Czy kiedykolwiek marzyliście o tym, aby przeżywać takie same przygody, jak bohaterowie z Waszych ulubionych książek?

Założę się, że każdy z nas chciał chociaż przez moment być na miejscu pewnego dżentelmena imieniem Robinson Cruzoe. Czyż to nie byłoby wspaniałe znaleźć się nagle na bezludnej, egzotycznej wyspie? Być tam jedynym człowiekiem, z dala od tych wszystkich ludzi, którzy wkurzają nas na co dzień, bez zakazów, nakazów i innych bzdetów zatruwających codzienne życie. Totalna, niczym nieograniczona wolność. Można by opieprzać się całymi dniami, chodzić na golasa i robić wszystko to, o czym zawsze marzyliśmy, a na co nigdy nie odważylibyśmy w swoim środowisku. Oczywiście wszystko to byłoby jak najbardziej zajebiste, ale pod warunkiem, że w każdej chwili moglibyśmy powrócić do realnego świata.

A co byście zrobili, gdyby któregoś dnia rzeczywiście dane Wam było doświadczyć tego na własnej skórze?

Coś Wam powiem – takie marzenia mogą być bardzo niebezpieczne!

Bo czasami się spełniają.

Wyobraźcie sobie wysoką i szczupłą siedemnastolatkę. Nazywa się Marianna Nowak. To moja babcia. Jest rok 1940. Oczywiście wtedy jeszcze nie była moją babcią, dopiero za kilka lat zostanie matką, ale jej zmiana w odwiecznej sztafecie przekazywania genów zbliża się już nieubłaganie. Ma włosy koloru pszenicy i dwa sięgające pasa grube warkocze niczym dojrzałe kłosy. Typowa słowiańska uroda. Właściwie mogłaby stać obok wzorca metra w Sèvres pod Paryżem.

Tymczasem stoi na ryneczku malowniczego miasteczka gdzieś niedaleko granicy holenderskiej, które mogłoby z kolei służyć za wzorzec niemieckości. Ład i porządek wydają się wprost nieziemskie. Jakby zostało stworzone rękami jakichś wyższych istot, dla których liczy się wyłącznie poczucie piękna i harmonii. To przecież nie mogą być źli ludzie! – myślała wtedy z nadzieją.

Te warkocze to wszystko, co miała na sobie. Czuła na swym nagim ciele taksujące męskie spojrzenia. Zimne, beznamiętne i wyrachowane. Chociaż zdarzały się również lubieżne – cóż, natury nie da się oszukać nawet najbardziej pokrętną ideologią. Jednak w zdecydowanej większości przypominały świdrujące spojrzenia handlarzy, jakich zawsze można spotkać na końskich targach. Zresztą analogia do targu oraz koni jest tu jak najbardziej na miejscu.

Brzuchaci Bauerowie podchodzili po kolei w towarzystwie Hauptartza, krytycznym okiem oceniając świeżą dostawę siły roboczej z podbitej niedawno Polski. Mocne łydki i uda dawały gwarancję, że będzie można zaprząc pług, kiedy Wehrmacht zarekwiruje już ostatniego Zugpferd’a. Zdrowy i prosty kręgosłup pozwalał pracować od świtu do zmroku w zgiętej pozycji, gdy trzeba będzie wykonać swoją normę na Kartoffelnfeld z einer Hacke w rękach. Natomiast silne, wypracowane dłonie sprawnie wydoją dwadzieścia pięć Kühe, kiedy te wrócą do obory z der Wiese. Generalnie zawsze opłaca się być młodym, silnym i zdrowym niż starym, lichym i schorowanym. Bo wtedy skóra tak łatwo nie pęka, kiedy niezadowolony Herr Müller cierpliwie tłumaczy batem tej polnische Schwein, jak powinna wyglądać porządna niemiecka robota. A Frau Müller nie będzie musiała tracić cennych Reichsmark na nową koszulę i lekarstwa, gdy wda się zakażenie do ran na plecach. W ogóle okazywanie słabości w Niemczech jest całkowicie verboten!

Tego dnia Marianna przypomniała sobie pewną książkę. Chata wuja Toma. Jej ulubiona. Przeczytała ją wiele razy z wypiekami na twarzy i zawsze płakała nad losem jej bohaterów. I zawsze błogosławiła w duszy to szczęśliwe zrządzenie losu, że urodziła się już w innych czasach. Lepszych, jak myślała w swojej dziecięcej naiwności. Teraz żałowała, że wtedy wzięła ją w ogóle do ręki.

Babcia opowiedziała mi tę historię pewnego pochmurnego popołudnia, kiedy siedziałem przy jej łóżku w szpitalu na ulicy Babińskiego we Wrocławiu. Miałem wtedy też siedemnaście lat i po raz pierwszy w życiu spojrzałem na nią zupełnie inaczej. I poczułem wstyd. Że nigdy nie przyszło mi do głowy, aby ją lepiej poznać. Do tamtej chwili sądziłem, że jej cały świat sprowadza się jedynie do lepienia przepysznych ruskich pierogów i zajmowania się śmiertelnie nudnymi, babcinymi sprawami. Patrząc na jej pomarszczoną jak suszona śliwka twarz uzmysłowiłem sobie, jak żałosne były moje dotychczasowe osiągnięcia, z których byłem niezmiernie dumny: przejście całej gry Cannon Fodder w ciągu jednej nocy czy pierwszy urwany film po dzikiej imprezie w internacie, poprzedzony mistrzowskim pawiem. Zaiste, prawdziwy Weltmaistershaft!

I mimo że jako siedemnastolatek miałem wtedy całe mnóstwo znacznie ciekawszych rzeczy do roboty niż siedzenie przy łóżku chorej babci, każdego dnia po szkole stawałem przed ceglanym budynkiem szpitala z plecakiem wypchanym książkami. Babcia dużo czytała. Chociaż określenie „dużo” byłoby dla niej niezwykle krzywdzące. Ona wprost pochłaniała powieści! Właściwie nie pamiętam, czy wtedy w szpitalu widziałem ją chociaż raz bez książki w ręku. Odkładała ją tylko po to, żeby zacząć kolejną opowieść: o tym, jak ziemia potrafi płonąć po nalocie bombami fosforowymi; o romansie z angielskim lotnikiem, co mogłoby być kanwą fascynującego scenariusza dla hollywoodzkiego filmu; o smaku pierwszej w życiu gumy do żucia podarowanej przez amerykańskiego żołnierza; w końcu, co czuje człowiek, któremu dane było podzielić los bohaterów swojej ulubionej książki z dzieciństwa.

Ale to już materiał na kolejne historie…

P.S.

Moje marzenie o zamianie ról z Robinsonem Cruzoe prysło w momencie, kiedy przeczytałem pewien naukowy artykuł o jego protoplaście, którego prawdziwe losy zainspirowały Williama Defoe do napisania słynnej powieści. Otóż, jak się okazuje totalna wolność nie jest dobrym pomysłem. Otoczony towarzystwem kóz Alexander Selkirk ponoć odważył się na robienie rzeczy, na które z całą pewnością nie zdobyłby się w rodzinnej Szkocji. Po prostu nie licowały one z godnością dżentelmena.

10 thoughts on “Chata wuja Toma

  1. Dopiero teraz przeczytałam „chatę” i…
    1) Też miałam BABCIĘ moja analfabetką akurat była, ale umiała bimber pędzić. Temu wojnę przeżyła.
    2) Nie zdążyłam usłyszeć CAŁEJ historii babci. A było o czym słuchać… Powrót z rodzicami z Syberii trwał prawie 30 lat…
    3) Te nowsze opowieści nie są aż tak poruszające. Dlaczego?

    Polubione przez 1 osoba

  2. Wiesz jest takie miejsce w Szczyrku i otwierając ten post, byłam przekonana, że o nim napiszesz. A tu zupełny zwrot akcji- nie wiedziałam, że jest taka książka! Muszę powiedzieć mężowi, bo on z kolegami to namacalne miejsce w Szczyrku wiele razy odwiedzali 🙂 A historia….taka łapiąca za serducho. Dziś mam ten sam niedosyt odnośnie mojej babci.

    Polubione przez 1 osoba

  3. Wow! Poruszył mnie Twój wpis. Często oceniamy ludzi tu I teraz, nie myślimy jakie mieli życie w przeszłości, przez co przeszli. Żałuję, że nie rozmawiałam z babcią na temat jej przeszłośći, bliskich. W czasie wojny Ukraińcy wymordowali całą jej rodzinę, wcześniej torturując a na koniec podpalając dom. Moja babcia ocalała, bo akurat jej tam nie było. Póżniej na jej oczach zabili ojca mojego taty. Babcia była bardzo skrytą i spokojną osobą, ale też bardzo ciepłą. Gdybym wiedziała wcześniej o tym przez co przeszła na pewno inaczej bym na nią patrzyła, ale w czasach mojego dzieciństwa a nawet jak już byłam nastolatką, nie rozmawiało się z dziećmi o takich rzeczach…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s