Mam słabość do autostopowiczów!

Być może dlatego, że kiedyś sam często patrzyłem ze złudną nadzieją na każdy mijający mnie samochód. Ileż to godzin wystałem się na przystanku pod zakładami Wrozametu we Wrocławiu, aż bolał mnie kciuk od ciągłego zadzierania go do góry. No bo, kiedy jesteś już w maturalnej klasie to zwykle masz o wiele pilniejsze wydatki, niż jakiś tam głupi bilet na autobus do domu. Wtedy zostaje ci tylko autostop. Kiedyś doszedłem na piechotę aż do samej Trzebnicy. Piętnaście kilometrów. W tym czasie minęło mnie pewnie jakieś piętnaście tysięcy samochodów, bo droga krajowa numer 5 na Poznań jest bardzo ruchliwa. Nikt się nie zatrzymał.

Ale czasami ktoś to w końcu zrobił. Jak ten koleś w nowiutkiej czarnej beemce. Zatrzymał się z piskiem opon dobre sto metrów ode mnie, a kiedy uradowany dobiegłem do niego, ruszył gwałtownie obrzucając mnie kamykami wyrwanymi z asfaltu. I pewnie nawet nie wspominałbym o tym, bo wtedy w pierwszej chwili pomyślałem, że być może nie miał zamiaru zabierania kogokolwiek. Może po prostu musiał odebrać telefon i nawet mnie nie zauważył? Ale on znowu zatrzymał się kilkadziesiąt metrów z przodu i machnął na mnie ręką. Ruszyłem sprintem w całej swej naiwności i kiedy już łapałem za klamkę, opony zapiszczały aż się zadymiło. W oddalającej się szybko tylnej szybie widziałem uchachaną twarz kierowcy. Od ucha do ucha. Cieszył się jak ostatni przygłup.

Mam nadzieję, że dotknęły cię te wszystkie przekleństwa, którymi cię wtedy obrzuciłem. Że pies ci zdechł na twoich oczach! Stara puściła ci się z twoim najlepszym kumplem, a córka zrobiła wspaniałą karierę na zachodzie, dając dupy na ulicach Amsterdamu!

Natomiast tamtą kobietę z czerwonego volvo kombi zapamiętam do końca życia. Szedłem zrezygnowany poboczem drogi, mechanicznie stawiając nogi i prawie wpadłem pod jadący za mną samochód. Młoda kobieta zatrzymała się jakieś sto metrów z przodu. A potem zaczęła cofać. Była ładna. Bardzo ładna. W ustach trzymała zapalonego papierosa, a jej oczy zakrywały ciemne okulary. Zbyt małe, aby przykryć opuchliznę. Cały bagażnik samochodu zawalony był jakimiś gratami, na tylnym siedzeniu siedziała śliczna jak lalka mała dziewczynka, obok niej w foteliku spało niemowlę, a na przednim siedzeniu pasażera leżała książka pod tytułem: „Życie po mężczyźnie”.

Jechała w kierunku Poznania i powiedziała, że może podrzucić mnie kawałek do miejsca, gdzie złapię sobie jakiś autobus. Sprawiała wrażenie, jakby przed czymś uciekała. Lub przed kimś. Na moje pytanie, dokąd właściwie jedzie, odpowiedziała po namyśle, że w poszukiwaniu lepszego życia. A gdy dojechaliśmy na miejsce, skręciła nagle w kierunku Milicza i podwiozła mnie pod sam dom, nakładając jakieś trzydzieści kilometrów dodatkowej drogi. Nigdy jej tego nie zapomnę.

Mogę mieć tylko nadzieję, że udało Ci się odnaleźć lepsze życie, na które zasłużyłaś. I że dobry Ojciec w niebiesiech czuwa na Tobą i Twoimi dziećmi!

Dlatego, kiedy zobaczyłem go idącego poboczem w strugach deszczu i kapturze od bluzy naciągniętym na głowę, bezwiednie nacisnąłem na hamulec. Odruch Pawłowa. Dobrze wiem, jakie to uczucie, kiedy wszyscy kierowcy cię olewają.

Ale wyglądało jakby chłopak wcale nie chciał nikogo zatrzymywać. Szedł szybko z rękami wbitymi w kieszeniach dżinsów i nawet nie oglądał się na przejeżdżające samochody. Wydawało mi się to nieco dziwne. Znajdowałem się na międzystanowej I-90 gdzieś w połowie drogi pomiędzy Cleveland i Buffalo, a do najbliższego rest area było jakieś 20 mil.  Zresztą w Stanach widok człowieka idącego na piechotę dalej niż ze sklepu do swojego samochodu na parkingu jest co najmniej niezwykły. A już iść poboczem autostrady to tak samo, jakby chodzić na golasa po centrum handlowym w Black Friday! No, nie ma bata, żeby ktoś cię nie zapytał, jak może ci pomóc!

Ale nikt się nie zatrzymał.

Nikt nawet nie próbował.

Stanąłem na awaryjnych kilkadziesiąt metrów przed nim i czekałem, aż chłopak zbliży się do samochodu. Lało jak cholera. Wielkie krople deszczu waliły jednostajnie i eksplodowały na asfalcie niczym miniaturowe bombki. Właściwie, kiepski dzień wybrałem sobie na wycieczkę do wodospadów Niagara. A już, żeby pchać się tam samochodem prawie tysiąc mil w obie strony zakrawało niemal na głupotę!

Z tym, że ja uwielbiam samotną jazdę samochodem. Szczególnie w Stanach. Jest w tym coś ekscytującego gonić uciekający horyzont, przemierzać olbrzymie przestrzenie i połykać setki mil asfaltu znikającego pod przednim zderzakiem. Tylko ty i prosta jak strzelił autostrada. I jeszcze dobiegające z głośników słowa piosenki, w której gość śpiewa zachrypniętym głosem o tym, jak wracał do niej z ostatniej wojny. Znali się od dziecka. Next door girl. Przysięgali sobie miłość aż do śmierci. Ona została na farmie, on zaciągnął się do armii. On został ranny, ona czekała. On leczył rany, ona leczyła się z samotności. W ramionach jego najlepszego kumpla. W sumie dosyć typowa historia. Jakich wiele.  Proste słowa, prosta melodia, ale jakże wspaniałe obrazy malują się w twojej głowie. I wspomnienia.

Uwielbiam to uczucie, kiedy dostrzegasz daleko przed sobą szczerbaty skyline, jaki kreślą na horyzoncie drapacze chmur Chicago, Indianapolis czy Miami i nagle dostajesz gęsiej skórki na plecach. Tak samo czułeś się, kiedy Paul „Gazza” Gascoigne strzelił drugą bramkę przeciwko Szkocji w dziewięćdziesiątym szóstym, albo gdy widziałeś podczas pokazów lecącego na plecach MiGa-29 w ciasnej spirali. Oraz również wtedy, gdy organista z kościoła Świętego Patryka na Gocławiu w Warszawie śpiewa Barkę. W takich momentach czułeś, że doświadczasz czegoś niezwykłego. Że dane ci było przez chwilę obcować z jakąś absolutną doskonałością. Wręcz nieziemską perfekcją. Ale jednocześnie czujesz jakiś dławiący żal, że już nigdy więcej tego nie doświadczysz. Bo wtedy, jak nigdy, jesteś najbliżej swoich własnych uczuć i przez ten moment czujesz, że naprawdę jesteś. Że ty to ty.  Że żyjesz. Całym sobą.

Hi! – powiedziałem, kiedy chłopak zrównał się z samochodem. – Podwiozę cię kawałek drogi. Zmokniesz w taką ulewę. Please, get on the car!

Zatrzymał się. Wahał się przez moment. Jakby bił się z myślami. Patrzył na mnie spode łba, a w jego spojrzeniu widać było zdziwienie. I chyba zaskoczenie. Wokół słychać było jednostajny szum deszczu. Obok przetaczały się z hukiem wielkie osiemnastokołowe trucki, których kierowcy włączali syreny, kiedy mijali mój samochód. Stałem w niedozwolonym miejscu i z pewnością próbowali mnie ostrzec, że stanowię zagrożenie.

Chłopak spojrzał w niebo i wzruszył ramionami, ale sięgnął za klamkę i wsiadł do środka. Wrzuciłem bieg, przepuściłem parę samochodów i włączyłem się do ruchu.

– Dokąd idziesz? – spytałem, gdy nabraliśmy przepisowej prędkości.

Chłopak spojrzał na mnie z ukosa. Był młody. Bardzo młody. Właściwie to jeszcze dzieciak. Piętnaście, może szesnaście lat.

Zamiast tego zapytał mnie:

– Czy jedziesz może do Kanady?

Pokręciłem przecząco głową.

– Blisko – odparłem. – Najpierw do Buffalo, a potem do Nigara Falls, żeby zobaczyć wodospady. Dokąd cię podwieźć?

Chłopak  pokiwał głową.

Buffalo’s fine – odpowiedział po chwili. Myślałem, że jeszcze chce coś powiedzieć, ale zamilkł.

Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu.

Your name? – spytałem. Od kiedy nauczyłem się ponownie mówić, uwielbiam gadać z ludźmi. Przy okazji nie ma to jak poćwiczyć trochę lokalny angielski.

– Jesteś Kanadyjczykiem? – znowu odpowiedział pytaniem.

– Nie – odparłem. – A dlaczego tak myślisz?

Chłopak po raz pierwszy uśmiechnął się nieznacznie.

– Śmiesznie mówisz – odrzekł. – Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś tak wymawiał słowa.

No więc wyjaśniłem mu, że jestem Polakiem. Że przyleciałem z Polski. Że jestem na delegacji, a właściwie na szkoleniu. Chociaż tak naprawdę wziąłem sobie jeden dzień wolnego, żeby trochę pozwiedzać Stany i jutro mam lot do Warszawy. To znaczy, najpierw wracam do Cincinnati, potem mam samolot do Atlanty, następnie lecę do Brukseli i dopiero potem do Warszawy.

Chłopak słuchał z obojętną miną, ale nic nie skomentował. O nic nie pytał. Po długim milczeniu, powiedział tylko jedno słowo:

– Tyler.

Domyśliłem się, że tak ma na imię.

– No to właściwie dokąd szedłeś, Tyler? – spytałem.

 Odwrócił głowę i długo patrzył w milczeniu przez boczną szybę.

– Do mamy – odparł i po chwili dodał: – Do mojej prawdziwej mamy.

Where’s your mom? – spytałem. – W Buffalo?

– Nie – odpowiedział. – W Montrealu.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co chłopak wcześniej rzekł.

– Dlaczego powiedziałeś „prawdziwej” mamy? – zapytałem.

Znowu długie milczenie. A potem chłopak się rozgadał.

Nigdy nie znał swojej prawdziwej mamy. Odkąd pamięta zawsze mieszkał u rodzin zastępczych. W różnych rodzinach. W różnych stanach. Ostatnio w Pensylwanii. Ale zawsze szukał swojej rodzonej matki. Odnalazł ją przez Facebooka. W Montrealu. W Kanadzie. Napisała, żeby przyjechał do niej. Czeka na niego. Mają już zawsze być razem.

A potem Tyler spytał mnie:

– A ty masz mamę?

Sure, I do – odparłem. – W Polsce. I mam też ojca.

Kilka minut ciszy.

– Też bił cię? – spytał niespodziewanie.

– Co??? To znaczy … What??? – aż się zakrztusiłem. – Dlaczego pytasz?

Wzruszył ramionami i znowu zapatrzył się w świat za boczną szybą.

Zobaczyłem znak informujący o strefie postojowej. W samą porę, ponieważ musiałem opróżnić pęcherz z kawy, którą piłem na stacji benzynowej niedaleko Columbus. Jeszcze w stanie Ohio. Była wyśmienita i rano szybko postawiła mnie na nogi. W największym kubku. XXL. Teraz natarczywie dała znać o sobie.

Skręciłem  na pas do zjazdu z autostrady i po chwili wtoczyłem się na duży parking z dwoma zielonymi budynkami przeznaczonymi dla odpoczywających podróżnych. Na miejscach postojowych stało kilka samochodów, a równolegle do jednego z budynków zaparkował policyjny radiowóz. Ford grand marquis. Sheriff Erie County cruiser.

Chłopak jakby zesztywniał, a w jego spojrzeniu pojawił się niepokój.

– Muszę udać się do toalety – powiedziałem i zaparkowałem na pierwszym lepszym miejscu. – Idziesz też, czy chcesz zostać w samochodzie?

Tyler pokręcił przecząco głową.

I’ll stay – odparł.

Nie było mnie kilka minut. Odprężony i odświeżony wracałem do samochodu, kiedy postanowiłem kupić coś w którejś z vending machines, stojących w holu budynku. Jakieś słodycze dla siebie i Tylera. Oraz coś do picia.

Sięgnąłem do kieszeni i poczułem, jak oblewa mnie fala gorąca. Portfel! Został w aucie. Na wierzchu! Zaraz obok gałki zmiany biegów. No tak, przecież płaciłem za kawę i paliwo! Nieznajomy chłopak też został! Shit!

Już z daleka widziałem, że Tylera też nie było w samochodzie. Shit! Shit! Shit! Paszport, karty kredytowe i parę dolarów. Chociaż gotówka to było teraz najmniejsze zmartwienie. Cholera!

I co teraz, ćwoku?!

Leciałem, jak na skrzydłach do samochodu. Otworzyłem drzwi i przez chwilę wpatrywałem się z niedowierzaniem.

Portfel leżał na swoim miejscu. Nic nie zginęło. I tylko po chłopaku zostało trochę wody na dywaniku i mokre plamy na fotelu.

Nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście!

Nad wodospad dowlokłem się w środku największej ulewy, jaką widziałem w życiu. Prawdziwe oberwanie chmury. Już w sekundę po wyjściu z samochodu, przemokłem do suchej nitki. Człapiąc w kałużach udałem się nad wodospad i… przeżyłem największe rozczarowanie w życiu!

Od strony amerykańskiej nie da się nic zobaczyć! Ten piękny widok z wodą spływającą jak kurtyna w teatrze, stateczkami podpływającymi pod sam wodospad i tą wspaniałą tęczą, jak na tych wszystkich widokach znad Niagary, to wszystko jest po stronie kanadyjskiej. A w czasie, kiedy tam byłem, żeby przejść na ich stronę trzeba było mieć wizę albo paszport z danymi biometrycznymi. A ja nie miałem ani jednego, ani drugiego. Co za wtopa!

Zrobiłem na pamiątkę parę zdjęć telefonem, ale w takich warunkach kompletnie nic z nich nie wyszło. Może poza tym jednym…

img171

Wodospad Niagara od strony amerykańskiej. Copyright © Damian Świerczek

Wieczorem wracałem do Cincinnati. Oczywiście, jak to zwykle bywa, chmury rozeszły się, spoza których wyszło przepiękne słońce. Mokry asfalt połyskiwał jak polerowana stal. Widoczność była doskonała. Taka milion na milion!

Kilka mil przed miejscem, w którym chłopak wsiadł do mojego samochodu, zobaczyłem żółtą tablicę z czarnymi literami.

sign
Uwaga! Zakład poprawczy. Nie zabieraj autostopowiczów.

W chwilę potem biały dodge charger usiadł mi na zderzaku. Pennsylvania State Police Highway Patrol. Wyjątkowo paskudny samochód. Widząc jego wściekły pysk we wstecznym lusterku, twój zwieracz bezwiednie zaczyna się zaciskać. Fuck! Jakie było to ograniczenie? W tym stanie chyba 70 mil na godzinę (?) Zwolniłem i stałem się chyba najbardziej przepisowo jadącym kierowcą w całym CONUS (CONtinental United States), co z miejsca czyniło mnie również najbardziej podejrzanym.

Przyznam się, że wtedy trochę zmiękła mi rura.

Patrol wlókł się kilka mil za mną i w końcu jakby nieco zirytowany moją poprawnością, zaczął manewr wyprzedzania. Gdy samochody zrównały się, siedzący na fotelu pasażera policjant spojrzał na mnie i w międzynarodowym języku wszystkich kierowców skinieniem głowy spytał, czy wszystko okay. Odkiwnąłem, że jest klawo, jak cholera. Nigdy nie było lepiej, Sir! Niedbale zasalutował na pożegnanie i radiowóz pognał do przodu. Po jakimś czasie widziałem, jak zjeżdża w kierunku na Albion.

Ufff…!

Reklamy

50 thoughts on “Droga do Niagara Falls

  1. Mi tez bardzo podoba sie ta historia, naprawde obudzila we mnie wiele skrajnych emocji.
    Nigdy nie jechalam autostopem. W tym roku chcialam sprobowac z chlopakiem wziac udzial w wyscigu autostopowym (od razu gleboka woda), jednak musimy zrezygnowac w tym roku. Moze w nastepnym, mam wrazenie ze wiele moze nauczyc taka przygoda.
    Pozdrawiam serdecznie

    ————-
    oazja.wordpress.com

    Polubione przez 1 osoba

  2. Odwiedziłam wodospad Niagara z obydwu stron i nie ma porównania. Kanadyjska część umożliwia wejście tuż nad brzeg. Bardzo dziwi mnie, ze spotkałes autostopowicza na amerykanskiej drodze, ale gdy doczytałam, że to „uciekinier” to już mnie tak nie zaskoczyło.

    Polubione przez 1 osoba

  3. W życiu nie łapałam stopa i nie jechałam stopem. Bałabym się także zabrać kogoś. Tak jak ta laska z dziećmi.
    Taka dawka adrenaliny jednak nie dla mnie. Nie wiem taki sposób.

    Polubione przez 1 osoba

  4. Masz świetny styl pisania, historia, może długa, ale bardzo intrygująca, że nie mogłam się oderwać. Ja nigdy nie jeździłam autostopem, więc na ten temat się nie wypowiadam, bo po prostu brak mi doświadczenia, ale z chęcią bym przeczytała tego typu książkę 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  5. Cóż za wielopłaszczyznowa historia! I do tego jak pięknie napisana! Stopem jechałam tylko raz w życiu i muszę przyznać, że gdybym była sama, to w życiu bym się na to nie zdecydowała. Ciekawa jestem, czy zobaczyłeś wodospad od innej strony? Jeśli nie, to trzymam kciuki 🙂 Pozdrawiam, A.

    Polubione przez 1 osoba

  6. Wow, cudowna historia, świetnie opisana. Dawno nie czytało mi się żadnego blogowego wpisu tak dobrze. Można prosić tytuł piosenki, którą tak świetnie opisałeś, albo chociaż autora, którego miałeś na myśli? 😉 Pozdrawiam gorąco!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Dzięki! Z tym tytułem, to ciężka sprawa… Sam jej szukam 😦 To było jakieś lokalne radio z muzyką country… Przekopałem już chyba całego youtube i jeszcze nie znalazłem 😦 Jak znajdę z przyjemnością się podzielę! 🙂

      Polubienie

  7. Potwierdzam, widok Niagary od strony kanadyjskiej jest fantastyczny 🙂 Od Buffalo niestety nie widziałam, z podobnego powodu, co Ty – braki w dokumentach, ja akurat nie miałam wizy do USA 😉 Sama historia intrygująca z lekkim dreszczykiem – pytanie, czy to ty miałeś dużo szczęścia, czy to zakłady poprawcze w Ameryce tak dobrze wpływają na młodzież 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. No właśnie… chociaż tak do końca nie wiem, czy był pensjonariuszem zakładu poprawczego… Znak ostrzegał, żeby nie brać autostopowiczów, ale Polak, jak to Polak zawsze ma za nic wszelkie nakazy i zakazy 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s