Muszę się do czegoś przyznać!

Kocham robić zakupy w lidlu. Uwielbiam tę specyficzną atmosferę podniecenia zwłaszcza w sobotę rano, kiedy w końcu pojawia się towar reklamowany od tygodnia w gazetce. Nie mogę się doczekać, kiedy dostanę tak pożądane przez wszystkich znaczki, które później wymienię na jedną z miliona książek o gotowaniu lub rewelacyjny nóż jakiegoś znanego mistrza kuchni, o którym wprawdzie nigdy nie słyszałem, ale musi być naprawdę dobry, skoro pokazują go w telewizji. Niecierpliwie czekam, kiedy piekarnia wystawi kosze z tymi cieplutkimi jeszcze ciasteczkami nadziewanymi jabłkami i posypanymi prażonymi orzeszkami pecan. Albo z niebiańsko smakowitymi malinowymi muffinkami. Właściwie uważam czas spędzony w lidlu za najprzyjemniejsze godziny mojego życia.

Ale wiecie, co? To wszystko bullshit!

Tak na prawdę, nienawidzę tego miejsca. O której godzinie byś nie wszedł, kolejki sięgają aż do połowy sklepu. Nienawidzę ludzi, o których się ocieram nieustannie. Brzydzę się nimi. Gardzę, kiedy pędzą jak stado baranów do nowo otwartej kasy, taranując wózkami wszystko na swojej drodze. Wkurwiam się, kiedy jeszcze nie zdążyłem wyłożyć całego towaru na taśmociąg, a stojący za mną patafian już ładuje się ze swoim badziewiem. Do szewskiej pasji doprowadza mnie natarczywe szturchanie wózkiem w zadek, żebym podsunął się do przodu przy kasie. A co, kuźwa, mam może przefrunąć nad tym bucem, co stoi przede mną? Ale już totalnie jasna krew mnie zalewa, gdy mężulek ucina sobie pogawędkę z kasjerką, a szanowna małżonka buszuje jeszcze gdzieś między regałami, bo czegoś tam zapomniała i wszyscy czekają na nią, jak te pipy na deszczu.

Ale wiecie, co? To też jest bullshit.

Tak na prawdę jedynym powodem, dla którego robię zakupy w moim lidu jest ona. Ma na imię Matylda. Kasjerka. Jest prześliczna. Taka malutka, drobniutka, wprost filigranowa. Wszystko u niej jest malusie. Jakby jakiś nieziemski artysta starannie wyrzeźbił ją misternie zaostrzonym dłuteczkiem. Dzieło życia. Jak laleczka. Do tego robi sobie fantazyjne kreski w kącikach powiek i wygląda niczym egipska księżniczka. Mogę patrzeć na nią godzinami i zawsze jestem zawiedziony, kiedy jej nie ma na kasie. Zresztą, ona też mnie chyba bardzo lubi, bo ostatnio podarowała mi nawet dwa grosze, których zabrakło do rachunku. Okay, wcale mi nie brakło, tylko szukałem okazji do rozmowy z nią. Jedna z moich rozlicznych słabości.

No więc ustawiam się do mojej małej Nefretete. Synek, Adrian, który siedzi w wózku na miejscu do tego przeznaczonym jest już rozdrażniony, jak rój szerszeni. Kolejka przesuwa się z prędkością rosnącej trawy. Do tego ta starucha przede mną! Cały czas się gapi, jakby chciała nas pożreć wzrokiem. Zapadnięte, bezzębne usta ściśnięte w wąską kreskę, twarz pomarszczona niczym suszona jagoda i jeszcze ten zapach. Starczy odór. Mieszanka naftaliny, niedomytego ciała i moczu. Aż słabo się człowiekowi robi. Nieustannie świdruje wzrokiem i coś mamroli pod nosem.

W drukarce kasy zabrakło papieru. Kolejka zatrzymuje się. Adrian właśnie stracił ostatnie pokłady cierpliwości. Wygina ciało w pałąk, kopie nogami na wszystkie strony i próbuje za wszelką cenę dosięgnąć pudełko z mentosami, aby zrzucić je na ziemię. W ostatniej chwili go powstrzymuję. Wtedy patrzy się na mnie tym swoim oskarżycielskim spojrzeniem, a jego usta powoli zaczynają wyginać się w podkówkę. Jeszcze sekunda i rozedrze się w niebogłosy. Niedawno skończył dwa lata i potrafi zrobić to w iście spektakularny sposób. Ale jestem na to przygotowany.

Moja ostateczna broń to nasza ulubiona zabawa. Pożeranie wątróbki. Polega na niespodziewanym schwyceniu Adrianka, podciągnięciu koszulki do góry i symulowanym ugryzieniu brzuszka zębami, poprzedzonym okrzykiem: „Dawaj wątróbkę!” Przyklejasz się wargami do młodej skórki, jak glonojad do szyby akwarium i robiąc próżnię, wciągasz do ust. Natychmiastowy efekt gwarantowany. Dziecko w ułamku sekundy przechodzi od płaczu do histerycznego śmiechu, jednocześnie próbując wyrwać się z uścisku. Cała sztuka polega na tym, aby trzymać tak długo, aż jego śmiech osiągnie częstotliwość rezonansową. Puszczasz dopiero wtedy, kiedy nie może już złapać tchu i wtedy robisz efektownego pierdziocha na koniec.

Adrian podchwyca zabawę i podciągając rączką ubranie, mówi do mnie patrząc spode łba z łobuzerskim uśmieszkiem:

– Tata… zjedz moją… Yyyy…. yyy…

„Wątróbka” to dla niego wciąż zbyt trudne słowo, ale wiem doskonale, o co mu chodzi. Udaję, że nie rozumiem, odwracam głowę w bok jakbym nagle zapatrzył się na coś niezwykle ciekawego i znów rzucam się na niego z zębami. Jest wniebowzięty! Jego śmiech odbija się echem od sufitu i napełnia sklep kolejnymi spazmami czystej, niczym niezmąconej radości. Chwila odpoczynku i zabawa zaczyna się na nowo.

Taśmociąg znowu rusza do przodu. Kątem oka widzę, jak starucha bacznie nas obserwuje z zaciętym wyrazem twarzy. Właśnie nadeszła jej kolej przy kasie, ale nie spuszcza z nas wzroku. Zaraz się pewnie przypieprzy – myślę pomiędzy kolejnymi atakami śmiechu Adrianka. Znam takie typiary. Wszystko im przeszkadza! A małe dzieci szczególnie. Na każdy głośniejszy dźwięk wydobywający się z dziecinnej buzi reagują, jak byk na czerwoną płachtę.

Nadchodzi nasza kolej. Starucha właśnie pakuje się do reklamówki. Kajzerka i topiony serek. Chyba paprykowy. Razem dwa pięćdziesiąt. Nie mam odwagi spojrzeć na nią. Uśmiecham się szeroko do Matyldy, jednak cały czas czuję na sobie baczne spojrzenie. Adrianek domaga się więcej i więcej. Desperacko próbuję wymyślić jakiś fajny, podjazdowy tekst, ale jakoś nic nie przychodzi mi do głowy. Adrianek zdążył już podciągnąć bety aż pod samą brodę.

– Tata, zjedz mi… – ponagla. – Zjedz teraz, no zjedz.

Pakuję towar. Starucha na szczęście już sobie poszła. Uff, wypuszczam głośno powietrze. Niestety, bezpowrotnie straciłem okazję, żeby zagadać do mojej kasjerki. Już obsługuje kolejnego klienta. Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że jestem obserwowany. Odwracam głowę. O, cholera! Stoi nieruchomo na parkingu i przez szybę gapi się na nas. Jak duch. Ale się przyczepiła. Może psychiczna?

– Później, później – mówię do Adrianka.

Wkładam siatki do wózka i pospiesznie opuszczamy sklep. Szybkim krokiem idę przez parking do samochodu. Otwieram bagażnik i przekładam towar. Bardziej czuję niż spostrzegam, że ktoś stoi za moimi plecami.

– Ja bardzo przepraszam – zaczęła starucha. – Ale ja tylko chciałam panu coś powiedzieć.

Nieruchomieję. Spoglądam na nią. Jest bardzo zmieszana. Kilkakrotnie otwiera usta, jakby usiłowała coś rzec, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Ciekawe, co tym razem? – myślę z rezygnacją. Zabrakło piątaka na leki, a dziwnym trafem dzisiaj właśnie kończy się ważność recepty? Czy też sparaliżowany mąż? A może synalek alkoholik? Nic mnie już nie zaskoczy. Zaraz pewnie nastąpi wybuch płaczu i cała litania nieszczęść. Znacie to, prawda?

I rzeczywiście wybucha płaczem. Wielkie, oleiste łzy ciekną jej po policzkach, spadając na świeżo wylany asfalt. Bez przerwy przerzuca spojrzenie ze mnie na Adrianka i na odwrót.

– Bo ja tam nie mogłam się na was napatrzeć! – bełkocze niewyraźnie pomiędzy kolejnymi spazmami płaczu. Po chwili dodaje: – Ja tak bardzo zazdroszczę temu dziecku. On się tak cudownie śmiał, kiedy tak wspaniale bawiliście się tam w sklepie. Widać, że jest taki szczęśliwy. Że jest kochany. Że ma tatę, który go kocha. Że ma cudowne dzieciństwo. Och, jak ja mu tego zazdroszczę.

Baranieję. Adrianek przygląda jej się podejrzliwie z wciąż podciągniętą koszulką odsłaniającą goły brzuszek. Pewnie niewiele zrozumiał, ale on też chyba pomylił się w swej ocenie.

– Bo mój ojciec nigdy się ze mną nie bawił – mówiła dalej. – To nie był zły człowiek, dbał o nas i niczego nam nie brakowało. Ale nigdy nie wziął mnie na ręce, nigdy nie pogłaskał po głowie i nigdy nie pobawił się ze mną żadną zabawką. A ja tak bardzo tego pragnęłam. Chciałam się do niego przytulić…. tylko przytulić. Nic więcej…. nic więcej…

Chcę coś powiedzieć, ale nie ma w języku polskim takich słów, które byłyby na miejscu. Założę się, że nie ma ich również w żadnym innym języku.

I bez słowa odeszła. Taka skulona, pokurczona i szara. Prawie niewidoczna. Pogrążona w swoim świecie. Tak przeraźliwie samotna. Jeszcze długo patrzę, po tym jak już zniknęła pomiędzy osiedlowymi blokami.

– Tata, zjedz mi jeszcze raz – słyszę głos Adrianka, ale nie rozumiem sensu jego słów.

– Co takiego? – pytam mechanicznie.

Jestem wściekły. Na siebie. Za to, że znów to zrobiłem! Wydałem wyrok na drugiego człowieka,  jeszcze zanim go poznałem. Zawsze tak jest. Czterdzieści lat nad tym pracuję i dupa! Kołek w płocie już by dawno się nauczył. Co gorsza, im jestem starszy, tym coraz częściej mi się to przytrafia. A przecież dzisiaj właśnie stojąc na parkingu przed lidlem więcej dowiedziałem się o życiu, niż przez całe moje dotychczasowe życie. Mam ochotę dać sobie w mordę.

Oczy Adrianka robią się idealnie okrągłe.

– Kąkąłkę! – wypala z uśmiechem od ucha do ucha szczęśliwy, że w końcu udało mu się powiedzieć to piekielnie trudne słowo!

Uciekam spojrzeniem w bok. Nisko nad blokami dreamliner bierze obszerny zakręt, tramwaj zatrzymuje się na przystanku, ludzie wysiadają i wsiadają, gdzieś daleko słychać jadącą na sygnale karetkę pogotowia.

Nagle wywracam oczami i rzucam się na Adrianka z zębami. Po chwili na całym parkingu słychać jego radosny śmiech.

Tylko to się liczy.

Wszystko inne to bullshit!

Reklamy

32 thoughts on “Kąkąłka

  1. Nie mogę teraz za dużo napisać. Po Twoim poprzednim opowiadaniu przez moment poczułam sie jak ta starsza pani, choć mój tato czasami mnie przytulał. 🙂 I były takie krotkie momenty wspólnej zabawy. Nauczył mnie dobrze grać w warcaby 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Rozbawiłeś mnie tym piczątkowym zachwytem dla Ludla 🙂 🙂 :-). Podobnie mam z Biedronką. 🙂 🙂 🙂
      Tylko nie pidrywam panów kasjerów. 🙂 🙂 🙂

      Mój prawie już pieciomiesieczny synek też uwielbia pierdziochy, ja tez go uwielbiam rozśmieszać 🙂
      Nie tylko jego.
      No i czasem faktycznie głupio osadzamy innych ludzi.

      Musze dalej tu pospacerowac. Ale wzruszyles mnie dzis bardzo. Mnie samą to zaskoczyło.
      Chyba w ogole wszelkie gesty miłosci, przyjazni mnie wzruszają.

      Polubione przez 1 osoba

  2. No nie, facet doprowadził mnie do łez. Rozczuliło mnie to, że się tak bawicie. Sama uwielbiam wygłupy z moim Antosiem i często jak widzę równie bliską relację miedzy rodzicem a dzieckiem to tak właśnie reaguje. W dodatku mam podobny problem, też staram się wyzbyć oceniania ludzi, których nie znam. Niestety to nie takie łatwe. Ale staramy się 😉

    Polubione przez 1 osoba

  3. Na poczatku mialam Ci napisac, czlowieku wyluzuj, usmiechnij sie, co z Ciebie za gbur! Zrobilam to samo co Ty, ocenilam zanim przeczytalam do końca;) Ale Ty na koniec dostałeś ode mnie rozgrzeszenie a ja powinnam dostac w mordę;) Trzymasz w napieciu,mila odskocznia od blogowego nudziarstwa;)
    Pozdrowiam,
    Gee
    http://Www.geeway.pl

    Polubione przez 1 osoba

  4. Życie składa się z samych błahostek, które prędzej czy później okazują się niezwykle ważne. Lepiej uzmysłowić to sobie prędzej… ale też dobrze późno niż wcale.

    Polubione przez 1 osoba

  5. Oj tak, pozory często mylą… Cóż, ta pani raczej nie chciała się bawić w „zjedz mi kąkąłkę”. Chciała się wygadać, wysłuchałeś. Na szczęście Twoich myśli przy kasie nie słyszała.

    Polubione przez 1 osoba

  6. Po pierwsze:
    1. Człowieku- umiesz pisać! Nienawidzę długich tekstów i tzw. felietonów na siłę, ale Twój tekst trzymał w napięciu do końca!

    2. Tez to cholera robię tyle że 30 lat i jestem na siebie wsciekła!

    3. Montuj disqusa na blogu 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Najtrudniejsze… Z człowiekami tak się nie da 😦 Spotkasz psa, który warczy i szczerzy zęby, to z pewnością cię ugryzie… A spotkasz warczącego kelnera w restauracji, który pracuje już 12-tą godzinę za najniższą krajową, to wystarczy, że uśmiechniesz się do niego i powiesz: „Widzę, że ma pan dzisiaj ciężki dzień, prawda?”… a stanie się twoim przyjacielem i już wiesz, że na pewno nie napluje ci w talerz… 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s