanem czytania tego typu powieści przez ekran mojego monitora, aczkolwiek tak wciągnęła mnie twoja historia, że nawet nie zauważyłem, a już się skończyła. Świetne, po prostu świetne. I jeszcze ten Lennon na koniec, o jak szanuję!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s