Czy znacie legendę o Czarnej Wołdze?

Z pewnością słyszeliście mrożące krew w żyłach historie o czarnej limuzynie krążącej nocami po nieoświetlonych drogach, prawda? W zależności od stopnia rozwinięcia wyobraźni świadków, raz jej kierowcą był seryjny morderca polujący na młode dziewczyny, innym razem natomiast wampir wysysający krew z niczego nieświadomych autostopowiczów, lub też sam Szatan o wyglądzie przemiłego staruszka, którego zdradziły dopiero wystające z nogawek kopyta, jak przysięgała pewna kobieta. Ponoć chwilę potem postradała zmysły i osiwiała jak gołąbek. Ale zdarzało się, że widziano również za kierownicą wilkołaki, esesmanów oraz obowiązkowo w naszej szerokości geograficznej – Żydów upuszczających dzieciom krew na macę. Któż tego nie słyszał!

Ja spotkałem Czarną Wołgę. Wiele lat temu. I poznałem całą prawdę, jaka się za nią kryła. Była zupełnie różna od tych wszystkich opowieści.

Ale wiecie co?

Rzeczywistość okazała się nie mniej przerażająca.

Tamten chłopiec pojawił się w naszej szkole jakoś tak po feriach. Miał na imię Adam. Nikt go nie lubił. Ja też. Bo nie dało się go lubić. Bo był obcy. Przeprowadził się niedawno z Katowic i już od pierwszego dnia robił wszystko, żeby się z nami zaprzyjaźnić. Im bardziej się starał, tym bardziej go olewaliśmy. Bo nie ma nic gorszego, jak nachalne narzucanie się. Zamieszkał z rodzicami w ostatnim domu na skraju wsi i wkrótce stali się oni synonimem wszystkiego najgorszego, co można powiedzieć o rodzinie. Niektórzy twierdzili, że jego matka jest wariatką i ponoć kiedyś próbowała się powiesić. Ojciec natomiast miał coś takiego wszczepionego pod skórą, co wywoływało u niego napady szału, gdy napił się nawet najmniejszej ilości alkoholu. Moja mama mówiła zaś, że to bardzo nieszczęśliwa kobieta i kategorycznie zabroniła mi powtarzać te wszystkie plotki.

Pewnego dnia wiadomość o Czarnej Wołdze spadła na nas wszystkich jak grom z jasnego nieba. Nie pamiętam już zbyt dokładnie kto przyniósł przerażające wieści o tym, jakoby tajemniczy, czarny samochód krążył nocami po leśnych drogach. Nim minęło południe, już cała szkoła huczała o Czarnej Wołdze. Słyszało się na korytarzu jak uczniowie, zbici w niewielkie grupki, szeptali między sobą:

– Słyszeliście? Czarna Wołga porywa dzieci do pracy w specjalnych obozach.

– Nieprawda – mówił ktoś inny i zaraz dodawał: – Mój wujek powiedział, że porywa dzieci i później wycinają im różne narządy.

– Jakie narządy? – pytał ktoś ze ściśnięty gardłem.

– Kto porywa?

– Nie wiem, chyba wątrobę.

– Jak to wycinają?

– Wcale nie! Pan Waldek mówił, że wycinają oczy i później zaszywają powieki – przysięgał chłopiec, który mieszkał niedaleko przystanku autobusowego. – Pan Waldek wie najlepiej, bo jak sam mówił, kierowcy autobusów już nie takie rzeczy widzieli.

– O kurczę! – ktoś dodawał. – A nerki?

– No, nerki chyba też.

– A skąd wiesz? Widziałeś? – pytał ktoś dociekliwy.

– Ja nie, ale mój stary widział – odpowiadał tamten, oddalając się pośpiesznie w kierunku najbliżej grupy koleżanek i kolegów. Po chwili słyszałem jak podnieconym głosem powtarzał dokładnie to, co mówił przed chwilą.

I tak już było na każdej przerwie. Ktoś zatrzymywał się na chwilę przy jakiejś grupce i przysłuchiwał z uwagą, następnie szedł w drugi koniec korytarza i zaczynał opowiadać czego właśnie się dowiedział. Po chwili sam stawał się centrum zainteresowania i błyskawicznie zaczynali otaczać go inni uczniowie. Jednak największe zainteresowanie budzili tacy, którzy zawsze dodawali coś nowego. Jeżeli ktoś opowiadał już znane rewelacje, publiczność szybko topniała i gość zostawał sam. Po chwili szedł dalej i zatrzymując się przy innych, przysłuchiwał się z uwagą.

– Dorosłych też porywa Czarna Wołga – powiedział cicho tamten chłopiec, który nie miał żadnych przyjaciół i po chwili dodał: – I zamienia ich w potwory. Prawdziwe potwory.

Jednak, że był przez nas całkowicie ignorowany, nikt nie zwrócił na jego słowa najmniejszej uwagi.

Z upływem czasu można było odnieść wrażenie, że grasowało kilka Czarnych Wołg, ponieważ jak wynikało z gorących relacji ten sam samochód był widziany w kilku różnych miejscach w tym samym czasie. Jeśli zaś chodzi o świadków, żaden z uczniów nie widział go na własne oczy. Zawsze był to jakiś wujek, czyjś bardzo dobry znajomy, w najlepszym razie jeden z rodziców, ale każdy mógłby przysiąc na wszystkie świętości, że to prawda. Najprawdziwsza.

Przed szkołą uczniowie ponownie zbijali się grupki i żywo dyskutowali na temat tajemniczego samochodu. Nikt jakoś nie kwapił się wracać w pojedynkę do domu i widziałem, jak po jakimś czasie zjeżdżali się pod szkołę rodzice, aby odebrać swoje dzieci.

Plotka zataczała coraz szersze kręgi.

Zostałem sam. To znaczy, niezupełnie. Z nim. Nigdy nie widziałem, aby po Adama ktokolwiek przychodził do szkoły. Zawsze wracał sam. W pojedynkę. Szedł w tych swoich rozwalających się butach, haniebnie podziurawionych spodniach i mocno niemodnej już kurtce. I jeszcze ta idiotyczna grzywka! Jakby się sam obcinał. Tępymi nożyczkami i do tego w ciemnościach.

Pech chciał, że większość drogi do domu mieliśmy iść razem. Na wszelki wypadek wyforsowałem się kilka kroków do przodu. Nie chciałem, aby ktokolwiek z moich kumpli widział, że Damian idzie razem z Adamem. Jeszcze czego! Następnego dnia nie zostawiliby na mnie suchej nitki. Nie mogłem pozwolić sobie na taki obciach! Co to, to nie.

Maszerowałem raźnym krokiem słysząc za sobą cały czas jego pośpieszne człapanie. Kilka razy próbował mnie dogonić, ale wtedy przyspieszałem, trzymając go na dystans paru kroków.

Gdzieś w połowie drogi  człapanie ucichło.

Ostry dźwięk klaksonu za moimi plecami wytrącił mnie z rytmu. Zatrzymałem się w pół kroku. Powoli odwróciłem głowę.

Stanąłem jak wryty!

Za mną, w odległości kilku kroków i bezgłośnie, jak pająk skradający się w kierunku schwytanej w sieć ofiary, toczyła się wielka, czarna limuzyna. Pokryta była lśniącym lakierem, mrocznym niczym dusza seryjnego mordercy, a chromowana atrapa chłodnicy z przodu błyszczała jak zimne ostrze jego noża.

Limuzyna zatrzymała się przed Adamem, który stał z kamiennym wyrazem twarzy.  Nawet nie musiałem znać rosyjskiego, żeby odgadnąć nazwę samochodu ułożoną z dziwacznych liter na przednim błotniku.

Staliśmy bowiem oko w oko z Czarną Wołgą, o której słyszeliśmy tyle przerażających historii. Ale najgorsze było to, że nic nie mogliśmy zrobić. Nic a nic. Staliśmy obaj z Adamem jak przyspawani do asfaltu i jedyne, co byliśmy w stanie uczynić, to biernie czekać na rozwój wypadków.

Minęła chyba cała wieczność, zanim Czarna Wołga przetoczyła się przede mną i przez szyby zobaczyłem jej pasażerów. Było ich pięciu. Wszyscy byli do siebie podobni do siebie, jak krople wody. Mieli czarne garnitury i krótko obcięte włosy. Wszyscy nosili ciemne okulary i palili papierosy. Dym sprawił, że całe wnętrze wyglądało, jakby skrywała je wieczorna mgła unosząca się nad moczarami.

Natomiast piąty pasażer wyglądał bardzo znajomo. Chyba mi się zdawało, ale był łudząco podobny do… ojca Adama.  Niemożliwe, pomyślałem. Co jego ojciec mógłby robić w Czarnej Wołdze?! Z pewnością mi się przywidziało. Na sto procent!

Czarna Wołga przyspieszyła z piskiem opon i po chwili stała się niewielkim punktem w oddali. Zniknęła nam z oczu. Jedynie zapach spalin świadczył o tym, że jeszcze przed chwilą tu była.

Stałem z uczuciem niedowierzania i czekałem, aż Adam zrówna się ze mną. Szedł ze spuszczoną głową i z rękami zwisającymi bezwładnie wzdłuż ciała. Mimo że jeszcze przed chwilą nie chciałem mieć z nim nic wspólnego, teraz całkowicie o tym zapomniałem. Bądź co bądź, właśnie obaj widzieliśmy Czarną Wołgę na własne oczy!

– Widziałeś? – spytałem z trudem łapiąc oddech.

Adam skinął delikatnie głową, ale nic nie powiedział.

– Czy tam… to był twój tata? – dopytywałem się.

Adam potrząsnął twierdząco swą bujną czupryną.

– Tak – powiedział bardzo cicho, wciągając głośno powietrze nosem.

I rozpłakał się. Trząsł się, jak mały psiak wyłowiony z kałuży, a dwa strumienie łez pociekły mu po policzkach. Obtarł wierzchem dłoni nos, aż na nadgarstku rozsmarowały mu się wodniste gile.

– To była Czarna Wołga – rzekł i po chwili dodał: – Dzisiaj mój tata zmieni się w potwora. Prawdziwego potwora. Zobaczysz.

Groza ścięła mi krew w żyłach. Prawdę mówiąc byłem sceptycznie nastawiony do tych wszystkich opowieści o Czarnej Wołdze, ale fakt, że powiedział to z takim przekonaniem sprawił, że już nie byłem tego taki pewny. Niczego już nie byłem pewien.

Na krzyżówce rozdzieliliśmy się i każdy z nas poszedł w kierunku swojego domu. Najlepsza część dnia! Zrzucasz z pleców tornister, wciągasz pośpiesznie obiad i wypryskujesz z domu, jak zamknięty w klatce ptak na wolność. Świat wokół ciebie jest przecież tak fascynujący! Las, rzeki i bezkresne pola. Kolory są żywe jak w odpustowym kalejdoskopie, zapachy odurzają, a dźwięki brzmią niczym porywająca do działania muzyka! Jesteś młody, energia rozsadza cię od środka, a zwariowane pomysły same ustawiają się w kolejce, żeby wyrwać się z twojej głowy. I szkoda tylko, że czas tak szybko mija i tak prędko nadchodzi wieczór! To takie niesprawiedliwe…

Po powrocie do domu czekała mnie niespodzianka. Mama stanęła przede mną i powiedziała:

– Była tu matka Adama i pytała, czy mógłbyś pomóc mu dzisiaj w odrobieniu lekcji?

Widząc moją niezbyt szczęśliwą minę, położyła mi dłoń na ramieniu i spojrzała prosto w oczy.

– Zrobisz to dla mnie? – spytała. – Proszę cię, synku.

Wzruszyłem ramionami, ale skinąłem głową, zgadzając się. W końcu, pomyślałem, robię to dla ciebie, mamo. Zrobiłbym wszystko, żebyś zawsze była taka, jak jesteś. Taka dobra! Dla ciebie, mamo, mógłbym pójść nawet do piekła i dać w mordę któremuś z diabłów. A może nawet samemu Lucyferowi!

I poszedłem. Prawdę mówiąc, moje nastawienie na pomaganie Adamowi było mniej więcej takie same, jak entuzjazm cielaka prowadzonego na rzeź. Poczekałem aż się zupełnie ściemni, żeby nikt mnie czasami nie przyuważył i niedługo potem stanąłem przed drzwiami ostatniego domu.

Powiedzieć, że było tam biednie, to jak stwierdzić, że… kaszanka to niezwykle wykwintne danie! To był zupełnie inny świat, całkowicie odmienny od tego, w którym ja żyłem. Kompletnie różny. Cały dom sprawiał wrażenia, jakby za chwilę miał się zawalić; w panujących na korytarzu ciemnościach potykałem się o jakieś porozrzucane graty. Dookoła unosił się mdlący zapach kwaszonej kapusty, moczu i zbutwiałych, zapleśniałych szmat.

Ale kiedy drzwi od kuchni się otworzyły, jeszcze nie widziałem w życiu nikogo, kto tak ucieszyłby się na mój widok. Dokładnie, jak zrobił to Adam! Porwał mnie za rękę i uśmiechnięty od ucha do ucha, zaprowadził do swego pokoju. Jego mama stała przy piecu i coś tam gotowała. Na mój widok uśmiechnęła się serdecznie i powiedziała:

– Dziękuję, Damian, że przyszedłeś. Adam nieustannie o tobie mówi. Cieszę, że jesteś jego przyjacielem. Adam nie ma tu żadnego. Nikogo.

Coś tam wymamrotałem pod nosem, chcąc wyjaśnić, że wcale nie jestem przyjacielem i przyszedłem tylko pomóc w lekcjach. Ale Adam nie dał mi dokończyć.

Pierwsze, co rzucało się w oczy to to, że cały niewielki pokój obłożony był w zabawkach. Znajdowały się dosłownie wszędzie. Na półkach, na biurku, na parapecie, pod sufitem i na podłodze. Natomiast druga rzecz była jeszcze bardziej zdumiewająca. Te wszystkie zabawki zrobione były przez Adama. Własnoręcznie! Ani jedna nie pochodziła ze sklepu. Wszystkie te samochodziki, ludziki i kolejki zrobione były z rzeczy, jakie znaleźć można na śmietniku. Tu blaszka z puszki po konserwie, jakieś połamane plastykowe kółka, kawałek szkiełka z rozbitego reflektora, wszystko to połączone drucikami i helikopter prawie jak ze sklepu modelarskiego. Muszę przyznać, że mnie zaskoczył. Zresztą nie po raz pierwszy.

Bo Adam okazał się całkiem bystry i właściwie doskonale poradziłby sobie z odrabianiem lekcji beze mnie.  Szybko się uwinęliśmy z tym przykrym obowiązkiem i ruszyliśmy do jego zabawek. Tak mnie to wciągnęło, że straciłem poczucie czasu i mama Adama zaprosiła mnie na kolację, którą zjedliśmy we trójkę. Potem znów wróciliśmy do zabawy.

Właśnie atakowałem czołgiem jego pozycje obronne, gdy nagle gdzieś z głębi domu dobiegł do moich uszu jakiś dziwny dźwięk. Coś jakby warczenie wściekłego psa. Następnie jakiś zduszony okrzyk, brzęk tłuczonego szkła i zapadła śmiertelna cisza.

Widziałem, jak skóra na twarzy Adama zrobiła się cała biała. Jak kreda. Taka do pisania po czarnej tablicy. I jak zaczął się trząść. Dygotał niczym osika na wietrze.

Znów usłyszałem to warczenie. Po chwili pośpieszny tupot, jakby ktoś uciekał. Cichy okrzyk. Zduszony szloch. A po chwili w kuchni rozległ się potężny ryk, jakby grasowały tam walczące ze sobą dzikie bestie.

Przełknąłem z trudem ślinę.

– Słyszałeś? – spytałem cicho Adama.

Nic nie odpowiedział. A właściwie nie mógł tego zrobić, bo jego broda skakała jak wtedy, kiedy człowiek wyjdzie z zimnej wody i owieje go lodowaty wiatr. Wpatrywał się w jakiś punkt podłogi, a z powiek kapały mu łzy.

Ruszyłem w kierunku drzwi. Bałem się. Nagle zapragnąłem wracać do siebie, ale i tak musiałem przejść przez kuchnię, żeby wyjść z domu.

Kiedy naciskałem klamkę, usłyszałem za sobą krzyk Adama:

– Nie idź tam. Nie teraz! Tam teraz jest potwór! Proszę cię, zostań tutaj!

Serce waliło mi jak młotem. Naparłem ciałem na drzwi i nagle znalazłem się w kuchni.

To, co zobaczyłem sprawiło, że poczułem jakby jakaś lodowata ręka złapała mnie za głowę i zaczęła ciągnąć za włosy do góry.

W kuchni istotnie był potwór!

Ojciec Adama jedną ręką trzymał jego mamę za szyję, podczas gdy drugą przykładał kuchenny nóż do oczu, charcząc jak ranny zwierz. W powietrzu unosił się kwaśny odór alkoholu.

– Teraz cię zajebię, kurwo! – bełkotał niewyraźnie. – Gówno cię obchodzi gdzie byłem i z kim! Mówiłem ci, żebyś nigdy nie wpierdalała się w moje sprawy. Zapamiętaj sobie. Przenigdy, szmato!

Oczy mamy Adama uciekły w moją stronę i pojawiło się w nich przerażenie. Niemym gestem usiłowała dać mi jakiś znak. A ja nie mogłem wykonać nawet najmniejszego ruchu.

Adam miał rację!

Czarna Wołga zmieniła jego ojca. W potwora. Najprawdziwszego!

I teraz ten potwór mnie zauważył. Odwrócił twarz w moją stronę. To była straszna twarz. Krwistoczerwona, wykrzywiona w jakimś odrażającym grymasie. Nabrzmiałe krwią, puste oczy były nieruchome jak u zepsutej lalki. Przerażające oczy.

– Kto… kto to jest, do kurwy nędzy? – potwór zapytał wbijając we mnie swój krwiożerczy wzrok.

Mama Adama z trudem wydusiła słowa przez zaciśnięte gardło:

– To jest syn leśniczego! Pomaga Adamowi w lekcjach. To jego dobry przyjaciel.

Ojciec Adama wpatrywał się we mnie bardzo długo. W końcu widać było, że gdzieś na samym dnie jego zalanego przez alkohol mózgu wykiełkowała chyba jakaś odrobinę trzeźwiejsza myśl. Jakaś kalkulacja. Jakieś wahanie.

Powolnym ruchem odłożył nóż na stół i naraz jakby uszło z niego całe powietrze. Zachwiał się na nogach i byłby upadł na podłogę, gdyby mama Adama go nie podtrzymała z boku. Kobieta zarzuciła sobie jego rękę na ramię i zaczęła holować go do pomieszczenia po przeciwnej stronie kuchni. Zorientowałem się, że tam jest sypialnia. Nie było jej kilka minut, a ja stałem wciąż oparty o framugę drzwi. Kiedy wróciła, całkowitą ciszę przerywało jedynie głośne chrapanie. Potwór zapadł w sen.

Potem Adam odprowadził mnie do furtki. Uspokoił się, ale dalej drżał jakby miał gorączkę. Było już bardzo późno. Właściwie to już była głęboka noc.

– Fajny z ciebie kumpel – powiedział na pożegnanie.

Nic nie odpowiedziałem. Ruszyłem jak najszybciej, chcąc ukryć się przed jego wzrokiem. Chciałem zapaść się pod ziemię. Zniknąć. Rozpaść na pojedyncze atomy.

A moje ciało aż płonęło z zażenowania. Gardziłem sobą za to, że jeszcze kilka godzin temu gardziłem nim. Czułem wstyd. I był to jego najgorszy rodzaj. Wstyd przed samym sobą.

Jednak w połowie drogi odwróciłem się za siebie. Stał tam dalej w świetle lampy przy furtce. Machał ręką. Do mnie.

Tak, jak macha się do przyjaciela.

Najlepszego przyjaciela.


Niedługo potem Adam znikł z naszej szkoły. Po prostu któregoś dnia się nie pojawił i już go więcej nie widzieliśmy.

Ponoć wyprowadzili się z powrotem do Katowic.

Z tego, co wiem, z nikim nie zdążył się zaprzyjaźnić.

Reklamy

39 thoughts on “Czarna Wołga

  1. Smutne…biedne są takie dzieci. Muszą szybciej dorosnąć i zostają same z tym bagnem doświadczeń. Nie przeraża mnie czarna wołga. Bardziej przerażają mnie takie domy…

    Polubione przez 1 osoba

  2. O matko! Nie wiedziałam że To wrócić może! Ta Czarna Wołga… U nas też była. Jako sensacja, opowiadana szeptem na szkolnym korytarzu i bardziej realnie gdy koleżanka W. przyniosła do szkoły pełną siatkę landrynek. Dziewczynka zwykle chodziła w podartych trampkach po starszym bracie, ale klasę zdołała delikatesem poczęstować. Później przyszła do szkoły mama W. Miała czerwoną twarz i na naszych oczach biła córkę po twarzy. Za kradzież. Był też kolega I. który obciął mi warkocz przy samej skórze. Na dywaniku u dyrektora z płaczem mówił że „Jego mama też ma długie włosy i nie może uciec, bo tata ją trzyma”…
    Czarna Wołga nadal poluje…

    Polubienie

  3. Taki wpis właściwie nie potrzebuje komentarza, bo wszyscy, którzy czytamy aż drżymy od mieszanki uczuć. Współczucie, żal, gniew … Mamy jednak szczęście, bo Twój piękny tekst to słowa. W życiu są też zapachy, dźwięki i drżący strach. I bezradność wszystkich stron. Nawet, do pewnego momentu, bezradność tego Potwora, zanim jego mózg zostanie całkiem pożarty przez alkohol. Zdarzają się dobre zakończenia nawet takich smutnych historii. Znam takie, ale zawsze potrzebny jest ktoś, kto pomoże uwikłanej rodzinie wyjść na prostą. Matce, lub ojcu podjąć trudną decyzję o separacji, czy rozwodzie, dla dobra dziecka. Które jak napisałeś niestety najczęściej jest samotne.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Zgadza się… Już to pisałem w odpowiedzi do innego komentarza, że spiritus movens wszystkich rodzinnych tragedii jest właśnie ten… nieszczęsny spirytus! Dziękuję za komentarz i zapraszam do przeczytania innych moich wpisów! 🙂

      Polubienie

    1. Jesteś tu mile widziany! 🙂 A jeśli chodzi o wino…. to ostatnio czerwone Pirosmani! 🙂 Stąd ten post o Niko (Milion Szkarłatnych róż) 🙂 U mnie wino nie tylko idzie w parze z czytaniem, ale i z…pisaniem. Pozdrawiam!

      Polubienie

  4. Pewnie wiesz, jak wygląda dziecko zapatrzone w telewizor: wybałuszone oczy, otwarta buzia, a wokół może się palić i walić. Tak właśnie ja czytałam ten tekst. Pisz książki – będę pierwsza w kolejce do kupna. „Czarna wołga porywa dzieci” – to jedno z haseł mojego dzieciństwa, ale okazuje się że dorosłość nie jest ucieczką od czarnej wołgi. I tak jak z tą miejską legendą – każdy ma swoją wersję…

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dziękuję! Dokładnie, zwykle straszymy się jakimiś bajkowymi stworami, a okazuje się, że największym potworem jest… człowiek 😦 Zapraszam do innych moich wpisów. Mam nadzieję, że się spodobają 🙂

      Polubienie

  5. Nie ma nic gorszego od alkoholu, który z każdego potrafi zrobić diabła. Ktoś powie -przemoc jest gorsza. Ale z przemocą jest tak, że najczęściej chodzi w parze z alkoholem. Pięknie napisałeś te historię, czyta się z zapartym tchem, a.na dodatek tak bardzo zmusza do myślenia

    Polubione przez 1 osoba

    1. Mam nadzieję, że udało mi się to jakoś pokazać, że głównym bohaterem tej historii jest ktoś zupełnie inny… Nie jest o ani żadna osoba, ani ten mityczny samochód. To jest alkohol! Wszystkie domowe tragedie, o których słyszałem zawsze, ale to zawsze miały swoje źródło w… alkoholu 😦

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s