To ci dopiero było wydarzenie!

Po wielu latach oczekiwania zrobili to! W końcu. Założyli linię telefoniczną do naszej leśniczówki. Pamiętam, jak monterzy stawiali cuchnące impregnatem słupy telefoniczne na drodze i jak im w tym gorliwie pomagałem. Miałem wtedy jakieś osiem lat i skoro mieliśmy mieć telefon, czułem się w obowiązku osobiście dopilnować, aby nie odwalili jakiejś fuszerki. Machałem profesjonalnie rękami, żeby dać znak kierowcy koparki, ile jeszcze może podcofać. Krzyczałem, kiedy zbyt słabo zaczepiali liny. Cmokałem z dezaprobatą, gdy wydawało mi się, że słup niezbyt prosto stoi. W końcu dociekałem, kiedy zbyt długo odpoczywali podczas licznych przerw na papierosa.

Chyba trochę przesadziłem, bo mnie stamtąd szybko przegonili. Niby dla mojego bezpieczeństwa! A jeden monter w białym kasku, którego wszyscy słuchali, powiedział obrazowo, że mi nogi z dupy powyrywa. Jak im się jeszcze będę pałętał pod nogami!

Chyba się nieco obraziłem i pełen najgorszych przeczuć co do jakości ich pracy nie mogłem się wprost doczekać, kiedy już skończą.

No, ale się doczekałem. Któregoś dnia, kiedy wróciłem ze szkoły, telefon już był! Nowiutki. Szary. Z bakelitu. Zajmował wyeksponowane miejsce w kuchni koło okna. Tata zrobił nawet z drewna niewielki stojak w kształcie greckiej kolumny, a mama podłożyła pod niego wyszydełkowaną serwetkę. Obok, na kredensie znajdowała się grubaśna książka telefoniczna.

Lecz radość trwała bardzo krótko. Wkrótce ten telefon stał się naszym przekleństwem! Utrapieniem. Zmorą. Dzwonił na okrągło i o każdej porze. Albo ludzie, których nawet nie znałem złazili się do nas, żeby gdzieś zatelefonować. Wkrótce wiedzieliśmy o wszystkim, co działo się w promieniu pięciu najbliższych kilometrów. Kto się zatruł grzybami, komu piła palce uharatała, a kto właśnie umiera. Albo czyja krowa urodziła, lub czyja żona się ocieliła. A może było na odwrót? Zresztą, nie miałem nawet jak, żeby się nad tym głębiej zastanawiać, bo cały czas robiłem za posłańca. Od powrotu ze szkoły do późnej nocy pedałowałem na swoim rowerku marki Reksio po okolicy, niczym listonosz roznosząc dobrą, albo złą nowinę. Najczęściej tą drugą.

Pewnego dnia wróciłem jak zwykle ze szkoły. Rodziców nie było. Na stole w kuchni znalazłem kartkę z lakoniczną informacją, że pojechali na zakupy do Trzebnicy oraz szczegółową aż do bólu instrukcję obsługi od mamy, w jaki sposób mam odgrzać sobie obiad. W tamtych czasach było to normą. Drugoklasista był już w zasadzie dorosłym człowiekiem i musiał troszczyć się o siebie, kiedy zostawał sam w domu. Zresztą, wtedy często spotykało się dzieciaki, które wykazywały się większym rozsądkiem, niż niektórzy dorośli.

Nie ukrywam, że bardzo lubiłem zostawać w domu. Sam. Nigdy się nie bałem. Byłem przecież synem zawodowego myśliwego, często wąchałem zapach prochu i miałem już prawdziwą krew na rękach. Wiedziałem, że w razie czego, sam dam sobie świetnie radę.

Zjadłem obiad. Pooglądałem trochę telewizję, ale oprócz jakiegoś programu rolniczego, gdzie pokazywali, jak się wykopuje buraki, nie było nic godnego uwagi. Na podwórku przez jakiś czas poodbijałem piłkę od bramy, w garażu odpaliłem motocykl i trochę pogazowałem silnikiem, aż wszędzie zrobiło się siwo od spalin wydobywających się z rury wydechowej. Z lekkim poczuciem winy szybko wywietrzyłem dym i zatarłem wszelkie ślady mojej obecności w pobliżu motoru. Tata, gdyby się dowiedział, co zrobiłem, chyba nie miałby zbyt szczęśliwej miny.

Kiedy wracałem do domu, zerwał się porywisty wiatr, który zatrząsnął koroną akacji stojącej w rogu podwórza, zrywając chmarę liści. Gdzieś, za lasami rozległ się stłumiony odgłos gromu. Od zachodu nadchodziła burza. Na świecie zrobiło się jakoś tam mroczno. I jakoś tak strasznie.

Rodzice wciąż nie wracali.

Znowu trochę pooglądałem telewizję, przejrzałem kilka starych numerów Skrzydlatej Polski, ale żadna z tych czynności nie przyciągnęła mojej uwagi na dłużej. Prawdę mówiąc nudziłem się śmiertelnie. Żeby poczuć w końcu jakieś emocje postanowiłem pomyszkować trochę po domu. W końcu nieobecność rodziców jest przecież doskonałą ku temu okazją! Najpierw poszedłem do sypialni rodziców i po krótkich poszukiwaniach odkryłem pod materacem coś, co mama tam zawsze skrzętnie chowała przede mną.

Książkę. Niezbyt grubą. Pod nic mi nie mówiącym tytułem. Emmanuelle. Tylko po co te podwójne „m” oraz „l”? Rzuciłem się w poprzek na łóżko i zacząłem ją przeglądać. Przeczytałem kilka akapitów, ale nie znalazłem nic ciekawego. Żeby choć jakieś obrazki były! I po co, mama urządzała z tą książką takie ceregiele? Odłożyłem ją w takim samym miejscu i pozycji, jak była.

Potrzebowałem czegoś mocniejszego. W tym czasie burza przybliżyła się znacznie i odgłosy gromów słychać było coraz wyraźniej. Poszedłem do kancelarii taty i z szuflady biurka wyjąłem niewielki kluczyk. Wiedziałem, do którego zamka pasował. Z bijącym sercem otworzyłem szafkę, gdzie tata trzymał broń. Dubeltówka Иж-49. Kaliber 20. Z wprawą ją złożyłem. Najpierw kolba, potem lufy, a na końcu czółenko. Broń była dobrze naoliwiona i wszystkie części pasowały do siebie zatrzaskując się z aksamitnym kliknięciem. Poćwiczyłem celowanie do wyimaginowanych celów i nawet przyszło mi do głowy, żeby załadować lufy nabojami. Ale na to już nie starczyło mi odwagi.

I wtedy zadzwonił telefon.

Aż podskoczyłem w miejscu. Miałem wrażenie, jakby tata właśnie mnie nakrył na tym, że ruszam broń. To miałem absolutnie zabronione i zdawałem sobie sprawę, że raczej bez paska się nie obejdzie, jeśli się wyda.

Telefon dalej dzwonił.

Błyskawicznie rozłożyłem dubeltówkę, wytarłem rękawem odciski palców z luf i odłożyłem  ją z powrotem do szafki. Zamknąłem dokładnie, a kluczyk odłożyłem do szuflady.

Telefon cały czas dzwonił.

Już nieco uspokojony, sięgnąłem po słuchawkę i przyłożyłem ją do ucha.

– Słucham? – powiedziałem. Miałem ściśnięte gardło i z moich ust wydobył się coś jakby zduszony pisk.

Po drugiej stronie panowała głucha cisza.

– Słucham – powtórzyłem.

Nikt się nie odezwał. Miałem wrażenie, że słyszę czyjś oddech w słuchawce. I bicie serca. A może to był tylko odgłos mojego?

Odłożyłem słuchawkę. Przez chwilę było cicho, lecz zaraz gdzieś uderzył piorun. Zacząłem liczyć. 121…122…123. Grzmot! Jakiś kilometr od nas. Słychać było narastający szum wiatru i bębnienie ciężkich kropel deszczu po dachówkach.

Znów rozległ się natarczywy dźwięk dzwonka.

Znów podniosłem słuchawkę. I znowu po drugiej stronie zapadła głucha cisza!

Przyznam się, że poczułem się nieswojo.

A może by tak udawać, że nic się nie stało? – pomyślałem. Poczułem przypływ lepszego humoru i już wiedziałem, czym się zająć – postanowiłem wysprzątać mieszkanie. Mama na pewno byłaby zadowolona, poza tym chciałem, żeby mieszkanie lśniło, kiedy rodzice wrócą. A poza tym chyba chciałem nieco zagłuszyć to poczucie winy, które ogarnęło mnie po tym, jak ruszyłem broń.

Ale rodziców wciąż nie było.

Pozapalałem światła we wszystkich pokojach i rzuciłem się z odkurzaczem na dywany i chodniki. Następnie poszły w ruch szczotki i ścierki. Wymyłem podłogi w pokoju gościnnym i przedpokoju, wytarłem również kurze z górnych szafek w kuchni. Pozmywałem i powycierałem do sucha naczynia oraz podlałem wszystkie kwiaty na parapetach.

Telefon już nie zadzwonił ani razu.

Zrobiło się już bardzo późno, kiedy skończyłem, a na dworze burza rozpętała się na dobre. Pioruny uderzały coraz bliżej i raz po raz okna w domu błyskały niebieskim światłem. Sprzątanie bardzo mnie wykończyło, ale byłem dumny z efektów. Czułem się znużony i co chwilę ziewałem przeciągle. Mimo że byłem śpiący, z nic w świecie nie poszedłbym do łóżka przed przyjazdem rodziców.

Na wszelki wypadek posprawdzałem, czy wszystkie okna są zamknięte. Pozamykałem również drzwi wejściowe oraz te prowadzące na strych. Klucze poprzekręcałem dwa razy i zostawiłem w zamkach.

Aż skuliłem się w sobie, gdy gdzieś blisko walnął piorun. Wisząca nad kuchennym stołem lampa zgasła na sekundę, zapaliła się na niewiele dłużej i ostatecznie przestała świecić na dobre.

Zapadła kompletna ciemność.

Stałem nieruchomo, nerwowo przełykając ślinę. Ulewny deszcz ostro zacinał w okna, wiatr wściekle  tarmosił konarami akacji, a co kilka sekund rozlegał się głośny syk i oślepiający błysk rozświetlał wnętrze kuchni, jakby ktoś robił zdjęcia przez okno aparatem fotograficznym z gigantyczną lampą błyskową.

Gdzieś, chyba na strychu coś łupnęło z głuchym łoskotem, potem słychać było dźwięk podobny do tego, jaki wydaje tocząca się kulka po drewnianej podłodze, a na koniec dało się słyszeć jakby ktoś chodził tam i z powrotem, ciężko stawiając kroki.

Lodowate macki zaczęły wędrować w górę moich pleców, jeżąc włoski na karku i powoli zaciskając się wokół gardła. Zerwałem się na równe nogi, czując paniczny strach, podczas gdy usłużna wyobraźnia podsuwała mi coraz to bardziej przerażające obrazy, kto lub co właśnie przyszło, aby mnie dopaść. Naraz przypomniały mi się wszystkie te filmy, które widziałem, a których rodzice nie pozwalali mi oglądać. Ożyły wszystkie potwory i umarlaki. Zmaterializowały się wszelkie duchy, zjawy i demony. I po co oglądałem ostatnio ten program „997”! Pokazywali wtedy seryjnego mordercę, który chodził po domach udając rannego w wypadku człowieka, a potem zabijał samotne kobiety, podcinając im gardła. Wcześniej coś im jeszcze robił, ale nie mogłem przypomnieć sobie, o co dokładnie chodziło.

Dlaczego wtedy nie zamknąłem oczu, jak kazali mi rodzice!

Stąpając na palcach przeszedłem do ganku i zatrzymałem się obserwując drzwi wejściowe i nasłuchując dobiegających zewsząd dźwięków.

Jaskrawy błysk rozświetlił ciemność na ułamek sekundy i w zimnym, trupim świetle, nie mogąc uwierzyć własnym oczom widziałem, jak u wejściowych drzwi klamka poruszyła się kilkakrotnie w górę i w dół. Strach oblał mnie jak wrzątek i całym ciałem poczułem jego fizyczny ciężar. Otaczał mnie ze wszystkich stron jak ciężkie, gęste powietrze nie pozwalając ruszyć się z miejsca. Nawet nie słyszałem grzmotu, który w chwilę po tym przetoczył się nad domem jak olbrzymi walec.

Kolejny błysk i poprzez matową szybę w ujrzałem potężną sylwetkę człowieka stojącego na ganku. Klamka znów zatrzepotała nerwowo.

To on! – przemknęło mi przez głowę, zanim ponownie zapadła ciemność.

Seryjny morderca!

Nie widziałem dokładnie, ale nie miałem najmniejszych wątpliwości, że to on. Pewnie skądś się dowiedział, że zostałem sam w domu i przyszedł mnie załatwić.

No jasne! Groza ścięła mi krew żyłach.

Telefon! To on dzwonił! Seryjny morderca! Sprawdzał, czy ktoś jest w domu.

Chryste Panie!

Uświadomiłem sobie, że grozi mi śmiertelne niebezpieczeństwo. Musiałem natychmiast uciekać z domu! Wiedziałem, że nie mam zbyt wiele czasu. Musiałem też zdobyć jakąś broń, na wypadek gdyby mnie dopadł.

Co jak co, ale łatwo życia nie sprzedam!

Skuliłem się i zachowując całkowitą ciszę, krok za krokiem przesunąłem się do kuchni. Z szuflady w kredensie wyjąłem długi, wąski nóż do krojenia mięsa. Wróciłem do ganku i czekałem, aż błyskawica znowu oświetli drzwi wejściowe, ale minęła minuta albo dwie i nic się takiego nie stało. Burza powoli oddalała się, a ja nie miałem ani chwili do stracenia.

Ruszyłem w kierunku drugich drzwi wyjściowych. Tych od kancelarii. Poruszając się w kompletnych ciemnościach wymacałem zamek i dwa razy przekręciłem metalowe pokrętło, odsuwając rygiel. Nabrałem mocno powietrza w płuca i ściskając kurczowo nóż, chwyciłem za klamkę.

Teraz! – powiedziałem do siebie i naciskając klamkę, natarłem całym ciałem na drzwi.

Wypadłem na schody.

I zderzyłem się ze stojącym w ciemnościach człowiekiem.

Krzyknąłem przeraźliwie i uniosłem rękę uzbrojoną w nóż do góry.

– Damian? – stojący przede mną mężczyzna spytał głosem, w którym kryło się bezgraniczne zdumienie.

Gdzieś na stawach zygzakowaty piorun uderzył w drzewo i przez ułamek sekundy dookoła zrobiło się jasno jak w dzień.

Przede mną stał tata i wyciągał do mnie ręce.

– Co ty robisz, synku? – zapytał, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w nóż.


Później okazało się, że monterzy jednak odwalili fuszerkę i podczas burzy dochodziło do jakiegoś zwarcia na linii. Tata zgłosił to do Telekomunikacji. Przez kilka dni nic się działo. Przynajmniej mieliśmy spokój, bo nikt nie dzwonił. To znaczy, jak dzwonił to i tak niczego nie było słychać po drugiej stronie. Naszej stronie.

Tamtej nocy tata dzwonił do mnie, żeby powiedzieć, że popsuł im się samochód. I że nie wiedzą, kiedy wrócą. I że idzie burza. I żebym się nie bał.

Taaa… jasne!

Ale w końcu przed naszym domem pojawiła się ekipa monterów. Ta sama, która stawiała wtedy słupy. Tym razem nie dałem się spławić i dulczałem nad nimi, jak cień sępa nad umierającym z pragnienia człowiekiem na pustyni. Cały czas patrzyłem im na ręce i zasypywałem setkami pytań.

Myślę, że właśnie tylko dzięki mnie w końcu zrobili to tak, jak należy.

Od tamtej pory już nie dochodziło do żadnego zwarcia na linii podczas burzy.

 

51 thoughts on “Telefon wieczorową porą

  1. O ho, niezła historia! Sama miałam dreszczyk na plecach czytając ją! Choć mieszkałam w leśniczówce tylko raz, na wakacjach, kiedy byłam dzieckiem tato miał pasiekę w lesie. Stał tam drewniany domek ze strychem i dwoma pokojami, więc przez całą „akcję” opowieści wyobrażałam sobie, że jestem właśnie zamknięta w tym domku! 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ahahaha a już myślałam, że tylko u mnie w domu telefon też stał na osobnym stoliczku z podłożoną wydzierganą serwetką 😀 I robiłam dokładnie to samo, jak rodziców nie było. Myszkowałam po szafkach. Raz udało mi się nawet znaleźć brzydką książkę schowaną gdzieś na dnie 😛 Poza tym przebierałam się we wszystkie ubrania mamy i starszej siostry 😀 Ach, co to były za czasy. Ale gratuluję odwagi, ja bym nie wyleciała z domu, choćbym miała kałacha w ręku. Jak Kevin sam w domu 😉

    Polubione przez 1 osoba

  3. O rany, od razu na wspomnienia mi się zebrało, jak założyli u nas w domu telefon i sąsiedzi przychodzili z niego skorzystać, jak latałam do sąsiadów, że ktoś do nich dzwoni, jak od razu sąsiedzkie życie towarzyskie nabrało rozpędu… 🙂 Podobnie było z pierwszym odbiornikiem telewizyjnym u moich dziadków, cała kamienica się do nich schodziła na czarno-białe ruchome obrazy. 🙂
    Bookendorfina

    Polubione przez 1 osoba

  4. Nie ma co, potrafisz dawkować napięcie, sama czytałam, siedząc bez ruchu. Przypomniałam sobie, jak kiedyś oglądałam pod nieobecność rodziców jakiś horror w tv i gdy już mało nie umarłam ze strachu, usłyszałam pukanie do drzwi. I wtedy sobie przypomniałam, że nie przekręciłam naszego yetti po wyjściu rodziców. To była koleżanka z góry, ale co ja przeżyłam, gdy nacisnęła klamkę, weszła i, ja jej jeszcze nie widziałam, szła w stronę pokoju… Pozdrawiam ciepło

    Polubione przez 1 osoba

    1. No to wyobraź sobie, że kiedyś do nas wieczorem wpadł gość, krzycząc, że zabił człowieka i żeby zadzwonić po pogotowie i milicję! No, i rzeczywiście, bogu ducha winny człowiek jechał dostawczym żukiem i na prostej drodze pijany motycyklista wpakował mu się pod zderzak… ten telefon to, jak pisałaem, był naszym przekleństwem 😦

      Polubienie

  5. Ach, pamiętam te czasy. Uwielbiałam przeglądać książkę telefoniczną i zastanawiać się czy Kowalski z ul. Asnyka to ten sam Kowalski, który dwa miesiące temu uśmiechnął się do mnie na korytarzu. Bo jeśli tak, to musiałam mieć w notesie zapisany ten numer, tak na wszelki wypadek.

    Polubione przez 1 osoba

  6. Nigdy się nie bałam burzy.Traktowałam ją jak piękne widowisko, które można podziwiać z okna bezpiecznego mieszkania. Przyklejałam nos do szyby i polowałam na błyskawice.
    Tak było do dnia, gdy burza zaskoczyła mnie na rybach. Łowiłam z łódki zakotwiczonej jakieś 200 m od brzegu.Burza rozpętała się tak gwałtownie, że nie zdążyłam nawet kotwic podnieść. Fale miotały moją łupinką, Pioruny waliły w wodę, a ja kurczowo trzymałam burty i modliłam się.
    Wszyscy bogowie od zarania dziejów zostali obmodleni i przebłagani, bo przeżyłam.
    Dziś, jak słyszę grzmoty, idę sprzątać łazienkę.

    Polubione przez 1 osoba

  7. I pamiêtam te czasy, kiedy telefon obecny był tylko u nielicznych. Wybrańców. 🙂 Biegało się do nich żeby zadzwonić np. po pogotowie. Korzystanie z budek telefonicznych też miało swój urok. 🙂 🙂 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  8. Burzowe przygody dla każdego dziecka pozostają chwilami grozy. Ale zabawnie opisałeś tą historyjkę. 🙂
    Do tej pory nie lubię burzy i czuję przed nią respekt. Dawno temu, razem z moim dużym psem, razem, w czasie burz, chowaliśmy się za kanapę i tuliliśmy się do siebie. Oboje się trzęsąc. 🙂
    Progrm 997 to prawdziwa zmora.. z moja mama oglądałyŝmy. 🙂 I kiedyś zrobiłyśmy atak na myszkę w piwnicy, która miała być groźnym złodziejem. 🙂 🙂 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzień Dobry! 🙂 Hahah… przezabawne.. tym Twoim psiakiem! I jak tu ich nie kochać, skoro nawet strach im się udziela 🙂 Taaaa… za ten program 997, to chyba powinni wsadzić tego strasznego Płócienniczaka i Fajbusiewicza za kratki. Ile dzieciaków przez nich nie mogło zasnąć w Polsce! 🙂 Do dzisiaj mam przed oczami zdjęcia tych wszystkich… osób o nieustalonej tożsamości!!! 😉

      Polubienie

      1. Ale strach, mojemu psu, nie udzielił siê ode mnie. On bał się huku burzy tak samo jak fajerwerków wystrzeliwanych w Sylwestra.
        Nasluchałam siê w dzieciñstwie opowieści o tym, jak pioruny 🙂 paliły stodoły na wsiach i tak mocno wzięłam sobie do serca te opowieści, że na całe życie mam dość. 🙂

        Faktycznie, te twarze były straszne… w ogóle taki horror na żywo…

        Dobrego dnia. 🙂

        Polubione przez 1 osoba

  9. Fajny klimat. Ale mam jedną drobną uwagę. Akcja opowiadania zapewne rozgrywa się w latach 70 lub 80, więc jeśli narrator odzwierciedla ówczesny sposób myślenia głównego bohatera, to raczej nie pomyślałby o seryjnym mordercy. W Polsce wtedy takie pojęcie nie funkcjonowało. Seryjni mordercy oczywiście byli, ale nazywało się ich raczej wampirami lub zboczeńcami.

    A wątek z telefonem… Ech, jak ja to dobrze pamiętam! Kiedy byłem mały, u nas na klatce tylko jedni sąsiedzi mieli telefon i każda wizyta u nich, żeby zadzwonić, urastała do rangi przygody.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Końcówka lat 80-tych 😉 To w ogóle były straszne słowa.. wtedy, dla dzieciaków! Z programu 997 zawsze pamiętam ten beznamiętny głos lektora, która mówił…”Konkubent, po dokonaniu czynów lubieżnych, udał się w nieznanym kierunku…” Czysta groza! 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s