Pułkownik to się dopiero znał na kobietach!

Zawsze powtarzał, że nie ma gorszej cholery na tym świecie niż baba. Bardziej fałszywej. Bardziej zawziętej. Wredniejszej. Albo pazerniejszej.

Ale też, jak mawiał z nieukrywanym podziwem – nie ma też bardziej cwańszej.

– Uważaj z tymi babami – mówił często do mnie, spluwając na odległość pięciu najdłuższych kroków, jak kiedyś dokładnie odmierzyłem. – Bo już niejednego porządnego chłopa te france sprowadziły na manowce!

Pułkownik tak naprawdę nie był żadnym pułkownikiem, chociaż całą wojnę spędził jako mechanik w polskim dywizjonie myśliwskim w Anglii. Potrafił w ciągu jednej nocy rozebrać cały silnik spitfire’a do najmniejszej śrubki i złożyć z powrotem, żeby rano, jak mawiał, nasi chłopcy mogli złoić Szkopom tyłki. Nie wiedziałem nawet, jak nazywał się naprawdę. Ktoś kiedyś nazwał go „Pułkownikiem”, i to określenie przylgnęło do niego już na stałe. Wszyscy w okolicy doskonale wiedzieli, o kogo chodziło.

Warsztat Pułkownika mieścił się na terenie bazy Państwowego Gospodarstwa Rolnego i za każdym razem, kiedy tu byłem, oczy wychodziły mi z orbit na widok zgromadzonego sprzętu. Wzdłuż ogrodzenia pod ogromnymi wiatami stały ustawione równiutko traktory – radzieckie władymirce, polskie ursusy oraz czechosłowackie zetory. Potężny kirowiec, o czterech kołach znacznie wyższych ode mnie, wyglądał jak zastygnięty w bezruchu dinozaur. Po drugiej stronie stały uśpionej o tej porze roku kombajny zbożowe.

Cały plac pośrodku zastawiony był rozrzuconymi w nieładzie koparkami, spychaczami oraz maszynami rolniczymi, których przeznaczenia mogłem się tylko domyślać. Stał tam również pozbawiony wieży czołg T-55, służący do ubijania kiszonki w ogromnych silosach.

Za każdym razem, kiedy zjawiałem się w warsztacie Pułkownik witał mnie słowami:

– Serwus, wspólniku – mawiał, puszczając do mnie oko.

Trochę mnie to irytowało, ponieważ uważałem, że są znacznie ciekawsze zajęcia w życiu niż bycie mechanikiem. Kiedy mówiłem, że będę pilotem lub myśliwym, machał pogardliwie ręką twierdząc, że to jedyne zajęcie godne prawdziwego mężczyzny. Reszta to, jak mówił, zwykłe „duperele”, a w życiu liczy się tylko dobry fach w ręku. Dodawał również, że jak zmądrzeję i zmienię zdanie, to drzwi jego warsztatu zawsze stoją przede mną otworem.

Nie sądzę, abym kiedykolwiek skorzystał z jego propozycji, ale często odwiedzałem warsztat, gdzie w upalne dni zawsze panował ożywczy chłód; lubiłem huk pracujących maszyn i uwielbiałem wszechobecny zapach benzyny, który osiadał w ustach, na włosach i ubraniach.

Pułkownik zawsze nosił ten sam niebieski kombinezon na szelkach. Jego dłonie poplamione smarami i przepalonym olejem wyglądały niczym ręce murzyna. Był kompletnie łysy, na głowie miał nieodłączną filcową myckę, a jego skóra na twarzy i szyi była pomarszczona jak u żółwia.

Lubiłem go bardzo i zawsze słuchałem z wypiekami na twarzy zwłaszcza, że potrafił opowiadać fascynujące wojenne historie i wiernie naśladował ustami wszelkie odgłosy urządzeń pracujących na pokładzie samolotu. Pułkownik też chyba mnie lubił i zawsze częstował prawdziwą angielską herbatą, którą parzył w specjalnym czajniczku.

Tata twierdził, że to dusza–człowiek. Był prawdziwą złotą rączką i potrafił naprawić każdy pojazd mechaniczny. Nie słyszało się nigdy, aby komukolwiek odmówił pomocy. Mieszkał w małym, służbowym mieszkaniu na poddaszu budynku administracji PGR-u, ale zawsze można było spotkać go w warsztacie. Był samotny i miał jak najgorsze zdanie o kobietach.

Kiedyś byłem świadkiem, jak tata mówił do mamy, że Pułkownik dawno temu miał żonę, gdy mieszkał na Górnym Śląsku i pracował jako mechanik w kopalni. Ponoć zostawiła go, uciekając z jednym górnikiem do Niemiec Zachodnich, przy okazji zabierając wszystkie pieniądze.

Często po szkole zachodziłem do jego warsztatu, a Pułkownik, który zwykle coś szlifował lub spawał na wielkim stole, wskazywał mi pomieszczenie na zapleczu.

– Poczekaj w gabinecie i napij się herbaty. Świeżo parzona!

Było to jego żartobliwe określenie na niewielki pokoik, który można było nazwać jakkolwiek, tylko nie gabinetem. Stały tu mały stolik z dwupalnikową kuchenką elektryczną, postrzępiona kanapa z wystającymi sprężynami i niebieska, metalowa szafa na ubrania. Była też mikroskopijna umywalka z pękniętym lustrem.

Uwielbiałem tam przebywać.

Ale myliłby się ktoś, kto sądziłby, że jedynym powodem, dla którego tam przychodziłem był ten smak angielskiej herbaty.

Albo zapach benzyny.

Było to bowiem coś zupełnie innego!

Choć raczej powinienem powiedzieć – ktoś inny.

Miała na imię Samantha i patrzyła na mnie z wielkiego kalendarza wiszącego na ścianie nad stolikiem i była tak samo nierealna jak to, że na święta pojawią się pomarańcze w sklepie pani Irki.

Klęczała w gorącym piasku gdzieś na tropikalnej plaży, lazurowa woda omywała jej opalone ciało, zostawiając błyszczące ślady na skórze, tak wyraźne, że można było rozróżnić pojedyncze kropelki. Trzymała uniesione ramiona założone z tyłu głowy, prezentując swe piersi w całej okazałości: były ogromne, o bananowym kształcie i bezwstydnie sterczące. Ten widok zawsze sprawiał, że czułem miękkość w kolanach.

Samantha mrużyła filuternie jedno oko a na jej szerokich ustach błąkał się tajemniczy uśmiech. Była kompletnie naga, jednak ułożyła nogi w taki sposób, że nie dało się dostrzec tego, co było najbardziej intrygujące. Byłem wściekły na fotografa, że kiedy robił to zdjęcie, nie przesunął się bardziej w lewo.

Co za partacz!

* * *

Była gorąca i duszna noc, nieruchome powietrze stało się ciężkie i gęste, że zdawało się, iż można byłoby je kroić nożem. Za siatkową zasłoną w oknie mojego pokoju unosiły się chmary komarów, napełniając nocną ciszę jednostajnym jękiem. Słychać było monotonny rechot żab, czasem dobiegał donośny krzyk jakiegoś ptaka wyrwanego nagle ze snu oraz tajemnicze pluski. W domu panowała cisza.

Leżałem z otwartymi oczami na łóżku. Stróżki potu spływały po moim ciele, wsiąkając w pościel. Nie mogłem zasnąć. Przewracałem się na boki, próbując znaleźć sobie odpowiednią pozycję do leżenia, jednak żadna nie była zbyt wygodna.

Od pewnego czasu, nie umiałbym powiedzieć dokładnie od kiedy, ogarniały mnie jakieś nieznane wcześniej uczucia oraz nachodziły różne myśli. Dziwne myśli. Była to irytująca mieszanka pragnienia czegoś, co jest nieosiągalne; obezwładniającego strachu przed czymś nieznanym; palącego wstydu; oraz tęsknoty za czymś, co ma się wydarzyć, jednak nie można przewidzieć, kiedy to nastąpi. W mojej głowie rodziły się pytania, na które nie znajdowałem odpowiedzi i nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc. Miałem nieustające wrażenie, jakbym właśnie tracił zmysły.

Również moje dwunastoletnie ciało zmieniało się gwałtownie i ostatnio zaczęło płatać figle, co było powodem mojej nieustającej frustracji. Jakby mieszkała we mnie obca istota, która zawładnęła moim ciałem. Zupełnie nie miałem nad nią kontroli i czyniła wszystko, żeby zrobić mi na złość i upokorzyć w oczach innych ludzi.

Na domiar złego, przed oczami wciąż miałem ten tajemniczy uśmiech Samanthy.

* * *

Pułkownik miał rację!

Z tymi babami.

I z tymi manowcami.

Potwierdzenie nastąpiło kilka dni później, kiedy to z sercem bijącym jak młotem zbliżyłem się do konfesjonału i uklęknąłem przy zakratowanym okienku, wpatrując się w orli profil księdza. Nieustannie rozważałem, czy nie uciec z kościoła, ale było już za późno, ponieważ właśnie weszła jakaś staruszka i kierując się w stronę konfesjonału, blokowała drogę w wąskim korytarzu pomiędzy ławkami. Poza tym miałem szczere postanowienie uwolnić się od mojego grzechu i strach przed karą okazał się silniejszy od wstydu.

Proboszcz sprawiał wrażenie, jakby drzemał i pozdrowiłem go słowami:

– Nich będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Cisza.

W moje serce wstąpiła nadzieja. Być może rzeczywiście uciął sobie drzemkę i będę mógł szybko wyznać swoje winy, a potem zbudzę go, prosząc o rozgrzeszenie. Nie byłem do końca pewien, czy taka spowiedź byłaby ważna, ale właściwie czemu nie?

– Proszę księdza, zgrzeszyłem – zacząłem niepewnie – i obraziłem Boga, następującymi grzechami…

Miałem wrażenie, jakby proboszcz poruszył się nieznacznie, ale może tylko tak mi się zdawało.

– Opuszczałem niedzielne msze – zacząłem od grzechu, który wydał mi się bardzo poważny.

Zero reakcji.

– Biłem się kolegami – dodałem.

Nadal nic. Uff, pomyślałem, jak dotąd całkiem dobrze.

– Przeklinałem – Co mi się czasem zdarzało w warsztacie, kiedy pomagałem Pułkownikowi.

Kompletna cisza.

Rad nie rad, nabrałem powietrza w płuca i wyrecytowałem jednym tchem, chcąc mieć to wszystko już za sobą.

– Jeszcze piłem alkohol, bawiłem się nieprzyzwoicie, źle życzyłem niektórym ludziom oraz…

Za kratką zauważyłem nagłe poruszenie, proboszcz nachylił się w moim kierunku i poprzez szparę zobaczyłem otwarte szeroko oko, obserwujące mnie uważnie.

– Co powiedziałeś? – proboszcz zapytał głośno, aż echo rozniosło się po kościele.

Skuliłem się w sobie i przybierając najbardziej pokorne brzmienie głosu, powtórzyłem:

– Źle życzyłem niektórym ludziom?

– Wcześniej – warknął.

Niedobrze, pomyślałem. To chyba nie był najlepszy pomysł z tą spowiedzią.

– Piłem alkohol, proszę księdza proboszcza – powiedziałem nieśmiało. To była akurat prawda, bo raz Pułkownik poczęstował mnie piwem, kiedy wspólnie naprawiliśmy traktor, któremu już nikt nie dawał najmniejszej szansy.

Proboszcz aż wychylił się z konfesjonału, żeby mi się bliżej przyjrzeć. Z kompletnie łysą głową i pokiereszowaną twarzą wyglądał raczej jak wysłannik śmierci niż ojciec duchowny.

– Później, chłopcze – powiedział. W jego głosie wyczułem irytację. – Że jak się bawiłeś?

Rozejrzałem się dookoła. Kościół powoli zapełniał się wiernymi i zdawało mi się, że wszyscy właśnie patrzą się na mnie.

– Nieprzyzwoicie – powiedziałem najciszej, jak tylko mogłem.

– Z kim?

– Sam… sam – odpowiedziałem natychmiast. Nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie wpadłbym na to, że można to robić z kimś.

– Ile masz lat, chłopcze?

– Dwanaście – odpowiedziałem z rezygnacją. Aż bałem się pomyśleć, co będzie ze mną dalej. Teraz dopiero zdałem sobie sprawę z mojego grzechu i zastanawiałem się, czy istnieje na świecie taka pokuta, która by go zmyła.

– Znaczy się, uprawiałeś samogwałt, tak? – zapytał niespodziewanie.

Aż odskoczyłem od niego na dźwięk tego strasznego słowa i musiałem przytrzymać się drewnianej półeczki, żeby nie polecieć do tyłu. Było to bowiem chyba najbardziej wulgarne określenie, jakie kiedykolwiek słyszałem w życiu, brzmiące jak skondensowana mieszanka wszystkich istniejących na świecie sprośności. Ale w jakimś sensie doskonale oddawało charakter tego niecnego czynu.

– Chyba tak, proszę księdza – przyznałem.

Miałem wrażenie, że jego wzrok zaraz przepali mi głowę na wylot.

– Wiesz, że to grzech śmiertelny? – bardziej oznajmił niż pytał.

– Wiem.

– Czy wtedy masz grzeszne myśli?

– Mam – powiedziałem, chociaż chyba nie do końca rozumiałem, co to znaczy.

– Sprawiają ci przyjemność?

Wiedziałem, że wszystko nic się przed nim nie ukryje i nie chciałem pogarszać już i tak beznadziejnej sytuacji.

– Tak – odrzekłem.

Proboszcz pokiwał głową, jakby już domyślił się, jaka jest przyczyna mojego zachowania.

– Myślisz wtedy o nagich kobietach? – upewniał się dalej.

Jasny gwint! Czyżby wiedział o Samancie?! – przeraziłem się. A ja chciałem go oszukać. Trwożnie spojrzałem do góry, upewniając się, czy czasem nad moją głową nie produkuje się właśnie grom z jasnego nieba.

Chyba nie było sensu dalej zaprzeczać.

– To sam Szatan ci je podsuwa – oznajmił proboszcz.

Szatan?! Masz ci los, pomyślałem, czując jak włosy na głowie stają mi dęba. Jak ja się w to wszystko wplątałem i czy jest jeszcze dla mnie jakakolwiek nadzieja?

– Absolutnie nie wolno ci tego więcej robić, pamiętaj – powiedział proboszcz, celując wskazującym palcem w podłogę, jakby chciał mi pokazać, gdzie główny winowajca się znajduje. – Szatan jest bardzo podstępny i pod postacią bezwstydnych kobiet, próbuje sprowadzić cię na ścieżkę grzechu. Musisz z nim walczyć i jeśli jeszcze raz to zrobisz, Pan Bóg ci opuści i skaże cię na wieczne potępienie. Szatan tylko na to czeka i będzie coraz bardziej cię kusił, ale nie możesz się poddać, rozumiesz?

Z wielkim wysiłkiem przełknąłem ślinę.

Byłem kompletnie załamany. Słowa proboszcza były bezlitosne i dopiero teraz uświadomiłem sobie wagę mojego grzechu. Czułem się całkowicie samotny i bezsilny wobec tych potężnych sił, z którymi przyszło mi walczyć. Było to stanowczo zbyt dużo jak na jednego dwunastolatka.

Ostatecznie proboszcz dał mi rozgrzeszenie oraz taką ilość modlitw za pokutę, że ledwie zdołałem spamiętać. Wyszedłem z kościoła na uginających się nogach i pognałem prosto do domu, gdzie zamknąłem się w swoim pokoju i siedziałem tam do wieczora, na kolanach odmawiając litanie.


Minęło kilka dni. Przez ten czas unikałem warsztatu, jak ognia. Zbyt wiele zdrowia mnie to ostatnio kosztowało.

Ale kiedy w końcu odważyłem się tam pójść, na początku odetchnąłem z ulgą.

Samantha zniknęła.

Lecz na szczęście moja radość nie trwała długo.

Wkrótce Pułkownik powiesił nowy kalendarz.

Tym razem cwany Szatan przybrał postać jeszcze groźniejszej kobiety.

A jej imię było Sabrina.

 

Reklamy

47 thoughts on “Samantha

  1. Dobry, wciągający tekst. Tak, masz rację, ludzie piszą o tym jacy chcieliby być a nie o tym jacy są w rzeczywistości. Ja też czasem nie mogę już czytać blogów i oglądać vlogów, które ociekają lukrem. Dlatego Twoje teksty to perełka. Trudnem wrażliwe i bardzo intymne są te tematy. Nie łatwo się o nich rozmawia.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Dawno cię nie było, pewnie wakacje… Ale dobre wejście miałeś. naprawdę nie czytałam jeszcze tak dobrze napisanego opowiadania o męskim dojrzewaniu. Gratuluję. Cieszę się, że dostałeś to rozgrzeszenie. mogło być gorzej…:)

    Polubione przez 1 osoba

  3. Jak zwykle wciągnęło mnie. Pięknie. Już dawno nie czytałam takiego bloga typu pamiętnikowego. Teraz lubi się pisać poradnicze blogi. Niestety…

    Polubienie

          1. Nie każdy potrafi się tak do bólu otwierać. Poza tym nie o wszystkim ze wszystkimi trzeba gadać. Tak myślę. Fakt, lubiê autentyzm. Niektórzy otwierają siê pod publikę. Pozdrawiam. 🙂

            Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s