Czy byliście kiedyś zakochani? 

Ale tak na zabój? Na milion procent. Tak mocno, że druga osoba uczyniła z Was niewolnika, chociaż nie miała o tym zielonego pojęcia? Że w marzeniach każdego dnia z bronią w ręku odbijaliście ją z łap porywaczy? Albo wynosiliście na rękach z płonącej szkoły? I mieliście z nią zaplanowaną każdą godzinę wspólnego życia aż do śmierci?

I wkońcu, że wiedzieliście od początku, iż takie uczucie zdarza się jeden, jedyny raz w życiu i już nigdy więcej się nie powtórzy? Przenigdy.

Skąd wiem, że może się zdarzyć tylko raz w życiu?

Bo takie uczucie przytrafia się tylko sześcioletnim chłopcom. Tylko raz. Nigdy więcej już nie będziecie mieli sześciu lat.

Tamtego mroźnego ranka, kiedy ustrzeliłem swoją pierwszą dziką gęś, tata podrzucił mnie do szkoły. Pożegnałem się z nim i zarzuciwszy tornister na plecy, wszedłem do dużego, zbudowanego z czerwonej cegły budynku. Pokonałem kilka schodków i znalazłem się na długim, mrocznym korytarzu. Pachniało tu nową wykładziną, płynem do mycia podłóg oraz bliżej nieokreślonym zapachem.

Poczułem przyspieszone bicie serca.

Był to bowiem zapach wiosennego deszczu, kwiatów na łące, aromat świeżych malin zbieranych w lesie; zapach waniliowych lodów, które latem kupowałem z mamą od objazdowego sprzedawcy. Pamiętam, że tak samo pachniało powietrze po seansie filmowym odbywającym się raz na miesiąc w świetlicy. Ten zapach sprawiał, że czułem się kimś zupełnie innym – wysokim, dobrze zbudowanym blondynem w błękitnych dżinsach, w białym podkoszulku z paczką papierosów wciśniętą niedbale pod rękawek i w zabójczo ciemnych okularach. Nie wiem, dlaczego właśnie taki obraz pojawia się mi przed oczami wyobraźni ilekroć czuję ten zapach. Drżącą ręką nacisnąłem klamkę od drzwi prowadzących do naszej klasy i nieśmiało wszedłem do środka.

Pani Ula siedziała pochylona przy biurku i najwidoczniej przygotowywała się do prowadzenia lekcji. Miała burzę kręconych włosów na głowie, duże oczy, dwa dołeczki na policzkach, kiedy się śmiała oraz olśniewająco białe zęby. Dzisiaj ubrana była w luźny biały golf z szerokim pasem, w długą spódnicę, a na nogach miała wysokie buty na cienkich obcasach.

Była najpiękniejszą kobietą, jaką spotkałem w swoim dotychczasowym życiu – no… może drugą po mamie – a ja byłem zadurzony w niej po same uszy. Kochałem ją swą najpierwszą, najczystszą miłością, karmiącą się jej obecnością, spojrzeniem, ciepłym uśmiechem i zapachem, który wokół siebie roztaczała. Byłem najwierniejszym z jej niewolników, gotowy spełnić każdy rozkaz z poświęceniem życia. Martwiło mnie tylko to, że jak dotąd zupełnie tego nie dostrzegała.

– Dzień dobry, pani Ulo – przywitałem się. Moje policzki zapiekły żywym ogniem.

– Cześć, Damian. – Pani Ula podniosła głowę i obdarzyła mnie chyba swym najpiękniejszym uśmiechem z jej przebogatego arsenału. Gdybym był małym pieskiem, pewnie teraz zamachałbym ogonem i wskoczywszy na kolana, polizał w policzek.

– Co sprawiło, że tak wcześnie przyszedłeś dziś do szkoły? – spytała.

– Byłem na polowaniu – odpowiedziałem. Nie wiem, dlaczego chciałem, aby zabrzmiało to zwyczajnie, jakby to było coś zupełnie normalnego, że zawsze przed lekcjami robię sobie wypady na polowania.

– Naprawdę? – spytała marszcząc ciemne brwi, które wyglądały jak ogon jaskółki, a w jej głosie wyczułem lekkie niedowierzanie. – Potrafisz polować?

Czy potrafię? Jeszcze jak! Jestem zawodowym myśliwym i gdyby tylko Pani zechciała, nauczę Panią strzelać i będę zabierał na polowania każdego ranka. Będziemy razem obserwować wschody i zachody słońca oraz słuchać jak szumią trzciny.

– Chyba… tak – bąknąłem pod nosem. Czy jedna gęś oznacza, że umiem polować?

– A cóż takiego dzisiaj upolowałeś? – teraz była lekko rozbawiona.

– Dzika gęś. Zbożówka – odpowiedziałem i po chwili dodałem: – Czysty strzał na korpus.

Pani Ula odchyliła się lekko w krześle i spojrzała na mnie jakoś zupełnie inaczej. Chwyciła wiszący wokół szyi krzyżyk na złotym łańcuszku i obracała go w palcach. Przestraszyłem się, czy nie przesadziłem z tą pewnością siebie. Jeszcze pomyśli, że zmyślam?

– Jesteś niezwykle dzielnym mężczyzną – powiedziała i pochylając się w moim kierunku, puściła do mnie oko. Gdyby teraz poprosiła, żebym wyskoczył przez okno, zrobiłbym to bez wahania.

Jeszcze żadna kobieta nie powiedziała tak o mnie. Niemal słyszałem, jak skwierczą mi końce uszu.

Na szczęście kłopotliwą ciszę przerwał Gruby, który wbiegł do klasy z gracją szarżującego odyńca. Gruby był prawdziwym grubasem i miał jakieś dwadzieścia kilo nadwagi. Mógłbym powiedzieć, że był moim przyjacielem, ale była to chyba trudna przyjaźń. Razem z Grubym stanowiliśmy sto procent męskiej populacji klasy, co było pewnym ewenementem w całej szkole. Chyba właśnie z tego powodu nieustannie rywalizowaliśmy między sobą i muszę przyznać, że Gruby był na ogół lepszy ode mnie, co niezmiernie mnie irytowało i często popadałem w zniechęcenie.

– Dzień dobry, Pani Ulo! – Gruby powiedział swym chyba najbardziej przymilnym głosem i dodał: – Jak ślicznie dzisiaj pani wygląda.

Poczułem wściekłość. Nagle zapragnąłem, aby Gruby potknął się i rozwalił sobie głowę o biurko pani Uli. Oczyma wyobraźni niemal zobaczyłem, jak leży na podłodze zalany krwią.

– Dziękuję – odpowiedziała Pani Ula i uśmiechając się do niego, dodała: – Jesteś prawdziwym dżentelmenem.

Akurat!

Byłem zły również na panią Ulę, że jeszcze go nie rozszyfrowała i dawała się nabierać na jego tanie sztuczki. Ale swoją drogą zazdrościłem Grubemu, że potrafił mówić komplementy z taką łatwością. Ja w obecności pięknych kobiet zwykle zapominałem języka w buzi.

Z broczącym krwią sercem poczłapałem do swojego biurka i z rezygnacją usiadłem na swoim miejscu.

Kiedy klasa zapełniła się naszymi koleżankami, Pani Ula rozpoczęła zajęcia od sprawdzenia zadania domowego. Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ była to moja ulubiona część lekcji. Zresztą nauka nigdy nie sprawiała mi kłopotów, co było z pewnością zasługą mamy, która zawsze pilnowała, abym poświęcał odrabianiu lekcji odpowiednią ilość czasu. Pani Ula chyba to zauważyła, gdyż często zadawała mi trudniejsze zadania, lub prosiła o wytłumaczenie rozwiązania całej klasie. Ja natomiast często zadawałem różne dociekliwe pytania, na które, muszę się przyznać, zwykle znałem odpowiedź. Wówczas pani Ula podchodziła do mojego biurka i nachylając się nad moją głową, próbowała cierpliwie wytłumaczyć moje wątpliwości.

Uwielbiałem, kiedy jej włosy muskały mnie w kark i uwielbiałem wdychać ich zapach.

Była to jedna z moich wielu słabości, której nie mogłem się oprzeć.

p.s

Wiele lat później spotkałem Panią Ulę na dworcu autobusowym w Trzebnicy. Ona właśnie przyjechała, a ja odjeżdzałem w kierunku Wrocławia. Siedziałem już w autobusie i przez brudną szybę obserwowałem ją, jak szła zamyślona w poprzek placu manewrowego. Nie widziała mnie, a ja nagle zapragnąłem wysiąść z autobusu i porozmawiać z nią. Za późno. Autobus ruszył i włączył się do ruchu. Jeszcze przez sekundę widziałem, jak odgarnia dłonią włosy i znika za budynkiem banku.

Wtedy widziałem ją po raz ostatni.

Niedługo potem odeszła.

Na zawsze.

Reklamy

17 thoughts on “Pani Ula

            1. Myślałem, że rozumiemy się jak Żwirek i Muchomorek. Jak Kajko i Kokosz. Albo jak …mąka i woda 🙂 Jeśli chcesz wiedzieć, jak to było z tym polowaniem, to zapraszam Cię do przeczytania wpisu pod tytułem „Tato” 😉 To wszystko tam się zaczęło…. 🙂

              Polubienie

    1. :)… cholernie tego żałuje, że nie wysiadłem… Często tak mam z tym „zrobię to później… odwiedzę kogoś innym razem… odezwę się, jak będę miał czas… itede..itepe”… A potem okazuje się, że już nie ma tego „później”…. 😦

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s