Jako dzieciak niczego tak się nie bałem w życiu, jak Murzyna!

Pan Mundek często powtarzał, że jeszcze nigdy nie trafił mu się równie głupi koń. Nieusłuchany. Dziki. Taki, któremu nigdy nie wiadomo, co może do tego durnego łba strzelić. Taki leniwy. I taki pojebany.

– Tak samo tępy i tak samo nie chce mu się robić, jak… tamtym – mawiał, rechocząc ze śmiechu aż widać było ten drgający dzyndzel głęboko w jego gardle.

Pan Mundek pracował u taty. Był drwalem. Zrywkarzem. Opiekował się leśnymi końmi i od poniedziałku do soboty wyciągali z lasu ścięte drzewa i układali je na stosach. To była ciężka praca. Iście katorżnicza. Szczególnie dla koni. Dlatego konie też musiały być szczególne.

I Murzyn taki był. Mieszanka perszerona z arabem, ale chyba bardziej krzyżówka lokomotywy z jaskółką. Siła i zwinność w jednym. Gigantyczna moc i nieokiełznana szybkość. Był niczym eksplodujący granat zatrzymany w czasie nanosekundę tuż przed rozerwaniem. Aż kipiał wściekłością. Nigdy nie widziałem, aby stał spokojnie w miejscu. Nieustannie robił bokami, potrząsał łbem, parskał i bił kopytami w ziemię. Podczas gdy inne konie pasły się leniwie na pastwisku za domem pana Mundka, Murzyn cały dzień galopował z rozwianą grzywą ledwie muskając kopytami trawę. Kiedy zobaczył kogoś idącego drogą, potrafił pędzić na maksymalnej prędkości, z ogonem uniesionym wysoko w górę, żeby następnie zatrzymać się tuż przy siatce, zarywając wszystkimi kopytami w ziemię, aż wyrwane darnie trawy leciały w powietrze. Nie muszę też mówić, że każdy omijał go szerokim łukiem. Ja sam, kiedy widziałem go na pastwisku, zwykle nie wychodziłem wtedy z domu.

Wszyscy bali się Murzyna. Z wyjątkiem pana Mundka. Za każdym razem, kiedy do niego podchodził, to najpierw okładał go batem po tym jego szerokim jak kanapa grzbiecie. Profilaktycznie. Dla zasady. Żeby durne bydle od razu wiedziało, kto tu jest panem. Ludzie mówili, że kto jak kto, ale Mundek ma dryg do koni. Wrodzony. Dlatego, jeśli trzeba było coś pociągnąć lub kogoś wyciągnąć, to wszyscy walili od razu do pana Mundka. Bo to był dusza człowiek. Nigdy się nie zdarzyło, aby komukolwiek odmówił pomocy. Nie dojadł, nie dospał, aż nie zrobił, o co go poproszono. I nigdy też nie brał zapłaty. Taki był honorowy. Czasami tylko przyjął papierosa, jak ktoś bardzo nalegał. Bo pan Mundek palił jak smok. Właściwie to nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek widział go bez papierosa w ustach. Nigdy. I klął. Jak szewc. Zawsze. Nawet przy nas. Przy dzieciakach.

Tamtego dnia właśnie nudziliśmy się z Piotrkiem jak mopsy, siedząc na ścieżce koło domu pana Mundka. Piotrek był jednym z jego pięciu synów. Jakiś człowiek stanął przed nami i zapytał Piotrka, czy ojciec jest w domu. Był. Właśnie kończył obiad. Okazało się, że był to traktorzysta, który przez nieuwagę wjechał w potężną kałużę na leśnej drodze i już w niej został. Wypełniona drewnem przyczepa też została. Normalna sprawa przy wiosennych roztopach.

– Chodźta, chłopaki – powiedział do nas pan Mundek, wyprowadzając Murzyna ze stajni i podczepiając go do wozu. – Nauczyta się, jak to się robi.

Dwa razy nie musiał nam tego powtarzać.

Traktor tonął w błotnistej mazi aż po same osie. Pan Mundek kazał traktorzyście odczepić przyczepę, a sam odpiął Murzyna od wozu i brodząc po kolana w brunatnej brei, zaprzągł go z przodu traktora. Dał znak kierowcy, żeby wrzucił bieg i dał gazu. Sam chwycił mocno za lejce i strzelił batem nad uchem Murzyna.

Murzyn skoczył do przodu, uprząż naciągnęła się na jego szerokich piersiach, łańcuch wyprężył się obrzucając błotem twarz pana Mundka.

Traktor ani drgnął.

Pan Mundek smagnął Murzyna batem po grzbiecie. Ten naparł z jeszcze większą siłą, ale traktor stał w miejscu jak zabetonowany. Patrzyłem na nich z coraz większym zaciekawieniem. Pan Mundek zaczął regularnie okładać Murzyna batem. Silnik traktora ryczał na wysokich obrotach. Murzyn skakał do przodu, jego mięśnie pracowały niczym hydrauliczne siłowniki, przysiadał na zadzie, ale traktor nie poruszył się ani o milimetr do przodu.

Pan Mundek aż poczerwieniał na twarzy.

– Ja ci zaraz, kurwa, pokażę! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Albo weźmiesz się do roboty albo cię tutaj zatłukę na miejscu. Jak psa!

Podszedł do traktorzysty. Coś tam chwilę pogadali. Traktorzysta otworzył skrzynkę narzędziową i coś z niej wyjął. Coś dał panu Mundkowi. Jakieś drobne rzeczy.

Nakrętki. Takie do śrubek. Całą garść.

Pan Mundek jedną ręką sięgnął po zwisające z bata rzemienie i zaczął nawlekać na ich końce nakrętki, jak koraliki i zakręcać supełki. Cały czas dyszał nerwowo, szepcząc jakby do siebie. Jego głos był słodki i lepki, jak miód ściekający z kromki chleba na słońcu.

– Czekaj, ty … czekaj. Zaraz pogadamy inaczej!

A kiedy skończył, uśmiechnął się szeroko najwyraźniej zadowolony z efektu. Końce rzemieni zostały przyozdobione połyskującymi metalowo śrubkami.

Pan Mundek podszedł do Murzyna, dał znak traktorzyście, żeby wcisnął pedał gazu i zamachnął się batem, jak oszczepnik na zawodach.

Zanim ryk diesla zagłuszył wszystko, usłyszałem jeszcze, jak wykrzyknął:

– No, albo zrobisz to, albo jebał cię pies!

To, co działo się później sprawiło, że gorzko pożałowałem swojej głupiej, dziecięcej ciekawości. Do dzisiaj dźwięczy mi w uszach tamten świst bata i trzask, kiedy śrubki z prędkością równą niemal karabinowej kuli uderzają w naprężoną końską skórę.

Łzy zalały mi oczy. Chciało mi się krzyczeć. Wyć z rozpaczy. Złapać pana Mundka za rękę. I błagać! Żeby już przestał! Żeby więcej tego nie robił. Żeby już więcej nie bił. Jego. Tego konia. Murzyna. Proszę!

Chryste! Wszystko, tylko nie to! Nie chcę! Nie pozwól mi na to patrzeć…

Ale nic nie zrobiłem.

Pan Mundek wpadł w jakiś amok. Chlastał Murzyna z jakąś przerażającą zapalczywością. Z jakąś morderczą furią. Niespotykaną, nieludzką nienawiścią do innej żywej istoty. I krzyczał. Głośniej niż traktor.

– Ciągnij, kurwa, ciągnij! – i na koniec dodawał jeszcze przeciągłe: – Kurwaaaaaaaaaa!

A murzyn stał nieruchomo. Pochylił łeb do dołu, jakby chciał napić się brudnej wody. Jakby wcale nie czuł tych dziesiątek uderzeń  bata na sobie. Jakby zamienił się w posąg. Z kamienia.

Ale to było tylko złudzenie. Iluzja.

On naprawdę to robił! Wyciągał traktor. Milimetr po milimetrze. Prawie niezauważalnie. Jego mięśnie naprężone były do wszelkich granic. Dodatkowo jakby naraz zmalał. I wydłużył się.

I kiedy już wydawało mi się, że całkiem zapadnie się w błocie, traktor nagle wyskoczył z zasysającej go próżni. Jak korek z butelki. Nagle wszystko zaczęło się poruszać. Murzyn poleciał do przodu, pan Mundek o mało się nie przewrócił, a traktorzysta wyjechał na skarpę.

– Pryyyyyy! – krzyknął pan Mundek, szarpiąc za lejce i powiedział z uśmiechem pod nosem: – No, widzisz. Jak chcesz, to potrafisz.

Potem pan Mundek podczepił Murzyna z powrotem do wozu, a sam poszedł do traktora i zaczęli deliberować z traktorzystą, w jaki sposób wyciągnąć teraz przyczepę.

A ja miałem wszystkiego dosyć. Powiedziałem Piotrkowi, że idę do domu. Bo mama mnie woła. Bo obiad. Bo boli mnie brzuch. Cokolwiek. Byle jak najdalej od tego miejsca.

Kiedy przechodziłem obok Murzyna, ten stał z opuszczoną głową. Po raz pierwszy widziałem, jak stał spokojnie. Jego boki pracowały rytmicznie, kiedy wciągał i wypuszczał powietrze. Na jego czarnej jak węgiel skórze dostrzegłem dziesiątki połyskujących oczek. Cekinów. Malutkich rubinów odbijających bordowe światło.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to są broczące krwią ranki.

Murzyn zarzucił łbem i spojrzał na mnie. Łzy z jego oczu wyrzeźbiły dwa głębokie rowy na pysku aż do samych chrap. Z bólu gryzł nerwowo wędzidła. Po chwili znów opuścił łeb ku ziemi.

A ja zrobiłem coś przedziwnego. Wbrew sobie i zdrowemu rozsądkowi wyciągnąłem rękę i pogłaskałem go po szyi. Była gorąca. I wilgotna. I drżąca.

Murzyn obrócił łeb i delikatnie trącił mnie w ramię. Cicho zarżał. Wciąż żuł wędzidła.

I wtedy go objąłem. Z całej siły. Przytuliłem się do potężnego łba i oparłem policzkiem o jego kość policzkową. Czułem ostrą woń końskiego potu. Czułem, jak wibruje każda komórka jego ciała.

A Murzyn podniósł łeb i obwąchał moją twarz. Musnął mnie miękkimi wargami po policzku, otarł się o moje włosy na głowie i wsadził swój pysk pod moje ramię. Pod pazuchę mojej dżinsowej kurtki. I zastygł.

Czułem, że się uspokaja. Drżenie ustępowało. A ja obejmowałem jego łeb, który był niemal większy ode mnie i patrzyłem się w jego oczy.

Czy widzieliście kiedyś oczy konia? Wpatrywaliście się w nie z bliska? Bo to nie są zwyczaje oczy. Tam jest głębia. Kosmos. Tam są planety, gwiazdy i galaktyki. Są jak te trójwymiarowe okulary, które można kupić na odpuście. Kiedy patrzysz na dwa identyczne obrazki, to początkowo są płaskie i mało ciekawe. Dopiero włożone w tę szparę w okularach odkrywają przed tobą trójwymiarowy, fascynujący obraz.

Kiedy wróciłem do domu, rzuciłem się na łóżko i tak długo płakałem w poduszkę, aż rozbolała mnie głowa.


Od tamtego czasu minęło sporo czasu. Zdążyłem już zapomnieć o wszystkim i któregoś dnia wracałem po prostu ze szkoły. Pieszo. Szedłem zamyślony i jakiś taki nieobecny, kiedy dopadła mnie burza. To znaczy początkowo myślałem, że to jest burza, ponieważ usłyszałem coś jakby odgłos grzmotów przed sobą, który narastał jak wzbierająca rzeka po ulewie. Przyśpieszyłem kroku. Na szczęście dochodziłem do krzyżówki, na której skręcałem w lewo, w kierunku leśniczówki. Mojego domu. Byłem już niedaleko.

Ale wtedy szczęście mnie opuściło!

To znaczy później okazało się, że było dokładnie odwrotnie…

Wybaczcie, ale to, co wydarzyło się później znam głównie z opowieści innych ludzi. Sam niewiele pamiętam, bo mój niewykształcony mózg nie był w stanie zarejestrować wszystkiego. Był po prostu zbyt mały. Jak to u dziecka.

Ale najdziwniejsze w tej historii jest coś innego.

Mianowicie to, że wydarzyła się naprawdę.

Pamiętam jedynie pędzącą wprost na mnie lawinę… Wirujący kłąb złożony z końskich kopyt,  połyskujących podków, dyszla nad moją głową, kurzu i bijących po oczach kamieni. I to wszystko akompaniamencie pękającego drewna, dzwoniących łańcuchów, tętentu koni i ludzkich krzyków…

Później słyszałem, jak pan Mundek z dumą wielokrotnie opowiadał tą samą historię. W kółko. Że jakiego to ma mądrego konia. I jak go wyszkolił. I jak ten koń uratował dziecko przed śmiercią. To znaczy mnie. Straszną śmiercią.

Bo to było tak. Pan Mundek dostał drugiego konia. Młodego. Narwanego. Jeszcze głupszego niż Murzyn wtedy. Konia, który jeszcze nigdy nie chodził w zaprzęgu. W parze. I tego konia pan Mundek musiał wyszkolić. I pech chciał, że pojawił się ten cholerny szerszeń. I to głupie bydle się wystraszyło. Tego szerszenia. I poniosło. Pan Mundek chciał zatrzymać te durne konie. Ale lejce mu spadły na ziemię. I sam o mało nie zginął. Musiał w biegu wyskakiwać z wozu. To cud, że się nie potrzaskał. Bo to jak złamiesz, panie, kręgosłup, to już kaput. Po tobie. Do końca życia. Zresztą, co to za życie na wózku!

Dopiero gdzieś w połowie opowieści pan Mundek docierał do momentu w którym jak mówił, aż coś ścisnęło go w dołku. Kiedy dobiegł do krzyżówki, oczom jego ukazał się niezwykły widok. Najpierw zobaczył rozwalony wóz, a potem Murzyna. Murzyn aż przysiadł na zadzie, żeby zatrzymać rozpędzony zaprzęg. Wszystkie kopyta zaryte w ziemię, jak cztery rzucone kotwice. Przednie nogi Murzyna szeroko rozkraczone.

A pomiędzy nimi ten smarkacz leśniczego. Skulony. Ale nic mu się nie stało. Ani jednego zadraśnięcia! Tylko trochę przestraszony.

A ten drugi koń, ten młody, szaleje u boku Murzyna. Staje dęba, wali kopytami o ziemię, wierzga, kopie i gryzie. I rży. Rży toto, jakby się szaleju opił.

A Murzyn ani drgnie. Tkwi nieruchomo. Jak skała. Mądre bydle. Wie, że jak się ruszy, to tamten zatratuje dzieciaka. Nic z niego nie zostanie. Rozdepcze gówniarza, jak małego robaka. Że tylko mokra plama na drodze zostanie.

I utrzymał. Nie drgnął ani razu. Zmyślne bydle.

Później tata mi powiedział, że pan Mundek wymyślił sobie tego szerszenia. Że chyba chciał zastosować tamtą sztuczkę. Z tym batem. Bo, ktoś później znalazł ten bat na drodze.

I dziwił się, że na końcach ktoś przyczepił metalowe nakrętki. Niby, po co?

Ale pan Mundek chyba się zmienił. Od tamtego feralnego dnia ponoć już nigdy więcej nie uderzył Murzyna.

Przynajmniej ja tego nie widziałem.

 

50 thoughts on “Murzyn

  1. To przytulenie konia zrobiło na mnie wrażenie. Biedny konik. Czy konie są pamiętliwe?
    Wcale nie był głupi. Przyznam, że płochliwość koni sprawia, że nie potrafię z nimi łapać kontaktu….

    Polubione przez 1 osoba

      1. No cóż, było minęło, ale pozostaje jakiś brak..żal.
        W takich sytuacjach, kiedy człowiek jest winny, a dzieje się krzywda zwierzęciu i „ludziowi”, zawsze zal mi tylko zwierzaka.
        Niezwykłe, że jako dziecko miałeś w sobie wiecej wrazliwosci, empatii i madrości, niż dorosły.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Wzruszyłam się. Byłam pewna, że tytułowy „Murzyn” to pies i przypomniała mi się historia kilku psów, których właściciel się pozbywał, gdy byli mu niepotrzebni. Koniec Twojej opowieści jest optymistyczny, co nie zmienia faktu, że panu Mundkowi należałoby się soczyste lanie.

    Polubione przez 1 osoba

      1. Nie potrzebujesz kopa. To znaczy każdy oczywiście lubi być głaskany i doceniany, ale Twoje pisanie.. Jest jak chleb. Posmakowałam i już żyć bez niego nie mogę. Pisz!!!! Dużo i często. Trzy, pięćset tekstów dziennie! Czapki z głów!.
        A gdzie mogę kupić książkę? Chciałabym jeszcze podotykać…

        Polubione przez 1 osoba

  3. W taki sposób to opisałeś, że nie byłam w stanie przeczytać tego tekstu za jednym razem bo gdy doszłam do fragmentu gdzie on bije konia to poczułam nagle taki gniew, że musiałam odejść od komputera i się uspokoić… Od teraz inaczej będę postrzegać te zwierzęta 😉

    Polubione przez 1 osoba

  4. Historia zarówno poruszająca, jak straszna. Mieszkam za miastem i znam wiele podobnych historii, czasem nawet bardziej drastycznych. Nie umiem zrozumieć ludzi… Zwierzęta mają pamięć, one nie zapominają ani dobrych, ani bestialskich zachowań.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Popłakałam się… Nie wytrzymałabym widoku kogoś kto bije konia, biednego konia. Murzyn najwidoczniej odwdzięczył się za okazane współczucie 🙂
    Widziałam kiedyś oczy konia. W Zakopanem, na Krupówkach, jak ciągnął ludzi. Oczy jego były mądre, szalenie mądre, ale i smutne. Pamiętam, że długo nie mogłam przestać o tym myśleć

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s