Czy wiecie, o co chciałbym prosić Złotą Rybkę?

A Wy? Jakie mielibyście życzenie, gdyby jakimś cudem dane Wam było złowić Złotą Rybkę? Oczywiście mam na myśli takie na miarę możliwości tego małego zmiennocieplnego kręgowca. Dowolne, ale spełnialne. No, bo jeśli ktoś o fizjonomii dajmy na to Ryszarda Kalisza chciałby nagle wyglądać jak, powiedzmy, Emily Ratajkowski, to myślę, że Rybka mogłaby się wtedy nieźle wkurwić i żegnajcie marzenia! No… no… senkju… Go fuck yourself, man!

Zawsze o tym myślę, kiedy jestem w kinie. W multikinie gwoli ścisłości! Bo teraz już nie ma kin. Ostatnie, jakie gdzieś jeszcze przetrwały zamieniają w dyskonty. W sumie co się dziwisz, człowieku? Jaki popyt, taka podaż. Jaki towar, tacy klienci.

A ja oddałbym wszystko, żeby jeszcze raz poczuć się tak, jak czułem się wtedy. Wiele lat temu, kiedy widok ogłoszenia o nadchodzącym seansie filmowym przylepionego do słupa energetycznego stojącego tuż przy wejściu do Wiejskiego Ośrodka Kultury w Koniowie sprawiał, że przez kilka kolejnych dni moje serce pracowało na podwyższonych obrotach. Czekałem z niezaspokojoną niecierpliwością, a moja wrodzona łapczywość była wystawiana na wielką próbę! W sumie, to oczekiwanie było najlepsze z tego wszystkiego. Czasami lepsze niż sam film. W zasadzie, bardzo często tak było.

Ale nie tamtym razem. Tamtego niedzielnego popołudnia już od kilku godzin czekałem wraz z kilkoma chłopakami siedząc w cieniu na schodach świetlicy. Z nieba spływał żar, nawet omdlałe od upału ptaki nie miały siły latać i ukryte przed słońcem oczekiwały nadejścia nocy. Byliśmy spragnieni, upoceni, ale z wielką uwagą nasłuchiwaliśmy znajomego dźwięku.

W końcu upragniony odgłos zaczął narastać i po chwili pod budynek świetlicy zajeżdżała pomalowana na błękitny kolor furgonetka marki Nysa. A kiedy wysiadł z niej kierowca w towarzystwie długonogiej blondynki wiedziałem już, że zapowiada się wyjątkowy wieczór.

Facet miał na imię Roman i był właścicielem objazdowego kina, które mieściło się w jego furgonetce znanej chyba każdemu dzieciakowi w całej gminie Trzebnica. Roman był niski, szeroki w ramionach, a na całe kino składały się dwa wiecznie psujące projektory, para głośników, zwinięty w rulon ekran, maszynka do przewijania filmów oraz kilka blaszanych pudełek z filmami. Nosił kowbojskie buty, niebieskie dżinsy, skórzaną kurtkę  i przypominał mi trochę Elvisa Presleya. Bardzo się irytował, gdy zwracaliśmy się do niego „na pan”. Miał starannie zaczesaną grzywkę, ale co było najważniejsze – pojawiał się z najnowszymi filmami, które, jak się chwalił, osobiście i z narażeniem życia przemycał z zagranicy. Nigdy też nie pytał się o wiek widzów i w jego kinie obowiązywała tylko jedna reguła: „płacisz – wchodzisz”. Dzięki niemu można było obejrzeć filmy przeznaczone dla dorosłych, na które w normalnym kinie wpuszczano tylko po okazaniu dowodu osobistego.

Za każdym razem, kiedy Roman się pojawiał, przywoził ze sobą inną dziewczynę, która zwykle pełniła rolę bileterki. Tym razem była to wysoka dziewczyna ubrana w obcisłą bluzeczkę z głębokim dekoltem i skąpą minispódniczkę. Sprawiała wrażenie śmiertelnie znudzonej, a jej nadąsane wargi wyglądały, jakby zostały pogryzione przez osy. Słyszałem, jak mówił do niej per „Andżela”.

Przy pomocy błyskawicznie gromadzących się widzów, Roman sprawnie rozstawił sprzęt w na świetlicy, gdzie zostało kilka rzędów krzeseł po jakimś zebraniu. Reszta, dla których nie wystarczyło miejsc, usiadła na podłodze, albo na szerokich parapetach pod oknami. Ale nikt nie narzekał. Nikomu nie przyszłoby to nawet do głowy! W międzyczasie Elvis przykleił wielki plakat z koślawo narysowanym myśliwcem F–14, zapewne własnoręcznie przez niego, zapraszając na film pod nic niemówiącym tytułem „Top Gun”. Na koniec ustawił w wejściu niewielki stolik, przy którym Andżela zaczęła sprzedawać małe karteczki z ręcznie wypisaną ceną i kasowała pieniądze, chowając je do pustej puszki po filmie.

Miałem wyjątkowe szczęście i udało mi się usiąść w pierwszym rzędzie. A kiedy rolety zostały opuszczone i z charczących głośników popłynęła muzyka zwiastująca początek filmu, ogarnęła mnie całkowita ekstaza. Siedziałem z otwartymi szeroko oczami i całym sobą chłonąłem pojawiające się przede mną obrazy śmigających nisko odrzutowców nad umykającą w szalonym pędzie pustynią, zaciekłe walki powietrzne oraz jaśniejsze niż słońce wybuchy eksplodujących pocisków.

To było coś niesamowitego i byłem pewien, że nie ma takich słów na świecie, które mogłyby oddać to, co wtedy czułem. Ostre, gitarowe dźwięki napełniały moje ciało ekscytującymi wibracjami, a niezrozumiałe słowa wzywały do działania i były obietnicą, że wystarczy tylko chcieć, a świat pełen nowoczesnych samolotów, szybkich motocykli, wiecznego słońca oraz pięknych kobiet, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Nie wiem, ile dokładnie trwał ten film, ale były to najwspanialsze godziny w moim życiu. Po skończonym seansie długo siedziałem na swoim miejscu, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że sala kompletnie opustoszała i Roman właśnie pakował sprzęt z powrotem do furgonetki. Po jakimś czasie słyszałem jak woła Andżelę do samochodu, drzwi zamknęły się z suchym trzaskiem i Nysa odjechała z charakterystycznym warkotem silnika. Zapadła cisza. Ja jednak wciąż słyszałem w głowie tamtą muzykę i nawet stęchłe powietrze w Domu Kultury miało jakby zupełnie inny zapach – miałem wrażenie, że wyczuwam ostry zapach spalonej nafty lotniczej.

Kiedy wychodziłem z sali, był już zachód słońca i ceglane domy wokół tonęły w pomarańczowym świetle. Nagle cała wieś wydała mi się tak żałośnie prowincjonalna, że idąc szosą w kierunku domu wiedziałem już, że moje miejsce jest gdzieś indziej. Nie miałem pojęcia kiedy, ale pewnego dnia wyjadę stąd i więcej nie powrócę. Dzisiejszego popołudnia poznałem bowiem inny świat, do którego, o czym byłem absolutnie pewny, całkowicie należałem i który oferował wszystko to, co było dla mnie ważne. Czułem się, jakbym był głównym bohaterem z tego filmu, nawet podobnie poruszałem się z lekko wymuszonym wysiłkiem i wykrzywiałem wargi szczerząc zęby w identycznym, jak mi się zdawało, kpiącym uśmiechu. Na Boga, byłem przecież nim!

Czułem to całym ciałem oraz wszystkimi zmysłami i pamiętam, że w tamtej chwili nic innego dla mnie się nie liczyło.

Nigdy więcej już tak się nie poczułem.

Po żadnym później seansie.

Co ty na to, Rybko?

Czy już wiesz, jakie jest moje życzenie?

p.s.

Kilka lat później, już w czasach liceum, jedna dziewczyna, na której mi nawet zależało, szeptała mi do ucha, że mam uśmiech podobny do Toma Cruise. I że to ją we mnie najbardziej kręci…

Czyżby to Twoja sprawka, Rybko?

19 thoughts on “Talk to me, Goose! – czyli magia kina w Koniowie

  1. Dobry wpis! Moja pierwsza (jakże przebiegła) myśl – o co prosiłabym złotą rybkę.. o kolejne 3 życzenia? 😀

    A tak serio, to ja z kolei marzę o kinach samochodowych i pick upach, jak na american dream! Takich najlepiej blisko lasu i pod gwieździstym niebem… 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Nie cierpię tej piosenki z Top Gun. Wszystko przez dworzec PKP w Krakowie. Przez wiele lat, czekając tam codziennie na pociąg, byłem nią katowany niemiłosiernie (leciała z głośników „celem uprzyjemnienia pasażerom oczekiwania na pociąg”) 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s