Dzisiaj, jadąc do pracy znów ją słyszałem.

Pada mokry śnieg. Za dwa dni skończę czterdzieści jeden lat. Jest zimno. I mokro. I brzydko. Druga połowa kwietnia. Świat zdaje się znowu przycupnął na krawędzi jakiegoś globalnego konfliktu. Powinna być już wiosna. I słońce. Wszyscy jakby wstrzymują oddech czekając na to, co się ma wydarzyć. Pracujące rytmicznie wycieraczki samochodu rozmazują brud po całej szybie. Właśnie skończył się płyn do spryskiwaczy. Niskie, ołowiane chmury szorują nabrzmiałymi od wody wymionami tuż po samej ziemi.

Czy tak to wszystko miało wyglądać?

I wtedy ją słyszę. Nawet nie przypominam sobie, kiedy włączyłem radio. Nie wiem, która to stacja. Ani jaka częstotliwość. Po prostu naraz zaczyna zalewać wnętrze samochodu jak wdzierająca się woda.

Ta piosenka. Nasza piosenka.

Zapatruję się w przednią szybę. Znów mam jedenaście lat. Stoję w oknie mojego pokoju na poddaszu i patrzę. Przez firankę. Na podwórze. I czekam.

Na co?

Czekam, aż to się skończy.

Rodzice rzadko się kłócili. Natomiast często zdarzały się dni, kiedy długo się do siebie nie odzywali. I traktowali nawzajem jak powietrze. Przez kilka dni. Boże, jak ja tego nienawidziłem! Już chyba wolałbym, żeby wykrzyczeli sobie wszystko w twarz. Z głębi serca. Na głos. Z samych trzewi. Raz, a dobrze. I żeby potem znów było jak dawniej.

Nienawidziłem tej niepewności. Tego oczekiwania. Jakby miało wydarzyć się coś strasznego. Nieprzewidywalnego. Nie mogącego pomieścić się w głowie dziecka. Bo kiedy jesteś dzieckiem, to wielu rzeczy nie potrafisz jeszcze nazwać. I tego się boisz. Najbardziej. Tego strachu przed nieznanym. Tego cienia, który wisi nad tobą. Który pochłania całe światło i zmienia wszystko w bezkształtne plamy.

W takie dni tata chodził wtedy po domu, jakby nie mógł sobie znaleźć miejsca. Nie, on wcale nie był wściekły. Albo zły. Ani opryskliwy. Starał się nie być. Uśmiechał się do mnie. Mógłbym powiedzieć, że był nawet lepszy dla mnie niż zazwyczaj.

I tego bałem się najbardziej! Nie chciałem, żeby taki był. Bałem się tego. Że nie jest sobą.

W końcu szedł na podwórze, gdzie bez przerwy czymś głośno stukał, trzaskał i szarpał. Albo rąbał zapamiętale drewno w drewutni, mimo że nie było takiej potrzeby. Zza okna patrzyłem, jak rytmiczne uderza siekierą w dębowe pniaki. Jakby to był jedyny cel jego istnienia. Wkładał w tę czynność całego siebie. Brał wielki kloc i z namaszczeniem stawiał go na pniu do rąbania. Potem długo studiował układ słojów i precyzyjnie wyznaczał płaszczyznę łupania. Następnie zamachiwał się siekierą, która ze świstem robiła rozmyty łuk nad jego głową, trafiając idealnie w obrany punkt. Z łatwością podnosił kloc do góry, aż trzeszczały jego napięte do granic mięśnie na ramionach, oplecione grubymi jak powrozy, nabrzmiałymi żyłami. Przez chwilę nieruchomiał i walił obuchem siekiery w pień, a wokół rozchodził się głuchy łomot. Kloc pękał na dwie połowy. Idealne połowy. A tata z jakąś mechaniczną konsekwencją powtarzał te czynności godzinami.

Mama natomiast wpadała w rodzaj jakiejś dziwnej melancholii. Poruszała się w zwolnionym tempie, wzdychając raz po raz, a jej rozmarzone oczy pokrywały się łzawym blaskiem. W takich dniach nawet nie próbowałem się do niej odzywać. Odpowiadała monosylabami, ale widać było, że jest zupełnie gdzieś indziej. A kiedy patrzyła, jej wzrok przechodził przez ciebie, jak przez taflę szkła i biegł gdzieś w dal za twoimi plecami. Zwykle wtedy szła do gościnnego pokoju i kładąc się na kanapie, przykładała wierzch dłoni do czoła. I oddalała się. Stawała się jakaś taka nieobecna. Obca.

Wtedy zaczynałem ją słyszeć, najpierw cicho jak szemrzący w oddali strumyk, a potem poruszająca muzyka, wywołująca mrowienie skóry na głowie napełniała cały dom, wdzierając się w każdy zakamarek niczym wzbierająca rzeka.

No more carefree laughter

Silence ever after

Walking through an empty house,

Tears in my eyes…

Przez otwarte drzwi wylewała się na podwórko i wkrótce docierała do taty. Naraz nieruchomiał. Przestawał hałasować.  Nagle stawał z opuszczonymi rękami i wpatrywał się w siekierę, jakby nie miał pojęcia, po co właściwie trzyma ją w dłoniach.

Knowing me, knowing you

There is nothing we can do…

Po jakimś czasie odkładał siekierę i zmierzał w kierunku domu. A kiedy po jakimś czasie schodziłem na dół, leżeli razem z mamą na kanapie, mocno wtuleni w siebie. Mieli zamknięte oczy. Ale nie spali.

Mama uwielbiała zespół ABBA. Czasami odnosiłem wrażenie, że te dwie ładne kobiety i dziwacznie ubrani mężczyźni, byli nam kimś bardzo bliskim. Jakby stanowili część naszej rodziny. Zawsze zdumiewało mnie, ile mama wie na ich temat i jak wiele zna szczegółów z ich prywatnego życia. Nie znała języka angielskiego, ale w tylko sobie znany sposób tłumaczyła słowa piosenek. Czasami, słysząc jakiś fragment, mówiła jakby do siebie:

– Agnetha musiała być bardzo zakochana, kiedy to śpiewała.

Innym razem zaś mówiła z przekonaniem:

– Frida jest bardzo nieszczęśliwa – wzdychała przy tym i załamywała ręce nad jej losem.

Niekiedy, chcąc zaś dokuczyć ojcu mówiła, że bardzo podoba się jej Benny i chciała, aby też zapuścił brodę. Natomiast tego drugiego nazywała zwykle „Starym Dziadem”.

A ja byłem im wszystkim wdzięczny za coś zupełnie innego.

Za to, że nasze życie znów zaczęło toczyć się swoim zwykłym rytmem.

19 thoughts on “Łzy w Twoich oczach

  1. Kolejne ciekawe opowiadanie wyszło spod Twojego pióra. Lubie tutaj zaglądać, bo zawsze mnie czymś zaskoczysz😊Co do milcznia rodzicow, to czesto nie zdaja sobie oni sprawy jak ich sposoby komunikacji mogą wpływać na dzieci.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Halo Czarna Skrzynko. To co właśnie zostało zapisne jest fantastyczne, głębokie i wzruszające. I takie prawdziwe. Myślę, że ten ówczesny 11-latek miał fajne dzieciństwo i fajnych rodziców. Takie oczyszczające ciche dni są każdemu potrzebne i każdemu się zdarzają. A ty masz talent i mam nadzieję, że wkrótce wydasz tomik opowiadań. Pierwsza je kupię. Pozdrowienia

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wiesz, aby odpowiedzieć na Twój komentarz, muszę się do tego nieźle przyłożyć… 🙂 Ale najpierw muszę podziękować! Za to, że uświadomiłaś mi cholernie ważną rzecz, o której nie miałem dotychczas zielonego pojęcia! Otóż byłem.. próżny! Nadal jestem, ale teraz przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę 🙂 Kiedy zaczynałem wrzucać na bloga swoje opowiadania, jak każdy próżny człowiek chciałem, żeby odwiedzało go jak najwięcej ludzi. Mnówstwo ludzi! Chciałem mieć dużo lajków, followersów i deskrybentów (ale mi się słowo napisało! ;). Chciałem, żeby statystyki strzelały mi jak pąki wiśni na wiosnę, chciałem być udostępniany, polubiany i komentowany…. Ale wiesz, co? Tak naprawdę to mi to wisi 🙂 Jakie to głupie jest! Czy to, że będę miał 1000 lajków sprawi, ze będę bardziej szczęśliwszy?! Będę bardziej mega?… Koń by się uśmiał!!! 🙂 Twój komentarz jest jak smagnięcie biczem! Jak kubeł zimnej wody na rogorączkowany łeb! 🙂 Bo dotarło do mnie, że jedyne, co się liczy, to ta osoba, która czyta moje opowiadania. Ta po drugiej stronie ekranu! 🙂 I gdyby okazało się, że czyta to tylko jakaś jedna osoba na całym świecie, to warto to robić! Tylko dla tego jednego człowieka 🙂 Bo jeśli ktoś pisze, że wzruszyło go to, co napisałem… albo rozśmieszyło… albo zdenerwoawało… albo sprawio, że zrobiło mu się wilgotno pod powiekami… to to jest najlepsza nagroda! O całe niebo więcej warta niż ileś tam łapek uniesionych w górę! 🙂 Dziękuję!

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s