Wiecie, jaką mam jedną z głównych zasad w życiu?

Nigdy nie rozdaję pieniędzy żebrzącym na ulicy. Tak, nie przesłyszeliście się. Jest to jedna z tych zasad, których staram się trzymać jak świnia koryta. I już. Jeden nie jada mięsa w piątek, drugi zawsze mruga w geście podziękowania światłami awaryjnymi, kiedy wpuszczę go na drodze przed siebie, a ktoś inny nie myje rąk po wyjściu z toalety. Bo taką ma zasadę. W sumie, jego święte prawo.

Nie powiem, żeby początkowo nie dręczyły mnie jakieś tam wyrzuty sumienia. Ale wyleczyła mnie Warszawa. Jest okrutna. Jak każde inne duże miasto. Nie wybacza najmniejszego nawet potknięcia. A już szczególnie nie lubi ludzi, którzy nie mają pieniędzy. Gardzi nimi. Pożera zachłannie, mieli na papkę i wypluwa ze ściekami poza miejskie mury. Strać no tylko pracę, a już po miesiącu cię nie ma. A taki fajny człowiek z niego był! Nie dał rady. Nie udało mu się. Szkoda chłopa…

Otóż zaraz po przybyciu do Warszawy,  jedną z najważniejszych decyzji, jaką musiałem podjąć było, czy dawać każdemu żebrzącemu parę złotych, czy też nie dać żadnemu. Wszystkich nie uszczęśliwisz. No bo jakie przyjąć kryteria? Czym ten wesołek siedzący na schodach pod Rotundą z nogą siną jak bakłażan zasłużył bardziej na moją litość od tej zgarbionej aż do ziemi kobiety przy Sezamie z kwilącym dzieckiem na rękach? To prawie noworodek. Albo ten umorusany chłopiec z akordeonem guzikowym fałszujący na cały tramwaj od tamtego eleganckiego staruszka grającego w autobusie na skrzypcach tak rzewnie i przejmująco, że masz ochotę rozbeczeć się w głos.

Kolejna zagwozdka: ile dać? Jak wycenić wyrzuty sumienia? Do jakiej kwoty widok paprającej się rany na stopie wystawionej na pół chodnika będzie mi doskwierał niczym ćmiący ząb? Jeszcze nie rwie, ale jednocześnie nie pozwala o sobie zapomnieć. Jak kiedyś obliczyłem podczas jednego z pierwszych spacerów po Warszawie, dając tylko każdemu po piątaku, kasy w portfelu wystarczyłoby mi od Riviery do Placu Bankowego. Do dzisiaj nie znalazłem na te pytania dobrych odpowiedzi. Tak naprawdę nigdy ich nie szukałem.

Nie rozdaję pieniędzy, bo znam ich wartość. Często ich nie miałem. A kiedy miałem, zawsze brakowało mi parę złotych na to, czego akurat właśnie potrzebowałem. Jak każdy w Warszawie sztukę kompromisu opanowałem do perfekcji. Kupić bilet, czy iść na piechotę? Nowe buty w tym miesiącu? A skąd! Trzeba zapłacić za prąd. Przelew co drugi miesiąc. Zresztą teraz zimy są lekkie i może uda się jakoś dociągnąć do wiosny.

A kiedy pojawiły się dzieci, zabawa się skończyła. To już nie jest kompromis. To jest sprawa życia i śmierci. Survival w miejskiej dżungli na poważnie. Jak w filmie Apocalypto. Więc jeśli mam na jednej szali postawić tamtą kobiecinę z jej dzieckiem, a na drugiej moje dzieci, wybór staje się oczywisty. Właściwie to nie ma żadnego wyboru!

Ale czasami przychodzi taki dzień, że muszę złamać tę zasadę.

Nienawidzę tego!

Muszę tutaj zdradzić pewną tajemnicę. Otóż, posiadam magiczny samochód. Serio. Sam wie, kiedy mam ochotę na coś dobrego. Ilekroć pomyślę sobie wracając z pracy o „Lodowym Marzeniu” z dodatkowym karmelem, skubany natychmiast skręca do najbliższego Macdonald’sa. Nawet nie ma sensu się z nim kłócić. Jest tak samo nieugięty i zdecydowany, jak kobieta przed okresem.

Ostatnio wyczuł, że mam smaka na sushi. Ledwie sobie pomyślałem, a już przeciął trzy pasy na Górczewskiej i skręcił do Wola Parku. Potem cyk, rampa, wjazd na pierwsze piętro parkingu i sru pod same drzwi. Nawet miejsce sam wyszukał. Nie śmiałem protestować…

Zamówiłem futomaki u zaprzyjaźnionego Japończyka i usiadłem przy stoliku na wydzielonej wyspie, opływanej dookoła strumieniem tłoczących się ludzi. Godziny szczytu. Tak na prawdę nie wiem, czy to jest prawdziwy Japończyk z Japonii, ale kiedyś o mało mi nie ściął głowy ukrytą pod ladą kataną, kiedy uparłem się, żeby przygrilował wszystkie kawałki łososia. Ależ on się wtedy wściekł! Jego spojrzenie natychmiast uświadomiło mi, iż mam do czynienia z potomkiem walecznych samurajów. Odpuściłem sobie tego grilowanego łososia, bo po pierwsze zbyt przywiązałem się do swojej głowy, a po drugie żal mi się chłopa zrobiło. Pewnie po akcie mojej dekapitacji jego kodeks bushido nakazywałby mu popełnić rytualne harakiri w najruchliwszym punkcie centrum handlowego. Szkoda fatygi. Od tamtego dnia stał się moim przyjacielem i zawsze kłania mi się w pas, kiedy zamawiam u niego sushi. Bądź co bądź, uratowałem mu życie, co nie?

Dōmo arigatōgozaimashita, Damian san! (Dziękuję Ci, o Wielki Panie! Niech duch Góry-Matki Fuji czuwa nad Tobą…)… Czyż nie tak to się tłumaczy?

W sumie dla jego sushi mógłbym dać sobie obciąć tę głowę. Powiedzieć, że jest pyszne to tak, samo jak stwierdzić, że Adolf Hitler był kochanym dziadziusiem! Totalne nieporozumienie. Po prostu nie ma takiego określenia. To trzeba samemu doświadczyć. Kulinarny orgazm gwarantowany!

No więc siedzę sobie i napycham usta kolejnymi kawałkami sushi, wywracając oczami z niebiańskiej wprost rozkoszy. Jednocześnie robię to, co każdy leming w restauracji. Przesuwam bez celu piksele na ekranie swojego smartfona tam i nazad. Po co to robię? Nie mam pojęcia, ale to już taki nawyk. Jak u psa Pawłowa. Gość znał się na rzeczy.

– Fajny masz telefon – słyszę naraz czyjś głos.

Podnoszę głowę. Przede mną stoi młoda dziewczyna. Już nie dziecko. Ale jeszcze nie kobieta. Chociaż widać, że desperacko próbuje sprawiać takie wrażenie. Agresywny, nieudolny makijaż i jakaś irytująca nachalność w doborze stroju. I ta międzypokoleniowa aberracja w słowie „masz”. Coś tu nie gra. No, nie jestem aż taki stary, a poza tym pracuję w międzynarodowej korporacji i przywykłem do mówienia sobie po imieniu, ale zdążyłem wychwycić jakąś fałszywą nutę w jej głosie. Jakiś podtekst. Jakieś drugie dno.

– Czy mogę się dosiąść? – spytała i nie czekając na odpowiedź, zajęła miejsce naprzeciwko mnie.

Z trudem przełknąłem duży kęs i spojrzałem na nią z uwagą. Uśmiechała się. Miły, szczery uśmiech. Odruchowo wzruszyłem ramionami. Pewnie też zamówiła sushi i postanowiła poczekać w czyimś towarzystwie. Wprawdzie naruszyła moją strefę komfortu, ale nie będę się o to aż tak bardzo czepiał. W końcu nic w tym złego, żeby dwoje obcych ludzi zjadło w swoim towarzystwie ich ulubione jedzenie. To nawet miłe. Tyle się teraz mówi o tym, że tak oddalamy się od siebie.

– Podoba mi się twój samochód – powiedziała, pochylając się w moją stronę. Jej przesadnie długie rzęsy zatrzepotały jak skrzydła jakiegoś egzotycznego motyla.

W mojej głowie przeskoczyła odpowiednia zapadka. Z natury jestem wolno myślącym człowiekiem, ale już wszystko było jasne. Dziwne uczucie. Jesteś tu i teraz, a masz wrażenie jakbyś był zupełnie gdzieś indziej. Widzisz wokół śpieszących się ludzi, długą kolejkę przed Grycanem, twój japoński przyjaciel sieka coś zamaszyście błyszczącym nożem, a na telebimie właśnie leci jakaś reklama z sowami. A jednocześnie jesteś poza tym wszystkim.

Odsunąłem od siebie tackę z pozostałymi kawałkami sushi. Naraz przeszła mi ochota na dalsze jedzenie.

– Ile masz lat? – spytałem.

Przez chwilę milczała, jakby usiłowała sobie przypomnieć. W końcu powiedziała:

– Wystarczająco dużo, żeby wiedzieć, jak sprawić mężczyźnie przyjemność.

Długie, wyuczone na pamięć zdanie. Pewnie usłyszała to w jakimś filmie i teraz powtarza. Jej życiowe motto.

W pierwszej chwili chciałoby się  powiedzieć coś mądrego. Umoralniającego. Coś w stylu: „Czy wiesz, dziecko, że źle czynisz. Jesteś młoda, masz całe życie przed sobą. Ucz się pilnie w szkole, ciężko pracuj i… takie tam”. Tylko, po co? Czy na prawdę wierzysz, że to coś zmieni? Jak to, kiedy rzucisz dwa złote do puszki żebraka na ulicy. Przecież następnego dnia dalej tam będzie leżał.

– Jak masz na imię? – spytałem.

Znów to nieznaczne zawahanie.

– Roksana – odparła.

– A tak na prawdę?

Zmarszczyła brwi. Spuściła wzrok.

– Anka.

– Ile masz lat?

Spojrzała na mnie.

– Jesteś z policji? – spytała.

Teraz ja wahałem się przez chwilę. Tak naprawdę chciałem jak najszybciej zakończyć tę dziwną rozmowę. Czułem się nieswojo. Czyżbym był w ukrytej kamerze?

– Nie – odparłem. – Zastanawiam się tylko, jak mógłbym ci pomóc.

Jeszcze bardziej nachyliła się w moją stronę.

– Możemy pójść do twojego samochodu i mogę zrobić ci dobrze za pięć dych – ściszyła głos do ledwie słyszalnego szeptu. Ale zaraz dodała pośpiesznie ze śmiertelną powagą: – Ale nie połykam. Taką mam zasadę.

Na to nie byłem przygotowany. Czułem, że zaczynam się rumienić. Kto by pomyślał!

– Dobrze mieć jakieś zasady w życiu – powiedziałem, żeby zyskać na czasie. Równie dobrze mógłbym rzucić: „Tak, że tak” i zabębnić palcami o blat stolika.

Podjąłem decyzję. Pięć dych. Strasznie dużo kasy, a jednocześnie śmiesznie mało. Wyciągnąłem portfel i wyłuskałem pięćdziesięciozłotowy banknot.

– Dam ci te pięć dych – powiedziałem, przesuwając banknot w jej stronę. – Ale musisz mi coś obiecać.

– Co?

– Weźmiesz te pieniądze i już skończysz na dzisiaj – rzekłem. – Zrobisz to dla mnie? Proszę. Chciałbym zasnąć dzisiaj ze świadomością, że nie poszłaś już z nikim do jego samochodu.

Spojrzała na mnie, jakby nagle na mojej głowie wyrosły zielone czułki.

Chwilę wahała się, ale wyciągnęła rękę i schwyciła pieniądze. Porwała jak diabeł grzeszną duszę do piekła.

Wstała raptownie od stolika i  przybierając znów filmową pozę, powiedziała:

– Frajer!

I odeszła, pochłonięta przez strumień ludzi obładowanych zakupami.

Czy wspominałem już, że strasznie nie lubię łamać swoich zasad?

14 thoughts on “Zasady

  1. Nie dopatrzyłam się złamania zasad. Tak naprawdę to nikomu nie pomogłeś, tylko obraziłeś młodą adeptkę zawodu „negocjowalnego afektu”. Ona proponowała Ci usługę w/g uczciwego cennika, a Ty ją obraziłeś traktując jak żebraczkę.
    Twój magiczny samochód jest spokrewniony z moimi butami 😉 Kto by pomyślał…

    Polubione przez 1 osoba

  2. Ja czasem zagłuszam wyrzuty sumienia, ale często myślę nad sposobem, żeby choć kilku osobom dać wędkę i zmienić ich życie na lepsze. A tak z innej beczki, bardzo mi się podoba Twój styl i sposób prowadzenia historii 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. We wrześniu byłam w Rumunii, a dokładniej w Transylwanii, tylko na weekend, mieliśmy przewodnika, który nas obwoził po ciekawych miejscach, nie tylko tych turystycznych. Gdy wracaliśmy z jednego z zamków powiedział, że pojedziemy kawałek dalej, bo on musi nam coś pokazać. To, co nam pokazał wprawiło nas w osłupienie. Było to cygańskie miasto, ale nie było tam ani jednego domu, tylko same wille i pałace, suto ozdobione złotem i innymi kruszcami. Najbardziej rzuciła mi się w oczy Willa Maradona. Podejrzewam, że ten piłkarz nie pogardziłby takim domem. A gdy zapytaliśmy przewodnika czy Cyganie są problemem kraju, powiedział, że nie, bo te domy są z żebrania w innych krajach. Matki z dziećmi tak zarabiają. Trochę mi to dało do myślenia

    Polubione przez 1 osoba

  4. Ja pomagam, gdy widzę, że ktoś nie może zarobić samodzielnie (czytaj: jest niepełnosprawny), ale jeśli widzę całkowicie zdrowego mężczyznę, w pełni sił, który po prostu się poddał to wiem, że tymi pieniędzmi mogę mu tylko zaszkodzić.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Ja, jeżeli ktoś na ulicy mnie o to poprosi, raczej pomagam.. Nie wiadomo na co zostaną przeznaczone te pieniądze, nie mniej jednak uważam, że jeśli pomogłam nawet 1 osobie na 3 w słusznej sprawie to warto, nie zbiednieje od kilku złotych. Ale każdy ma prawo do własnego zdania.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s