Czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, co chciałbyś powiedzieć swoim najbliższym przed śmiercią?

Twoją śmiercią. Nieuchronną śmiercią. Właściwie trudno nawet stwierdzić, gdzie przebiega dokładna granicą między nią, a Twoim życiem. Tego nie wiesz. I nie będziesz widział. Możesz tylko czekać. Biernie czekać. Nic nie możesz zrobić. Bo nic nie da się zrobić.

Siedzisz przecież w samolocie!

Jeszcze chwilę wcześniej żyłeś w innym świecie. Miałeś plany, marzenia i swoje życie. Normalne życie. Jak inni ludzie. Codzienne. W większości nudne. Wypełnione pracą, rutyną i mało ekscytującymi obowiązkami. Życie, które być może z biegiem lat coraz bardziej cię mierziło. Uwierało. Jak ciasny kołnierzyk pod szyją. Albo jak kamień w bucie. Ostatnio coraz częściej myślałeś, że przecież to wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Serce miało bić szybciej, a na plecach miały być ciarki, jakby wzdłuż twojego kręgosłupa maszerowało tysiące mrówek. Przecież już nawet nie pamiętasz, kiedy ostatnio to czułeś, prawda?

Ale to było twoje życie! Własne. Przyzwyczaiłeś się do niego, jak do swojej ulubionej koszulki. I cóż z tego, że sprana, wyblakła i dziurawa? Tylko w niej czujesz się najwygodniej. Albo jak twoja ukochana podusia. Masz ją jeszcze od czasów, kiedy byłeś zafascynowany światem. Jak podróżnik, który odkrywał nowe lądy. Zużyła się tak bardzo przez te wszystkie lata, że już właściwie nie przypomina poduszki. To nic, że teraz są nowe, wygodniejsze czy inteligentniejsze. Takie, które dostosowują się kształtem do ciała. Kiedy tylko na tej starej śpi ci się najlepiej. Tylko z nią masz spokojne sny, po których budzisz się jakiś taki wyciszony. Pogodzony z samym sobą. Tak się do niej przyzwyczaiłeś, że nawet zabierasz ją ze sobą wszędzie tam, dokądkolwiek wyjeżdżasz. Jest jakby nieodłączną cząstką ciebie.

I nagle to twoje życie zostało brutalnie podzielone słowami dobiegającymi z kokpitu:

„Prepare the cabin for an emergency landing!”

Zostało rozerwane na dwie części. Na „tamto” życie i na „teraz”.

Przed i po.

A ty nic nie możesz uczynić. Siedzisz skrępowany pasami i jedyne, co wolno ci robić, to posłusznie wykonywać polecenia personelu. Twój świat kurczy się nagle do przestrzeni pomiędzy rzędami foteli. Rozkładany stolik. Informacja o tym, że kamizelka ratunkowa znajduje się pod fotelem. Kieszeń na gazety. Katalog z towarami duty-free. Torebka na wymiociny. To wszystko! Czy tak ma to wyglądać? Czy to pokrętło służące do opuszczania stolika to będzie mój ostatni obraz? Ostatni widok, jaki zobaczę? A co potem?

Czujesz, że musisz coś zrobić! Buntujesz się przeciw temu nieuchronnemu przeznaczeniu. Desperacko myślisz nad jakimś sposobem, aby coś po sobie zostawić. Przecież to nie może się tak zakończyć! To byłoby cholernie niesprawiedliwe. Masz przecież żonę. I dzieci. Musisz dać im jakiś znak. Jakiś ostatni sygnał, żeby wiedzieli, że myślami byłeś przy nich. To jest teraz najważniejsze!

Telefon! Chrzanić zakaz używania. Przecież nie pozwą cię za włączenie go do sądu! To dopiero byłaby ironia losu.

Ale dzwonić do nich w środku nocy? Nie, to byłoby zbyt okrutne. Zresztą słowa są ulotne i szybko zacierają się w pamięci. Im dalej w czasie, tym mniej z nich zostaje.

Napisać coś! Ale, co? Mając tylko jednego esemesa, bo na więcej już chyba nie starczy czasu. Jak zawrzeć w tych 160 znakach wszystko to, chciałoby się powiedzieć? To chyba najtrudniejsze zadanie w twoim życiu!

Od razu na myśl przychodzi „Kocham Cię”. Ale zaraz… zaraz, co te słowa tak naprawdę znaczą?

Bo czymże moje „Kocham Cię” różni się od „Kocham Cię” wypowiedziane ustami innego mężczyzny? To tylko słowa. Wypowiadamy je, choć zupełnie nie rozumiemy ich znaczenia. Tak samo, jak „bez kozery”, czy też -„kuriozum”. To jest dopiero kuriozalne! Powtarzamy je jak dobrze wyszkolone papugi. Uważamy, że im częściej będziemy tak mówić, tym bardziej druga osoba to poczuje. Niestety, efekt jest dokładnie odwrotny od oczekiwanego! Im częściej wypowiadamy te dwa słowa, tym bardziej się zużywają. Po latach są już cieniuteńkie, jak bieżnik na łysej oponie.  Albo już zdarły się zupełnie.

Powinniśmy mówić „Kocham Cię” tylko w wyjątkowych momentach. Szczególnych chwilach. To tak, jak z Dzwonem Zygmunta. Bije tylko w przełomowych momentach. Można by rzec, że od wielkiego dzwonu.

Natomiast naszym psim obowiązkiem jest dać to odczuć drugiej osobie. Że ją kochamy. Każdego dnia. Każdej godziny, minuty i sekundy. Nieprzerwanie. Nie zero-jedynkowo. Ale ciągle. Jak sygnał analogowy. Pełne pasmo przenoszenia. Od nieskończoności do nieskończoności.

Zabawne, ale wtedy tam w górze miałem tylko jedno pragnienie. Dosyć nietypowe. Rzekłbym, lekko perwersyjne! Ktoś mógłby doszukać się nawet śladów fetyszyzmu. Otóż, myślałem wtedy, żeby moja żona nigdy nie została sama. Żeby znalazł się ktoś, kto mógłby dać jej wszystko to, czego ja nie potrafiłem. Albo nie mogłem. Albo nie zrobiłem. Bo byłem zbyt leniwy. Bo byłem pieprzonym egoistą! Samolubnym dupkiem, który nie widział dalej niż czubek własnego nosa. Albo nie chciałem. Z premedytacją. Bo bałem się zmiany. Utraty wolności. Jakiejś cząstki siebie, która zawsze była dla mnie najcenniejsza. Bo byłem po prostu głupi.

Żeby ten drugi dał jej poczuć, iż jest dla niego kimś wyjątkowym. Najważniejszym. Centrum galaktyki, wokół której wiruje jego świat. Żeby dawał jej energię do życia, milion powodów do uśmiechu i był zawsze przy niej, kiedy go będzie najbardziej potrzebowała. Słowem, żeby był lepszy. Nic więcej. Po prostu lepszy…

Ale to się wie dopiero wtedy, gdy coś zaczyna się pieprzyć…

Natomiast, co powiedzieć dzieciom, aby zapamiętały swojego starego?  Jak powiedzieć, żeby zawsze wierzyły w siebie, żyły bez lęku i z niezachwianym poczuciem własnej wartości? I żeby w chwilach zwątpienia, zawsze – ale to zawsze – nigdy nie traciły nadziei. Do końca ich życia. Każdego dnia.

W jaki sposób przekazać, aby żyły w zgodzie z samym sobą? Żeby same decydowały o swoim losie, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Że nawet wtedy, kiedy córka stanie któregoś dnia przed ołtarzem i nagle poczuje, że to nie był do końca jej wybór, miała odwagę powiedzieć „Nie!” A syn, żeby nigdy nie uciekał przed problemami, bo problemy są przecież po to, żeby je rozwiązywać… Czyż nie?

Żyjcie życiem pisanym według swojego scenariusza. Ja zawsze będę czuwał nad każdym Waszym krokiem. Ilekroć poczujecie nagły podmuch wiatru – to będzie mój znak.


Później, już po wszystkim, siedziałem przy stoliku w lotniskowej kawiarni. Piłem kawę. Była mocna, słodka i z dużą ilością śmietanki. Prawdziwy ulepek. W głowie miałem pustkę. Patrzyłem nic niewidzącymi oczami na tłum podróżnych. Nic nie czułem. O niczym nie myślałem. Po prostu patrzyłem się. I czekałem. Na kolejny lot. Do domu.

W ręku trzymałem smartfona. Wpatrywałem się w tekst, który niedawno napisałem. Wtedy wydawał mi się doskonały. Teraz, na ziemi, brzmiał jakoś tak sztucznie. Sam miałbym problemy, żeby go zrozumieć. Nie wysłałem go. Wszystko dobrze się skończyło. Zresztą już nie był mi potrzebny. Nie teraz.

W końcu skasowałem go.

Pociągnąłem długi łyk kawy. Poczułem na sobie czyjś wzrok. Niedaleko, za filarem, zobaczyłem oczy. Wielkie oczy. Śliczne oczy. W chwilę potem ujrzałem okrągłą twarz. Mała dziewczynka. Jakieś cztery latka. Rezolutna. Trzymała się rączkami metalowej rury filara i wychylała raz jednej strony, to raz z drugiej.

Przez ułamek sekundy nasze spojrzenia spotkały się. Znieruchomiała, a jej oczy zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe. A potem obdarzyła mnie chyba najsłodszym uśmiechem, jakiego dawno nie widziałem i jakby zawstydzona swoją śmiałością, schowała się za słupem.

I wtedy się rozpłakałem.

A nie robiłem tego od lat.

Wielu lat.

Reklamy

19 thoughts on “160 znaków przed śmiercią

  1. WOW…..ale to takie prawdziwe…czasami musimy dostać niezłego kopa w dupę, albo kubeł zimnej wody na głowę żeby się obudzić i przejrzeć na oczy,,, z jednej strony mogę wyobrazić sobie Twój strach i natłok myśli podczas tego wydarzenia a z drugiej po przeczytaniu tekstu myślę że sam doskonale zdajesz sobie sprawę z tego ile na tym zyskałeś…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Cieszę się, że to jeszcze nie był ten moment i wciąż jesteś wśród żywych. Bo nie poznałabym tylu wartościowych historii! Nie poznałabym człowieka, który porusza najgłębsze czeluści mojego serca. Jak nikt inny, no poza moim mężem 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Zastanawiałam się nad tym chociażby wczoraj przed zaśnięciem… Mam taką przyjaciółkę, której co jakiś czas powtarzam, że jakby co, to ma powiedzieć mojemu synowi (ona już wie, co ma powiedzieć).

    Polubione przez 1 osoba

  4. Czytam kolejny Twój tekst i znów po prostu… nie wiem, co napisać. Gdy Cię czytam, wstrzymuję oddech i czuję całą sobą, że to jest właśnie to. To jest właśnie to, co jest takie oczywiste, ale normalnie się o tym nie myśli. Uwielbiam ludzi, którzy zwracają moją uwagę na takie rzeczy. Tak więc dziękuję.
    Nie wiem, może nie do końca zrozumiale przedstawiłam tok myślowy, który właśnie dzieje się w mojej głowie… W każdym razie, pamiętam, że przed moim pierwszym w życiu lotem napisałam listy do wszystkich najbliższych mi osób z poleceniem, żeby otworzyli je, jeśli stanie się coś złego. Nic takiego nie nastąpiło. Ale jak tak teraz o tym myślę, to pewnie zupełnie nie oddałam w nich tego, jak bardzo są albo byli dla mnie ważni.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Trudny temat, staram się nie myśleć o tym bo po co? Kilkakrotnie miałam śmierć w oczach ale to były nagłe przypadki, nawet ostatnio kilka dni temu mało nie przejechał mnie samochód i to nie z mojej winy. Nasze życie wisi na włosku ale myślenie o tym to najgorszy sposób jego wykorzystania…

    Polubione przez 1 osoba

  6. Cieszę się, że jednak wylądowałeś awaryjnie i całkiem bez szwanku 🙂
    A tak na serio- czy wtedy o tym wszystkim myślałeś, o czym napisałeś? Wątpię 🙂 Nie wiedzieć czemu, podejrzewam, że miałeś pustkę w głowie, Twój świat zwęził się do tego tam fotela. I jednak do nadziei. Ja tak miałam podczas trzęsienia ziemi, które przeżyłam. Dopiero pooootem możesz myśleć o tych wszystkich emocjach, które byś nazwał i słownie rozbudował, gdybyś wtedy miał chęci na dumanie. 🙂
    Jednak przyznaję, że tyle ciekawych i nacechowanych ważniejszymi sprawami niż kolejny post na bloga przeżyłam w życiu, że w każdej chwili potrafię je przywołać i wrzucić na luz 🙂 Doceniam też każda chwilę, jaka mi się przydarza w życiu począwszy od obudzenia się kolejnego dnia – bo pamiętam doskonale kilka lat, w których budziłam się i byłam zdziwiona, że żyję- w wyniku tego, że zasypiałam walcząc o każdy oddech, autentycznie byłam zdziwiona, że żyję. I wdzięczna. Za kolejny, nudny dzien 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Wyladowałem! 🙂 Sęk w tym, że siedząc gdzieś pośrodku samolotu, kompletnie nie wiesz, co się dzieje. To nie jest jak na filmach, że gdy się coś psuje, to od razu jest zbliżenie kamery, kapitan wszystko wyjaśnia przerażonej stewardessie, żeby widzowie też wiedzieli 😦 To jest suchy komunikat, nikt niczego nie wyjaśnia, nic nie widać… pozostają ci tylko domysły i twoje myśli. Nie wiem, czy to było coś poważnego, czy jakaś pierdółka – może jakaś lampka się nie zapaliła – kapitan podjął decyzję o awaryjnym lądowaniu… Wiem tylko, że wtedy myślałem o jednym – jak przekać bliskim, żeby mnie zapamiętały… 🙂 Emocje przyszły potem i za sprawą tej dziewczynki…. 🙂 Dziękuję za Twój komentarz i zapraszam do przeczytania pozstałych moich wpisów! Jesteś tu zawsze mile widziana! 🙂

      Polubienie

  7. Tak, kilka lat temu zaczęłam o tym myśleć. I tak powstał mój blog. Tam zostawiam wszystkie ważne słowa, które chciałabym, by po mnie zostały. Nie chcę czekać na ostatnią chwilę. Nie ma sensu czegokolwiek odkładać na później. TERAZ to bardzo dobry czas.

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s