Muszę się do czegoś przyznać!

Mam dosyć nietypową przypadłość. Jak na faceta. Prawie zboczenie. Chociaż myślę, że całkiem nieszkodliwe. Przynajmniej dla innych ludzi. Chyba nikogo tym nie krzywdzę.

Kocham czytać!

Wiem, że odziedziczyłem to po mamie. A ona zaś po babci. A tamta pewnie po swojej. Podejrzewam, że to taka nasza rodzinna choroba. Jak hemofilia. Albo grzech pierworodny przekazywany z pokolenia na pokolenie.

Bo ja uwielbiam powieści dobrze napisane! Takie, które mają początek. Środek. I koniec. I nie ma dla mnie znaczenia, czy jest to krwawy thriller, ckliwe romansidło czy też czyjeś intymne wspomnienia. Kupuję zarówno Sparksa, jak i Manna.  Każdy pisarz ma u mnie równe szanse. Przynajmniej do momentu, kiedy otwieram na pierwszej stronie i czytam pierwsze zdanie.

Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Kluczowe. Przynajmniej dla mnie. No, bo kiedy ktoś zaczyna słowami w stylu: „Dawno, dawno temu…” – to mówię od razu temu panu… no… no… senkju. Ale kiedy czytam, że: „Człowiek, któremu zostało 10 minut życia, wybuchnął śmiechem…” – to już wiem, że będzie to wyjątkowy dzień w moim życiu. Dzień, na który zawsze czekam. Wprost przebieram nóżkami.

Bo dla mnie czytanie jest jak stąpanie po kruchym lodzie. Lód nie może być zbyt cienki. Ani zbyt gruby, bo nic z tego nie wyjdzie. Musi być ten dreszczyk emocji. I adrenalina. I ten moment, kiedy lód robi nagle… traaaaaach! I porywa cię głębia. Jej macki oplatają twoje nogi niczym gigantyczna ośmiornica i wciągają w otchłań. Coraz głębiej. I głębiej. I odkrywa się przed tobą zupełnie nowy świat. Fascynujący. Świat, który sprawia, że po powrocie na powierzchnię już nigdy nie będziesz taki sam. Będziesz odmieniony.

Mam jeszcze jedną irytującą cechę. Lubię odwiedzać miejsca, o których czytałem. I wiem, że czasami jest to pozbawione sensu, bo takie miejsca mogą już nie istnieć. Kompletnie. Albo być tylko w wyobraźni autora. Albo są całkowicie zmyślone. Nic to. Lubię tam poczuć zapach powietrza, albo zobaczyć, jak słońce zachodzi na horyzoncie. Wtedy mam wrażenie, że wszystko lepiej rozumiem. I czuję.

Dlatego, kiedy pierwszy raz byłem w Atlancie i moi amerykańscy przyjaciele radzili mi, żebym koniecznie zwiedził muzeum Coca-Coli, ja wybrałem się w zupełnie innym kierunku. Do domu, gdzie mieszkała Margaret Mitchell. Dla męskiej części czytelników -to ta od „Przeminęło z wiatrem”. Było już późne popołudnie. Z oddali dochodził stłumiony zgiełk wielkiego miasta. Odłączyłem się od grupy i oparty o barierkę na werandzie, gdzie siadywała i pisała, całym sobą chłonąłem atmosferę tego miejsca. I pozwalałem, aby dawne wspomnienia przemijały wraz z szepczącym wiatrem…

Pomysł, aby pojechać do Spencerville narodził się na długo przed tym, zanim po raz pierwszy wyjechałem do Stanów. Zanim w ogóle ośmieliłem się marzyć o tym. Pamiętam, że wracałem wtedy pociągiem do domu. Było około ósmej wieczorem, połowa sierpnia i jak bardzo byłem zdumiony, że jest jeszcze jasno na dworze. I jak pięknie wyglądają mijane pola skąpane w pomarańczowym blasku słońca wiszącym nisko nad horyzontem. Na kolanach miałem otwartą książkę. Świeżusieńką. Dopiero co kupiłem ją na dworcu. I pamiętam, jak cudownie pachniała. Papierem. I farbą drukarską. Odwróciłem wzrok od okna i zacząłem czytać…

„Zachodnie Ohio, ósma wieczorem czasu letniego. Połowa sierpnia. Keith Landry ze zdziwieniem zauważył, że słońce jest ciągle piętnaście stopni nad horyzontem. Już prawie zapomniał, jak jasno potrafi być o tej porze dnia  i jak duży był jego kraj.”

I pamiętam, jak wtedy zapragnąłem zobaczyć to wszystko oczami Keitha Landry’ego.

I zobaczyłem. Dziesięć lat później. Wprawdzie nie siedziałem w saabie 900, lecz w naszpikowanejej elektroniką toyocie camry hybrid. Ale cała reszta się zgadzała. Dokładnie tak, jak czytałem wtedy w pociągu. Jechałem przez zachodnie Ohio. Nawet pora roku i dnia były mniej więcej takie same.

„Pola kukurydzy ciągnęły się aż po horyzont błękitnego nieba, gdzieniegdzie poprzeplatane uprawami soi, albo pszenicy, albo alfalfa. Ale w większości była to kukurydza. Pastewna i jadalna. […] Kukurydza… kukurydza… kukurydza.”

A kiedy ujrzałem przed sobą pękatą wieżę ciśnień z napisem „SPENCERVILLE” poczułem to. Znajomy dreszcz. I tylko dla niego warto było tu przyjechać. Tego dreszczyku. Nic więcej się nie liczyło.

Jakąś godzinę później wracałem w kierunku Cincinnati. Ale inną drogą. Zawsze tak robię. Nigdy nie jeżdżę z powrotem tą samą trasą. Zamiast stanowej I-75 wybrałem plątaninę lokalnych dróg łączących liczne hrabstwa w tej części Ohio. Byłem szczęśliwy. Jak człowiek, które spełnił swoje marzenie sprzed lat. Czułem się dobrze. Rzekłbym, rewelacyjnie. Po tamtym ekscytującym dreszczyku nie było już śladu. Za to było inne uczucie.

Głód! Nienasycony. Zwierzęcy głód.

Dlatego, kiedy zobaczyłem pierwszy bar, gwałtownie zahamowałem, aż toyota zarzuciła tyłem, wzniecając tuman kurzu z pobocza szosy.

Moja kolejna słabość – amerykańskie przydrożne bary. Mają coś w sobie. Może te wszystkie filmy zrobiły swoje, a może to wszystko przez tę atmosferę, która w nich panuje. Niby jesteś obcy, a traktują cię, jak swojego. Nikt o nic nie pyta. Skąd jesteś, jaką masz przeszłość, ani jakie grzechy masz za uszami. Wszyscy są równi. Bogaty, bezdomny, policjant, złodziej czy prostytutka. Coś w nich jeszcze zostało z czasów Dzikiego Zachodu.

Dobrze trafiłem. Mieli steki. A trzeba Wam wiedzieć, że za dobrego steka oddałbym wiele! Bardzo dużo. Myślę, że gdyby ktoś chciałby mnie zwabić w pułapkę, to powinien położyć na mojej drodze średnio wysmażonego T-bone, a z całą pewnością dałbym się przekabacić. A gdyby jeszcze do tego było dobrze schłodzone piwo, poszedłbym jak Rumcajs za Haneczką.

Barman był łudząco podobny do Sama Elliota. Dla damskiej części czytelników to ten kumpel Patricka Swayze z filmu „Wykidajło„. Ten szpetniejszy. Chociaż ponoć takich kobiety lubią najbardziej. Meksykański wąs i długie, siwe włosy spięte gumką z tyłu głowy. Wyrobione, żylaste łapy i karabin Sharpsa wiszący nad barem. Z takich zabito miliony bizonów.

Zamówiłem steka. Mashed ziemniaki i sałatka Caesar były już w cenie. Do picia wziąłem diet coke, gdyż byłem w drodze. Jestem odpowiedzialnym facetem. Przynajmniej tak mówią ci, którzy mnie znają. Barman skinął głową. Przez chwilę widziałem błysk zaciekawienia w jego oku, ale nic nie powiedział. O nic się nie pytał. Z pewnością niejedno już w życiu widział i nic go nie dziwiło.

Usiadłem w jednej z tych booths ciągnących się rzędem przy oknach i z ciekawością rozglądałem się dookoła. Było niewielu klientów. Jakiś gość siedział przy barze i gawędził z Elliotem. Popijał coorsa.

I wtedy ją zobaczyłem. Wysoka dziewczyna w kowbojkach, opiętych dżinsach, flanelowej koszuli zawiązanej powyżej pępka i kowbojskim kapeluszu. Prawdziwa cowgirl. Niosła w ręku oszronioną szklanką wypełnioną do 4/5 bąbelkującym piwem i rosnącą pianką z każdym jej krokiem.

Hi, I’m Sandy – powiedziała stawiając przede mną piwo.

I nie pytając o pozwolenie usiadła naprzeciwko mnie.

W tym miejscu muszę zadać pytanie. Ile razy zdarzyło ci się w Polsce, że przysiadła się do ciebie dziewczyna, wyglądająca lepiej niż niejedna playmate ze stajni tego starego zbereźnika, Hugh Hefnera? W dodatku przyniosła ci cudownie schłodzone piwo?

Zero?

Bo w naszej szerokości geograficznej się to nie zdarza. Żadna laska, powiedzmy taka 10/10 sama z siebie za żadne skarby nie podejdzie do samotnie pijącego faceta. Takiego, powiedzmy 5/10? No, może 6/10. A może i więcej… tego na 10? Anyway, nie podejdzie, choćby nawet czasami chciała. Bo to jest bariera mentalna. Nie do przejścia. Barykada zbudowana z pustej próżności, fałszywej dumy, niebotycznie wysokiego współczynnika księżniczkowatości i tego wpajanego od pokoleń po kądzieli przekonania, że to facet ma zawsze wychodzić z inicjatywą. I ma! Z tym, że tutaj, w barze, nikt nikogo nie chce zdobywać. Człowiek chce tylko posiedzieć z ludźmi. I pogadać. Tak po prostu. No, i tak to się właśnie robi w Ameryce.

Ale zupełnie co innego przyciągnęło moją uwagę. Jej lewa dłoń. A właściwie jeden z palców. Serdeczny. Ten od noszenia obrączki. Bo tutaj noszą ją na tej drugiej dłoni. To znaczy całkowity brak tego palca. Został tylko niewielki kikucik, który zabawnie podrygiwał, kiedy poruszała innymi palcami.

Sandy podchwyciła moje natarczywe spojrzenie. Uśmiechnęła się tak, jak to tylko potrafią Amerykanki.

– Odstrzeliłam go sobie – powiedziała, wskazując na wiszącą nad barem broń. – Pop uczył mnie strzelać, jak miałam jakieś osiem lat i przez nieuwagę chwyciłam nie z tej strony karabinu, co trzeba. Nawet nie pojechaliśmy do szpitala. Zrobił mi opatrunek i jeszcze tego samego dnia kazał mi dalej ćwiczyć strzelanie. Już nigdy więcej nie złapałam broni tam, gdzie się nie powinno tego robić.

– Pop? – spytałem.

Wskazała kciukiem na barmana. Ten spojrzał na nas i skinął głową w niemym geście, pytając, czy wszystko w porządku.

– Nie zamawiałem piwa – powiedziałem do Sandy.

Podsunęła szklankę bliżej mnie.

– Taki mamy tutaj zwyczaj – oznajmiła. – Każdy, kto pierwszy raz zawita do naszego baru, dostaje od nas piwo. W zamrażalniku trzymamy kilka szklanek właśnie na taką okazję. Free of charge.

– Dobry zwyczaj – oznajmiłem, przykładając szklankę do ust i pociągając długi łyk piwa.

Było wprost… awesome!

I zaczęliśmy rozmawiać. W międzyczasie ojciec Sandy przyniósł mojego steka, którego pochłaniałem z rosnącym żalem. Że tak szybko się kończył. No, chłop się przyłożył do niego i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że do tej chwili nie jadłem równie doskonałego steka. I raczej mało prawdopodobne, żeby miało to nastąpić kiedyś w przyszłości.

I kiedy ja pałaszowałem steka, Sandy zabawiała mnie rozmową. Bądź co bądź była kobietą i jak każda do szczęścia potrzebowała dobrego słuchacza. A, że ja miałem usta ciągle zapchane krwistą wołowiną, mogła się nieźle wykazać. I dowiedziałem się o niej prawie wszystkiego. Że razem z ojcem prowadzą ten bar. A wcześniej jej dziadek. I dziadek jej dziadka w czasach, kiedy ludzie podjeżdżali tu końmi i stąd na ścianach tyle podków służących teraz jako folkowa ozdoba. I że skończyła high school. I na tym poprzestała. I że ma chłopaka. Ma na imię Greg i pracuje w Limie. Składa czołgi Abrams, ale ma zakaz o tym mówić. I w każdą sobotę zabiera ją swoim truckiem na przejażdżkę. A kiedy miała sześć lat, jej matka odeszła. Wyjechała do Fort Wayne, bo zawsze ciągnęło ją do wielkiego świata.

Swoją drogą nazywanie Fort Wayne wielkim światem to jest doprawdy czysty eufemizm. To tak, jakby ktoś z jakiejś wsi położonej pod granicą białoruską powiedział tak, dajmy na to, o Bielsku Podlaskim. W naszej skali to właśnie taki Fort Wayne.

W międzyczasie bar zapełnił się ludźmi. Zanim się spostrzegłem, a do naszego stolika ktoś co chwilę się dosiadał. Był jakiś Wald, jakiś Brad, Chip, Ethan i Jay. Każdy z twarzą ogorzałą od słońca, żylastymi ramionami, ale z szerokim uśmiechem. Robiło się coraz gwarniej. Coraz głośniej. Pop włączył muzykę i było jeszcze głośniej. A ponad ten cały zgiełk przebijał się jedynie dźwięczny śmiech Sandy.

Po jakimś czasie wszyscy przenieśliśmy się do stołu okalającego bar. Pop podawał piwo z szybkością linii produkcyjnej. A ja, mimo że cały czas upijałem swoje, to wciąż w ręku trzymałem pełną butelkę. Dziwne zjawisko. I cały czas słuchałem. Niezliczonych historii. Takich życiowych. I takich pewnie kompletnie zmyślonych. Jakby wszyscy naraz chcieli wyrzucić przed tym gościem z dziwacznym akcentem całe swoje wnętrze. Miałem wrażenie, że świat zaczyna wirować naokoło mnie. Coraz szybciej i szybciej.

A potem wszystko ucichło. Goście się rozpłynęli i zostaliśmy sami. Pop zmywał szklanki, Sandy sprzątała ze stolików. I byłem jeszcze ja. Siedziałem na barowym stołku. I nurtowała mnie jedna myśl. Jak, do cholery, mam teraz jechać w dalszą drogę? Na moje oko było już grubo po północy.

Wtedy Pop zadał mi pytanie:

How come a guy like you is in the place like that?

Przyznaję, że trochę zajęło mi czasu, żeby najpierw sformułować myśli, a potem skonstruować składną odpowiedź.

– Przeczytałem w jednej książce i chciałem zobaczyć na własne oczy.

Pop pokiwał głową ze zrozumieniem, ale nic nie powiedział. Mówiłem już, że wyglądał na gościa, który niczemu się nie dziwił.

Zarówno on, jak i Sandy nie chcieli mnie puścić w dalszą drogę. Na górze mieli przygotowane pokoje właśnie na takie awaryjne sytuacje. Wprawdzie nie mieli licencji na prowadzenie hotelu, ale czego się nie robi dla przyjaciół. Jeszcze gdybym był miejscowy, to mają bardzo wyrozumiałego szeryfa. Ale ci ze stanowej potrafią być bardzo narwani.

Jakoś nie za bardzo protestowałem i Sandy zaprowadziła mnie na piętro. Pokój był mały, ale bardzo schludny. Prawie całą powierzchnię zajmowało wielkie łóżko. King bed size. A kiedy wychodziła z pokoju, zadałem jej pytanie, które nurtowało mnie od chwili, kiedy ją zobaczyłem.

Mianowicie, dlaczego została tutaj? Sama z ojcem. Dlaczego nie poszła na studia?

A ona odpowiedziała mi pytaniem. Krótkim pytaniem. Chyba najkrótszym, jak się da:

Why?

No, żeby robić karierę. W wielkim świecie. W Chicago lub w Nowym Jorku. Spełnia przecież wszystkie warunki. Jak nie na studia, to przecież w show-biznesie. Gdziekolwiek, byle jak najdalej z tej dziury!

A Sandy swoje – why? Po co ma to wszystko robić, skoro tutaj wszystko ma. Ma ojca, po którym kiedyś przejmie prowadzenie baru. Ma tutaj dobrych przyjaciół, z którymi spotyka się każdego wieczoru. Ma chłopaka, którego kocha. Jest szczęśliwa i nic jej więcej do tego szczęścia nie potrzeba.

Nie miałem więcej pytań. Być może dlatego, że byłem padnięty, ale chyba nie do końca. Bo ta dziewczyna odkryła coś, co tylko nielicznym się udaje w życiu. Mnie się chyba nie udało. Ja zawsze żyłem w przekonaniu, że gdzieś jest inny, lepszy świat. I chyba wciąż go szukam.

Rano obudziłem się z wrażeniem, jakbym właśnie powrócił z zaświatów. Nurtowały mnie dwa pytania. A właściwie trzy.

Gdzie, do cholery, jestem?

Co właściwie robię w miejscu, w którym nie wiem, gdzie jestem?

I… czy?

Dobrze wiem, o czym wszyscy właśnie pomyśleliście! Prawda, że to zrobiliście?

No, to muszę Was rozczarować. Niestety, ale Sandy nie było w łóżku! Obok mnie. Na miejscu pasażera. Nie było, bo to porządna dziewucha okazała się. A poza tym myślę, że tamten wiszący nad barem karabin Sharpsa  też miał tutaj niebagatelne znaczenie…

No dobra, muszę się jednak do tego przyznać. Zrobiłem to! Znaczy się sprawdziłem dłonią, czy miejsce obok nie jest przypadkiem ciepłe. Ale nie było. Było chłodne jak dobrze schłodzone piwo, a prześcieradło gładkie niczym pierwszy śnieg na parapecie. Rozumiecie mnie, prawda? Gdy człowiek budzi się na takim kacu gigancie, to chyba ma prawo mieć wątpliwości, co do samego siebie? Co nie?

Za to Sandy była na dole i kiedy schodziłem jako tako doprowadzony do porządku słyszałem jej dźwięczny śmiech oraz chropowaty jak nieheblowana deska rechot jej ojca. Bar był jeszcze zamknięty, ale kuchnia pracowała już pełną parą.

Nawet nie chcieli słyszeć, abym odjechał bez śniadania. Ciągle free of charge! Pop usmażył mi jajecznicę na bekonie, a Sandy przyniosła mug of coffee.  Chociaż trzeba powiedzieć, że mug był wielkości małego wiadra! Ale kawa była wyborna. Dokładnie taka, jak lubię.

A kiedy nadszedł już czas, żeby powiedzieć sobie: „Hit the road, Jack!”, wyjąłem gotówkę i jeszcze raz zaproponowałem, że chcę zapłacić. Za steka, za piwo, za pokój i za śniadanie. I za kawę. Uparłem się.

Oboje gwałtownie zaprotestowali. Nawet powiedziałbym, że zrobiła się trochę nerwowa atmosfera. Wczorajszy nastrój jakby diabli wzięli. Miałem wrażenie, że właśnie popełniłem poważny nietakt. Że ich obraziłem.

I nastała taka niezręczna cisza.

Wyjąłem trzydzieści dolarów i włożyłem je do stojącego przy kasie słoika na tipsy. Banknoty ostro kontrastowały z kilkoma ćwierćdolarówkami.

Sandy spojrzała na swojego ojca. Ojciec spojrzał na swoją córkę. I oboje spojrzeli na mnie.

W ich oczach zobaczyłem wielką ulgę.

Ulgę, że ten szalony człowiek, który przyjechał do miejsca, o którym czytał w jakiejś książczynie, jednak na koniec nie okazał się… dupkiem.

Man’s man! Zawsze. I tylko dupki tego nie rozumieją!

Kiedy odjeżdżałem, oboje wyszli na drogę i machali mi do momentu, aż znikli mi za zakrętem.


No, i nie udało mi się! W pierwotnym zamyśle miała to być recenzja powieści Nelsona DeMille zatytułowanej Spencerville.

A tu wyszła mi z tego kolejna historia.

Nieopowiedziana historia.

57 thoughts on “Spencerville

  1. W mojej rodzince nazywają mnie książkożercą. I czasem śmieją się, że nie warto mi ich kupować, bo przeczytanie zajmuje mi maxymalnie dwa wieczory. Pochłaniam książki namiętnie, I również uwielbiam zwiedzać miejsca o których czytam. Czasem ciężko jest to uczynić, ale w miarę możliwości staram się. Napisz książkę – swoją. Masz taką lekkość pisania, że czyta się to co piszesz jak najlepszą w życiu książkę – ciężko się oderwać 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja również czytania się nie boje. Raczej to książki boją się mnie. Jednak przechodząc do meritum, historia bardzo mi się spdobala. Może dlatego, ze piszesz z ogromnie lekkim piórem, a może dlatego, ze trafiłam na niszowy blog. Bądź co bądź warto tu zajrzeć od czasu do czasu i poczytać napisane w ten sposób opowiadania :).

    Polubione przez 1 osoba

  3. Zwiedzanie miejsc, o których przeczytałam w książkach, póki co ogranicza się do Gdańska i okolic. Mam nadzieję, że kiedyś wywieje mnie gdzieś dalej… Ale lubię też odwrotne sytuacje – lubię, kiedy w thrillerach, kryminałach czy obyczajówkach autorzy opisują miejsca, w których byłam. Zawsze wtedy pojawia się przyjemny dreszczyk i myśl: „Oho! Byłam tam, widziałam to miejsce!”.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Lubię jak facet czyta – ale nie tylko jeden gatunek typu fantasy (nie mam nic do niego, to mój ulubiony) bo wtedy wydaje mi się takim książkowym ‚trollem’ 🙂 Podziwiam natomiast bardziej chęć i możliwość podróżowania ‚za książkami’ i siedzenia na werandzie by poczuć jak „przemija z wiatrem” 🙂 To fajne 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  5. Jesteś facetem i wiesz kto to Margaret Mitchell – szacun! 😀 A bardziej poważnie ujmując rzecz, to zazdroszczę Ci zwiedzenia miejsca, w którym pisała jedna z moich ulubionych autorek. Może kiedyś i mnie uda się zwiedzić, choć część miejsc, o których czytam.
    Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

    1. 🙂 Powodzenia! Wiesz, to wcale nie jest takie trudne…. Ja początkowo nie widziałem nic szczególnego w Warszawie, ale kiedy przeczytałem po raz drugi od czasów licealnych Lalkę, teraz wiele miejsc kojarzy mi się tylko z Wokulskim, Łęcką a najbardziej… Rzeckim 🙂 Zawsze kiedy mijam pomnik Kopernika, mam wrażenie, że na balkonie narożnej kamienicy zaraz zobaczę Stacha… 😉

      Polubienie

  6. Uwielbiam zwiedzać miejsca, które poznałam w książkach. Z radością chodzę uliczkami i odwiedzam bary, w których gościli bohaterowie lub autorzy książek. No i świetna historia wyszła ci z tej recenzji 😉
    /Pozdrawiam,
    Szufladopółka

    Polubione przez 1 osoba

        1. Si 😀 I w Kiejdanach i Taurogach… Wybrałem się w drugi dzień świąt BN, 2 lata temu, sam i było jakieś -15 stopni 💀Tyłek mi prawie przymarzł do samochodu ale warto było! Warto były przespacerować się w pole, a w uszach tylko wiatr i psy ujadające w oddali….

          Polubienie

  7. Masz dar 🙂 też jestem molem książkowym z tą różnicą że nie skreślam książki po pierwszej stronie. Wierzę że się rozwinie. Czasami się rozwija – a czasami nie 🙂 W każdym razie – i świetnie czytało mi się Twoje opowiadanie 🙂 Książkę też bym pochłonęła 🙂 Nie myślałeś o jakiejś??

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s