On jeszcze nie był sam.  Ona już nie miała nikogo.

Oboje się pomylili. Co do życia. Jeszcze nie zaczęli go na dobre, a już nieźle oberwali. Zostali poharatani. Do kości. Do krwi. Zranieni. Pogruchotani. Pozbawieni niewinności. Tej naiwnej wiary w lepsze jutro. I w ludzi. W drugiego człowieka.

On

On miał żonę. Formalnie wciąż ma. Tak, początkowo kochał ją. Bardzo. Do szaleństwa. Miłością potrafiącą z mężczyzny uczynić niewolnika. Poddanego, który całkowicie wyrzeka się swojego „Ja”. Swoich marzeń. Swoich pragnień. Później, po czasie zrozumiał, że to był błąd. Ale życie przecież tak szybko się toczy. I potoczyło się. Za daleko. Bezpowrotnie. Pogubił się. Próbował to jakoś zatrzymać. Odwrócić. Walczył. Desperacko. Na próżno. No, bo nie da się sprawić, aby kryształowy wazon rozbity na milion kawałków, sam poskładał się w jedną całość. Bez skazy. Bez najmniejszej rysy. Takie są prawa rządzące czasem. I życiem. Przecież, każdy głupi o tym wie! A co dopiero taki błyskotliwy prawnik?!

Jego żona nigdy nie dała mu odczuć, że on też jest dla niej kimś wyjątkowym. Że między nimi jest jakaś symetria. Harmonia. Albo wręcz synergia, która sprawia, że razem stanowią coś znacznie większego niż tylko sumę każdego z nich z osobna. Nic z tego. Takie rzeczy to tylko na filmach. Albo w serialach. Albo w tych kolorowych czasopismach wystawionych przy kasie w dyskoncie.

Paradoksalnie, wcale nie miał jej tego za złe. Usprawiedliwiał ją. Racjonalizował. Mówił sobie, że tak pewnie ma być. Że to po jego stronie musi być cała inicjatywa. W końcu jest mężczyzną. I jeszcze raz spróbował. Żeby było jak dawniej.

Tamtego wieczora zrobił jej ulubione sushi na kolację. Własnoręcznie. Każde ziarenko ryżu dopieścił z niemal boskim namaszczeniem, aby wszystko wyszło idealnie. Tak, jak ona lubiła. Kupił też prosecco, za którym tak przepadała, kiedy pierwszy raz byli we Włoszech. Kiedy byli zakochani. Kiedy ona piła, a wino rozkosznie ciekło jej po brodzie. I kiedy on je łapczywie spijał z jej gorących ust. Z szyi. I z piersi… Ale to już przeszłość. Historia. Taka sama, jak upadek Rzymu. Albo bitwa pod Anzio.

Kiedy wróciła z pracy, nawet nie zauważyła tego, co tak starannie przygotował. Prychnęła prześmiewczo, wzruszyła obojętnie ramionami i spojrzała na niego tym swoim wyćwiczonym spojrzeniem. Pogardliwym. Z politowaniem. Bez słowa nalała sobie kieliszek tego jej ulubionego prosecco, rozsiadła się na kanapie zrzucając szpilki, aż z łoskotem potoczyły się pod ścianę. Nogi położyła na ławie. Westchnęła przeciągle. Wzięła duży łyk wina. Włączyła telewizor. Zaczęła skakać po kanałach. On ze zdumieniem zobaczył, że robi to z jakąś mechaniczną precyzją. Jak robot. Idealna powtarzalność. Co trzy sekundy nowy kanał.

Nawet nie dostrzegła, że Spajk domaga się pieszczot. Jack Russell terrier. Ich pierwszy pies. Nawet go lubiła. Zepchnęła stanowczo z kanapy. Obrażony psiak poszedł w kąt pokoju i położył się na dywanie.

Czekał na nią, aż wyjdzie z łazienki. Długo czekał. Bardzo długo. Czekał, aż zmyje makijaż, weźmie długą kąpiel, wysuszy włosy i zrobi wszystko to, co kobiety robią w łazience przed pójściem do łóżka. Jego cierpliwość została wystawiona na ciężką próbę. Ale znów nie miał jej tego za złe. Nie mógłby mieć. Nie za ten widok. Jej ciała. Boskiego. Prześwitującego spod koszulki nocnej. Koronkowej. Tak delikatnej, jak gorący oddech zatrzymany w mroźnym powietrzu. Oraz nie za ten zapach. Jej skóry. Nawilżonej. Nabalsamowanej. Twardej, a zarazem miękkiej. Chłodnej z wierzchu i rozżarzonej pod spodem.

Już w sypialni delikatnie wsunął dłoń w jej włosy. Zaczął masować jej skronie. To zawsze działało. W ciemnym pokoju niemal zobaczył, jak wzrusza ramionami.

– Jak chcesz – powiedziała tym swoim głosem, który sprawiał, że jego życie zaczynało wydawać się takie nijakie. I tandetne.

Później ona wstała i znów znikła w łazience. Znów wzięła kąpiel. Jakby ich miłość była czymś nieczystym. Brudnym. Kiedy zasypiał, jeszcze długo słyszał szum suszarki w łazience.

Tamtej nocy coś umarło. Bezpowrotnie.

Rozstali się. Nawet całkiem sprawnie to poszło. Miał wrażenie, że decyzję o rozwodzie ona przyjęła z ulgą. Z zadowoleniem. Sprzedali mieszkanie. Spłacili kredyty. Nic wspólnego już im nie zostało. Nic, oprócz sprawy rozwodowej. Właściwie to tylko formalność.

Spajk, zdrajca, został przy niej. Zadzwoniła ostatnio, żeby mu powiedzieć, że bardzo przywiązał się do jej nowego faceta. Nowego pana.

W sumie, czasami mówił do siebie, że ich małżeństwo było nawet pewnym sukcesem.

Jak na dwa lata zadawania sobie bólu.

Ona 

Ona miała coś takiego w sobie, że wszyscy ją lubili. Nawet zupełnie obcy ludzie. Miała ten szczególny typ urody, który sprawia, że kobieta jest piękna nawet bez makijażu i eleganckich ciuchów. Albo taki, który nielicznym – wybranym – kobietom pozwala się pięknie zestarzeć.  I chyba to jej te oczy, albo uśmiech sprawiały, że ludzie lgnęli do niej na całego. Jak sierotki do domowego ciepełka. Tak, jak ten napakowany, łysy kanar w tramwaju. Z roztargnienia zapomniała skasować bilet, a ten tylko mrugnął do niej okiem i pogroził pobłażliwie palcem. W chwilę później widziała, jak szarpał za kołnierz jakiegoś studenciaka jadącego na gapę. Małżeństwo, które wynajmowało jej kawalerkę na Mokotowie traktowało ją niemal jak rodzoną córkę. Na przystankach babcie opowiadały jej swoje przedwojenne, zakurzone miłosne historie. Pan w piekarni zawsze dokładał gratis jakiś smakołyk. A jeden starszy mężczyzna na ulicy zapytał wprost, czy może ją przytulić. Tak po prostu. Nic więcej. Żadnych podtekstów. Zgodziła się, bo nigdy nie umiała odmawiać.

To był jej problem. Przez osiem godzin w pracy była zaprogramowanym na sukces androidem. Musiała być. Bądź co bądź senior financial specialist musi taki być.  Przez jej ręce przepływały miliony kredytów. Hipotecznych. Decydowała o ludzkich marzeniach, losach i decyzjach. Kontrolowała ich życie. I tylko nie potrafiła utrzymać kontroli nad jednym, jedynym życiem. Swoim.

Nie potrafiła odmówić, kiedy tamten facet zadzwonił do niej. Nie znała go. Pamiętała tylko, że raz go widziała. Gdzieś na jakiejś imprezie. Był całkiem przystojny. Jakimś cudem zdobył jej numer. Podejrzewała, że jej najlepsza psiapsióła musiał maczać w tym swoje tipsy. Był bardzo pewny siebie. Tak pewny, że już na pierwszym spotkaniu zaczął dobierać się do niej. Odmówiła i aż sama była zaskoczona swoją asertywnością. Coś tam pomruczał o cnotliwych radomiankach i obraził się.

Ale na drugi dzień zadzwonił. Przeprosił. Był zupełnie inny. Jakby odmieniony. Zabawny. Rozśmieszał ją każdym słowem. Nawet nie pamięta, kiedy ostatnio tak się uśmiała. Znowu nie umiała mu odmówić.

Zaangażowała się.

Zaczęli się spotykać. Ale ich związek był jakiś dziwny. Właściwie trudno nazwać to związkiem. To była huśtawka. Karuzela nieustannie zmieniających się nastrojów. Głównie jego. Prawdziwy rollercoaster uczuć. Od trwającej całymi dniami apatii, do nagłych wybuchów furii. Z byle czego. Bo nie zadzwoniła do niego akurat wtedy, kiedy miał ochotę, żeby to zrobiła. Bo dzisiaj jest wtorek. Albo sobota. Albo wieczór. Albo zima. Albo pies szczeka.

Nie potrafiła za nim nadążyć. Za jego nastrojem. Zawsze wyprzedzał ją o krok. Nie umiała dostosować się. Tak szybko. Co więcej, zaczęła czuć się winna. Że nie potrafi. Że za mało się stara. Że to przez nią on jest taki. Że jest gorsza. Głupsza. Że jest gruba.

Na nikogo nie mogła liczyć. Koleżanki z banku zazdrościły jej takiego ciacha. Nachalnie kokietowały go na imprezach. Rodzice już prawie go usynowili. A kiedy mówiła, że nie czuje się w tym związku najlepiej radzili, żeby przymknęła na to oko. Zmieni się. Jakby nagle wszyscy wiedzieli, co jest dla niej najlepsze. Tylko nie ona! Jakby siedzieli w jej głowie! I w sercu.

Z każdym dniem jej poczucie winy rosło. Jak entropia. Zawsze w górę. Nawet nie spostrzegła, kiedy stała się kimś innym. Tamta dwudziestosiedmioletnia kobieta odeszła w przeszłość. Rozpłynęła się w minionych dniach. Odkryła, że jego życie stało się jej życiem. Że niczym bluszcz oplątał ją mocno i szczelnie. Jak pasożyt podłączył się do jej układu nerwowego i stanowili już teraz nierozerwalną całość. Kiedy on miał zły humor, ona miała wrażenia, że życie wokół niej staje się czarno-białe. Jak na tych wojennych kronikach. Z warszawskiego getta.  A kiedy był szczególnie radosny, ona zaczynała odczuwać lęk.

Kiedyś, błądząc bez celu w czeluściach Internetu natrafiła na artykuł o chorobie dwubiegunowej. Tak ją to przeraziło, że nie doczytała do końca i wyłączyła komputer. Bała się nawet myślami wracać do tego.

Zaczęła gardzić sobą. Gardziła za to, że kiedyś, jeszcze w innych czasach, gardziła ludźmi, którzy targali się na swoje życie. Nie rozumiała tego! Jak tak można? Jakim trzeba być słabym człowiekiem? Przecież świat jest taki piękny! Wystarczy tylko mocno chcieć, a wszystkie marzenia się spełnią. Wystarczy je przecież tylko spisać. Zaplanować. I realizować. Konsekwentnie. Jest przecież tyle wspaniałych poradników.  Sama miała ich całą półkę. Teraz zdała sobie sprawę, jaka był naiwna. I jak nic nie wiedziała. O życiu.

Jednak jakaś cząstka jej samej, która się jeszcze uchowała, zaczęła się buntować. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak działa mechanizm samoobrony. Sama natura przejmuje kontrolę w sytuacji kryzysowej. Może coś w tym jest.

W pracy poprosiła o przeniesienie. Do innego oddziału banku. Do Warszawy. Chcę się rozwijać, pani manager. Budować swoje portfolio. Zdobywać kolejne szczeble kariery. Osiągać long term goals. Podejmować challenges. Wykorzystywać opportunities. Nie ma sprawy! Takich ludzi nam trzeba. To jest jedna z tych niewielu zalet korporacji. Później długo wymiotowała w firmowej toalecie.

Sama nie wie, skąd wzięła tyle siły w sobie, żeby definitywnie odciąć bluszcz od siebie. Z korzeniami. Nic mu nie powiedziała. Nie spotkała się z nim. Nie zadzwoniła. Wiedziała, że natychmiast odwołałaby wszystko. Przeprosiła. Znów wróciłoby znajome poczucie winy.

Jednak nie zrobiła tego. Wytrzymała. Utwardziła swoje serce. Wyjechała. Zmieniła nawet numer telefonu.

Wszyscy później mówili, że zwyczajnie uciekła. Jak złodziej. Że zraniła człowieka. Że tak się nie robi.

Od kilku miesięcy czuje się tak, jakby wybudziła się ze śpiączki. Długiej śpiączki.

Ona i on nigdy się nie spotkają.

Mieszkają w Warszawie, chodzą po tych samych ulicach, rano patrzą na te same wschody słońca nad blokami Gocławia i wieczorne zachody za Dworcem Centralnym. Dotykają tych samych poręczy na ruchomych schodach w Arkadii, Złotych Tarasach czy Wola Parku. Wdychają to samo powietrze w Parku Skaryszewskim, piją tą samą kawę przy Placu Zbawiciela i oboje szukają siebie na nadwiślańskich bulwarach.

Jeszcze czekają.

Jeszcze mają nadzieję.

Wciąż wierzą.

Wciąż śnią.

O sobie.

45 thoughts on “Warszawa pod ich stopami

  1. Historia trochę smutna, a trochę wesoła. Bo on i ona może kiedyś się spotkają. Wierzę, że tak. To się naprawdę zdarza. A wtedy nawet w pochmurne dni jest słonecznie.

    Czekam na Twoją książkę, bo nie wierzę, że nie powstanie. Jesteś do tego stworzony 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja jestem oczarowana – oczarowana prostotą Twojego pisania, taką łatwością w dobieraniu słów i budowaniu emocji. Z wielką ochotą zaczynam czytać pozostałe Twoje wpisy i życzę powodzenia w jeszcze lepszym szlifowaniu „pisania”. 😉

    Polubione przez 1 osoba

  3. A ja jestem rozczarowana. Kilka dni już obserwowałam ten tytuł na Twoim blogu z metką „zablokowany”. Domyślałam się że pracujesz nad czymś i czekałam… Efekt jest średni. Nie mam zastrzeżeń do formy i języka broń buku liściasty! Sama jestem gotowa zabić, by umieć tak słowem wzbudzać emocje! To temat banalny jest.
    Trochę mi żal, ale nie jest to tekst z tej samej półki co „Murzyn”.
    I nie zjedz mnie proszę za szczerość…

    Polubione przez 2 ludzi

  4. Cudownie piszesz:). Twoje teksty dają dużo do myślenia i grają na emocjach. Cieszę się, że tym razem żadne zwierzę nie ucierpiało ;). A co do ludzi w wielkich miastach, to myślę, że często są samotni i mijają się, chociaż może są sobie przeznaczeni :). A ta babeczka z pierwszej części opowieści zachowuje sie jak typowy mąż ;).

    Polubione przez 1 osoba

  5. To smutne ale niestety prawdziwe, że niektórzy mogą nigdy nie spotkać swojej drugiej połowy. Nawet, gdy żyją niedaleko siebie. Chociaż… życie jest pełne niespodzianek. Niektóre nadchodzą dopiero jesienią. Piękne opowiadanie 🙂

    Lubię to

  6. czasami z podjęciem decyzji czeka się zbyt długo, człowiek walczy, ma nadzieję na poprawę, ale w końcu wydarza się coś, po czym już wiadomo, że to koniec…. wiem z własnego doświadczenia….
    świetnie się czyta Twoje teksty, wywołują emocje i zmuszają do zastanowienia się

    Polubione przez 1 osoba

  7. Wow! Nie sądziłam, że trafię w blogosferze na takie perełki jak ten blog. Jestem miło zaskoczona 🙂 Historia napisana naprawdę fajnie, z emocjami. No i z życiowym zakończeniem…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s