Pewnego mroźnego grudniowego poranka moje życie zmieniło się!

Na zawsze.

Rzekłbym nawet: Für immer! 

Siedziałem i patrzyłem z wybałuszonymi oczami, jak na ekranie telewizora łysy generał w dużych okularach odczytywał coś z leżących przed nim kartek. Miał na sobie mundur z mnóstwem dziwnych odznaczeń na piersi, siedział sztywno i był tak wyprostowany, jakby właśnie połknął kij od szczotki. Jego głos był strasznie monotonny i za każdym razem, kiedy kończył zdanie, wykrzywiał wargi w nieszczerym grymasie.

Generał długo mówił o jakimś tajemniczym zagrożeniu, wiszącej od dawna katastrofie i czekającym nas wszystkich głodzie oraz nędzy. Słuchałem go uważnie z przyspieszonym biciem serca. Przykuł całkowicie moją uwagę. Jak magnes. Chłonąłem każde jego słowo i czekałem, kiedy nazwie wroga po imieniu. Jak każdy urodzony żołnierz wychowany na serialu o dzielnej załodze czołgu Rudy i jej wiernym psie Szariku, nie miałem najmniejszych wątpliwości, kogo generał ma na myśli.

Niemcy!

No jasne, pomyślałem. Wszystko się zgadzało. Ten zbójecki kraj od zawsze napadał na Polskę, więc zapewne i tak będzie tym razem. I nie miał najmniejszego znaczenia fakt, że jak powszechnie mówiono – są dobrzy Niemcy z NRD i faszyści z NRF. W mojej głowie obraz Niemca został ukształtowany na podstawie fragmentów kronik pokazujących grupę żołnierzy wyłamujących polski szlaban i widok nurkujących sztukasów z piekielnym rykiem syren.

Szczerze nienawidziłem Niemców za to, że jakimś fatalnym zbiegiem okoliczności graniczyli z nami od zachodu i byliśmy na siebie skazani. Widok niemieckiego krzyża i czarnego orła wywoływał we mnie obrzydzenie. Nie to, co nasz piękny, czysty, biały orzeł, z dumnie rozpostartymi skrzydłami. Zresztą, nie byłem odosobniony w swoich uczuciach – nikt z nas nigdy nie chciał być niemcem (jakoś nie mogę pogodzić się, żeby ten wyraz pisać z wielkiej litery 🙂 )podczas zabawy w wojnę.

Natomiast zawsze byłem pod wrażeniem niemieckiego uzbrojenia. Nawet takie nazwy, jak: leopard, fantom czy tornado budziły respekt i pobudzały moją wyobraźnię, wywołując uczucie zazdrości. Przy nich nasze T-55, MiGi–21 bądź Su–20 brzmiały po prostu nijako. Mało ekscytująco. Tak beznadziejnie zwyczajnie.

W miarę, jak generał utwierdzał mnie w przekonaniu, co do słuszności mojego założenia, coraz bardziej popuszczałem wodze fantazji. Nie miałem wątpliwości, że będzie to długa i ciężka wojna. Zapewne na początku agresor będzie odnosił błyskawiczne sukcesy, jak to było podczas ostatniej wojny, ale w końcu zostanie pokonany w wyniku zakrojonej na szeroką skalę ofensywy naszych wojsk.

Trochę niepokoił mnie fakt, że skoro mieszkaliśmy na Dolnym Śląsku, który leżał najbliżej Niemiec, to przez jakiś czas będziemy musieli cierpieć pod niemiecką okupacją. I nagle poczułem, że robi mi się gorąco a włoski na karku stają mi dęba.

Uff, wypuściłem głośno powietrze. Że też wcześniej o tym nie pomyślałem! To przecież doskonale się składa, powiedziałem do siebie w myślach, że znajdziemy się na terenie zajętym przez wojska okupanta.

Wyobraziłem sobie nagle, że tata, jako zawodowy myśliwy będzie dowódcą partyzanckiego oddziału wraz ze swym sprytnym i przebiegłym pomocnikiem; nasz dom stanie się bazą wypadową; a mama będzie prowadziła polową kuchnię i zostanie sanitariuszką opatrującą rannych. Trochę zmartwiłem się na myśl, że będzie miała strasznie dużo roboty, ale cóż – wojna to wojna.

Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Wyobraziłem sobie, jak napadamy na niemieckie transporty z bronią, wysadzamy pociągi i wyzwalamy okoliczne wsie i miasteczka. A kiedy ruszy ofensywa, zostaniemy wcieleni do wojska i pogonimy Niemców z powrotem do Berlina. Po zwycięstwie odbędzie się uroczysta defilada, ja z tatą będziemy maszerować na jej czele, obwieszeni orderami. A potem wrócimy do domu, gdzie będzie czekała na nas mama…

I wtedy generał, który chyba zbliżał się do końca przemówienia, oznajmił o wprowadzeniu stanu wojennego na terenie całego kraju.

Kompletnie nic z tego nie rozumiałem, a nawet doznałem uczucia lekkiego zawodu, kiedy naraz uświadomiłem sobie, że chyba nie będzie to wojna, jaką właśnie wyobrażałem sobie, czy też znałem z filmów lub z opowieści Dziadka Karbownika.

Prawdziwa wojna, na jaką od dawna liczyłem. Co więcej, muszę się przyznać, że często leżąc już w łóżku modliłem się do Pana Boga, żeby wreszcie wybuchła. Nigdy nie przyznałem się do tego mamie. Jak ją znałem, z pewnością nie pochwalałaby tego.

Następnego dnia mama wysłała mnie do sklepu. Po chleb. Pewnie pomyślicie sobie, co w tym takiego dziwnego? Cóż to za wyczyn, kupić chleb? Jedziesz do sklepu, wybierasz bochenek, albo dwa z półek przeznaczonych na pieczywo, płacisz i gotowe. Każdy głupi potrafi!

Ale czy ja czasem nie wspominałem, że akcja dzieje się na początku lat osiemdziesiątych. Dwudziestego wieku. I jeszcze do tego ten nieszczęsny stan wojenny!

Otóż z tym chlebem to wcale nie była taka prosta sprawa. Bowiem w tamtym czasie chleb był na zapisy! Każdej rodzinie przypadała na głowę określona ilość bochenków w tygodniu. Do końca nie wiem, na podstawie jakiego algorytmu ktoś ustalił, że nasza rodzina powinna zjadać siedem bochenków. Dostawa trzy razy w tygodniu. Dwa w poniedziałek, dwa w środę i trzy w piątek. Aż trzy, bo to weekend, czaicie? Na pięć osób!

Ale kupowanie chleba to też nie była bułka z masłem. Teoretycznie sklep był czynny od rana do późnego popołudnia, ale każdy wiedział, że nie ma sensu jechać tam przed południem. To znaczy trzeba było jechać z samego rana, żeby zająć sobie kolejkę u pani Irki. Pani Irka bardzo mnie lubiła i ciągle paliła papierosy. Jeden za drugim. Potem można było iść do domu i przyjechać ponownie, kiedy przyjedzie Zaopatrzenie. Ale kiedy ono przyjedzie, tego nawet najstarsi mieszkańcy Koniowa nie potrafili określić. Swego czasu był jeden człowiek, który twierdził, że od kiedy trafił go piorun, jak wracał w nocy z grzybów, potrafi z dokładnością co do minuty przewidzieć dostawę do sklepu. Niezwykle mnie fascynował. Zostać trzepniętym przez piorun to było coś naprawdę niesamowitego! Dziadek Karbownik powiedział kiedyś do mnie, że odkąd go zna, tamten zawsze opowiadał głupoty.

Tak więc po raz pierwszy pojechałem swoim rowerkiem marki Reksio z samego rana, żeby zająć kolejkę. Nikogo jeszcze nie było, ale okazało się, że jestem już szesnasty. Niezły wynik! Ale jeszcze nigdy nie udało mi się zejść poniżej pierwszej dziesiątki. Drugi raz mama wysłała mnie jakieś trzy godziny później. Zawsze fascynowało mnie, jak pokazując na wiszącym na ścianie w kuchni zegarze, próbowała określić idealny moment wyjazdu. No, bo skoro – mówiła – samochód wyjeżdża z piekarni w Trzebnicy około szóstej rano, potem zatrzymuje się po drodze w Szczytkowicach, Komarowie, Biedaszkowie i Ujeźdźcu Wielkim, to właśnie powinien już docierać do naszego sklepu.

Trafiła idealnie. W chwili, kiedy hamowałem przed sklepem, szara furgonetka marki żuk właśnie zajeżdżała pod sklep. Ale myliłby się ten, kto myślałby, że od tego momentu zdobywanie chleba szło już gładko. Najpierw trzeba było poczekać aż kierowca opowie pani Irce czego dowiedział się po drodze, a pani Irka opowie mu, co wydarzyło się od piątku. Potem odbywało się tak zwane „przyjęcie towaru”, potem kierowca i pani Irka wypalili papierosy przed sklepem, potem wrócili do środka, żeby wypełnić jakieś papiery. Następnie znów papieros, wystawienie zamówienia na następną dostawę, kolejny papieros i w końcu następowała sprzedaż, poprzedzona „wystawieniem towaru”. W międzyczasie oczywiście papieros.

Koniec końców, tak gdzieś koło obiadu odebrałem nasze oba bochenki chleba. Czułem się, jakbym przeszedł co najmniej przez linię frontu podczas ostrzału armatniego. Raźno pedałowałem w kierunku domu. Wystający z torby na kierownicy chleb aż odurzał swym cudownym aromatem.

Jak się później okazało ten zapach był przyczyną naszej zguby…

Zasuwając rowerkiem niczym Dżamolidin Abdużaparow dojechałem do krzyżówki, gdzie skręcało się do naszej leśniczówki i o mało nie wpakowałem się pod potężny autokar. Nigdy jeszcze takiego nie widziałem! Był ogromny. Dwupiętrowy. Tak nowoczesny, że na tej polnej drodze wyglądał niczym statek kosmiczny należący do jakiejś niezwykle zaawansowanej cywilizacji obcych. Na lśniącej atrapie pomiędzy wąskimi reflektorami wytłoczone litery układały się brzmiącą dziwacznie nazwę: Neoplan.

Po chwili automatyczne drzwi otworzyły się z sykiem i zaczęli wysiadać z niego jacyś ludzie. Takich też nigdy nie widziałem! Wszyscy mężczyźni byli do siebie podobni. Jak bracia. Byli starzy, mieli takie same szare kurtki i zielonkawe spodnie. I wszyscy mieli na szyi przewieszone aparaty fotograficzne. Kobiety też wyglądały, jakby były bliźniaczkami. Wszystkie miały takie same fryzury. I kolor włosów. Srebrny.

Część z nich zaczęła fotografować wszystko dookoła, natomiast większość obstąpiła mnie kołem i zaczęli coś do mnie mówić w obcym języku. Obcym, a jednocześnie jakby dobrze znajomym.

Stałem jak wryty.

To, co do mnie dotarło sprawiło, że w jednej chwili umarłem i czułem, jak zamieniam się w zombie. Cała krew odpłynęła mi z głowy, potem z tułowia i spłynęła do nóg, które stały się ciężkie niczym z ołowiu, dosłownie przykuwając mnie do ziemi. Moje serce załopotało spazmatycznie i chyba ostatecznie przestało bić. Dobrze, że trzymałem się kierownicy, bo pewnie padłbym na pokryty śniegiem asfalt.

Stałem bowiem oko w oko z Niemcami. Sam naprzeciw nim. Samotny. I tylko jedna, jedyna myśl kołatała się w mojej głowie – od teraz wszystko się zmieni. Na zawsze.

Ale widocznie nie chcieli mnie zastrzelić. Jeszcze nie. Nie usłyszałem tych charakterystycznych słów, które na filmach cięły powietrze jak wystrzał z karabinu: Hände hoch! Ani tego niby dobrotliwie brzmiącego: Los!… los!.

Zamiast tego uśmiechali się do mnie. I coś pokazywali sobie palcami. I kręcili głowami. I mlaskali. I cmokali. I bez przerwy coś do mnie mówili. Jakby, o coś pytali. Zrozumiałem, że chyba chodzi im o chleb. Niepewnie skinąłem głową. Ale nie spuszczałem ich z oczu.

Jakby tylko na to czekali. Jedna pani schwyciła chleb i urwała z niego spory kawałek. Wsadziła sobie go w usta i zaczęła gryźć, wywracając oczami z niewysłowionej rozkoszy. Coś powiedziała do innych i po chwili wiele rąk wyciągnęło się w moim kierunku. Każdy rwał po kawałku, wpychał do buzi i mówił coś jakby:

– Ja… Ja. Das ist sehr gutes Brot!  Echt Brot!

Po chwili oba chleby zniknęły. Ktoś jeszcze coś powiedział, czyjaś ręka pogłaskała mnie po głowie, ktoś się uśmiechnął i po chwili cała grupa zostawiwszy autokar na skrzyżowaniu, udała się w kierunku stawów.

Nagle, jak w jednej chwili umarłem, tak błyskawicznie narodziłem się na nowo. Krew uderzyła mi do głowy, zrobiło mi się gorąco, a moje serce ożyło jak topielec po sztucznym oddychaniu. Jedyne, czego pragnąłem, to jak najszybciej znaleźć się w domu. Wskoczyłem na rowerek i mocno pracując nogami, kręciłem zapamiętale jakby mnie ktoś gonił.

Kiedy wszedłem do kuchni, wszyscy od razu wiedzieli, że stało się coś niedobrego. W ręku trzymałem pustą torbę, a oczy jeszcze wciąż wychodziły mi z orbit. Dyszałem jak rozpędzona lokomotywa.

– Co się stało? – spytała mama. – Gdzie jest chleb?

Miałem łzy w oczach. Moje wargi wciąż drżały, kiedy wypowiadałem słowa:

– Niemcy mi ukradli!

Mama westchnęła i nakryła dłonią usta, jak robią to kobiety, kiedy czegoś się przestraszą.

Tata, który właśnie zaczynał jeść zupę przy stole i czekał na chleb, odłożył łyżkę z rezygnacją.

Dziadek Karbownik, który sześć lat pracował podczas wojny u bauera, zacisnął z bezsilności pięści.

Widziałem,  jak pobielały mu kostki palców.

 


Oświadczenie: Tytułowe zdjęcie pochodzi z filmu „Dead Snow” (2009) http://www.deadsnow.com/; dystrybucja polska Monolith Films i zostało użyte tylko i wyłącznie jako ilustracja do niniejszego wpisu na blogu. Wszystkie symbole nazistowskie służą jedynie jako środek artystycznego wyrazu, a intencją autora nie było i nie jest propagowanie żadnych treści oraz ideologii faszystowskich. Wprost przeciwnie.

23 thoughts on “Dlaczego Niemcy kradną polski chleb?

  1. Zaczęłam sobie porcjować Twoje opowiadania, bo piszesz rzadko. Nie chcę następne dwa tygodnie być głodna czytania. A właśnie! W kwestii głodu… Ale bym zjadła takiego świeżego chleba! Najlepiej ze smalcem i solą 🙂

    Polubione przez 1 osoba

      1. Nutrie najlepsze są w postaci kiełbasy 🙂 Jasne że jadłam. Winniczki też jadłam, łapałam raki (amerykany) i próbowałam czy wilcza jagoda mnie otruje. Robiłam surówkę z kłączy tataraku i wiem jak się parzy herbatkę z błyskoporka brzozowego 🙂 Nie wiem tylko po jaką cholerę takie świństwo pić jak można piwo kupić 😉

        Polubione przez 1 osoba

  2. Hahaha! Uśmiałam się do rozpuku 🙂 Pamiętam jak mnie wysłali po cukier na kartki. Minęło parę godzin, a mnie wciąż nie było więc wystraszeni wyruszyli na poszukiwania. A ja -nieśmiałe stworzenie – co nadchodziła moja kolej, pędziłam na koniec kolejki

    Polubione przez 1 osoba

  3. ile wspomnien ożyło
    ..i ten smak chleba.
    tamtego chleba duzego okrągłego ..dzis takiego nie ma w sklepach.
    i ta Pani Irenka..kiedys z taka Panią każdy się liczył i szanował..dziś jest nieco inczej.ciekawe jakie zawody współczesne zostaną tak samo zdegradowane..choc mam wrażenie ze stanowisko urzednika powoli traci swoja wielkość- nareszcie.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s