Czy wiecie, kto wypowiedział najmądrzejsze słowa w historii ludzkości?

To przed przeczytaniem tekstu poniżej, obejrzyjcie najpierw ten filmik na YT:

Słyszeliście, prawda? Zwróćcie uwagę na poniższe zdanie:

„[…] We choose to go to the moon in this decade and do the other things, not because they are easy, but because they are hard, because that goal will serve to organize and measure the best of our energies and skills, because that challenge is one that we are willing to accept, one we are unwilling to postpone, and one which we intend to win, and the others, too.”

To wcale nie jest krótkie, zgrabne powiedzonko, które znajdziecie w słownikach cytatów ze sławnych ludzi. Nie jest to również błyskotliwy aforyzm trafiający w samo sedno rzeczy, ani zwięzła sentencja zawierająca jakąś arcy-moralną prawdę. Co więcej, powyższe zdanie jest długie, wielokrotnie podrzędnie złożone i za wała nie można się połapać, o co gościowi tak naprawdę chodziło. Jakiś księżyc, jakieś cele i jakieś wyzwania! Do tego wypowiedziane zostało w języku Jasia Fasoli i po wrzuceniu do Google Translate wychodzi coś na podobieństwo instrukcji obsługi z chińskiej zabawki nieudolnie przetłumaczonej na polski:

„Zdecydowaliśmy się pójść do księżyca w tej dekadzie i robić inne rzeczy, nie dlatego, że są one łatwe, ale dlatego, że są trudne, ponieważ celem będzie służyć do organizowania i zmierzyć najlepszy z naszych źródeł energii i umiejętności, bo to wyzwanie jest jednym że jesteśmy gotowi zaakceptować, jedno nie chcemy odłożyć, i jeden, który zamierzamy wygrać, a inni też.” 

Boki można zrywać!

A jednak są tam najmądrzejsze słowa w historii ludzkości. Ukryte. Łatwo je przegapić. Co więcej, tylko niewielu ludzi zdoła je odnaleźć. Ale doprawdy tylko nieliczni potrafią je zrozumieć!

Wiecie, jaka była moja największa zmora w dzieciństwie? Otóż, byłem jąkałą. To znaczy dalej jestem, bo jeszcze w sytuacjach stresowych język czasem potrafi mi się poplątać, ale teraz przynajmniej mi to całkowicie zwisa. Już nie leży na najwyższej półce z napisem „Problemy-nie-do-rozwiązania”. Spadła na sam dół mojej prywatnej wersji piramidy Masłowa. Piramidy życiowych bólów dupy. Mógłbym rzec, że zawdzięczam to słowom tego człowieka, któremu w Dallas pewnego dnia Harvey Oswald odstrzelił pół głowy, ale sęk w tym, że wtedy ich jeszcze nie znałem. Generalnie gówno wtedy wiedziałem. Byłem zakompleksionym, jąkającym się gnojkiem z lasu. Ale miałem też odrobinę szczęścia. Spotkałem ludzi, którzy dali mi najcenniejszą rzecz na świecie.

Pierwszą osobą był mój ojciec. Miałem wtedy jakieś cztery lata, ale pamiętam tamten jesienny wieczór doskonale. Jechaliśmy traktorem, ciągnąc przyczepę wyładowaną klocami drewna. Mieszkaliśmy w leśniczówce i miał to być nasz zapas na nadchodzącą zimę. Traktor był bez kabiny. Ojciec pożyczył go od pana Mańka. Ursus C-330. Pan Maniek już nie żyje, ale był to prawdziwy dusza-człowiek. W pakiecie razem z traktorem i przyczepą dostaliśmy Kruka. Lekko kulawego kundla, który za żadne skarby nie pozwolił się mi pogłaskać, kłapiąc groźnie zębami i całą drogę biegł za nami, śmiesznie zarzucając tyłem.

A kiedy wyjechaliśmy z lasu, rozpętało się piekło. Niebo nad nami rozdarło się w akompaniamencie grzmotów, zygzakowate błyskawice prały po drzewach z oślepiającymi błyskami, jakby ktoś pstrykał raz po raz gigantyczną lampą błyskową. Potoki zimnego deszczu lały nam się na głowy i nawet nieufny dotąd Kruk, wskoczył na traktor i wcisnął się pod siedzenie, skamląc cicho przy każdym uderzeniu pioruna. Ojciec zdjął swoją kurtkę i owinął mnie szczelnie, żeby choć trochę uchronić przed zacinającym deszczem. Efekt był mizerny, bo i tak byłem przemoczony do suchej nitki.

I kiedy już mogłoby się wydawać, że już nic gorszego nie może nas spotkać – silnik traktora naraz przestał pracować. Zgasły nawet reflektory i otoczyła nas noc. Ojciec zaklął pod nosem i zeskoczył z traktora, zostawiając mnie samego na siedzeniu. O, matko! Jak ja się wtedy bałem! Ciemności, huk piorunów, trupie światło błyskawic i siekące po twarzy strugi deszczu. Wszystko to spotęgowane kilkukrotnie przez rozbudzoną wyobraźnię czteroletniego chłopca. W tym czasie słyszałem, jak ojciec stukał czymś z przodu traktora i szarpał gwałtownie, aż cały zestaw się kołysał.

Po jakimś czasie silnik traktora zaskoczył. Reflektory ożyły i rozświetliły drogę przed nami. Ojciec wskoczył za kierownicę. Posadził mnie za sobą, a ja z całych sił wpiłem się ramionami w jego przemoknięte plecy niczym mały kleszcz. Wtuliłem twarz w jego mokrą koszulę, pod którą czułem gorącą skórę, pachnącą potem, świeżo piłowanym drewnem i olejem napędowym. Dla dziecka najpiękniejszy zapach na świecie! Zapach ojca. On był prawdziwym bohaterem, a ja byłem jego synem! Naprawił w ciemnościach traktor gołymi rękami! Przy nim ten ciotowaty niby-bohater z wielką literą S na piersiach był nikim więcej, jak tylko zwykłym fajtłapą.

– Udało się! – krzyczałem ojcu do ucha – Udało! Udało!

Odwrócił się do mnie i przekrzykując warkot diesla, powiedział:

– Problemy są po to, synku, żeby je rozwiązywać – i mocniej wdusił pedał gazu. Traktor wyrwał do przodu na spotkanie nocy.

Te słowa miałem już zapamiętać na zawsze.

Ale, jak to się mówi, w życiu diabeł zawsze upomni się o swoje. Pewnego dnia po prostu zacząłem się jąkać. Bez wyraźnej przyczyny i powodu. Jakby język, usta i krtań naraz straciły wrodzoną koordynację. Często słyszałem od dorosłych, że jest to kara za moje zachowanie. Bóg zesłał ją na mnie za to, że kiedyś ponoć przedrzeźniałem jakiegoś jąkałę. Nawet tego nie pamiętam. Go figure! 

Jąkanie to nie tylko problemy z komunikacją. To wredna i podstępna bestia, która niczym wiecznie nienasycony wampir potrafi wyssać z człowieka wszystkie siły witalne i odebrać całą radość życia. Jąkanie totalnie dezorganizuje normalne życie, zaniżając poczucie własnej wartości do zera. Absolutnego. Zwykłe czynności, które normalny człowiek wykonuje niemal bezwiednie, takie jak: odbieranie telefonów, rozmowa z nieznajomym na ulicy, czy zakupy w sklepie, dla jąkały są równie trudne niczym zdobycie Mount Everestu zimową porą lub przepłynięcie kanału La Manche wpław. Albo lot na księżyc.

A z każdym przeżytym dniem jest coraz gorzej. Jąkała w szkole jest jak żołnierz na pierwszej linii ognia. Permanentny stres. Od pierwszej chwili wejścia do szkoły aż po ostatni dzwonek. Masz tam tylko jedynego przyjaciela. Szkolny kibel. Nie masz wyboru – musisz się z nim zaprzyjaźnić, bo często będziecie się spotykać. Biegunka na zmianę z haftowaniem. Zaciśnięty w pięść żołądek i nieugaszona suchość w gardle. Czysty kortyzol ścieka ci z czoła, że ledwo widzisz na oczy. Jąkała w podstawówce czuje się równie komfortowo, jak dobrze odżywiony człowiek wśród kanibali. Albo jak żyd, który przypadkowo napatoczył się na doroczny zjazd partii NSDAP.

Wbrew temu, co się mówi, dzieci wcale nie są okrutne. One po prostu nic nie rozumieją. Takie ich prawo. Wiem, bo sam taki bywałem. Natomiast dorośli to już zupełnie inna para kaloszy. Szczególnie podpadłem jednej nauczycielce rosyjskiego, która mówiąc bez zbytniej przesady uwzięła się na mnie i chyba postawiła sobie za punkt na honorze udowodnienie, że każdy jąkała może wyćwiczyć deklamację wiersza o mieście Novgorad czysto i bezbłędnie. Pod warunkiem, że zrobi to dostateczną ilość razy. Każdą lekcję rosyjskiego zaczynała od wywołania mnie na środek klasy i wystukując rytm dużym cyrklem o swoje biurko, kazała mi zaczynać od początku, ilekroć z moich ust wydobył się nawet najmniejszy fałszywy dźwięk. I za każdym razem z nieskrywaną satysfakcją wpisywała mi dwóję do dziennika. Początkowo klasa miała niezły ubaw, ale z biegiem czasu coraz mniej było słychać szyderczych śmiechów i niemal czułem narastający poziom współczucia do mnie. Nawet jeden koleś, który z początku miał na mnie niezłe używanie, po którejś tam dwói, sam bezgłośnie recytował razem ze mną, próbując mi jakoś pomóc.

Drugi raz usłyszałem dziwne słowa, których sensu wtedy zupełnie nie pojmowałem. Padły one z ust jednej pani doktor w ośrodku zdrowia. Była naszym lekarzem rodzinnym i podczas jakiegoś rutynowego badania, powiedziała do mnie:

– Wiem, trudno ci to teraz zrozumieć, ale któregoś dnia uświadomisz sobie, że jest to raczej zaleta niż wada.

O mało nie zaśmiałem się jej w twarz. Co ty, głupia babo, możesz o tym wiedzieć?! Jaka zaleta? Dobre sobie. Może chcesz być na moim miejscu, co? Chętnie się zamienię. Oddam za friko!

Ale, cholera tam, miała baba rację! Dzięki jąkaniu bardzo szybko mogłem rozszyfrować, kto jest ze mną szczery, a kto tylko próbuje zabawić się moim kosztem. Wszystko można było wyczytać z ludzkich oczu, w których jak w lustrze obijały się współczucie, litość i niemal fizyczny ból. Najczęściej jednak była to zwykła radocha, kpina czy też nieskrywana złośliwość.

Moja mama była trzecią osobą. Mamy z reguły są mądre i zawsze mówią do rzeczy, ale wtedy naprawdę mnie zaskoczyła. Któregoś dnia nasza rozmowa niebezpiecznie zeszła na temat dziewczyn. Właśnie zbliżała się zabawa andrzejkowa w szkole i mama zapytała mnie, czy już mam jakąś na oku. Wzruszyłem obojętnie ramionami. Mama kończyła cerować moją białą koszulę i odgryzając zębami igłę od nitki, powiedziała jakby do siebie, patrząc gdzieś w dal:

– Widzisz, synku, najważniejsze jest to, że jeśli kiedyś pokocha cię jakaś dziewczyna, to będziesz miał absolutną pewność, że jest to prawdziwe uczucie – a po chwili dodała jeszcze: – Bo tylko człowiek o wspaniałym sercu jest w stanie pokochać drugiego człowieka ze wszystkimi jego wadami i ułomnościami.

Taaa… dzięki, mamo, za szczere chęci. Jestem pocieszony, że hej!

Ale rzeczywiście dane mi było doświadczyć tej pewności. Poznałem dokładnie taką osobę, o której wtedy mówiła mama. Moja żona. Już 10 lat minęło od naszego ślubu. 120 miesięcy. 3650 dni.  87600 godzin. 5 256 000 minut. I 315 360 000 sekund. Skąd o tym wiem, że to ta osoba? Bo ani przez jedną sekundę z tych ponad 315 milionów nie dała mi odczuć, że ma z tym jakikolwiek problem. Że trafił się jej wybrakowany towar.

Po co o tym wszystkim mówię? Ktoś przecież mógłby rzec – ale się gość wyflaczył! W sam raz nadaje się do „Rozmów w Toku”. Ponoć Ewa Drzyzga dobrze płaci za takie historie.

Robię to tylko z jednego powodu. Dla moich dzieci. Może kiedyś to przeczytają. Taka nasza nowa zabawa. Rodzaj sztafety. Międzypokoleniowa zabawa w „podaj cegłę”. Kochane dzieci, dzisiaj powiem wam na dobranoc coś, co kiedyś bardzo dawno temu powiedział wasz dziadek. Może wam się przydać w życiu.

Mnie się przydało. Czy słyszeliście kiedykolwiek o metodzie leczenia jąkania profesor Lilii Arutiunian? Założę się, że nie. Ja też wtedy nie słyszałem, więc musiałem wynaleźć ją sam. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, że nauczę się mówić od nowa! Zupełnie tak, jakbym ponownie się narodził. Brałem swoją ulubioną książkę pod pachę – Król Szczurów Jamesa Clavella – szedłem w ustronne miejsce i czytałem na głos, powtarzając w nieskończoność wyraz po wyrazie. Dzień po dniu. Nie chcę tu zbytnio przynudzać, ale zajęło mi wszystko to jakieś siedem lat, zanim nauczyłem się mówić bez tego idiotycznego szatkowania wyrazów czy irytującego dukania. Jeszcze teraz zdarza mi się mówić do siebie na głos na ulicy, czym wprawiam w osłupienie przechodniów.

Pytanie. Czy udałoby mi się to, gdybym tamtego burzowego dnia nie usłyszał od ojca tego zdania, które wypowiedział po tym, jak naprawił traktor? No way! Za Chiny ludowe. Pewnie nadal czekałbym na jakiś cud. Łudziłbym się, że gdzieś tam w dżunglach Peru czy japońskich laboratoriach mają cudowny lek, dzięki któremu pozbyłbym się problemu bez żadnego wysiłku. Bez tych siedmiu lat beznadziejnej na pozór pracy. Bierzesz tabletkę i ciach! Znika jak ręką odjął.

Co zatem łączy te wszystkie wymienione przeze mnie osoby z nieżyjącym już prezydentem Johnem Kennedym i jego słynnym przemówieniem wygłoszonym 12 września 1962 roku na Rice University w Houston?

Słowa. Dziwne słowa. Trudne słowa.

Bo słowa są mega ważne. Jedno nieopacznie rzucone złe słowo może zmienić czyjeś życie. Na gorsze. Może podkopać jego wiarę w samego siebie i sprawić, że stanie się tylko jedną z 6 miliardów podobnych do siebie kulek, odbijanych na oślep jak w grze na flipperach.

Ale z drugiej strony, mądre słowa mogą diametralnie odmienić czyjeś życie. Na lepsze.

Sęk w tym, że takie słowa wymagają czegoś jeszcze. Wysiłku. Trudu. Potu i czasami łez.

Bo tylko rzeczy trudne mają sens.

Czy wiecie już, jakie to słowa?

16 thoughts on “Słowa

  1. Myślę że każdy człowiek kiedyś się przekonuje jak ważne są słowa. Dla mnie akurat najważniejsze słowa które usłyszałam to tatusiowe „Zawsze miej własne zdanie” i lekarzowe „Córka będzie żyła”
    I jedna i druga wypowiedź do dziś kształtuje moje życie 🙂

    Lubię to

  2. Ja, z racji ukończonych studiów (filologia polska) i posiadania rodziny na wsi, bywam w tej kwestii bardzo tradycjonalna i przykładam wielką wartość do słów. Do tych, które sama mówię, i do tego, co mówią inni.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Pomijając cały aspekt samego jąkania, to muszę Ci przyznać, że bardzo dobrze mi się to czytało. I te błyskawice widziałam, i ten cyrkiel, i ten niezbyt czystą szkolną ubikację. Lubię taki styl 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  4. Mądry wpis, no i płynący z serca, a takie są najszczersze. Mamy swoje życiowe słowa, swoje prawdy, które nas prowadzą przez świat. Jedne są mądre, a inne proste. Nie ma znaczenia czy są długie czy krótkie, byle były skuteczne.

    Polubione przez 1 osoba

    1. … słowa są ważne! Powiedz dziecku, że jest „beznadziejne”, to możesz zniszczyć mu dalsze życie. A mów mu, że problemy są po to, żeby je rozwiązywać…. to z pewnością ci uwierzy, ale tak naprawdę uwierzy w siebie! 🙂

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s