Tamtego roku dzikie gęsi przyleciały późno.

Był początek listopada, kończyła się długa i ciepła jesień, nocami temperatura spadała poniżej zera, a rano kałuże przed domem pokrywała krucha warstwa lodu. Sezon na dzikie gęsi trwał już od paru miesięcy, lecz wszyscy nieustannie mówili o zbliżającej się nieuchronnie jakiejś wielkiej tragedii. Według jednych będzie to wojna, która wybuchnie prawdopodobnie jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, inni zaś twierdzili, że zbliża się coś znacznie gorszego.

Wieczorami siedzieliśmy do późna w ciepłej i przytulnej kuchni, produkując naboje do naszej wysłużonej dubeltówki. W tych czasach zdobycie fabrycznej amunicji graniczyło wręcz z cudem, poza tym była marnej jakości i – jak mawiał tata – nadawała się jedynie do straszenia wróbli. Dlatego też przygotowywaliśmy ją własnoręcznie: tata odmierzał zwiększoną dawkę wysuszonego prochu i nabijał spłonkę; mama nasypywała również powiększoną ilość ołowianego śrutu; a ja z zapałem zakręcałem przybitkę za pomocą specjalnej korbki i wsadzałem gotowe naboje do pudełek. Na początku układałem je na przemian: najpierw czerwone z obrazkiem zająca; następnie niebieskie z wizerunkiem lecącej kaczki; ale tata skarcił mnie mówiąc, że naboje i broń nie są do zabawy. Po jakimś czasie mieliśmy już tyle amunicji, że wystarczyłoby jej na kilka sezonów, lecz gęsi nadal się nie pojawiały.

Ale w końcu przyleciały.

Tamtego popołudnia długo staliśmy z tyłu domu i z zadartymi głowami patrzyliśmy w niebo, po którym wysoko przepływały fale dzikich gęsi.

– O, lecą! – krzyczałem na widok nadlatujących kluczy, a z moich ust wydobywały się obłoki pary.

– Nareszcie wróciły – powiedziała cicho mama, jak mówi się na widok dawno wyczekiwanego gościa i przytuliła się mocniej plecami do piersi taty, który stał za nią.  Tata objął ją ramionami. Mama zadrżała.

– Zawsze wracają – rzekł tata z pewnością w głosie, jakby to było coś oczywistego.

 Powietrze wibrowało od jazgotu tysięcy ptaków. Mama mówiła, że wyglądają jak malownicze smugi na płótnie pociągnięte ręką jakiegoś nieznanego mi artysty. Dla mnie, rzecz jasna, były to eskadry bombowców lecące gdzieś nad terytorium wroga, aby zrzucić swój śmiercionośny ładunek. Bardzo chciałem policzyć je wszystkie, ale rodzice nie pozwolili mi pozostać zbyt długo na tężejącym mrozie.

Następnego dnia obudziłem się jeszcze przed świtem. Leżałem w błogiej, pościelowej otchłani, nasłuchując podmuchów wiatru za oknem. Kiedy jednak dotarł do mnie znajomy, ledwo słyszalny dźwięk wiedziałem już, że oto właśnie rozpoczyna się nowy rozdział mojego życia.

Włożyłem również gruby, wełniany golf, zimowe buty oraz wysłużoną kurtkę zimową. Całości dopełniał tornister ze szkolnym ekwipunkiem spakowany poprzedniego dnia i poszedłem do kuchni, gdzie tata krzątał się przy gazówce i właśnie zdejmował czajnik, tryskający parą jak lokomotywa.

– Ciszej, Danusiu – powiedział. – Zbudzisz mamę.

Było w tym coś niezwykle intrygującego, że dwaj faceci mają przed najbliższą dla nich istotą swoje tajemnice i po kryjomu przygotowują się na męską wyprawę. Uśmiechnąłem się na myśl o mamie śpiącej teraz w słodkiej nieświadomości i niemal widziałem jej zafrasowaną minę, gdy po przebudzeniu stwierdzi, że nas nie ma i zabierze się do swych codziennych, babskich obowiązków

Tata postawił przede mną kubek prawdziwej kawy z mlekiem oraz gigantyczną kanapkę z wędliną. Mama nigdy nie pozwalała mi pić kawy, ale przecież nie musiała wiedzieć o naszych tajnych, męskich sprawkach. Kawa była tak gorąca i słodka, że aż łzy napłynęły mi do oczu.

Podczas gdy w rekordowym tempie kończyłem śniadanie, tata przyniósł dubeltówkę oraz całą paczkę nabojów. Podał mi broń i zachowując ciszę, wymknęliśmy się z domu.

Na zewnątrz panowały kompletne ciemności, a niewidoczny las szumiał leniwie niczym morze. Poczułem ostre igiełki mrozu na twarzy i w nosie, gdy nabrałem głęboko świeżego powietrza w płuca. Gdzieś za lasem rozległo się stłumione ujadanie psa, które odbijało się echem przez jakiś czas i w końcu umilkło. Spojrzałem w niebo i prawie wyciągnąłem rękę, chcąc dotknąć gwiazd. Błyszczały czysto i intensywnie, jakby znajdowały się tuż nad moją głową. Na ramieniu czułem przyjemny ciężar broni. W takich chwilach zawsze miałem wrażenie, jakbym żył w innych czasach, a nie na początku zapowiadających się niezwykle nudno lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Wkrótce miałem się przekonać na własnej skórze, jak bardzo człowiek może się mylić.

Z zamyślenia wyrwało mnie metalicznie skrzypnięcie. Tata właśnie otwierał wrota garażu.

Tata musiał kilkakrotnie przekręcić rozrusznikiem zanim zimny silnik samochodu zaskoczył, wzbijając tuman białych, gryzących spalin. Była to stara, wysłużona półciężarówka z ciasną szoferką i odkrytą paką z tyłu. Miała dwusuwowy silnik, dymiła jak lokomotywa i psuła się mniej więcej raz na trzy dni. Ale była niezastąpiona na leśne, wyboiste drogi oraz do pracy w gospodarstwie. Tata nazywał ją pieszczotliwie „Basia”.

Odkąd pamiętam Basia zawsze u nas była i traktowaliśmy ją niemal, jak członka rodziny. Woziliśmy na niej drewno z lasu, deski z tartaku, wielkie głazy z pola, albo worki z cementem, które kupowaliśmy w spółdzielni budowlanej. Tata z mamą siedzieli w szoferce, ja natomiast leżałem na pace, gdzie wiatr rozwiewał mi włosy, dudnił w uszach, a kurz i spaliny gryzły w oczy. Czasami też wybieraliśmy się do Trzebnicy na zakupy, ale przeważnie wtedy samochód potrafił wykręcić paskudny numer, zatrzymując się ni stąd ni zowąd na środku skrzyżowania, strzelając przy tym z tłumika jak z karabinu maszynowego, czym wzbudzaliśmy niemałą sensację wśród ludzi na chodnikach. Prawdopodobnie z tego powodu, mama za nic w świecie nie zgadzała się, aby tata odwoził nas samochodem do kościoła. Wolała iść pieszo, ciągnąc mnie za sobą, aby uniknąć kpiącego wzroku właścicieli lśniących, wypucowanych fiatów, polonezów oraz wartburgów tłumnie zajeżdżających pod kościół.

W szoferce panowało przeraźliwe zimno niczym w zamrażalniku. Tata szarpał się przez chwilę z dźwignią przy kierownicy, próbując trafić w odpowiedni bieg i włączył reflektory.

Dwa świetlne stożki omiotły nasz dom, który wydał mi się jakiś zupełnie opuszczony i wywierciły jasny tunel nad drogą. Szyby samochodu zaczęły pokrywać się wzorzystymi jęzorami lodu.

Wkrótce byliśmy na grobli oddzielającej stawy.

Była to nasza ulubiona kryjówka, po tym jak odkryliśmy, że wyruszające na żer ptaki zawsze przelatują nad groblą na wysokości pozwalającej oddać celny strzał. Cała porośnięta była wysokimi trzcinami, co dawało świetne maskowanie przed bystrym wzrokiem dzikich gęsi.

Świt przyszedł prawie niezauważalnie. Jeszcze przed chwilą gwiazdy błyszczały jak miliony nieruchomych świetlików, teraz znikły nie wiadomo kiedy. Ustał nawet porywisty wiatr, jakby cały świat wstrzymał oddech w tej magicznej chwili pomiędzy nocą, a leniwie wstającym dniem.

Staliśmy nieruchomo zwróceni twarzami w kierunku, skąd dobiegało coraz żywsze gęganie i czułem, jak przez czubki butów lodowate zimno wlewa się do wnętrza mojego ciała. Spojrzałem na tatę. Stał wyprostowany z rękami w kieszeniach wojskowej panterki, a spod czapki wystawał jego długi, prosty nos oraz mocno zarysowany podbródek. Z każdym oddechem wokół ust tworzył się obłoczek pary.

Obecność tej postaci dodawała mi otuchy i sprawiała, że czułem się o wiele starszy i doroślejszy, gdyż tata zawsze traktował mnie jak równego sobie. Byłem dumny z niego i we wszystkim starałem się go naśladować. Był dla mnie najsilniejszym człowiekiem na świecie, ponieważ z łatwością podnosił potężne głazy, kiedy wiosną budowaliśmy kamienny płot wokół domu, podczas gdy my z mamą zachęcaliśmy go okrzykami i biliśmy brawo. Tata mógł zjeść każdą ilość jedzenia, jaką mama nałożyła mu na talerz; umiał naprawić wszystkie popsute rzeczy; potrafił kierować każdym pojazdem; znał stolice wszystkich państw na pamięć i nigdy nie pudłował zwierzyny.

A co najistotniejsze, podczas gdy inni rodzice byli zwykłymi sprzedawcami, kierowcami, mleczarzami, drwalami bądź też zazwyczaj prostymi rolnikami, tata był myśliwym, chociaż ja wolałem określenie „zawodowy myśliwy”.

Tata spojrzał na zegarek, wziął ode mnie dubeltówkę, sprawdził lufy, załadował naboje i zatrzasnął zamek. Wiedziałem, że za chwilę gęsi wyruszą na żer, gdyż w jakiś niewytłumaczalny sposób robiły to zawsze punktualnie o siódmej. Tata odwrócił się nieśpiesznie do mnie patrząc mi w oczy. Na jego zwykle poważnej twarzy pojawił się tajemniczy uśmiech.

– Strzelaj dopiero, gdy będą nad nami – powiedział, podając mi strzelbę. – I pamiętaj o wyprzedzeniu.

Poczułem, że w piersi zamiast serca mam żywą rybę, którą ktoś przed chwilą wyciągnął z wody. Jeszcze nigdy nie polowałem. Wprawdzie wiele razy tata dawał mi strzelać, ale nigdy do żywego celu.

Schwyciłem skwapliwie broń i wysunąłem się dwa kroki do przodu. Czas naraz jakby zwolnił. Lufa była tak zimna, że aż parzyła. Od usilnego wpatrywania się  oczy zaszły mi lekką mgłą.

Nagle dobiegło nas ciche westchnienie, które odbiło się echem od drzew  i zamieniło w pełną napięcia ciszę. Potem usłyszałem narastający szum stopniowo zmieniający się w potężny pomruk i odniosłem wrażenie, jakby przeciwległy brzeg naraz uniósł się w powietrze i zaczął płynąć w naszym kierunku.

Ścisnąłem mocniej dubeltówkę, zupełnie zapominając o dokuczliwym zimnie, bo właśnie pierwsze klucze dzikich gęsi zbliżały się do nas. Moje nogi zaczęły dygotać z podniecenia, nie mogłem ustać nawet przez chwilę w jednym miejscu. Spłoszone ptaki energicznie młóciły powietrze skrzydłami, chcąc jak najszybciej nabrać wysokości. Wokół panowało niesamowite zamieszanie i ostry wrzask wydobywający się z setek dziobów.

Siłując się ze znacznym ciężarem, powoli przyłożyłem kolbę do ramienia kierując wgłębienie znajdujące się pomiędzy lufami w stronę nadlatującej na wprost trójki gęsi. Wstrzymałem oddech i przez kilka sekund prowadziłem broń celując w pierwszą gęś z klucza.

W chwili, gdy ptaki znalazły się dokładnie nad moją głową, błyskawicznie szarpnąłem końce luf o pół długości gęsi do przodu, uwzględniając wyprzedzenie. Były na wysokości jakichś pięćdziesięciu metrów i dokładnie widziałem ich błoniaste łapki złożone do tyłu oraz szare, puchowe piórka pokrywające brzuchy.

Miękko, jak uczył mnie tata, ściągnąłem pierwszy spust. Właściwie wcale nie słyszałem wystrzału. Poczułem jedynie bolesne kopnięcie w ramię i po chwili kolejne, gdy wypaliłem z drugiej lufy. Gęsi jakby na ułamek sekundy zatrzymały się w powietrzu, by po chwili jeszcze energiczniej zamachać skrzydłami. Rozbity szyk sformował się ponownie i ptaki coraz szybciej oddalały się od nas. Pozostałe klucze, zaalarmowane wystrzałami, rozdzieliły się na dwa szare strumienie opływając nas z boków szerokimi łukami.

Opuściłem broń z poczuciem zawodu. Tata położył mi dłoń na ramieniu i poczułem jego twardy uścisk. Chciało mi się płakać. Poprzez łzawą poświatę patrzyłem z gasnącą nadzieją na oddalające się ptaki, wyglądające z tej odległości jak trzy szare, nieruchome punkty zawieszone wysoko nad ziemią. Odwróciłem się z rezygnacją i podniosłem wzrok na tatę. Ten, będąc o dwie głowy wyższy ode mnie, długo patrzył ponad wierzchołkami trzcin.

– Jedna dostała. Na płuca. Dopiero teraz zaczyna tracić siły. Spada blisko brzegu – w głosie taty słychać było coś, co brzmiało jak nieskrywane poczucie dumy.

– Trafiłem? – spytałem, trzęsąc się jakbym miał gorączkę.

Wpatrywałem się usilnie w jeden z punktów, który faktycznie zaczął powoli opadać, odchodząc łagodnie w prawo.

Oddałem broń. Chyba pobiłem rekord świata lub przynajmniej szkoły w sprincie. Kiedy dobiegłem, gęś szamotała się rozpaczliwie, bijącą skrzydłami na oślep. Zdjąłem kurtkę i zawinąłem w nią wyrywającą się gęś, chcąc uniknąć bolesnych uderzeń skrzydłami. Przyciskając ciężki tobołek do piersi, ruszyłem z powrotem w kierunku grobli. Po jakimś czasie gęś uspokoiła się i wysunęła głowę spod kurtki.

Spojrzałem na kształtną głowę osadzoną na długiej szyi, zakończoną szarym dziobem. Ptak spojrzał na mnie i w czarnych jak węgiel oczach dostrzegłem cierpienie oraz strach. Przyznam się, że gdzieś ulotniła się początkowa radość, która zalała mnie na widok trafionej gęsi. Ogarnęło mnie poczucie winy. Pochyliłem głowę, wbijając wzrok w czubki butów. Najchętniej wypuściłbym ją na wolność, ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że ranny ptak i tak by umarł w ciągu kilku godzin. Nabrałem wątpliwości, czy rzeczywiście jestem urodzonym myśliwym, o czym dotychczas byłem święcie przekonany.

Tata, z bronią przewieszona przez ramię, wyszedł nam na spotkanie. Jego wyprostowana sylwetka wyraźnie odcinała się na tle nieba. Wziął ode mnie gęś, obejrzał dokładnie i oddając, stwierdził:

– Zbożówka. Samica. Czysty strzał na korpus.

W milczeniu ruszyliśmy w kierunku samochodu. Zapakowaliśmy się do środka, a gęś wylądowała we wnęce za fotelami. Kiedy zamykałem drzwi spostrzegłam na swoich dłoniach zakrzepłe, rude plamy. Tata zerknął na moje ręce i nasze spojrzenia spotkały się. Uśmiechnął się szeroko.

– Widzisz, synku, ta krew to twój chrzest myśliwego – powiedział i po chwili dodał: – Będziesz bardzo dobrym myśliwym. Trafiłeś swoją pierwszą w życiu gęś za pierwszym razem, a to nawet mi się nie udało.

Spojrzałem na niego z wdzięcznością. Poczułem, jakbym w jednej chwili urósł o kilka centymetrów.

– Chyba chcesz być myśliwym? – spytał, poklepując mnie po ramieniu.

– No jasne! – odpowiedziałem. Oczami wyobraźni już widziałem minę Grubego, gdy powiem mu o dzisiejszym polowaniu. – Chcę być taki, jak ty, tatusiu.

Tata skinął głową.

– A ty? – spytałem.

– Ja? – Zmarszczył brwi.

– No, czy ty też zawsze chciałeś być myśliwym?

Tata wbił wzrok za przednią szybę.

– Chyba tak – odrzekł po dłuższej chwili namysłu. – Chociaż mama nie pochwala tego.

Spojrzałem na niego zdziwiony.

– No wiesz, jakie są kobiety – powiedział, puszczając do mnie oko. – One nigdy tego nie zrozumieją.

Roześmialiśmy się obaj. No, jasne! Nie ma jak to między nami, mężczyznami. Miałem wrażenie, jakbym właśnie został powiernikiem jakiejś wielkiej tajemnicy.

– Jestem dumny z ciebie – powiedział i otoczył mnie ramieniem. – I mama też będzie z pewnością dumna.

Za jego głową, poprzez boczną szybę samochodu widziałem, jak wstaje ogromne, żółto–pomarańczowe słońce.

9 thoughts on “Tato

  1. To prawda, że to kobiety są sercem każdej rodziny. Ładnie powiedziane.

    Wczoraj, gdzieś tam sobie wychodziłam i moje jedno z dzieci, żartobliwie stwierdziło, że jak wyjdę, to zginą beze mnie. 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Ojcowie mają inną ważna rolę w życiu dzieci. Nie przeceniałabym nigdy roli mamy. Tylko idealnie jest, kiedy obie te role rozwiaja sie w pelni. Życie jest życiem i bywa różnie.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Tak sobie właśnie przypomniałam pewne opowiadanie z czasów dzieciństwa. Fabuła była ckliwa i mało oryginalna. Chłopiec z patologicznej rodziny. Ojciec pijak. W domu bieda. A chłopiec potrafił jednak napisać w wypracowaniu szkolnym na temat „Co robi mój tata”, pewne ważne dla mnie słowa „Mój tata czyta Kraszewskiego”.
    No cóż… Ojciec jest dla dziecka zawsze bohaterem. Jak miałam 8 lat, to też chciałam być jak Tata. Duża, silna i z niezachwianym autorytetem. Dopiero kilka lat później zauważyłam że tak naprawdę chcę iść śladem MAMY. W końcu to ona była sercem domu 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Wtargnęłam w ten męski świat…:-) i trochę mi się podoba. Od strony relacji, ciepła…
    Też bym chciała umieć robić naboje … i chciałabym nauczyć się strzelać.
    Ale chyba nie chciałabym strzelać do zadnej żywej istoty.

    Moj tato uczył brata strzelać z wiatrówki. I strasznie mu tego zazdrościłam. Te babskie czynności czasami są zwyczajnie nudne. 🙂 🙂 🙂

    A jeszcze kiedyŝ strzelałeŝ?

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s