Dżonek był jakiś dziwny!

Chodził z nami do klasy, ale zawsze trzymał się z daleka. Z boku. Całkiem dobrze się uczył. Grał też nieźle w piłkę. Niezbyt szło mu z dziewczynami, ale ten temat nie był jeszcze wtedy dla nas wszystkich najważniejszy. Jeszcze nie był.

Za to godzinami potrafił mówić nam o swoim ojcu. Można było odnieść wrażenie, że ojciec Dżonka to jakiś superbohater. Według niego, posiadał niemal nadnaturalne zdolności. Zwiedził chyba cały świat. Samotnie przepływał wzburzone sztormem oceany. Zdobywał ośmiotysięczniki. Walczył w Afganistanie, gdzie ponoć własnoręcznie zestrzelił radziecki śmigłowiec. Znał kilkanaście języków, grał w piłkę lepiej niż Boniek i miał w domu wielką kolekcję broni.

Dżonek chwalił się też, że razem z ojcem budują w garażu jacht, na którym wyruszą w podróż dookoła świata. Któregoś dnia przyniósł do szkoły atlas z dokładnie rozrysowaną trasą podróży i pamiętam, jak z kumplami doradzaliśmy mu, gdzie warto płynąć, a jakich miejsc należy unikać.

Mimo że chętnie słuchaliśmy jego opowieści, to podświadomie chyba wszyscy wiedzieliśmy, że coś jest nie tak. Ale nigdy tego Dżonkowi nie powiedzieliśmy wprost.

Dżonek był bardzo dumny z ojca. Pamiętam, jak kiedyś w szatni ktoś opowiadał brzydkie rzeczy pod adresem ojca Dżonka i jak ten rzucił się na niego z pięściami. Że niby jego ojciec ma jakiś problem z czymś. Niedosłyszałem, o co dokładnie chodziło. Dżonek dostał niemal piany na ustach i pan od wuefu z panem od zetpete ledwo zdołali go utrzymać. Dostał naganę. Ale już nikt więcej nie powiedział złego słowa na jego ojca.

Dżonek mieszkał sam z ojcem w pięknej, pokrytej bluszczem willi, otoczonej starym parkiem z niewielkim stawem. Willa była stara, jeszcze przedwojenna i jak twierdził Dżonek, w czasie wojny mieszkał w niej Göring, chociaż sam nie był pewien, czy to nie był nawet sam Adolf Hitler. W każdym razie ponoć odbywały się tam wtedy „dantejskie sceny”, lecz kiedy pytałem rodziców, co to znaczy, nigdy nie umieli udzielić jasnej odpowiedzi.

Rzeczywiście ojciec Dżonka był bogaty. Bardzo bogaty. Dżonek chwalił się, że mają w domu kolorowy telewizor na pilota, chociaż nikt z nas tego nigdy nie widział na własne oczy. Dżonek nikogo z klasy nie zapraszał do domu. Nawet mnie. To było dziwne. Wręcz podejrzane.

Ale ojciec Dżonka miał coś jeszcze, co zawsze wywoływało u nas uczucie zazdrości.

Samochód.

Cóż to był za samochód! Piękny, ociekający chromem, nowiutki fiat mirafiori wyglądający niczym puma gotowa do skoku. Obiekt westchnień wszystkich mężczyzn w wieku od siedmiu do siedemdziesięciu siedmiu lat. Każdego dnia po szkole przechodziłem drogą obok ceglanej bramy prowadzącej do willi i potrafiłem długo patrzeć w kierunku samochodu, niemal pożerając go wzrokiem.

A trzeba powiedzieć, że wtedy, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku fiat mirafiori był jak teraz dajmy na to taki maserati quattroporte.

Ojciec Dżonka był również myśliwym, ale członkiem innego koła łowieckiego, które tata nazywał „generalskie”. Należeli do niego sami milicjanci i wojskowi. Zresztą ani tata ani mama nigdy nie wypowiadali się na temat ojca Dżonka, a na moje opowieści o jego niezwykłym bogactwie, które zwykle powtarzałem za innymi, reagowali wzruszeniem ramion.

Tamtego dnia wszystkie klasy spędzały przerwy na zewnątrz szkoły rozkoszując się wspaniałą wiosenną pogodą. Młodsi uczniowie biegali po boisku z radosnym wrzaskiem, podczas gdy dziewczynki grały „w gumę” skacząc według tylko sobie znanych reguł i porozumiewając się między sobą tajemniczym szyfrem. Starsi uczniowie spacerowali zaś niewielkimi grupkami krocząc dostojnie i tocząc zażarte dyskusje na niezwykle ważkie tematy począwszy od polityki, na sprawach damsko–męskich skończywszy.

Co ciekawe, na boisku obowiązywał nieformalny podział terytorium i klasy trzymały się ustalonych od lat miejsc, których naruszenie przez kogoś obcego, zwykle kończyło się w jeden, z góry do przewidzenia, sposób. Nagle wybuchała gwałtowna bijatyka, która jednak równie szybko się kończyła, zanim któryś z nauczycieli zdążył zainterweniować. Strony konfliktu szybko wyjaśniały między sobą wątpliwości, topór wojenny był znów zakopywany i plemiona wracały na swoje ziemie. Chwilowo wracał pokój. Oczywiście do następnego razu.

W tym roku szkolnym naszej klasie przypadł w posiadanie skrawek boiska w rogu ogrodzenia, tuż obok biegnącej szosy. Był to świetny punkt, dający możliwość ciągłej obserwacji całego ruchu kołowego w okolicy. Znaliśmy na pamięć wszystkie samochody i z łatwością mogliśmy rozpoznać po odgłosie silnika, kto właśnie przejeżdża. Czasami, jeśli miało się wyjątkowe szczęście, można było zaobserwować zabłąkanego turystę w nieznanym samochodzie, o którym potem długo rozmawialiśmy, kto to mógł być i jaka to była marka.

Siedzieliśmy w kilku kumpli na niskim murku, opierając się plecami o siatkę, tyłem w kierunku szosy. Za kilka miesięcy, po wakacjach, przeniesiemy się na przeciwną stronę boiska, gdzie znajdował się zadaszony stojak na rowery, chroniący przed promieniami słońca czy deszczem. Na razie był okupowany przez kilku ósmoklasistów, podobnych do watahy wilczych wyrostków. Omijaliśmy ich szerokim łukiem. Nigdy też nie zapominaliśmy o tym, aby nie patrzeć im w oczy dłużej niż trwa mrugnięcie powieką.

– Dżonek, to chyba twój stary – powiedział Adrian, wyrywając wszystkich z leniwego zamyślenia.

Odwróciliśmy głowy w kierunku, skąd dobiegał znajomy ryk silnika.

Tak! To był fiat mirafiori. Ojciec Dżonka.

Podobny do chichotu dźwięk stopniowo narastał i było w nim coś dziwnego. Coś nienaturalnego. Jakby ojciec Dżonka utrzymywał zbyt wysokie obroty na niskim biegu. Co chwilę słychać było przeraźliwe zgrzytanie, podobne do tego, kiedy ktoś usiłuje zmienić przełożenie bez sprzęgła.

Zerwaliśmy się na równe nogi, a po boisku szkolnym rozniosło się coś jakby zbiorowe westchnienie.

– Co on robi? – ktoś zapytał, trzymając się siatki i wyciągając głowę w kierunku nadjeżdżającego samochodu. – On chyba jest…

Nie dokończył, niemal w ostatniej chwili odskakując do tyłu, bo właśnie ojciec Dżonka zjechał na pobocze, ocierając się bokiem samochodu o ogrodzenie szkoły i krzesząc iskry w akompaniamencie odgłosu rozdzieranego metalu. Silnik zawył na maksymalnych obrotach, opony zapiszczały na rozgrzanym asfalcie i samochód, odbijając się od siatki i wpadając w poślizg, przeleciał na drugą stronę drogi, uderzając przodem w betonowy słup elektryczny. Rozległ się przeraźliwy dźwięk rozrywanej blachy oraz chrzęst tłuczonego szkła. Maska nad silnikiem zawinęła się w rulon, a z rozbitej chłodnicy wystrzelił biały pióropusz pary. Słup zakołysał się niebezpiecznie, ale na szczęście grube zbrojenie wytrzymało uderzenie.

– O, kurczę – ktoś powiedział i wszyscy ruszyli w kierunku siatki.

– Wypadek! – rozległ się dziewczęcy pisk.

– O Boże! Kto to? – zapytał ktoś inny.

– Nie wiem… Nie pchaj się!

– To przecież stary Dżonka.

– Nic mu się nie stało?

– O kurczę, tata Dżonka? Gdzie jest Dżonek?

Dżonek powstał powoli. Ponad głowami kolegów widziałem pochyloną sylwetkę jego ojca, który wyglądał, jakby spał na kierownicy. Minęła chyba cała wieczność, zanim poruszył się, odchylając do tyłu, a jego głowa poleciała bezwładnie, jakby zupełnie stracił nad nią kontrolę. Widać było, że próbuje otworzyć drzwi, jednak konstrukcja samochodu zdeformowała się od uderzenia i teraz były zablokowane. Ojciec Dżonka natarł z całej siły ramieniem na boczną szybę i po kilku uderzeniach, drzwi odskoczyły z metalicznym trzaskiem. Nie był chyba na to przygotowany, bo nie napotkawszy oporu, stracił równowagę i wypadł bokiem wprost na szosę.

Na boisku szkolnym rozległy się okrzyki przerażenia i ktoś krzyknął:

– O Jezu! Krew!

Coś podłużnego spadło z fotela samochodu tuż obok ojca Dżonka i potoczyło się z charakterystycznym brzękiem po asfalcie, zatrzymując przy siatce, oddzielającej boisko szkolne. Przeźroczysty płyn zaczął wylewać się z butelki i wkrótce na asfalcie utworzyła się ciemna, powiększająca się plama.

Ojciec Dżonka, walcząc desperacko z samym sobą, kilkukrotnie próbował powstać na nogi, jednak bezlitosna grawitacja, niczym niezwyciężony zapaśnik, za każdym razem sprowadzała go do parteru. Bełkocząc coś pod nosem, rozglądał się wokół siebie, jakby czegoś szukał. Kiedy jego wzrok spoczął na leżącej tuż przy siatce butelce, ruszył na czworakach w jej kierunku, podobny do monstrualnego pająka z przetrąconymi odnóżami.

Patrząc na niego uświadomiłem sobie, że pijany, czołgający się w kierunku butelki po wódce człowiek, jest chyba najbardziej przygnębiającym widokiem na świecie.

Cała szkoła patrzyła na niego w milczeniu, kiedy w końcu dotarł do siatki i sięgając po butelkę, chwycił ją mocno, jak trzyma się najcenniejszy skarb. Klęcząc na kolanach, przystawił gwint do ust i odchylając głowę do tyłu, pociągnął łyk alkoholu, mrużąc oczy z niewysłowionej rozkoszy. Jego twarz była w strasznym stanie: na czole miał dużego, siniejącego krwiaka; z rozbitego nosa ciekły mu dwie strugi purpurowej krwi, zalewając usta i wsiąkając w zmierzwioną brodę. Ojciec Dżonka jakby kompletnie nie zdawał sobie z tego sprawy.

Pił długimi łapczywymi łykami, a kiedy opróżnił do końca butelkę, spojrzał na nią z autentycznym żalem malującym się na jego zmasakrowanej twarzy.

I wtedy ktoś zaśmiał się krótkim, szyderczym głosem, a po chwili około stu pięćdziesięciu uczniów rechotało już na głos, jak to się dzieje czasami w kinie na wyjątkowo śmiesznej komedii. Albo w cyrku, kiedy gruby klown, potykając się o za duże buty, przewraca niezdarnie, wywołując salwy śmiechu zgromadzonych na widowni dzieciaków. Wysoki, kłujący w uszy śmiech odbijał się od ceglanych murów szkoły i ulatywał ku górze, zwielokrotniany echem.

Ojciec Dżonka zmarszczył brwi i spojrzał na stojących za siatką uczniów, jakby dopiero teraz nas wszystkich zauważył. Jakoś udało mu się powstać na nogi i chwiejąc się niczym trzcina na wietrze, wykrzywił usta w kwaśnym uśmiechu. Próbując utrzymać równowagę, wyglądał jakby wykonywał jakiś przedziwny, pierwotny taniec.

– Z czego się śmiejecie? – spytał cicho, wywołując jeszcze większą wesołość widowni. – Nigdy nie widzieliście nieszczęśliwego człowieka?

Długo patrzył na zgromadzony przed nim tłum, jakby czekając na odpowiedź, w końcu machnął ręką i trzymając w dłoni pustą butelkę, ruszył w kierunku domu. Przy każdym kroku zataczał się, jakby miał upaść, ale jakimś cudem zawsze w ostatniej chwili łapał równowagę, wywołując eksplozje śmiechu.

Dżonek długo stał bez słowa.

A potem odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku ceglanego muru oddzielającego boisko szkolne od terenu kościoła. Była tam niewielka furtka pozwalająca przejść na teren cmentarza, którędy czasami wymykaliśmy się po szkole.

– Dżonek! – krzyknąłem. – Dokąd idziesz? To przecież twój ojciec.

Przyśpieszył kroku i po chwili znikł za budynkiem szkoły. Zostaliśmy sami, ale w naszych uszach ciągle dźwięczał śmiech wydobywający się z ponad setki gardeł.

Reklamy

23 thoughts on “Mirafiori

  1. Życie…czasem takie do tyłka. Zaciekawia mnie to, jak dzieci takich patologicznych rodzicow, przerysowujac rzeczywistosc, ubarwiajac ja, walcza o poczucie godnosci tych, ktorzy powinni zapewnic je dzieciom. Takie wywrocenie ról. A potem nosi sie w zyciu taki garbik.

    Polubione przez 1 osoba

      1. Nie wierzę w ideały tylko w miłość. Roznie się ja interpretuje. Wiesz, mysle, ze czym innym jest po prostu zycie, czym innym obserwacja. Ludzie mysla, ze jak ktos sie usmiecha to musi byc bardzo szczesliwy i zazdroszcza. Lez nie pokazuje sie kazdemu, tylko tym, ktorym sie ufa. Nie ma mozliwosci aby zwiazek nie przeszedl jakiejs proby gorszych dni. Wszyscy cos na drodze napotykamy. I albo sobie z tym radzimy, albo nie. Ludzie rozne rzeczy widza…

        Polubione przez 1 osoba

        1. Masz rację… Ja uważam, że takich rzeczy powinno uczyć się od najmłodszych lat… jak rozwiązywać konflikty, jak radzić sobie ze złością i generalnie z problemami… a my w kółko tylko… Kmicic, Somosierra i Grunwald 😉

          Polubione przez 1 osoba

      2. Tak, od najmlodszych lat powinniśmy uczyc sie tez rozmawiać i traktowac drugiego czlowieka z szacunkiem i nie oczekiwac, ze ten drugi ktos bedzie lekiem na cale zlo.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Klimat lat 80-tych dobrze pamiętam, to lata mojego dzieciństwa. Pamiętam kolegę też z ojcem alkoholikiem i jego smutne spojrzenia. Co prawda nie snuł takich niestworzonych historii o swoim ojcu, raczej nic nie mówił, ale teraz z perspektywy czasu widzę, że musiał przedwcześnie dojrzeć, a nieraz koledzy dokuczali mu ze względu na sytuację w domu. Smutne to wszystko, taj jak Dżonek 😦

    Polubione przez 1 osoba

  3. Świetna opowieść, smutna a przecież prawdziwa. W tamtych czasach piło się jednak zupełnie inaczej, niejeden ojciec leżał pod płotem, albo do domu przynosili go koledzy… Teraz jeśli już, to chyba prędzej ludzie upijają się w zaciszu domowym.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Biedny Dżonek, tak bezceremonialnie, na oczach całej szkoły poległ jego długo tworzony mit wspaniałego ojca. Myślę zresztą, że nawet w tamtym momencie ważniejszy niż ten mit był straszny wstyd, że oto ojciec skompromitował siebie i jego i że nic i nikt już nigdy tego nie naprawi. Nawet jeśli samochód wyklepią a ojciec faktycznie zabierze go za granicę i tak dla wszystkich będzie tylko synem pijaka, a może i alkoholika. Nie wyzwolił się pewnie nigdy z tego wstydu.
    Jak zwykle świetny tekst, gratuluję.

    Polubione przez 1 osoba

  5. No tak, ojciec dla młodego chłopaka, to jednak niezwykle ważna osoba i taka publiczna kompromitacja, może być niezwykle bolesna.
    Swoją drogą jestem ciekaw, czy ktokolwiek wie, jak wyglądał Fiat Miriafiori?

    Polubione przez 1 osoba

  6. Domyślałam się jakiegoś średnio szczęśliwego zakończenia tej historii, bo Dżonek coś za bardzo kręcił. Aż dziwne, że jego ojcu nic poważnego się nie stało po takim wypadku ze słupem. I co mu z tej willi i tego samochodu… Ech, alkoholizm to straszna choroba.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s