Czy wiatr może zmienić chłopca w mężczyznę?

Może. Pod warunkiem, że byłby to bardzo silny wiatr. Huragan. Taki, który przygniata drzewa do ziemi, łamie pnie niczym zapałki i wyrywa całe połacie lasu z korzeniami. Wiatr, jak tamten, który wiele lat temu spustoszył Karkonosze i porwał z domów na kilka tygodni wielu leśników, pozbawiając żon ich mężów oraz dzieci ich ojców. Okrutny wiatr. Bezlitosny.

Tamtej nocy, kiedy zostaliśmy sami obudził mnie jej ledwie słyszalny, udręczony szloch. Zszedłem po schodach i stanąłem przed sypialnią rodziców. Drzwi były lekko uchylone, a przez szparę wyciekało żółte, mdłe światło. Znów usłyszałem urywany płacz i przeciągłe westchnienie. Delikatnie pchnąłem drzwi.

Mama siedziała przy lustrze po drugiej stronie łóżka, plecami do mnie i wolno czesała szczotką swoje długie włosy. Miała na sobie biały szlafrok z koronkowymi rękawami.

Szlafrok był rozpięty z przodu, odsłaniając jej nagie piersi.

Poczułem suchość w ustach.

Zbliżyłem się i stanąłem za jej plecami. Mama patrzyła na mnie w lustrze, mechanicznie gładząc włosy. Jej blada twarz nie wyrażała kompletnie żadnych emocji, a płynące łzy po policzkach zostawiały błyszczące ślady.

– Dlaczego płaczesz, mamo? – spytałem, nie mogąc oderwać wzroku od jej piersi. Były duże, pełne i na ich widok ogarniało mnie dziwne uczucie – jak wtedy, kiedy człowiekowi wydaje się, że coś widział lub słyszał, tylko nie może przypomnieć sobie, kiedy i gdzie to było. Biło od nich znajome ciepło i poczucie bezpieczeństwa.

– Nie płaczę, synku – odpowiedziała, a jej głos załamał się.

– Co się stało?

– Wszystko w porządku. Nie przejmuj się. – Jej broda zaczęła drżeć, a usta wykrzywiły się w podkowę.

Wiedziałem, że nie mówi prawdy i przyjrzałem się uważniej jej twarzy. Dopiero teraz dostrzegłem, jak jej skóra była blada, a wokół ust i oczu pojawiły się zmarszczki. Nigdy wcześniej tego nie dostrzegałem.

Stałem nieruchomo w sypialni mamy, patrząc na jej odbicie w lustrze, jej twarz, nagie piersi i nagle doznałem olśnienia. Przez ułamek sekundy, krótszy niż kula karabinowa leci do celu zrozumiałem, że mama jest taką samą małą dziewczynką, w której obronie kiedyś stanąłem. I że moim obowiązkiem – jako mężczyzny – jest ją chronić. Miałem wrażenie, jakbym odkrył właśnie tajemnicę wszechświata i odnalazł klucz do odwiecznej zagadki, dlaczego akurat rodzimy się w tym konkretnym miejscu i czasie.

Chciałem ją jakoś pocieszyć, ale nie mogłem wymyślić niczego wystarczająco dobrego, więc położyłem dłonie na jej ramionach.

Mama spojrzała na mnie i widziałem, jak jej powieka napełnia się po brzegi, a następnie gruba i błyszcząca łza przelewa się niczym tłusta kropla oliwy. Pochyliła głowę, przyglądając się długo swoim piersiom. W końcu ujęła je w dłonie i uniosła nieznacznie do góry.

– Czy są ładne? – spytała, szlochając. – Powiedz, że są ładne. Proszę cię.

To pytanie zaskoczyło mnie kompletnie. Gapiłem się z otwartą buzią na jej piersi, a w głowie miałem całkowity chaos. Patrzyłem z fascynacją na sutki, brązową otoczkę wokół nich i bladą skórę, pod którą widać było siateczkę niebieskich żyłek.

Nagle do głowy przyszła mi szalona myśl. Uśmiechnąłem się, wykrzywiając usta w niedbałym uśmiechu, jak to robią aktorzy na filmach, kiedy wiedzą, że zaraz zginą i powiedziałem:

– Masz najfajniejsze cycki na świecie, mamo!

Przez twarz mamy przemknął cień. Zmarszczyła brwi.

– No wiesz – powiedziała z wyrzutem, zasłaniając się szczelnie szlafrokiem. – Jak możesz tak mówić?! Wyjdź z pokoju.

Znów była dawną mamą, mała dziewczynka znikła bez śladu, a ja uświadomiłem sobie, jak wiele muszę się jeszcze nauczyć o życiu.

Kiedy wychodziłem z sypialni, powiedziałem:

– Mamo?

– Słucham? – spytała, chwytając za szczotkę.

– Kocham cię. – Miałem nadzieję, że to trochę naprawi, co właśnie popsułem.

Mama nic nie odpowiedziała. Patrzyła na mnie z lustra, rytmicznie czesząc włosy.

* * *

Kilka dni później mama powiedziała, że nie pójdę do szkoły i razem pojedziemy do Wrocławia. Był smutny, deszczowy poranek, kiedy wsiedliśmy do napakowanego do granic starego autobusu i stłoczeni, jak sardynki w puszce, odbyliśmy prawie dwugodzinną podróż z astronomiczną liczbą przystanków po drodze.

Kiedy o mało nie udusiłem się z braku powietrza, autobus nagle zatrzymał się i wśród pasażerów zapanowało poruszenie. Ktoś krzyknął:

– Uwaga! Trzepanka!

Ręką przetarłem zaparowaną szybę i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem była perforowana lufa karabinu maszynowego, do którego przyczepione było pudełkowate cielsko transportera opancerzonego SKOT. Serce zabiło mi żywiej i już widziałem minę Grubego, kiedy mu o tym opowiem.

Obok stało dwóch najprawdziwszych żołnierzy w maskujących panterkach i stalowych hełmach na głowie. W rękach trzymali lśniące karabiny automatyczne z bananowymi magazynkami i składanymi kolbami.

Młody oficer otworzył drzwi autobusu i aż cofnął się o krok na widok tłoku, jaki panował w środku. Najprawdopodobniej nie spodobał mu się zapach potu, niedomytych ciał i spalin ze starego diesla, bo wykrzywił twarz w grymasie obrzydzenia, z werwą trzasnął drzwiami i machnął ręką do kierowcy, nakazując dalszą jazdę.

Wysiedliśmy na wielkim dworcu zbudowanym z czerwonej cegły i ruszyliśmy w poprzek placu do najbliższego przystanku. Wsiedliśmy do tramwaju, który wyjąc i krzesząc iskry potoczył się leniwie wąskimi uliczkami pomiędzy starymi, zniszczonymi kamienicami. Byliśmy sami z mamą w całym wagonie i zaciekawieniem obserwowałem przesuwające się za szybą miasto. Była to moja druga wizyta we Wrocławiu. Wcześniej byłem tu z tatą, aby kupić naboje do dubeltówki w sklepie myśliwskim niedaleko Dworca Głównego.

Dla mnie Wrocław był po prostu ogromny i przytłaczał swą różnorodnością. Ze względu na wczesną porę ulice były prawie opustoszałe, nieliczne samochody szybko przymykały wstrzymywane tylko na chwilę przez zmieniające się w bezdusznym rytmie światła sygnalizacji na skrzyżowaniach. Tramwaj zatrzymywał się na przystankach, smutni i zgarbieni ludzie wsiadali w pośpiechu, zasiadali na twardych siedzeniach gapiąc się w okno i po kilku postojach, opuszczali wagon w milczeniu.

Kiedy zacząłem już się potwornie nudzić, tramwaj przetoczył się po moście przerzuconym nad Odrą i wjechał pomiędzy wielkie, szare bloki z niezliczoną ilością okien i balkonów. Wysiedliśmy na jakimś przystanku i mama trzymając w ręku zmiętą karteczkę, pociągnęła mnie za sobą w kierunku dużego budynku z czerwonej cegły.

Obok drzwi wejściowych znajdowała się czerwona tablica z białymi literami. Zacząłem bezgłośnie czytać wyrazy. Byłem bardzo dumny z faktu, że już to potrafię. I przy każdej nadarzającej się okazji pragnąłem się tym pochwalić.

– Dolnośląskie Centrum Onkologii – wypowiedziałem na głos i zatrzymując się w pół kroku, spytałem: – Co to znaczy onkologia, mamo?

Mama jakby nie usłyszała mojego pytania. Szarpnęła mnie mocniej za rękę.

– Nie teraz, synku – powiedziała. – Później ci powiem. Wszystko ci powiem…

* * *

Po jakimś czasie opuściliśmy gmach szpitala. Mama powiedziała do mnie, że jeszcze nie ma jakichś wyników. Że będą po południu. Może już o piętnastej. Musimy czekać.

Na przystanku wsiedliśmy do pierwszego lepszego tramwaju i mama powiedziała do mnie:

– Zapraszam cię na obiad do prawdziwej restauracji. Co ty na to, synku?

– Jasne – powiedziałem z rosnącym entuzjazmem.

Mama siedziała z przodu, cały czas odwrócona do mnie i pokazywała mi za szybą różne ciekawe miejsca, wymieniała nazwy mijanych ulic i parków. Miałem wrażenie, że nawet inni pasażerowie byli teraz bardziej radośni i uśmiechnięci.

Wysiedliśmy niedaleko Rynku Starego Miasta i mama, która sama chyba nigdy nie była w żadnej ze znajdujących się dookoła restauracji, po prostu weszła do pierwszej z brzegu. Dochodziło południe i byliśmy jedynymi gośćmi. Elegancko ubrany szef sali odebrał od nas płaszcze i podał drzemiącemu szatniarzowi. Zaprowadził nas do stolika, nakrytego nieskazitelnie białym obrusem i podał menu w postaci obszytej skórą księgi.

Mama długo studiowała jadłospis, ale wydawała się chyba lekko zagubiona i onieśmielona przepychem, jaki wokół nas panował. Za to kosmiczne ceny zupełnie nie zrobiły na niej wrażenia.

Kiedy pojawił się młody kelner, zamówiła dla siebie pieczoną kaczkę z jabłkami, a dla mnie mięsne klopsiki z frytkami. Jedzenie smakowało niebiańsko i było niemal tak samo dobre jak to przygotowywane przez mamę. Uświadomiłem sobie, że mama po raz pierwszy była obsługiwana przez kogoś innego podczas obiadu i była chyba lekko zażenowana z tego powodu.

Po obiedzie mama nachyliła się w moim kierunku i spytała:

– A co byś teraz powiedział na lody?

Co jak co, ale nie musiała się o to mnie dwa razy pytać. Pokiwałem gorliwie głową.

Były to największa porcja lodów, jaką widziałem w życiu i kiedy kelner postawił przed nami wysokie kielichy z grubego szkła wypełnione lodami z owocową galaretką i bitą śmietaną, o mało nie zemdlałem. Mógłbym się założyć, że żaden z moich kolegów ze szkoły nigdy nie dostąpił podobnego szczęścia.

Wyszliśmy z restauracji z poczuciem kompletnego przesycenia, żegnani serdecznie przez szefa sali i szatniarza, którzy dostali napiwek od mamy w wysokości, jakiej ja nie byłem w stanie uzbierać chyba przez cały rok w swojej skarbonce.

Potem chodziliśmy wokół Rynku, oglądając wystawy i z niecierpliwością patrzyliśmy się na ratuszowy zegar, którego wskazówki zdawały się być kompletnie nieruchome. Przy małym straganie mama kupiła pęczek obwarzanków i plastykowy woreczek z oranżadą dla mnie wraz ze słomką. Pooblewałem się przy tym i poplamiłem kurtkę, ale ta strata była warta rozkoszy, jaką dawało picie słodkiego, czerwonego płynu.

Tego smaku miałem już nie zapomnieć do końca życia.

Spacerując ulicami, doszliśmy nad Odrę, gdzie obwarzankami karmiliśmy dzikie kaczki. Mama cały czas spoglądała na zegarek, ale od godziny trzeciej wciąż dzieliła nas cała wieczność.

W dużym parku odkryliśmy niewielki plac zabaw, kompletnie opuszczony i mieliśmy wszystkie atrakcje tylko dla siebie. Kręciliśmy się na karuzeli aż do zawrotów głowy i dokazywaliśmy na huśtawkach, jak dwoje uczniów na wagarach.

Kiedy zmęczeni siedzieliśmy obok siebie na łańcuchowych huśtawkach bujając się leniwie, mama powiedziała:

– Wiesz, o czym myślę, synku?

Spojrzałem na nią pytającym wzrokiem.

– O czym, mamo?

– Że jak to się wszystko dobrze ułoży i tata wróci do domu, pojedziemy wszyscy nad morze.

– Naprawdę? – spytałem. Nigdy jeszcze nie byłem nad morzem i wizja podróży wydała mi się bardzo kusząca.

– Właśnie. – Widać było, jak mama zapaliła się do swego pomysłu. – Latem tata weźmie długi urlop, pojedziemy pociągiem i wynajmiemy mały domek blisko plaży. Będziemy cały dzień opalać się na słońcu i kąpać się w morzu. Co ty na to, synku?

– Nie mogę się doczekać – odparłem.

– Cudownie – powiedziała uradowana mama.

Zaczęła huśtać się, zabawnie wyrzucając nogi do przodu.

Zupełnie, jak mała dziewczynka.

* * *

Gdy po raz trzeci pokonywaliśmy tramwajem tą samą drogę, mama zrobiła się bardzo niecierpliwa. Raz po raz wzdychała przeciągle, kiedy tramwaj zatrzymywał się na przystankach i myślałem już, że pójdzie zaraz popędzić motorniczego, aby się pośpieszył.

Punktualnie o trzeciej stawiliśmy się przed znanym mi już czerwonym gmachem. Pokonaliśmy mnóstwo mrocznych korytarzy, klatek schodowych i po chwili stanęliśmy przed drzwiami jakiegoś gabinetu.

– Poczekaj tutaj – powiedziała do mnie mama, wskazując mi stojące przy ścianie krzesło. Sama złapała za klamkę i powiedziała, otwierając drzwi: – Zaraz wrócę.

Mówiła prawdę.

Zaraz wróciła.

Ale to już nie była ta sama mama.

Wyszła z gabinetu w jednej dłoni trzymając jakieś papiery, a drugą przykładała do ust. Jej blada twarz zdominowana była przez oczy. Szła małymi krokami i ku mojemu bezgranicznemu zdziwieniu minęła mnie, jakby w ogóle mnie nie dostrzegała. Przeszła cały korytarz, ocierając ramieniem ścianę i znikła na klatce schodowej.

Ruszyłem za nią sprintem i kiedy dopadłem schodów, mama była już piętro niżej. Na schodach leżała jej brązowa apaszka. Podniosłem ją i pobiegłem dalej czując, jak ogarnia mnie dławiący niepokój.

Kiedy wybiegłem na chodnik przed szpitalem, ujrzałem mamę oddalającą się wzdłuż ulicy. Czułem, że dzieje się z nią coś niedobrego, a kiedy zobaczyłem, jak jej torebka zsuwa się z ramienia i spada na ziemię, podczas gdy mama zdawała się zupełnie tego nie zauważać, ogarnęło mnie przerażenie.

Podniosłem torebkę i pobiegłem za nią najszybciej, jak tylko mogłem.

– Mamo! – krzyknąłem. – Poczekaj na mnie!

Mama zatoczyła się na niski żywopłot rosnący wzdłuż chodnika i upadła na kolana.

– Mamo, co ci się stało? – spytałem, chwytając ją za ramiona. – Co się dzieje?

Mama ukryła twarz w dłoniach, a jej barki zaczęły dygotać. Najpierw usłyszałem cichy jęk, a później rozdzierający serce głośny szloch. Z jej oczu płynęły potoki łez, rozmazując makijaż po twarzy, a w kąciku ust tworzyły się małe bańki ze śliny.

Próbowałem podnieść ją na nogi, ale jej ciało było bezwładne, jakby zupełnie opadła z sił. Poczułem paraliżujący strach, bo naraz wydało mi się, że mama zaraz umrze tu na tym chodniku.

Nagła wizja tego, że zostanę sam na świecie i trafię do domu dziecka, rzuciła mnie na kolana.

Pamiętam jak kiedyś Ben słysząc po raz pierwszy wystrzał z broni tak się przestraszył, że uciekł i szukaliśmy go z tatą jeżdżąc po okolicy i pytając ludzi. Odwiedziliśmy również schronisko dla psów w nadziei, że być może ktoś znalazł go i oddał na przechowanie. Do końca życia nie zapomnę wzroku zamkniętych tam psów i potwornego jazgotu, kiedy weszliśmy z tatą pomiędzy rzędy drucianych siatek.

Mimo że Ben sam odnalazł się po trzech dniach, wychudzony i przerażony, to od tamtej pory określenie dom dziecka zawsze kojarzy mi się z tamtym schroniskiem dla psów i poczułem, że mam wilgotne policzki.

– Nie zostawiaj mnie, mamo! – krzyczałem przytulając się do jej dłoni. – Błagam cię, nie zostawiaj mnie samego.

Mama spojrzała na mnie, jakby naraz przebudziła się z głębokiego snu. Porwała mnie w ramiona i całując po twarzy powiedziała:

– Przepraszam cię, synku. Oczywiście, że nigdy cię nie zostawię. Nie wiem, co się ze mną stało. Dlaczego myślałeś, że chcę cię zostawić?

– Bo bałem się, że umrzesz.

– Wybacz mi, chyba zupełnie się rozkleiłam.

– Boję się o ciebie, mamo.

– Nie martw się, kochanie. Już dobrze… już dobrze – powiedziała, podnosząc się z kolan.

Otarła łzy wierzchem dłoni i poprawiła płaszcz. Miała rozdarte pończochy na lewym kolanie i skaleczoną skórę, z której wyciekała stróżka ciemnej krwi.

– Wracajmy do domu – powiedziała cicho.

* * *

Powlekliśmy się do przystanku. Długo czekaliśmy na tramwaj, a w międzyczasie zrobiła się silna ulewa i siedzieliśmy samotnie z mamą na drewnianej ławeczce, jak dwa zmoknięte wróble na płocie.

Kiedy w końcu przyjechał tramwaj i po raz czwarty przemierzaliśmy znaną trasę, zupełnie nie pamiętałem drogi powrotnej. Każde z nas siedziało pogrążone w myślach, a zgarbione plecy mamy przede mną co jakiś czas wstrząsał dreszcz.

Na dworcu spędziliśmy kilka godzin w oczekiwaniu na powrotny autobus do domu. Mama siedziała na drewnianej ławce w kącie poczekalni i patrzyła w podłogę nieruchomym spojrzeniem. Ja w tym czasie szwendałem się po poczekalni, studiując rozkłady jazdy i czytając po raz dziesiąty instrukcję obsługi gaśnicy dla zabicia czasu.

Zrobiła się już ciemna noc, gdy na stanowisko podjechał nasz autobus. Kiedy tylko zajęliśmy miejsca, wtuliłem się w przemoczony płaszcz mamy, która objęła mnie ramieniem i z miejsca zasnąłem.

Obudziło mnie delikatne szarpanie za ramię i mama szepnęła mi do ucha:

– Obudź się, synku. Zaraz wysiadamy.

Autobus zatrzymał się na krzyżówce z przeraźliwym piskiem hamulców, gruby kierowca z wąsami odburknął coś na pożegnanie, kiedy wysiadaliśmy. Drzwi trzasnęły z hukiem i autobus oddalił się przerywając nocą ciszę rzężeniem silnika.

W domu było ciemno, zimno i przeraźliwie pusto. Mama chciała zrobić mi kolację, ale nie byłem głodny. Byłem potwornie zmęczony i bez mycia zwaliłem się do łóżka jak kłoda. Jeszcze przez chwilę słyszałem kroki mamy na dole i potem zapadła cisza.

Nad ranem znów obudził mnie cichy, umęczony szloch dobiegający z sypialni rodziców.

 

18 thoughts on “Najfajniejsze cycki na świecie

  1. Poczatek jest faktycznie zaskakujący. Mam przed oczami swojego syna starszego i myślę, że taka syt. byłaby trudna. Gorsza jest utrata kogoś, kogo się kocha. Szkoda, ze czasem zbyt późno potrafimy cieszyć sie zyciem…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ten początek nieco mnie zraził – wydaje mi się jakiś taki nie na miejscu – chociaż w kontekście dalszej historii wiem chyba co chciałeś przekazać. Nie wiem czy historia prawdziwa, ale na pewno daje do myślenia…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiesz, kiedyś często mówiłem, że czegoś bym tam nie zrobił, czegoś bym tam nigdy nie powiedział, nigdy nie pomyślał…. A kiedy dorosłem, naraz uświadmiłem sobie, że nigdy nie możesz być niczego pewien! 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s