Był postrachem całej szkoły.

Miał ksywę „Diabeł” i robił chyba wszystko, żeby przypodobać się swojemu patronowi. Lucyferowi. Albo Belzebubowi. Zresztą, kto by się tam połapał w tej piekielnej hierarchii. W każdym razie nieźle sobie radził i po śmierci z pewnością czekała go wspaniała kariera. Nieziemska. Rzekłbym – szatańska.

Bo Diabeł był nieobliczalny. Chociaż, takie określenie chyba nie w pełni oddawało jego specyficzny charakter. To było raczej zło wcielone! Doskonały materiał na seryjnego mordercę w przyszłości lub seksualnego dewianta. Nikomu nie przepuścił. Zamyśliłeś się i w porę nie zszedłeś mu z drogi, a natychmiast dostawałeś z łokcia w żebra, aż pojawiały ci się mroczki przed oczami. Założyłeś nowe buty? Najlepiej białe adidaski. Błąd! Działały na Diabła lepiej niż płachta na byka. Czuł jakąś perwersyjną przyjemność w zadeptywaniu ich swoimi brudnymi buciorami. A już szczególnie upodobał sobie niczego nieświadomych uczniów, którzy postanowili zjeść kanapkę lub jakiś owoc na przerwie. Diabeł konfiskował jedzenie i konsumował je na miejscu, czym wprawiał w prawdziwą rozpacz niedawnego właściciela.

Nawet nauczyciele się go bali. Kiedyś słyszałem, jak pan od wuefu ochrzaniał chłopaka, któremu Diabeł rozkwasił nos na korytarzu:

– A po diabła go prowokowałeś? Trzeba było złazić mu z drogi. Głupi jesteś, to teraz masz!

Wystarczyło, że straciłeś czujność, a natychmiast cię dopadał, jak jego imiennik grzeszną duszę. Prawdziwy diabeł.

Tak, jak ja tamtego dnia. Była właśnie długa przerwa i cała nasza klasa spędzała tę krótką chwilę wolności na boisku szkolnym. Był przepiękny i gorący majowy dzień. A ja właśnie polowałem na legendarnego słonia Tukutelę razem z Seanem Courtneyem – zawodowym myśliwym i seksowną Claudią Monterro gdzieś pośród bagien wokół jeziora Cabora Bassa w Mozambiku. Tak naprawdę oddawałem się marzeniu, w którym Sean ginie stratowany przez słonia, a ja zostaję sam na sam z Claudią i… ten teges. Wiecie, co miałem na myśli, prawda? Chłopięca wyobraźnia potrafi być doprawdy nieźle wybujała.

W rzeczywistości siedziałem w cieniu topoli, oparty plecami o chropowaty pień drzewa i właśnie dałem się porwać powieści „Czas Umierania” stworzonej przez nowo odkrytego boga na moim literackim firmamencie. Boga Smitha. Wilbura Smitha.

Jakieś zamieszanie na boisku przywołało mnie do porządku. Spojrzałem w kierunku ławki i już wiedziałem, jak to wszystko się skończy.

Wśród licznych ofiar Diabła, Blanka była jego najwdzięczniejszym obiektem do dokuczania, ponieważ zawsze wybuchała płaczem. A jak wiadomo, nic bardziej nie cieszy oprawcy, jak widok łez jego ofiary.

Blanka była najmniejsza w klasie. Miała pyzowatą twarz nakrapianą licznymi piegami. Generalnie była jakaś taka niezgrabna w ruchach. Zawsze zasmarkana. Zawsze zapłakana. Miała chyba z dziesiątkę rodzeństwa i ponoć nigdy się u nich nie przelewało. Ludzie mówili, że w tym domu bieda aż piszczy, ale w tamtym czasie tak naprawdę wszyscy byliśmy biedni. Końcówka lat osiemdziesiątych piękna była, ale tylko na tych kolorowych, klasowych zdjęciach. Dla mnie otaczająca nas rzeczywistość była czarno-biała.

Diabeł trzymał tornister Blanki w jednej ręce, a drugą grzebał w środku, jak niedźwiedź łapą w ulu, odpędzając się od niej, jak od natrętnej pszczoły.

– Oddaj! To moje – prosiła Blanka. Jeszcze sekunda i eksploduje płaczem

Diabeł w końcu wydobył małe zawiniątko, odrzucił tornister i podniósł rękę w geście tryumfu. Operując dwoma rękami w powietrzu, zaczął odwijać kanapkę zawiniętą w kawałek białej szmatki. Blanka podskakiwała jak ptaszek ze złamanym skrzydłem, próbując dosięgnąć śniadania, a że była niższa o głowę, nie przynosiło to żadnego efektu.

Przyznam, że nigdy nie widziałem, aby ktoś zawijał drugie śniadanie w kawałek materiału. Wszyscy używali do tego papieru śniadaniowego lub w aluminiowej folii. Chociaż zdawało mi się, że widziałem coś takiego, ale musiało to być na bardzo starych filmach.

– Oddaj – Blanka poprosiła słabnącym głosem, a po jej policzkach spływały strugi łez. Z przerażeniem patrzyła, jak Diabeł uporawszy się z materiałem, łypnął okiem na nią i z szelmowskim uśmiechem, wcisnął sobie kanapkę do ust, odgryzając na raz niemal połowę. Z Blanki jakby uszło powietrze, skuliła się w sobie i ukryła twarz w dłoniach.

Diabeł o mało się nie zadławił. Naraz przestał przeżuwać, zrobił się czerwony na twarzy i odginając się do tyłu, z całych sił wypluł zawartość ust.

– Co to jest? – spytał, plując dookoła.

Widziałem, jak wokół Diabła i Blanki zaczęli zbierać się widzowie. Ten, wciąż plując i charcząc rozchylił kromki chleba, a właściwie to, co z nich zostało i wlepił swoje wodniste oczka w brązowo–żółtą maź, którymi były złączone. Nawet Blanka wpatrywała się w swoje drugie śniadanie, jakby widziała je po raz pierwszy w życiu.

– Musztarda? – Diabeł odsunął kanapki z miną najwyższego obrzydzenia. – Bleeeee!

Wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk i wywalił krwisty język, długi i szeroki niczym ogon bobra.

Coś mnie ścisnęło w środku. To wszystko nie miało sensu. Przez czternaście lat życia, a właściwie od czasu, kiedy patrząc w lustro wiem na pewno, że ta druga osoba po tamtej stronie to właśnie ja, miałem wszystko idealnie poukładane. A już na pewno wiedziałem, że jedynym prawdziwym drugim śniadaniem jest świeża, pachnąca i chrupiąca bułka z masłem, przełożona wędliną, serem, ogórkiem i sałatą, zawinięta w szeleszczący papier śniadaniowy bądź gładką jak lustro folię aluminiową. Dokładnie tak, jak mama przygotowywała mi każdego ranka. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że mama Blanki przygotowuje jej drugie śniadanie składające się z chleba przełożonego musztardą!

Diabeł stał niezdecydowany, jakby nie wiedział, co ma dalej zrobić, chociaż dostrzegłem w jego oczach ten charakterystyczny błysk, kiedy wpadał na jakiś durny pomysł. Na jego nalanej twarzy pojawił się lisi uśmiech. Wykonał ruch w kierunku Blanki, jakby chciał oddać jej resztki śniadania. Dziewczynka miała minę, jakby nie dowierzała, że jej upokorzenie wreszcie dobiega końca, ale ufnie wyciągnęła rękę.

Diabeł jednym ruchem zerwał górną połówkę kanapki, schwycił ręką Blankę za kark, a drugą przyłożył kromkę do jej twarzy i rozsmarował, kręcąc na boki, jak się wyciska sok z cytryny w wyciskarce. Blanka wrzasnęła i zaczęła odpychać się rękami, ale Diabeł trzymał ją w żelaznym uścisku, rechocząc jak wielka, czerwona ropucha.

– Zostaw ją! – powiedziałem.

Na boisku zapadła grobowa cisza.

Diabeł uwolnił Blankę i spojrzał na mnie tępym wzrokiem, nic a nic z tego nie rozumiejąc. To było coś nowego. Jeszcze nikt mu się nie postawił w szkole. Blanka wytrzeszczyła swoje i tak już wielkie oczy i zastygła w bezruchu.

Diabeł przechylił głowę na bok, jakby był głuchy na jedno ucho.

– Coś ty powiedział? – zapytał.

Prawdę mówiąc, sam nie wierzyłem, że to zrobiłem. Być może przypomniałem sobie słowa mamy, która powtarzała jak mantrę, żeby zawsze pomagać słabszym. A być może byłem po prosu zły, bo Diabeł przerwał mi wspaniale zapowiadającą się znajomość z Miss Monterro?

To, co się później wydarzyło, przeszło do historii szkoły. Wydawało mi się, że broniłem się dzielnie i walczyłem jak lew. We własnym mniemaniu byłem jak Bruce Lee i Chuck Norris w jednym. Jak Bolo Young. Jak Dolf Lungren. Albo jak Jean-Claude van Damme w Krwawym Sporcie. Co najmniej.

Ale w rzeczywistości Diabeł sponiewierał mnie haniebnie na oczach całej szkoły. Nawet nie potrafię opisać, co się wtedy ze mną musiało dziać. Miałem wrażenia, że wpadłem pod jakąś pracującą na maksymalnych obrotach maszynę. Młocarnię do zboża. Albo walec drogowy. I to nie raz. Ani nie dwa. Pamiętam jedynie, iż za każdym razem, kiedy myślałem, że to już koniec, doznawałem gorzkiego rozczarowania. Trwało to chyba całą wieczność. Ponoć Diabeł nawet wtedy, gdy pan od wuefu razem z panią wicedyrektor siłą ściągali go ze mnie, wciskał mi jeszcze twarz w ziemię, każąc zżerać piasek z boiska.

Ale przez cały ten czas miałem przed oczami to, przez co po raz pierwszy postawiłem się, i co w konsekwencji skończyło się moją sromotną klęską.

Ten chleb z musztardą!


Minęło wiele lat. Bardzo wiele. Jakoś tak niedawno jechałem odwiedzić rodziców. Przez Trzebnicę. Do rodzinnego domu. Do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło. Miałem poczucie winy. Bo zbyt często tego nie robiłem. Właściwie, to już nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem się z moimi kochanymi staruszkami.

Po drodze zatrzymałem się w Tesco. Skończył się mi się płyn do spryskiwaczy. Stojąc pomiędzy regałami usłyszałem coś jakby znajomy głos. Po chwili drugi. Jeszcze bardziej znajomy. Odwróciłem głowę.

Za mną, przy półkach z pieluchami, zupkami dla niemowląt i gruszkami do odciągania gilów stał ktoś znajomy.

Diabeł?!

To znaczy jego gorsza wersja samego siebie. Wyłysiał, posiwiał się i ledwo go poznałem. Do tego zaawansowana otyłość brzuszna. I przepięknie wyrzeźbiony mięsień piwny. Generalnie nieźle się chłop zapuścił. Zniechlujniał. I właściwie to już nic nie pozostało z dawnego Diabła. Tylko ksywa.

Blanki też w pierwszej chwili nie poznałem. Szła energicznym krokiem trzymając w dłoniach jakieś zakupy. Niewiele urosła od czasu, kiedy widziałem ją po raz ostatni, ale z piegowatego pulpecika zmieniła się w smukłą laseczkę. Prawdziwą szprychę. Gorgeous dzidę! Jak tłuściutka liszka w barwnego motyla.

Zgrabniutka. Szczuplutka. Gibka. Do tego kształtny tyłeczek, przyciągający wzrok niczym magnes. Neodymowy! Kiedy szła, jej twarde pośladki zabawnie pracowały. Cholera! Dosłownie, jak policzki wiewiórki wcinającej orzeszki! Wcięta talia, płaski brzuch i nienaturalnie duże cycki. Miseczka E. Albo i więcej. Całości obrazu dopełniały szpileczki, czerwona minispódniczka, biała bluzeczka, złote kolczyki w kształcie koła i burza blond włosów na głowie w postaci bujnych sprężynek.

– No co tak stoisz, jak kutas? Długo się będziesz jeszcze zastanawiał! Kazałam ci przecież kupić jeszcze to – powiedziała Blanka do Diabła głosem nieznoszącym sprzeciwu, biorąc z półki chusteczki nawilżające.

Diabeł coś odburknął pod nosem. Spuścił głowę i posłusznie podreptał za Blanką pchając przed sobą wózek.

Dziecięcy wózek. Baby-Merc.

W środku znajdowało się niemowlę.

Spało.

Wyglądało dosłownie jak dia…

Nie!

Jak aniołek.

Reklamy

45 thoughts on “Chleb z musztardą

  1. Wiesz o czym najpierw pomyślałam? Nie, nie o tym, że świetnie napisane, że wciąga itd – bo to już ode mnie nieraz słyszałeś. pomyślałam, że szkoda iż w dzisiejszych czasach tak rzadko się zdarza, by ktoś zareagował na zło, np. w autobusie, tramwaju na przystanku. A jak już się tak stanie to trąbi o tym cała Polska i portale społecznościowe. Coś złego się z nami stało. Stare diabły pokornieją, nowe są chyba jeszcze groźniejsze. Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Chociaż pewnie w okresie dzieciństwa, nie było to zbyt miłe doświadczenia, to teraz z perspektywy Twojego opowiadania, wzbudza uśmiech. To życie, to takie figlarne jest. Chyba często sie zdarza, że te przekorne zaczepki męsko- damskie, przeradzają sie w uczucie , to dobre i cieple. Z uśmiechem pozdrawiam. 🙂 🙂 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Aj znam takiego diabła. Mieszka wciąż po sąsiedzku. Piwny brzuszek, brak kultury, zwyczajny prostaczek. Ale ma chudziutką zgrabną żonkę, dziecko aniołka. A w młodości jej bardzo dokuczał.

    Cudownie napisane, czyta się to jak świetną powieść, wciąga i chciałoby się więcej! Jestem pod wrażeniem!

    Pozdrawia Dola od niemęskich facetów 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Miłość bywa ślepa, ale kto co lubi. U mnie w szkole była taka diablica, wszystkim zabierała co się dało, czasami nawet kradła. Teraz wyglada jak lokomotywa z lat 50-tych. Zło wraca.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Ha, świetne zakończenie i w ogóle dobry tekst, chyba się w międzyczasie trochę naczytałeś 🙂
    Moja koleżanka jadała chleb z majonezem. Tylko, że ona była taka, że wszyscy jej tego chleba zazdrościliśmy i niejednokrotnie ona łaskawie się z nami wymieniała.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiesz…. nie wiem, czy udało mi się to pokazać, ale miałem wielu kolegów w szkole w tamtych czasach, których jedynym śniadaniem był tylko chleb 😦 Ale u niektórych i tego czesto brakowało… 😦

      Polubienie

  6. Wstąpiłam tu z ciekawości, na chwilę, ale zostaję na dłużej. Wspaniale się Ciebie czyta! Ge-nial-nie. Mało kiedy mam przyjemność trafić na bloga osoby, która ma dar opowiadania (aż miałam przez chwilę ochotę porządnie Diabłowi przywalić…) i tak dobry warsztat. ❤

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s