Czy wiecie, jak łatwo można złamać serce?

Bardzo łatwo. Właściwie nie wymaga to większego wysiłku. Wystarczy niewielka siła i… traaaach!  Pęknięte na dwie połowy. Trzeba tylko uważać, bo można się przy tym poranić. I poharatać ostrymi odłamkami. Aż do krwi.

Zwłaszcza, kiedy serce zrobione jest z kruchego plastiku. Najtańszego. Chińska tandeta. Zwykła mała popierdółka kupiona gdzieś za grosze na straganie w Ełku. A może w Mikołajkach? Zresztą, teraz to już jest właściwie nieistotne. Któż by tam pamiętał po tylu latach!

To były moje pierwsze kolonie letnie. Pierwszy wyjazd z domu, pierwsze zderzenie ze światem, w którym zdany jesteś wyłącznie na siebie. Wszystko było pierwsze. Tamtego roku również po raz pierwszy piłem płyn lugola, po tym jak kacapy coś tam namotały w Czarnobylu. Za ten obrzydliwy smak jeszcze bardziej ich nie lubiłem.

Mieszkaliśmy w drewnianych domkach na leśnej polanie nad brzegiem jeziora. Nasza grupa stanowiła prawdziwą zbieraninę piątoklasistów z całej Polski. Za dnia wszyscy rżnęliśmy chojraków, ale nocami często słychać było urywane szlochy. Za domem. Za mamą.

Każdy z nas był inny i różniliśmy się chyba we wszystkim. Jak tamten chłopak z Opola. Zdaje się, Lissowski się nazywał. Wszyscy mu zazdrościliśmy, bo był najwyższy, miał wyraźnie zarysowane mięśnie, nosił złoty łańcuch na szyi, elektroniczny zegarek z melodyjkami na ręku i niedawno zdobył brązowy pas w karate. Ale miał też coś, czego zazdrościliśmy mu najbardziej. Zwłaszcza wtedy, kiedy kąpaliśmy się pod prysznicami w łaźni. Bowiem Lissowski miał z nas najdłuższego. Posiadał prawdziwą maczugę, która sięgała mu niemal do kolan, dyndając niczym niewyrośnięta trzecia noga. Gdzież my tam moglibyśmy równać się do niego z tymi naszymi żałośnie zwisającymi glizdami!

Swoją drogą jestem bardzo ciekaw, jak potoczyły się jego dalsze losy? A mógł zrobić wielką karierę. Bez wątpienia w kinematografii! Co by nie mówić, miał chłopak wielki – o, to jest chyba dobre słowo – potencjał. Jednak jakiś czas temu ktoś na fejsie napisał, że ponoć widziano go na wschodnim wybrzeżu Szkocji, jak przeładowywał skrzynki ze świeżo złowionymi rybami w jakiejś podrzędnej hurtowni. Mówili, że stoczył się na samo dno. Podobno.

Ale mieliśmy jedną cechę wspólną. Jedną, jedyną rzecz. Wszyscy śliniliśmy się na pewien widok.

Na JEJ widok!

Miss leśnych kolonii 1986. Najładniejsza dziewczyna tamtego turnusu i nawet chłopaki ze starszych grup do niej uderzali. Wysoka i smukła jak wierzbowa witka. Miała długie, proste, jasne włosy do pasa i zagraniczne ciuchy. Jej matka ponoć pracowała w PEWEX-ie. Kompletnie do nas nie pasowała. Wyglądała, jak barwny motyl na tle szarych much. Nawet imię miała jakieś takie zagraniczne. Karen.

Nie muszę mówić, że Lissowski zarezerwował sobie prawo do pierwszeństwa w chodzeniu z nią w naszej grupie. Malkontentów szybko pozbawił złudzeń, rozkwaszając kilka nosów lub nabijając parę śliw pod okiem. Karen przyjęła jego szczeniackie zaloty, ale z wyraźną rezerwą. Ale nie muszę też wspominać, że ja po prostu dla niej nie istniałem. Traktowała mnie jak powietrze. Myślę, że zajmowałem w jej głowie tyle samo miejsca, co dajmy na to jakiś bąkojad czerwonodzioby z dorzecza Okavango. A może nawet mniej…

Ale czy nie pisałem już kiedyś, że moje życie składa się głównie ze zbiegów okoliczności? Tym razem również pomógł mi zwykły przypadek. A ściślej rzecz biorąc jej choroba, o której chyba sama nie miała pojęcia. Kinetosis. Choroba lokomocyjna.

Któregoś dnia zapakowali nas do zdezelowanego Ogórka i wyruszyliśmy na wycieczkę do Augustowa. Było wesoło i koedukacyjnie. Obie grupy dziesięciolatków. Chłopaki i dziewczyny. A później zrobiło się jeszcze zabawniej, kiedy siedząca za mną Karen puściła pawia. I wcale nie był to tak zwany paw zduszony. Ani cedzony. Ani wielorybi czy też bryzgany. To był paw kumulacyjny! Jak pocisk od RPG. Do zwalczania celów opancerzonych. A ja, jako że siedziałem bezpośrednio na drodze strumienia kumulacyjnego, przyjąłem większość rykoszetów.

Chwilę potem eksplodował drugi granat. Tym razem śmiechu. Cały autobus rechotał aż mało go nie rozsadziło. Wszyscy pokładali się ze śmiechu. Nawet Lissowski, który siedział obok Karen rżał z nas jak żabi ogier i aż cały zrobił się buraczkowy od tego wysiłku. Tylko wąsaty kierowca się nie śmiał. Jako że Karen dalej haftowała, kazał mi wyprowadzić ją z autobusu. Też byłem pokryty kawałkami niestrawionego jedzenia, więc pomyślał zapewne, że również zapaskudzę mu całe wnętrze.

I podczas gdy on palił papierosa na poboczu, ja stałem przy tylnym kole Ogórka i z braku lepszego zajęcia trzymałem piękne włosy Karen, aby sobie ich nie zafajdała. Mimo takich niesprzyjających okoliczności, było to całkiem przyjemne. W uszach ciągle słyszałem szydercze śmiechy dobiegającego z autobusu. A potem jeszcze kierowca dał mi jakąś szmatę i musiałem powycierać jej rzygi z podłogi, foteli oraz szyb. Wszyscy przesunęli się do przodu, bo na ostatnich fotelach śmierdziało niemiłosiernie wymiocinami i ruszyliśmy w dalszą drogę. Kierowca nakazał mi z Karen siedzieć na samym tyle.

W Augustowie jako tako doszła do siebie, ale że oboje cuchnęliśmy zaschniętymi rzygami, wszyscy trzymali się od nas z daleka. Nam to było już kompletnie ganz egal,  więc siłą rzeczy wszędzie chodziliśmy razem. Ja z Karen! A jeszcze kilka godzin wcześniej było to tak samo realne jak to, że słońce nagle zacznie wschodzić na zachodzie, a zachodzić na wschodzie.

Od tamtej pory zawsze twierdzę, że nic tak nie zawiązuje przyjaźni jak wspólne rzyganie. No bo kiedy masz lepszą okazję, żeby poznać dogłębnie zawartość czyjegoś wnętrza, jak właśnie nie wtedy?

A potem wszystko się odmieniło. Następnego  dnia siedzieliśmy w kilku chłopaków na werandzie jednego z domków i rozstrzygaliśmy niezwykle istotny dylemat. Mianowicie, frapowało nas, czy nasze koleżanki z klasy mają już obrośnięte czy jeszcze nie. Któryś ponoć gdzieś podejrzał, komuś siostra pokazała kawałek, ale nie było wśród nas jednomyślności. A kiedy spór zaczął niebezpiecznie narastać, na ścieżce nagle pojawiła się Karen. Zapadła cisza i wszyscy wpatrywaliśmy się w nią, jak podchodzi do nas i zatrzymuje się przy schodkach. Na wprost mnie.

– Cześć – powiedziała. – Masz ochotę przejść się ze mną na spacer?

Założę się, że chcielibyście zobaczyć wyraz twarzy moich kolegów, kiedy odprowadzali nas wzrokiem!

Przyszła, żeby mnie przeprosić za tamto w autobusie. I podziękować. Za przytrzymanie jej włosów. A potem mówiła coraz dziwniejsze słowa. Że nie ma ojca. Że jeszcze nikt nic nie zrobił dla niej. Nikt jej nigdy nie pomógł. Aż do wczoraj. I że nie mogła spać przez całą noc. Bo myślała. O mnie. Przyznam się, że nic a nic z tego nie rozumiałem.

A potem dni potoczyły się swym normalnym rytmem letnich kolonii. Wszyscy już dawno zapomnieli o tamtym incydencie w autobusie. Lecz nie ona. Coraz więcej czasu spędzaliśmy razem. Na wycieczkach chodziliśmy w jednej parze. Na sali telewizyjnej, gdzie oglądaliśmy filmy, zawsze zajmowała mi krzesło obok siebie. A na stołówce kiedy mnie zobaczyła, za każdym razem zapraszała mnie machaniem ręki, abym usiadł obok niej. Albo sama brała swoją tacę i przysiadała się do mnie. Wszyscy mówili, że chodzę z Karen, chociaż tak naprawdę nie była moją dziewczyną. Nigdy nawet o tym nie rozmawialiśmy. Po prostu spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu. I dobrze bawiliśmy się w swoim towarzystwie. Ja ją lubiłem. Ona lubiła mnie. Tylko Lissowski łypał na mnie coraz bardziej wrogim okiem, bo poszedł w odstawkę.

Ale jak zwykle wszystko na tym świecie ma swój koniec. Wakacje oraz czas beztroskiej zabawy i letniego słońca powoli dobiegał końca. Wieczorem ostatniego dnia poszliśmy na długi spacer. Jutro już oboje mieliśmy być bardzo daleko od siebie. Wcześniej kupiłem dla siostry plastykowe serduszko na łańcuszku jako pamiątkę z wakacji, ale postanowiłem dać je Karen. Ucieszyła się bardzo. I zasmuciła, bo ona nic nie miała dla mnie. Niepotrzebnie. Dla chłopaka nie ma to żadnego znaczenia.

Ale zrobiła coś dziwnego. Przełamała na pół to serduszko i jedną część dała mnie. Drugą, powiedziała, będzie zawsze nosić przy sobie. I zrobiła coś jeszcze. Coś, czego później miałem żałować już do końca życia.

Spytała mnie, czy jestem jej przyjacielem? Prawdziwym przyjacielem. Takim, na którym można zawsze polegać. I który zawsze dotrzymuje danego słowa. Bez względu na okoliczności. Z jakiegoś powodu czułem, że jest to dla niej niesłychanie ważne. Najważniejsze.

Oczywiście, zapewniłem. Wtedy odetchnęła z ulgą i stała się jakby… hmmm… spokojniejsza. Pamiętam, że rozejrzała się dookoła i po chwili wskazała na dosyć grubego dęba z niewielką dziuplą na wysokości wyciągniętej ręki.

– Jeżeli kiedykolwiek będziesz potrzebował pomocy – powiedziała wskazując dziuplę – przyjedź tutaj i włóż swoją połowę serca. Ja zrobię to samo, gdy będę potrzebowała twojej. Obiecuję. I jeżeli którekolwiek z nas będzie w tej okolicy, zawsze będziemy sprawdzali, czy nie ma tam drugiej połowy. Obiecujesz?

Uśmiechnąłem się.

– Obiecuję! – zapewniłem i dodałem. – Jestem przecież twoim przyjacielem.

Tamtego wieczoru widziałem ją po raz ostatni.

I tak się złożyło, że po wielu, wielu latach byłem tam. Wiecie, jak to jest. Jesteś przypadkiem samochodem w okolicach jeziora Łaśmiady i nagle przypominasz sobie o tamtym wieczorze z dzieciństwa. I mimo że nie ma żadnego racjonalnego powodu, abyś zbaczał z drogi te kilkanaście kilometrów, to coś ci mówi, żebyś to zrobił. Przecież to głupie, mówisz do siebie, ale jednocześnie zawracasz samochód.

Niczego tam już nie było. Niczego oprócz drzewa. Naszego drzewa. I dziupli.

Sam nie wiem, co mnie podkusiło, żeby włożyć tam dłoń. Jeszcze coś mnie zaraz udziabie? – pomyślałem. Jakaś kuna albo jakiś inny dziaberlak! Taki, co może nawet całą rękę odgryźć. Aż po samą obręcz barkową. Później powiedzą, że taki stary, a taki głupi.

Przesiałem między palcami zasuszone liście, próchnicę i szlag wie, co tam się jeszcze znajdowało. Już miałem cofnąć dłoń, kiedy nagle na coś natrafiłem. Coś twardego. Coś zdecydowanie różnego od naturalnej zawartości drzewa. Zacisnąłem palce i cofnąłem rękę.

W dłoni miałem plastykowe, czerwone serce.

A właściwie połowę serca.

Jej połowę.

Epilog

Niewielki cmentarz ukryty pośród smukłych sosen zdawał się być najspokojniejszym miejscem na Ziemi. Pasemka babiego lata leniwie żeglowały wzdłuż wytyczonych alejek, delikatnie osiadając na kamiennych nagrobkach i drewnianych krzyżach. Aromat żywicy mieszał się z ostrym zapachem parafiny. Panowała niczym niezmącona cisza, ustały nawet delikatne podmuchy wiatru, jakby sama natura chciała uszanować odwieczny spokój tego miejsca.

– To tutaj – powiedziała stara kobieta, wskazując grób dłonią, wykrzywioną groteskowo przez reumatyzm. – Tu ją pochowałam. Ksiądz nie chciał się zgodzić, bo nie ma miejsca dla samobójców na tym cmentarzu. Tak powiedział. Ale go ubłagałam. Wycałowałam po rękach. Na kolanach. Jak to matka.

Przerwała i wierzchem dłoni przetarła wilgotne oczy. Po chwili mówiła dalej, jakby tylko do siebie:

– Od samego początku wiedziałam, że nic z tego nie będzie. Bo on jej nie szanował. Jeszcze przed ślubem. Bo to nie był dobry człowiek. Wszystko, czego się dotknął, to zniszczył. I bił ją. Ile to razy uciekała na noc do mnie. Ile razy musiałam ją przed nim ukrywać. Mówił, że to z miłości. Że jest o nią tylko zazdrosny. Tak mówił. Ale to jakieś chore było. Od samego początku. A jak przyszła ta depresja, to ją zostawił. Nic nie pomagało. Brała jakieś tam leki, ale było tylko coraz gorzej. Wszystko robiłam. Ale na próżno. Na marne.

Kobieta spojrzała na mnie i uśmiechnęła się nieznacznie. A może mi się tylko zdawało.

– Przed śmiercią ciągle wspominała o jakimś drzewie. Gdzieś na Mazurach. I o kimś, kto ją uratuje. Mówiła, że musi tam pojechać. I, wie pan, zrobiła to. Dwa dni jej nie było. Zgłosiłam nawet na policję. Ale wróciła. Jakaś taka zupełnie odmieniona. Spokojniejsza. Jakby pogodzona z całym światem. Powiedziała, że zostawiła tam jakąś wiadomość. Dla niego. Przy tym drzewie. Ale widać z tej choroby musiało pomieszać jej się zupełnie w głowie.

Zamilkła, kręcąc głową na boki. Jakby z niedowierzaniem. I dodała:

– A potem wzięła te tabletki nasenne. I już się więcej nie obudziła… Nigdy więcej.

Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. Po chwili wyjąłem rękę i otwierając dłoń, powiedziałem:

–  To jest ta wiadomość. Dla mnie. To ja miałem ją uratować.

Kobieta długo patrzyła na czerwone, plastykowe serce leżące na mojej dłoni. Połowę serca. Potem spojrzała na mnie jakoś tak uważniej. Jej powieki otworzyły się szerzej. Właśnie zrozumiała. Widać było, że wszystko już rozumiała.

– Niestety, spóźniłem się – powiedziałem. – Zjawiłem się zbyt późno. O wiele za późno.

Kobieta otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie nie wymówiła żadnego słowa.

Zatoczyła się lekko, opierając się nieznacznie o mnie.

Wziąłem ją pod ramię.

I tak staliśmy długo we dwoje na zupełnie pustym cmentarzu, aż zapadł zmrok i z pomiędzy nagrobków zaczęły już wypełzać bezkształtne cienie.

Starsza kobieta. Matka. I zupełnie obcy mężczyzna.

Przyjaciel, który nie dotrzymał złożonej przed laty obietnicy.

64 thoughts on “A kiedyś znów mnie uratujesz…

    1. No dobra…
      Po pierwsze nie akceptuje do konca przyjazni mesko- damskiej, zwlaszcza jak sie jest w małżeństwie. Mysle, ze kazda taka przyjazn moze byc fundamentem milosci.

      Druga rzecz, życie mamy takie jak je sobie organizujemy. Nie na wszystko mamy wplyw i z pewnoscia dobrzy ludzie, ktorzy sa blisko nas moga nam pomoc. Czasem komus trzeba zaufac, ale nie zawsze wybieramy wlasciwa osobe. Bo ciezko kogos, nawet najblizszego, tak do konca poznac. To jest bardziej nieustanne towarzyszenie sobie w drodze- zwiazek.

      Na temat dzieciecych wierzen przenoszonych w zycie dorosle, nie wypowiadam sie. Dla mnie ta kobieta nie dojrzala. Uciekla w swiat fantazji zamiast faktycznie uporac sie z problemem.

      A ludzi dobrych, na jtorych czasem mozna sie wesprzec, warto miec i o nich dbac.

      Dzieki za mily spacer, chwilke ciszy…:-)

      Polubione przez 1 osoba

        1. Hmmm…nie wszystko zależy od woli, ale z pewnością dużo. Dorosły człowiek piwinien posiadać umiejstność widzenia konsekwencji swoich wyborów. Jasne, ze nie jestesmy maszynami i czasami, cos tam dzieje sie poza kontrola. Czasami trzeba poustawiac mocne cele i granice, ale to nie jest gwarancja osiagniecia celu. Czasami cos nas po prostu przerasta. Ocieram sie ciagle o historie kobiet bedacych zonami i matkami, ktore wpadaja w depresje z powodu braku bliskosci mezow. Takiej bliskosci emocjonalnej, psychicznej… jedni sie zbieraja,inni nie i zycie sie sypie…

          Polubione przez 1 osoba

        2. Dlaczego, prawie wszystkie osoby komentujące tu, przy tym opowiadaniu, zapraszasz do przeczytania teksto o Tobie? Żeby wiedziały, że jesteś w wieku pośrednim? 🙂 I aby zdawały sobie sprawę z wszelakich ułomności wynikających z tego okresu? 🙂

          No dobra, dobrze się nawet z Tobą spaceruje, to može jeszcze raz wskaż jierunek, a potem to już się zobaczy co dalej… 🙂

          Polubione przez 1 osoba

          1. Tak! Właśnie dlatego ;)… A tak na poważnie, bo prawie wszyscy się pytają, czy to prawdziwa historia (?)… A ja z natury jestem leniwy i nie chce mi się powtarzać…dlatego tam odsyłam 😉 Tam jest wyjasnione, jak jest z tymi historiami :)… Oki… no to dzisiaj zapraszam Cię na randkę… „Randkę w ciemno” 🙂

            Polubienie

  1. Zaglądam nieraz na bloga. Dziś trafiłam na to… Kilku przedmówców pytało, czy historia wydarzyła się rzeczywiście, więc i ja chciałabym zapytać, chociaż nie wiem nawet czemu.
    Zbyt wiele niewiadomych mam w głowie po przeczytaniu. I chyba samo to mówi przez się…
    Co w tym wszystkim jest poruszające najbardziej to chyba sposób, w jaki ją przekazałeś. Masz duży dar do pisania i tak samo duży do umiejętnego operowania emocjami.
    Rzeczywiście do oczu cisną się łzy… chociaż – znów – nie wiem, dlaczego. Bo przecież to może być wizja literacka. Bo może to tylko ona. A jednak jest coś więcej… Metafora tego, co wielu ludzi przeżyło w swoim życiu.
    W opowiadaniu z pozoru krótkim i skupiającym się na jednej historii nagle dostrzegamy kilka różnorakich światów, zderzających się na przestrzeni czasu. Chyba każdy, (tak sądzę) , ma wrażenie, jakby w którymś z tych światów kiedyś brał osobisty udział…
    Dziękuję…

    Polubione przez 1 osoba

    1. A ja cieszę się, że ktoś tu zagląda 🙂 I dziękuję za szczery komentarz! Jeśli chcesz dowiedzieć się nieco więcej o nieopowiedzianych historiach, zapraszam Cię do przeczytania wpisu „O mnie” w menu głównym. Nie ukrywam, że pisząc te historie moim głównym celem jest to, żeby ktoś odkrył w nich cząstkę samego siebie. I jak napisałaś, w tym przypadku chyba mi się to nawet udało 🙂 To ja dziękuję!

      Polubienie

    1. A ja będę się cieszyć, za kazdym razem, kiedy tu wpadniesz! 🙂 Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o nieopowiedzianych historiach, zapraszam Cię do przeczytania wpisu „O mnie” w głównym menu 🙂

      Polubienie

  2. Jestem absolutnie rozłożona na łopatki. Poryczałam się jak dziecko. Przypomniały mi się kolonie, pierwsze przyjaźnie i miłości. Przypomnieli mi się wszyscy ważni ludzie, wtedy najważniejsi. Dzisiaj zupełnie obcy.

    Nadrabiam stare notki u Ciebie i muszę to napisać – masz dar – pisz książkę! 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. To dziwne, ale powinienem chyba napisać, że jest mi przykro z powodu Twoich łez 😉 Ale nie zrobię tego, bo jednocześnie bardzo się cieszę! Cieszę się jak człowiek, który dowiaduje się od zupełnie obcej osoby, że to, co stworzył ma jakąś wartoś. Jakąś moc. Jakieś oddziaływanie 🙂 Takie komentarz, jak Twój, ładuje moje baterie lepiej niż… najlepsza ładowarka 😉 Oczywiście, serdecznie zapraszam Cię do przeczytania moich pozostałych wpisów! Jestem ciekaw Twojej opinii…a wierz mi, opinia PKNDL jest dla mnie niezmiernie ważna! 🙂

      Polubienie

  3. Wiesz co, powinnam Cię zamordować. Dopiero co osiągnęłam wewnętrzny spokój, i co? I dupa. Oczy mi się spociły, ręce zadrżały i spokój poszedł się gwizdać. Jeśli myślisz, że po czymś takim będę wracać na Twojego bloga… to nie mylisz się 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Rozwaliłeś mnie na łopatki. Siedzę w pracy i ocieram gile. makijaż płynie. Weź zacznij ostrzegać. Albo nie, to ja sobie zapamiętam – albo lepiej zapiszę sobie – zostawić na wieczór… na ten moment tuż przed snem… No i co mi Ty teraz zrobiłeś?

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s