Z tą wybitą szybą to było zupełnie inaczej!

Ale nie powiem, jak było naprawdę. Nie przyznam się. Za Chiny Ludowe. Tak, jak nie przyznałem się wtedy tacie. Ani mamie. To nasza tajemnica. Zabiorę ją ze sobą do grobu. Nikt się nigdy nie dowie.

A dlaczego to takie istotne? Dlaczego byłem i jestem taki uparty? Przecież to błaha rzecz. Mało ważna i w sumie nawet niezbyt ciekawa. W dodatku wydarzyła się ponad trzydzieści pięć lat temu. Kogóż to dzisiaj może obchodzić?

Nie zrobię tego, bo on też tego nie zrobił.

Kto?

Mój starszy brat.

On też nigdy się nie przyznał.

A fakty były, jak to się mówi – niezbite.

Rodzice w drzwiach, kawałki szkła rozpryśnięte po całej kuchni, ciężka plastykowa ryba na podłodze i szyba w kredensie. To znaczy brak szyby. Zupełny. Wyjebana! Całkowicie. I już. Jeszcze niedawno tam była, a teraz jej nie ma. Tak po prostu. Samo się zrobiło. Jak zawsze.

Oczywiście, nas też nie było. To znaczy byliśmy. Pod stołem. Ale jakby nas w ogóle nie było. Jakbyśmy naraz stali się przeźroczyści. Żadnego dźwięku. Żadnego ruchu. Tylko pełne napięcia oczekiwanie. I dwie pary oczu wychodzących z orbit. No, bo nawet jak się ma cztery lata, to się już wie, że tak zaczęty dzień raczej nie ma prawa skończyć się dobrze.

No, i się zaczęło. Tortury Świętej Inkwizycji to przy tym jak smyranie po wewnętrznej stronie stóp! Piórkiem. Strusim. No, bo o ile jeszcze można znieść surowe spojrzenie taty, to od zasmuconej miny mamy aż serce ci pęka. Czujesz, że broczy krwią, jakby ktoś rozdrapywał je na części. Patrząc w jej oczy byliśmy chyba już blisko. Żeby się przyznać. Niebezpiecznie blisko.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy z bratem, że zawarliśmy niemy układ. Bez słów. Prosty, jasny układ. Ja nie wydam ciebie, a ty nie wsypiesz mnie. Najmocniejszy i najtrwalszy układ na świecie. Braterski. Nie rozumieliśmy tego, bo jeszcze nic nie rozumieliśmy. Byliśmy przecież małym siurkami! Staliśmy w tych swoich babskich rajtkach, ze spuszczonymi głowami, oblizując słone gile pod nosem. Nie kumaliśmy, ale czuliśmy. Że tak trzeba. Że istnieje coś najważniejszego na tym świecie. Coś, za co warto znosić te wszystkie psychiczne tortury. Za co warto nawet dostać paskiem w tyłek, klęczeć na grochu lub siedzieć za karę cały dzień w domu, kiedy świat zewnętrzny kusi i przywołuje cię ze zdwojoną siłą.

Rodzice próbowali złamać nas na wszelkie sposoby. Były groźby, prośby i błagania. Był dobry i zły policjant. Tata krzyczał, mama płakała. Były wizje najwymyślniejszych kar i najwspanialszych nagród. Żebyśmy tylko przyznali się i odpowiedzieli na jedno proste pytanie.

Który to zrobił?

A my staliśmy ze spuszczonymi łbami i trzymając się za ręce, z minuty na minutę sztywnieliśmy. Hardzieliśmy. Coś nam mówiło, że tylko tak możemy wyjść z tego cało. Z honorem.

Ja to czułem. I on też to czuł. Później dowiedzieliśmy się od rodziców, że wcale się na nas tak bardzo nie gniewali. Że trochę ściemniali chcąc zobaczyć, czy któryś z nas w końcu pęknie. I sroga mina taty wcale nie znaczyła, że był na nas zły. Wprost przeciwnie! On tak okazywał dumę. Inaczej nigdy nie umiał. A mama wcale nie płakała za jakąś tam głupią szybą. Ponoć najbardziej wzruszyły ją te nasze dłonie. Złączone.

Jednak, co jak co, ale na rodziców zawsze można liczyć. Od tamtego dnia nasze życie zdominowało jedno słowo. Przyczepiło się do nas, jak rzep psiego ogona. Było z nami rano, w południe i wieczorem. Wisiało nieustannie nad nami, jak cień sępa krążącego nad konającym człowiekiem, który zgubił drogę na pustyni. Towarzyszyło nam podczas zabawy, przed szkołą, po szkole i kiedy pomagaliśmy tacie w lesie. Słowem, czyhało na najmniejsze nawet nasze potknięcie niczym diabeł na grzeszną duszę.

Prawda.

„Pamiętajcie, dzieci, że prawda jest najważniejsza!”

„Zawsze mówicie prawdę, choćby była to najgorsza prawda!”

„Prawda jest jak oliwa, zawsze na wierzch wypływa!”

I tak dalej… i tak dalej… i tak dalej. Z biegiem czasu to upierdliwe słowo wryło nam się w pamięć, jak ostra drzazga w stopę, boleśnie przypominając o sobie na każdym kroku.

Tamtego dnia rodzice wszystko zaplanowali. W najdrobniejszych szczegółach. Plan był doskonały. Miał być wyjazd do miasta. Całą rodziną. Do Trzebnicy. Coś tam mieli rzucić ważnego do któregoś sklepu. Zdaje się meblowego. Ktoś dał cynk i pośpiech był kluczowy. Jakaś kanapa. Albo segment.

My też byliśmy częścią tego planu. Ta rana na zaufaniu do nas spowodowana wybitą szybą jeszcze się nie zabliźniła. Zostawienie nas samych w domu po prostu nie wchodziło w grę. Za to miał być obiad w restauracji. Kasztelańskiej. I wielka porcja lodów. W Lotosie.

Nie przewidzieli tylko jednego. Że Nadleśniczy też miał swój plan. I właśnie tego dnia postanowił odwiedzić naszą zagubioną wśród lasów i pól leśniczówkę. Miał zdaję się jakąś ważną sprawę do taty. Bardzo ważną. Niecierpiącą zwłoki. Zresztą Nadleśniczy był bardzo poważnym człowiekiem. Już samo słowo Nadleśniczy sugerowało, że jest ponad wszystkim, co nas otaczało. W dodatku nazywał się Duży. Nadleśniczy Duży. W naszym domu wymawiało się te słowa z niekłamanym szacunkiem. Zawsze.

Mamie było bardzo przykro. Że Nadleśniczy Duży nie zastał taty w domu. Pracuje gdzieś ciężko w lesie. Nie wiadomo, w którym oddziale. Nie ma z nim kontaktu. Przecież nikt jeszcze nie wynalazł przenośnych telefonów. Nikt nawet o tym nie słyszał. No, bo skąd! Przykro. Mama rozkładała bezradnie ręce, podczas gdy my siedzieliśmy grzecznie za stołem w kuchni. Ubrani. Odświętnie. Jak do miasta.

Nadleśniczemu Dużemu też było niezmiernie przykro. No cóż, może innym razem. Szkoda tylko, że jechał tyle kilometrów na darmo. Z samego Żmigródka. Do widzenia, szanownej pani! Do widzenia!

–  A nieprawda! – wypalił naraz starszy. – Tata jest w domu. Samochód schował w garażu, a sam ukrył się na strychu.

Nadleśniczy Duży, który już stał w drzwiach, odwrócił się powoli. Popatrzył najpierw na mamę. Długo patrzył. Następnie spojrzał na nas.

– Zaraz wszyscy jedziemy do Trzebnicy – dodał jeszcze starszy. – Na zakupy.

– I na lody! – pochwaliłem się. – Do Lotosu.

Widać było, że Nadleśniczy Duży posmutniał jeszcze bardziej. Znów popatrzył na mamę. Pokiwał głową ze zrozumieniem. W końcu uchylił kapelusza i rzekł:

– Proszę powiedzieć mężowi, żeby stawił się w Nadleśnictwie. Jak wróci z lasu. Niezwłocznie

A do nas powiedział z trudem tłumiąc wesołość:

– A wy jesteście prawdziwe huncwoty!

I wyszedł.

Reklamy

48 thoughts on “Huncwoty

  1. Przypomniałeś mi moją własną przeprawę ze stłuczoną szybą… Byłam ja i kuzynka. Okno stłukłam ja, kuzynka uciekła, potem milczała jak grób. Niestety nie miałam szans na owianie incydentu tajemnicą. Zdemaskowała mnie po prostu sąsiadka… Wy mieliście farta 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. No nieźle, sami siebie nie wkopaliście, ale Mamę i Tatę już można było?:D
    Prawdziwe jest jednak powiedzenie, Prawda jak oliwa zawsze na wierzch wypływa. 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Uwielbiam tę historię! Przypomniała mi moje własne dzieciństwo, kiedy moja więź z młodszym bratem była niezwykle silna. Nasze wspólne zabawy i dziwne pomysły. On wymagał od swoich kolegów szacunek do mnie. Do tej wysokiej, chudej, nieokiełznanej blondyneczki. I szanowali. Należałam do paczki! A ja z kolei przywaliłam jednemu takiemu, co wyzywał brata od królików z powodu jego odstających jedynek. I chociaż czasem darliśmy koty, czuliśmy tę specyficzną więź. Istnieje do dziś! 🙂 Dziękuję za przywołanie wspomnień!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s