Jesienią kobiety są najpiękniejsze!

W tym roku jesień w Warszawie jest brzydka. I mokra. Jest chłód, kałuże na chodnikach oraz chmary czarnych parasoli przywodzących na myśl stada wron z przetrąconymi skrzydłami. Nie ma złotego blasku, tych wszystkich odcieni czerwieni, babiego lata i zamglonego słońca rankiem nad blokami Ursynowa. W powietrzu nie czuć palonych liści, nie ma nawet tego charakterystycznego zapachu tlenku węgla oraz aromatu dojrzałych jabłek.

Ale to wciąż najpiękniejsza z pór roku.

Podczas, gdy zima jest amorficzna, wiosna niedookreślona, a lato krzykliwe – jesień jest elegancka. Klasycznie elegancka. Taka – można by rzec – filmowa. Bo czyż istnieje piękniejszy widok na warszawskiej ulicy niż idąca chodnikiem kobieta w beżowym trenczu; z długimi, rozpuszczonymi włosami spływającymi z przodu wzdłuż ramienia i oczami ukrytymi pod przyciemnianymi okularami? Patrzysz, a tu z przejścia podziemnego przy Rotundzie wyłania się prawdziwa piękność. Loretta Young? Nie,  bardziej Lauren Bacall. Idzie szybkim krokiem, z rękami w kieszeniach płaszcza, zapatrzona w jakiś punkt daleko przed siebie. Pewnie za chwilę spotka się ze swoim Bogartem. Na jej twarzy maluje się chłód. Znika za rogiem jak niezwykłe zjawisko.

A czyż na ławce w Ogrodzie Saskim nie przysiadła właśnie Monica Bellucci? Obojętne spojrzenie, noga założona na nogę, kołnierz płaszcza postawiony do góry. Nieśpiesznie pali cienkiego papierosa. Najwyraźniej na kogoś czeka. Mąż? Kochanek? Z pewnością ten drugi. Bo kiedy ją mijasz, patrzy ci prosto w oczy tak długo, że w końcu zmusza do odwrócenia głowy. Jakby chciała powiedzieć: „Guardami bell’uomo, jestem piękna, lubię jak mnie rozbieracie wzrokiem, uwielbiam fare l’amore aż do utraty tchu i mam nel culo, co o mnie wszyscy myślicie. Totalmente!”.

Przy kościele Świętej Anny scena też jakby żywcem z filmu wyjęta. On, całkiem podobny do Rossa z Przyjaciół. Z pewnością student. Dżinsy. Zamszowa kurtka. Torba od laptopa przewieszona przez ramię. Uniwersytet. Filologia. Chociaż nie, raczej zarządzanie. Denerwuje się. Najprawdopodobniej pierwsza randka.

Ona nadchodzi od strony Placu Zamkowego. Wypisz, wymaluj Alicia Silverstone. Jasne włosy i jasny płaszczyk. Szeroki uśmiech, dołeczki na policzkach, równe białe ząbki i fontanny wesołych iskierek tryskających z oczu. Może odrobinkę zbyt puszysta, ale to tylko jeszcze bardziej dodaje jej uroku. Zatrzymuje się przed nim. Czeka. Sekunda. Dwie. Trzy. W końcu wychodzi z inicjatywą.

– Jestem Alicja – mówi radosnym głosikiem, wyciągając rękę na powitanie.  – Ty jesteś Sławek? Ten Sławek, prawda?

Sławek vel Ross coś odburknął pod nosem. Widać, że nie odrobił zadania domowego z robienia pierwszego wrażenia. To się dosyć często zdarza facetom i zawsze należy im dać drugą szansę.

– W końcu spotykamy się w realu – dziewczyna mówi dalej, ale blask w jej oczach zaczyna coś jakby przygasać.

Tinder, jak nic. Albo inny portal randkowy. Nic w tym złego. W końcu każdy sposób jest dobry, żeby poznać „TĘ” osobę.

Ross stoi dalej jak słup soli. Coś tam wymamrotał, ale wyglądało to bardziej, jakby się zakrztusił. Wtedy pojawia się pierwsze podejrzenie – on wcale nie jest zagubiony. To po prostu słaby typ! Pewnie spodziewał się kogoś w rodzaju Natalii Siwiec. Albo Pameli Anderson. A może po prostu kupił po drodze w Empiku grę na Xboxa i jedyne, czego teraz pragnie to porypać w Counter Strike’a w swojej jaskini przy opuszczonych roletach i kanapkach na talerzu zrobionych przez mamusię.

– To, co robimy? – pyta dalej Alicja. – Dokąd idziemy?

Aż żal na nią patrzeć. Pogrzebana nadzieja to chyba najgorsze ze znanych mi uczuć. Nie chcę usłyszeć więcej. To zbyt intymna scena. To tak, jakby być świadkiem czyjejś spowiedzi w kościele. Idę dalej na swój spacer.

Jaki błąd popełnił Sławek alias Ross?

Co powinien mieć każdy facet ze sobą na pierwszym spotkaniu z poznaną dziewczyną czy kobietą? Kwiaty w ręku? Mogą być. Prezerwatywę w kieszeni? Niepoprawny optymista z ciebie! Mucho dinero w portfelu?  Niekoniecznie…

Plan!

Facet musi mieć plan! A i B. Czasami przydaje się też plan C. Brak planu zawsze przynosi klęskę. I wcale nie chodzi tutaj o to, że pierwsze spotkanie od razu ma oznaczać związek na całe życie. Absolutnie nie! Rzecz w tym, żeby po spotkaniu  poczuć się… dobrze. That’s it. Ona i ty. Zwłaszcza ona. Po prostu dobrze. Jak po solidnie wykonanej pracy.

Głupio dawać przykład na własnej osobie, ale jakoś innego nie mam akurat pod ręką.

Dawno, dawno temu… zamiast Messengera mieliśmy mIrca w akademiku. Czy ktoś to jeszcze pamięta? Co na przykład oznaczało pytanie: „Asl, pls?” Albo, ile radości sprawiało dać komuś bana na kanale @warszawa.  To było w czasach, kiedy Internet dopiero raczkował. Na telefon komórkowy mało kogo było stać, a określenie „Słoik” oznaczało ni mniej, ni więcej jak tylko szklany pojemnik z bigosem od mamy. Prehistoryczne czasy. Nie pamiętam już dokładnie, ale zdaje się że niedługo wcześniej w Ziemię uderzyła wielka planetoida i nastąpiła zagłada dinozaurów.

Posługiwała się nickiem „Justysia79” i już kompletnie nie pamiętam, kto kogo pierwszy zaczepił. Za to dobrze pamiętam, że był piątek wieczór, a ja nie miałem żadnego pomysłu na nadchodzący weekend. Kumple rozjechali się do domów i zostałem sam w pokoju z kuszącą perspektywą wcielenia się w feldmarszałka Ericha von Mansteina i dowalenia Ruskim na wschodnim froncie w grze Panzer General. Cóż, jak widać niezależnie od czasów, wszyscy faceci są tacy sami, tylko wydajność procesorów się zwiększa.

Mieszkała w Grudziądzu i na moje stwierdzenie, że jeszcze nigdy tam nie byłem, napisała:

– No, to zapraszam.

Na co ja odpisałem:

– Uważaj, bo jeszcze przyjadę.

– Nie wierzę – odpisała.

– Serio – wystukałem na klawiaturze.

W ułamku sekundy podjąłem decyzję. To można zrobić tylko,  jak się jest studentem pierwszego roku Politechniki. Wcześniej starzy ci nie pozwolą, a później to się już z reguły nie bardzo chce.

– Serio?

– Jak najbardziej – odpisałem. – Właśnie sprawdzam rozkład pociągów. Będę jutro w Grudziądzu na dworcu kolejowym dokładnie o 13:30.

Długo się nie odzywała, a ja już myślałem, że sieć padła.

– Jaja sobie robisz? – w końcu napisała.

– Będę jutro. Na bank! – odpisałem i zamknąłem mIrca.

Następnego ranka już siedziałem w pociągu, który pędził z monotonnym stukotem po mazowieckich równinach. A kiedy wtoczył się na stację w Grudziądzu, dochodziła 10:30. Nie, to wcale nie jest pomyłka! To była część mojego planu! Miałem bowiem plan. W końcu pięć i pół godziny podróży oraz godzina czekania na przesiadkę w jakimś Jabłonowie Pomorskim to dosyć czasu, żeby opracować go w najdrobniejszych szczegółach.

Szkopuł w tym, że jak to się mówi, groszem nie śmierdziałem. Mój cały budżet wynosił równe sto złotych. Jeden i dwa zera. Samotny, zielony banknot z Jagiełłą. Nawet wtedy było to śmiesznie mało. Za bilet zapłaciłem 37,50 złotych w jedną stronę, więc logiczne było, że musiałem odliczyć tyle samo na powrót. Jakby nie liczyć mój fundusz reprezentacyjny wynosił całych 25,00 złotych. No i weź tu, człowieku, zaszalej! Wtedy, jak nigdy zrozumiałem, że pieniądze może i szczęścia nie dają, ale za to cholernie ułatwiają życie.

No, ale widocznie łatwe życie nie było mi pisane i musiałem wykombinować, jak tu zrobić wrażenie na lasce przy tak skromnym budżecie. Najśmieszniejsze było w tym to, że nie miałem wcale pewności, czy ona w ogóle pojawi się na dworcu. Może uznała to za żart i teraz śmieje się z psiapsiółkami z jednego kretyna, który wczoraj narobił sobie nadziei. Niedoczekanie jego! Przecież w sieci aż roi się od dziwnych typów. I zboczeńców.

Ale ja miałem swój plan do wykonania!

Najpierw obleciałem całe miasto dookoła, żeby zrobić rozpoznanie topografii terenu. Generalnie, oprócz starówki i bulwarów nad Wisłą nic szczególnego. Zresztą, z wiadomych względów, żadne restauracje nie wchodziły w rachubę. McDonald też odpadał. Jak dla mnie za mało wykwintny. Potrzebowałem czegoś zupełnie innego. Na szczęście tamtego dnia pogoda była po mojej stronie.

W końcu znalazłem to, czego szukałem. Intermarché! Pierwszy raz słyszałem taką nazwę, ale to był strzał w dziesiątkę. Długo zajęło robienie zakupów, bo jestem strasznie wybredny, ale mając tylko 25 zeta, trzeba wszystko dziesięć razy obrócić w rękach. Niestety, dokładnych cen nie jestem już w stanie przywołać z pamięci, ale końcowe saldo się zgadza. Oto pełna lista:

  1. Cerata w czerwoną kratę w promocji – jakieś 8 PLN,
  2. Najdroższe najtańsze wino – około 6 PLN,
  3. Jednorazowe kieliszki do szampana (szt. 2) – 2 PLN,
  4. Otwieracz do konserw (???). Dlaczego właśnie on? Ponieważ miał też korkociąg. Straszna tandeta, ale spełnił zadanie – 3 PLN,
  5. Rogaliki maślane (szt. 4) – 2 PLN.

Jak widać, zostało mi jeszcze 4 złote reszty. Zastanawiałem się, czy dorzucić jeszcze jakieś owoce, ale wtedy mój wzrok padł na dżem poziomkowy. Mój ulubiony. Cholernie trudno go dostać! Nie mogłem się oprzeć i zapłaciłem za niego 3,99 PLN. Jeśli okaże się, że ona mnie olała, to przynajmniej wrócę do Warszawy ze słoikiem dżemu poziomkowego i zjem go sobie na kolację. W sam raz do chleba z masłem i szklanką gorącego mleka.

Ale nie olała mnie. O 13: 30 wmieszałem się w tłum pasażerów na peronie i sprawiałem wrażenie, jakbym właśnie wysiadł z pociągu. Od razu ją rozpoznałem. Zabawne, znałem tylko jej nicka, a od razu domyśliłem się, że to ona. Jak? Nie mam bladego pojęcia. Wiedziałem i już. Tym bardziej, że stała odwrócona do mnie tyłem.

– Justysia siedemdziesiąt dziewięć? – spytałem, kiedy zostaliśmy sami na peronie.

Odwróciła się gwałtownie.

– Jestem – powiedziałem i dodałem: – Tak, jak obiecałem.

Aha… jedna uwaga. A właściwie rada dla wszystkich facetów! Nigdy, ale to przenigdy nie przychodźcie na spotkanie z dziewczyną lub kobietą z reklamówką w ręku! NeverNuncaHикогда! Mężczyzna z białą, plastikową torbą z dyskontu w dłoni jest po prostu żałosny. Tak wygląda i tak się też czuje. A wyraz jej oczu, kiedy zjeżdża wzrokiem w dół po twoim ramieniu jest wprost nie do zniesienia! Problem w tym, że ja wtedy nie miałem wyboru i dlatego tyle mówiłem na początku o pierwszym wrażeniu, i że zawsze trzeba dawać drugą szansę.

Ja chyba dostałem drugą szansę, bo miałem swój plan! A dziewczyna była…

I tutaj muszę skończyć swoją opowieść. Tylko wyjątkowy kutas zdradza publicznie szczegóły spotkania z kobietami.

Powiem tylko tyle, że oboje od samego początku wiedzieliśmy, że – jak to powiedział pewien rezolutny piekarz – chleba z tej mąki nie będzie. A mimo to w myślach zarówno ona, jak i ja postanowiliśmy, że dobrze wykorzystamy te parę godzin, jakie pozostały do powrotnego pociągu. Jak dwoje zupełnie obcych ludzi skazanych przez przewrotny los na siebie w tym samym miejscu w czasie i przestrzeni.

Resztę tamtego dnia spędziliśmy siedząc na kraciastej ceracie nad Wisłą w cieniu ceglanych murów, bo słońce grzało niemiłosiernie. Wino nawet okazało się wcale niezgorsze. Przy okazji Justysia79 rozwiązała problem braku noża. Głupio mi było przyznać się przed nią, że nie stać mnie na kupno nawet zwykłej plastikowej jednorazówki i zwaliłem wszystko na moje wrodzone zapominalstwo i roztargnienie. A ona powiedziała: „To nawet lepiej” i wsadziła palec do słoika z dżemem poziomkowym. I potem jedliśmy mój ulubiony dżem paluchami, zagryzając maślanymi rogalikami. I rozmawialiśmy.

A kiedy czas dobiegł końca, odprowadziła mnie na dworzec. I czekała ze mną jeszcze pół godziny na pociąg. Tuż przed odjazdem dostałem buziaka na pożegnanie, który nawet trwał o pół sekundy dłużej niż standardowo powinien. A kiedy pociąg ruszył, krzyknęła: „Dziękuję!” i machała tak długo, aż w końcu straciłem ją z oczu.

Był środek nocy, pociąg pędził wśród pól i lasów. Stałem przy otwartym oknie. Podmuch wiatru rozwiewał mi włosy. Powietrze miało zapach mgły, żywicy, rozpalonego żelaza i impregnatu z podkładów kolejowych.

W ręku trzymałem monetę. Jeden grosz. Cały mój majątek.

Ale czułem się dobrze.

Po prostu dobrze.

Reklamy

21 thoughts on “Randka w ciemno

  1. Od godziny czytam Twoje wpisy, przy każdym kolejnym mówię sobie, że to ostatni (na dziś! ) ale gdy kończę czytać zaczynam następny. Bardzo podoba mi się poczucie humoru i niebanalny sposób przedstawiania zdarzeń, lekki, nieprzytłaczający a równocześnie dokładny! Super. Gratuluję bloga.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Lubię takie komentarze 🙂 Taki cel sobie założyłem tworząc tego bloga…. żeby ktokolwiek, kto tu wejdzie nie nudził się ani sekundy i żeby tu wracał 🙂 Super, że tu zawitałaś! Dziękuję 🙂

      Polubienie

  2. Świetnie się czytało. Ten filmowy początek bajka. Aż zaczęłam się zastanawiać czy może to nie jest dobry powód, aby polubić jesień. Jednak chyba nie 😉
    A ten plan / brak planu – bardzo trafnie to opisałeś.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Bardzo świetne! Z reguły wodzę tylko oczyma po tekście, ale nie wgłębiam się specjalnie w jego treść. Tutaj coś mnie natchnęło, żeby wgłębić się w treść. Naprawdę piszesz genialnie. Czytanie sprawiło mi przyjemność. Czuję się teraz dobrze. Po prostu dobrze. 😉

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s