Jestem szczęściarzem!

Niestety, przez większą część roku o tym zapominam. Tak jest. Właściwie od początku jesieni do końca wiosny nigdy o tym nie pamiętam. Bo obiektywnie rzecz biorąc, nie mogę uważać się za człowieka nieszczęśliwego. Nie powinienem nawet tak mówić. Co więcej, nie wolno mi wcale tak myśleć! Po prostu nie mam do tego prawa.

Jestem człowiekiem, który powinien chodzić do kościoła wcale nie po to, żeby o coś prosić, lecz wyłącznie po to, aby dziękować. Za wszystko. Za spokój. Za spełnione marzenia. Za rodzinę. Za pracę. Za zdrowie dzieci. Za obie ręce. I obie nogi. I za to jeszcze, że już nic nie muszę. Nie muszę udawać kogoś innego. Nie muszę się napinać, niczego udowadniać i robić z siebie debila, żeby zasłużyć na czyjeś względy. Mam ten rzadki komfort, że mogę być sobą. Tak po prostu. Bo kiedy spaceruję, to jedynym moim celem jest spacer. Kiedy zaś jem, to myślę wyłącznie o smaku. A gdy piję, to tylko piję.

Dlaczego więc tak często o tym zapominam?

To wszystko przez słońce. A raczej jego brak. To śmieszne, że nasze poczucie szczęścia zależy od czegoś, czego nawet nie ma! To znaczy jest tylko wtedy, kiedy się porusza. Szybko porusza. Właściwie zasuwa najszybciej, jak się tylko da. Z prędkością światła. Szybciej już nie można. Przynajmniej tyle wiemy na chwilę obecną. Prawdę mówiąc, jest to niezwykle przygnębiające, że taki wpływ na nasze życie mają jakieś tam żałosne cząstki! Jakieś tycie fotony. Aż się wierzyć nie chce…

Ale jest jedno miejsce na tej Ziemi, gdzie przypominam sobie, jakim jestem szczęściarzem. Bez kitu!

Playa de las Vistas. Południowo-zachodni narożnik Teneryfy. Najdalej wysunięta część wyspy. Dalej już tylko bezkresny horyzont. I woda. Mnóstwo wody. Aż do samej Brazylii.

Jestem szczęściarzem, bo mam młodszą siostrę. Kochaną siostrzyczkę, którą uwielbiam za wszystko, ale najbardziej za to, że wiele lat temu przeprowadziła się na Teneryfę. Lepiej wybrać nie mogła! No, bo gdyby zdecydowała się na inną wyspę – dajmy na to taką Islandię – wtedy… no cóż… nasze bratersko-siostrzane uczucie wystawione zostałoby na ciężką próbę. Lodowce, śniegi i piździawa przez cały rok? Por favor, hermana!

Jestem szczęściarzem, bo mam piękną żonę. I atrakcyjną. Widzę to codziennie w spojrzeniach facetów na ulicach. I tu na plaży.  Pomimo dwóch porodów, jej ciało wciąż wygląda jak wtedy, kiedy się w niej zakochałem. Nic się nie zmienia. Zastanawiam się, ile to już lat? Piętnaście? Nie, szesnaście. Co roku to samo uczucie. Powtarzające się déjà vu! Widząc, jak stoi na samym brzegu plaży, a łagodne fale delikatnie omywają jej stopy, mam wrażenie, że czas zatrzymał się w miejscu. Mógłbym tak leżeć, jak robię to teraz w cieniu parasola i patrzeć bez przerwy. Na nią. Do końca świata.

Jestem szczęściarzem, bo dane mi było doświadczyć prawdziwego cudu. Cudu narodzin. I to dwa razy! Bo czyż można to nazwać inaczej, jak nie cudem, kiedy przecinasz pępowinę, a potem bierzesz w dłonie to małe, drżące ciałko i cały czas zachodzisz w głowę, jak to wszystko jest możliwe? Że wcześniej nie ma zupełnie nic, a potem nagle pojawia się człowiek. Taki prawdziwy. Taki realny, że już bardziej się nie da. I tylko oczy szczypią, jakby ktoś nasypał ci soli pod powieki.

A teraz z tych ciałek wyrosły wspaniałe dzieci. Twoje dzieci. Właśnie biegają wzdłuż plaży, z nosami przy ziemi, szukając muszelek. Rozwrzeszczane. Rozbrykane. I opalone. Jak smotruszki.  Właśnie uświadamiam sobie, że widzę córkę taką jak teraz chyba po raz ostatni. Za rok lub dwa zacznie zmieniać się w kobietę i stopniowo żyć własnym życiem. Normalna kolej rzeczy. Trzeba będzie do tego przywyknąć. Nie ma na to żadnej rady.

Natomiast synek jeszcze długo będzie pozwalał ci podróżować w czasie. Jest niemal dokładną kopią ciebie samego i kiedy patrzysz na niego, to tak, jakbyś patrzył na siebie. Z tym, że trzydzieści pięć lat temu. Czyż to nie jest cud? Prawdziwy cud?

W ogóle plaża to bardzo specyficzne miejsce. Chyba jedyne na ziemi, gdzie można powiedzieć, że wszyscy są szczęśliwi. Kilka tysięcy ludzi. Sami szczęściarze. Prawdziwa kumulacja.

Jak ten chłopiec grający w frisbee razem z mamą i tatą. Rozłożyli się niedaleko nas i sądząc po akcencie, pochodzą gdzieś z zachodniej Anglii. A może z Walii? Chłopiec ma na oko jakieś dziesięć lat, jego ojciec nie grzeszy urodą, natomiast matka ma całkiem kształtne piersi. Jak prawie połowa kobiet na tej plaży opala się topless i widać, że nie ma z tym żadnego problemu. Dzieciak jest przeszczęśliwy. Pewnie w domu, gdzieś w jakiejś mieścinie o dziwacznej nazwie Cefn-Coed-Y-Cymmer lub Penrhyndeudraeth nigdy nie mają dla siebie tyle czasu.

A koleś za mną? Ten to dopiero szczęściarz! Ma wszystko, czego może pragnąć każdy facet. I jeżeli któryś mówi inaczej, to zwyczajnie łże jak pies!

Ma bowiem wspaniale wyrzeźbione ciało. I jakieś sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Idealny BMI. Do tego ma kwadratową szczękę i budzący zazdrość kaloryfer na brzuchu. Ma jakieś czterdzieści lat, więc musi mieć też i pieniądze. Obłędne pieniądze. Urodzony zwycięzca. Taki, który do wszystkiego w życiu doszedł sam. Nie jakiś tam synalek bogatego tatusia lub bieda-biznesmen. Widać to w sposobie, w jaki się porusza, gestykuluje i patrzy. Mówi perfekcyjnym angielskim, ale trudno odgadnąć skąd pochodzi. Zbyt opalony na Angola i ma też zbyt europejski wygląd, jak na mieszańca urodzonego gdzieś na jakimś zadupiu w byłych koloniach. Obstawiałbym RPA.

Ale ma coś jeszcze. Coś, co jest niezbitym dowodem, że facet wygrał życie. Prawdziwy as w rękawie.

Jego kobieta.

Nie ma takich słów, którymi dałoby się ją opisać. Wygląda, jakby jakiś genialny rzeźbiarz poskładał ją z najlepszych kawałków, które starannie wyselekcjonował w różnych częściach świata. Błękitne oczy ze Skandynawii, perfekcyjne ciało z Karaibów, z Indii twarz o nieco orientalnych rysach, hebanowe włosy z Mahrebu, a żar w jej spojrzeniu z pewnością pochodził z którejś z miliarda gwiazd na niebie. Jedyna taka kombinacja. Piorunica jest tak piękna, że aż strach…

Widać również, że oprócz zewnętrznego piękna, musi łączyć ich coś więcej. Coś, co sprawia, że jemu drżą palce, kiedy rozciera delikatnymi ruchami olejek do opalania na jej brązowym ciele. Powolne, koliste ruchy, jakby nie chciał pominąć żadnej komórki na jej skórze. Widać to również w sposobie, w jaki na siebie patrzą, dotykają się i wtuleni w siebie, szepczą sobie do uszu. I widać to też w tym, jak kompletnie ignorują obecność innych. Jakby byli jedynymi ludźmi na tej plaży. Sami na całej planecie.

Żona kładzie się obok mnie na ręczniku. Jej mokre ciało całe pokryte jest kropelkami wody i ziarenkami piasku. Pachnie wiatrem i oceanem. Dzieciaki dalej buszują w wodzie.

– Widać, że on ją bardzo kocha – mówi, jakby do siebie i wystawia twarz do słońca.

Ona też zauważyła.

Czyżbym wyczuł jakąś ledwie uchwytną oskarżycielską nutkę? Ale może mi się zdawało…

Kobieta mojego nowego kolegi postanowiła chyba trochę popływać, bo podniosła się i zaczęła nakładać górę od bikini. A nie był to byle jaki strój kąpielowy. Żadna chińszczyzna, czy taki – todo 5 euro. Jak wszystko, co miała na sobie było z najwyższej półki. Najdroższe. Po chwili przeszła na wyciągnięcie ręki obok mnie, obsypując moją twarz rozpalonym piaskiem z jej stóp. Stanęła po kolana w wodzie, sprawdziła ręką temperaturę i czekając na nadbiegającą falę, rzuciła się przed siebie. Chwilę potem wynurzyła się kilkanaście metrów dalej. I znów zanurkowała.

Do moich uszu dobiegł głos dzwoniącej komórki. Odwróciłem głowę. Mężczyzna za mną włożył rękę do plażowej torby i wyciągnął telefon. Odebrał rozmowę i przyłożył do ucha.

Hi, honey – powiedział, uśmiechając się szeroko.

Plażowy gwar zagłuszał jego słowa, ale zrozumiałem prawie wszystko z tego, co mówił. Nie trzeba mieć dużego stażu, żeby od razu domyślić się, z kim rozmawia po drugiej stronie.

Że negocjacje przedłużyły się o jeden dzień, że kontrakt wisi na włosku, i że martwi się o swoją przyszłość. I o to, czy będzie jego, ją – czyli żonę – i dzieci stać na dalsze życie na takim poziomie. Światowy kryzys nikogo nie oszczędza. Ale jest dobrej myśli. Jutro wraca. Pierwszym samolotem. Niech nie czeka na niego na lotnisku. Po co się ma fatygować. Weźmie taksówkę. Jeszcze kilkanaście godzin i będą razem. Nie może się doczekać, żeby ją zobaczyć. I dzieciaki.

Na zakończenie powiedział:

I love you, honey, too – a po chwili dodał: – Miss you much! Kiss you. And kids, too!

Rozłączył się. Odłożył komórkę i pomachał ręką do pięknej kobiety, która właśnie wynurzyła się z wody. Po chwili również postanowił popływać. Przechodząc obok mnie spytał, czy zerknę na ich rzeczy.

Skinąłem głową i opierając się na łokciach, obserwowałem z ciekawością życie toczące się na plaży.

W sumie nic nie dostarcza lepszej rozrywki, jak podglądanie innych ludzi.

Chyba na moment znów o tym zapomniałem. O czym to ja myślałem?

Aha, już wiem!

Jestem szczęściarzem!

36 thoughts on “50 odcieni szczęścia

  1. Świetny artykuł. W 100 % oddaje również moje odczucia. Od pewnego czasu z powodu braku słońca, oprócz częstego wychodzenia na spacery, suplementuję się witaminą D i każdemu tez to polecam 🙂 Takie trochę słońce w pigułce. Oczywiście nic nie zastąpi tego prawdziwego słońca. Każdego dnia staram sie też medytować i szukać powodów do wdzięczności. Nie mam siostry na Teneryfie. Generalnie nie mam żadnej siostry, za to szukam kolejnych ciepłych, ciekawych destynacji aby czerpać jak najwięcej z życia 🙂 Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  2. Większość ludzi przez większość czasu zapomina o tym, jak wiele ma, skupiając się wyłącznie na brakach. Nie powiem, sama czasami się nad sobą „rozklejam”, bo coś poszło nie tak. Jednak, każdego dnia mam za co podziękować. I dlatego, od dobrych kilku miesięcy, przed spaniem regularnie trenuję wdzięczność – wymieniam w duchu przynajmniej 3 rzeczy, sprawy, osoby, za które danego dnia zwyczajnie jestem wdzięczna 😉

    Polubione przez 1 osoba

  3. Czyli jednak można mieć wszystko. I nawet więcej. Można też być totalnym dupkiem! Ignorantem i egoista! Zakłamaniec!
    P.S. Gdy spaceruje wieczorami, uwielbiam patrzeć w okna. Obserwuję ludzi. Gdy myślą, że nikt ich nie widzi.

    Polubione przez 2 ludzi

  4. Tu nie bede mila..rozczarowalam sie tym wpisem.tandeta zapachnialo..czytajac mialam wrazenie ze mam przed soba scenariusz do programu typu pamietnik z wakacji..
    Czyzby sloneczko za mocno przygrzalo?😜

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s