Nie wierzę w cuda!

Nigdy nie wierzyłem. I odkąd sobie to uświadomiłem, jakoś lżej żyje mi się na tym świecie. Łatwiej. Bo życie bez złudzeń jest znacznie prostsze. Bez wszystkich tych nieznośnych rozczarowań. Niepotrzebnego oczekiwania na coś, co samo i tak się nie wydarzy. Nigdy!

Bo ludzie zwykle mylą cuda z nieodkrytymi jeszcze mechanizmami rządzącymi światem. Zazwyczaj medycznymi. Bo każdy chce być zdrowy. I piękny. I żyć. Jak najdłużej. I większość się modli. O cud. Każdy tak, jak potrafi. I umie. Do boga takiego, czy innego.

Ale to tak nie działa! Nie ma w historii medycyny udokumentowanego choćby jednego przypadku, kiedy modlącemu się o cud człowiekowi bez nogi, naraz ta noga odrosła. Sama. Na oczach zdumionych lekarzy. Przed chwilą jej nie było, a tu naraz czary-mary i już jest! Albo czy komuś sztuczne oko nagle zmieniło się w prawdziwe?

Idąc dalej, dochodzimy do Oświęcimia. Obóz Auschwitz-Birkenau. Milion sto tysięcy ludzi modli się każdego dnia. Każdej godziny, minuty i sekundy. O cud. O życie. Przez pięć lat. Na próżno. Na strażnikach nie robi to żadnego wrażenia. Kominy nadal dymią, pracujący więźniowie uwijają się jak mrówki, a komendant obozu pisze list do Frau und die Kinder, że bardzo za nimi tęskni. Bo gdyby tak to działało z tymi cudami, to przecież pewnego dnia kazałby zdumionym oprawcom otworzyć bramy obozu i wypuścić wszystkich więźniów na wolność. I jeszcze sam machałby im na pożegnanie. A tu, Kain Wunder! Zero. Nul.

Wierzę natomiast w ciężką, mozolną pracę. Pracę, która na pierwszy rzut oka jest beznadziejna. Bez sensu. Frustrująca. Nudna. Zniechęcająca. Bo tylko taka praca przynosi efekty. Zawsze jest wartością dodaną. Do życia. Twojego życia. I ciebie. Samego. Bo tylko ona może dać ci pełną satysfakcję. Bo tylko rzeczy trudne mają sens (Słowa).

Ale nie powiedziałem też, że cuda nie mogą istnieć! Bo nie można tak powiedzieć. To wynika z prostych zasad logiki. Nie da się udowodnić na 100%, że czegoś nie ma. No way! Można dowieść z całą pewnością, że coś istnieje, ale nigdy, że coś nie istnieje.

Dajmy na to, można dosyć łatwo dowieść, że autor niniejszego bloga istnieje. Że ktoś taki jest na świecie. Bo są na to dowody. Można mnie zobaczyć. Zważyć. Dotknąć i nawet powąchać. Jest też akt urodzenia, zdjęcia i świadkowie, którzy mogą zaświadczyć o jego istnieniu. Bo jego istnienie, to jest fakt. Niezbity.

Ale, z drugiej strony nie można powiedzieć z całą pewnością, równą sto procent, że gdzieś we wszechświecie nie istnieje jego wierna kopia. Dwukrotne lustrzane odbicie. Toczka w toczkę. Sto procent coma zero zero odwzorowania. Można oczywiście założyć, ze jest to mało prawdopodobne. Prawie niemożliwe. Że prawdopodobieństwo jest tak małe, iż prawie go nie ma. Ale absolutnej pewności nie można mieć. Nigdy.

Tak, jak nie miałem jej wtedy, kiedy z wywalonym jęzorem na brodzie i ciężkim plecakiem na grzbiecie pędziłem peronem na dworcu kolejowym do pociągu, który właśnie odjeżdżał. I jak na złość robił to punktualnie!

I gdybym wtedy nie odwrócił głowy, to pewnie bym zdążył. Ale zrobiłem to i spojrzałem na tamtą kobietę. Siedziała sama na peronowej ławce, a w jej zakrwawionej twarzy było coś jakby znajomego. Coś, co kazało mi się zatrzymać. Wbrew sobie. Wbrew rozsądkowi.

Kobieta przykładała jakiś strzępek chusteczki do nosa, ale nie przynosiło to żadnego efektu. Purpurowa krew ściekała po jej brodzie, dłoniach i dalej wzdłuż łokcia na posadzkę. Kap… kap… kap. Dopiero po chwili zauważyłem krwawy ślad ciągnący się od samych schodów.

Stanąłem niezdecydowany. Konduktor właśnie przykładał gwizdek do ust i podnosił lizak, żeby dać maszyniście znak do odjazdu. Jeszcze bym zdążył.

Kurwa! Dlaczego zawsze mam pomagać ludziom akurat wtedy, kiedy nie mam na to czasu?! Kiedy się śpieszę! Przecież w innych okolicznościach zrobiłbym to z miłą chęcią! Ale teraz? Akurat wtedy, kiedy właśnie odjeżdża mój pociąg!

Ale ta twarz! Przecież mama ma takie same oczy. I fryzurę. I tak samo trzyma uniesiony łokieć, kiedy przykłada dłoń do ust, gdy się czegoś przelęknie. Albo, jak płacze na pogrzebach. Wygląda dosłownie, jak jej siostra bliźniaczka. Albo sobowtór.

Metal zazgrzytał o metal i pociąg ruszył powoli nabierając prędkości. Po chwili widziałem tylko dwa czerwone światła znikające w tunelu. Następny za jakieś trzy godziny. Ale miejscówka stracona. Trzy dychy w plecy i nogi wrastające w dupę przez pięć godzin stania na korytarzu.

– Czy wszystko w porządku? – podchodzę do kobiety i pytam.

Co za głupie pytanie! Od razu widać, że jest bardzo daleko od jakiegokolwiek porządku. Rozkwaszony nos, rozcięta warga i rosnąca opuchlizna pod okiem. I jeszcze ta krew! Jest dosłownie wszędzie. I nie daje się zatamować. Wali z obu dziurek, aż tworzą się małe bańki.

Zrzucam plecak, przyklękam, wyciągam chusteczki z kieszeni i próbuję pomóc zatamować krwawienie. Pcham chusteczki do nosa, odchylam głowę kobiety do tyłu i jednocześnie ocieram krew z jej twarzy.

– Co się stało? – pytam.

To wszystko, przez ten pośpiech. I tą dużą walizkę. Jest taka ciężka. Ale musi pomieścić dużo rzeczy. Na miesiąc, albo dłużej. Urodziło im się dziecko. Synowi i synowej. Oboje pracują i nie mają nikogo do pomocy. Teraz są takie ciężkie czasy. I ta walizka pociągnęła ją na schodach. Nie zdążyła się złapać poręczy. Poleciała ze schodów. Nawet nie bardzo boli, tylko najgorsze, że syn tam będzie czekał na nią na dworcu. Na darmo. Będzie się martwił. Bo pociąg właśnie odjechał. I nie miała siły dojść. Zdołała jedynie jakoś dowlec się do ławki.

– W porządku – powiedziałem. – Pomogę pani. Proszę się nie martwić. Zaraz coś wykombinujemy.

Najpierw kupuję w kiosku kilka paczek chusteczek. Nawilżających. I wodę. Potem długo wycieram ją z krwi. Krwawienie na szczęście już ustało. Potem wzywam pomoc medyczną. Lekarz długo świeci latarką kobiecie w oczy. Obmacuje głowę. Mierzy ciśnienie. Kiwa głową. Wszystko wydaje się być w porządku. Ale zabierze kobietę do szpitala. Na obserwację. Kobieta protestuje. Bo przecież syn. I synowa. Bo obiecała im. Nie może przecież ich teraz wystawić do wiatru! Zupełnie tak jak mama, kiedy ma pójść na jakieś badania. Albo przyjąć jakieś leki. Lekarz w końcu ustępuje. Na pani odpowiedzialność.

Później dzwonimy do jej syna. Uspokajam go. Będę miał na mamę oko. W końcu będziemy jechać tym samym pociągiem. I dwie godziny później wsiedliśmy, a po następnych pięciu wysiedliśmy. Kobieta trzymała się dzielnie. Pomimo bólu, pomimo całej tej sytuacji. Zupełnie jak mama! A kiedy jej syn w końcu odbierał ją, uparła się, że mi zapłaci. Za pomoc. I za to, że przez nią spóźniłem się na tamten pociąg. I za coś tam jeszcze. Broniłem się. To przecież głupstwo. Nie ustąpiła. Otworzyła walizkę. Na peronie. Przy tym jej synu. Długo kopała w stercie ubrań i w końcu wydobyła czekoladę. Mleczną z orzechami. Powiedziałem, że nie trzeba. Zdenerwowała się. Złapała mnie za bluzę i bezceremonialnie wcisnęła mi do kieszeni.

A na koniec mnie jeszcze uściskała.

Dokładnie tak, jak nasza mama!


Kilka dni później odczułem nagłą, bliżej nieokreśloną potrzebę. Żeby zadzwonić. Do mamy. I żeby opowiedzieć jej wszystko. O tamtej kobiecie. Że ma swojego sobowtóra. Tak podobnego do Ciebie, mamo, że aż rodzony syn o mało się nie pomylił. Ale jaja! To przecież taka zabawna historia!

Poszedłem do publicznego aparatu telefonicznego. Na stacji metra Politechnika. Wybrałem numer. Do domu.

Mama natychmiast odebrała. Jak zawsze.

– Wiedziałem, że to ty, synku, dzwonisz – powiedziała na powitanie. Mama zawsze wie, kiedy dzwonię. I zawsze tak mówi. A ja zawsze się dziwię, skąd ona to wie.

Zanim otworzyłem usta, żeby opowiedzieć jej moją historię, mama rzekła:

– Wiesz, co mi się ostatnio przydarzyło? Posłuchaj, bo to niezwykła historia. Wyobraź sobie, że spotkałam sobowtóra. Twojego sobowtóra.

I zaczęła mówić. Podobny do ciebie, jak druga kropla wody. Taka sama postura. Taka sama czupryna. Tak samo lekko potrzepany. I też studiuje.

Byłam u lekarza. Wiesz, na tych badaniach, o którym ci poprzednio mówiłam. Bolało. I jak wyszłam z przychodni, świat zawirował mi w głowie i byłabym zemdlała, gdyby nie tamten chłopak. Przeszedł obok mnie. Ale się wrócił. Podtrzymał mnie. I posadził na murku. Kupił mi wodę i wachlował mi twarz. I zadzwonił po tatę. I czekał ze mną, no jakieś dobre pół godziny. Cały czas mnie pocieszał. Żebym się nie martwiła. Będzie miał na mnie oku. Zaopiekuje się mną. Chciałam mu zapłacić, ale nic nie chciał.

A kiedy odchodził, uśmiechnął się do mnie.

Zupełnie tak, jak ty to robisz.

Milczę.

– Dlaczego nic nie mówisz, synku? – mama pyta się naraz z troską w głosie.

Nie wiem, co powiedzieć. Długo zbieram myśli.

– Chciałem tylko usłyszeć twój głos, mamo – mówię w końcu.

42 thoughts on “Kobieta z pociągu

  1. Stary, znalazłem Twojego bloga przypadkiem na którejś grupie blogerów na FB i wszedłem. Przejrzałem kilka postów, pomyślałem – fajnie pisze, ale zwykle nie zostawiam komentarzy i kursor już prawie zamykał zakładkę. Dotarłem do tego wpisu i… zrobiłeś nim taką robotę, że myślę, że co najmniej 80% czytelników zadzwoniło po przeczytaniu do swoich Rodziców. Nie interesuje mnie to czy miało to miejsce na serio czy nie, nie mogę i nie chcę udowadniać istnienia tej sytuacji, bo wystarczy przesłanie. Poruszyłeś najgłębsze struny.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Twój komentarz jest niezwykle cenny, bo został napisany przez faceta! Chyba jeszcze nie jest znami tak źle 🙂 Jesli chcesz dowiedziec się więcej o nieopowiedzianych historiach, zajrzyj do wpisu „O mnie” 🙂 Dzięki!

      Lubię to

  2. Nie wiem, jak to robisz, ale przy co najmniej co drugim Twoim tekście się rozklejam 😛 Albo robisz to dobrze, albo taka ciepła klucha ostatnio ze mnie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Witam 🙂 Jestem tu pierwszy raz i bardzo podoba mi się Twoje opowiadanie 🙂 Z jednej strony jest mroczne, wręcz gęste, z drugiej strony przebłyskuje paletą różnorodnych emocji. Jestem pod wrażeniem atmosfery jaką kreujesz 🙂 Z pewnością będę zaglądać tu częściej- tym bardziej, że sam piszę opowiadania, a moim zdaniem najlepszą nauką pisania jest czytanie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Nic nie dzieje się bez przyczyny, a jaka w rzeczywistości miałam podobne doświadczenia, choć akurat nie mówię o kwestii sobowturów 🙂 w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy tobie się spieszy, ktoś zapyta o drogę, o przychodnie, o pomoc w tłumaczeniu na inny język, bo zabrakło 20gr do biletu, bo starsza pani nie dowodzi etykietki bądź rozkłady jazdy. Pomagać trzeba zawsze, a to że gdzieś siebie chwilę spóźnię przeważnie niczego nie zmieni. Karma wraca, jak to teraz modnie jest mówić 🙂 świetne opowiadanie:D

    Polubione przez 1 osoba

    1. Masz rację… Ja, o ile sobie przypominam, nigdy nie „musiałem” nikomu pomagać, kiedy byłem dajmy na to na spacerze… Ale zawsze, kiedy pedziłem spóźniony do pracy i ten dylemat, zatrzymać się przy wypadku, czy nacisnąć gaz… A później i tak się okazywało, że w pracy nikt nie zwrócił uwagi na spóźnienie… 🙂

      Lubię to

    1. Tak w ogóle, to dobry wieczór Panu w średnim wieku. 🙂 Miły zakątek. W wolnej chwili więcej się poprzechadzam. Teraz tylko jedną stopą i jednym oczkiem. Pozdrawiam serdecznie. 🙂

      Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s