Apt

Kapitan Milburn „Mel” Apt w kabinie X-2. Źródło: Wikipedia

Milburn „Mel” Apt urodził się 9 kwietnia 1924 roku w jakiejś zapadłej dziurze w stanie Kansas, gdzie wszystkie drogi prowadzą albo z południa na północ albo ze wschodu na zachód.  Od dziecka marzył o tym, żeby zostać pilotem i, skubany, w końcu dopiął swego. Wstąpił do U.S. Army Air Forces, później dorobił się stopnia naukowego w dziedzinie inżynierii lotniczej, co otworzyło mu drogę do elitarnej U.S. Air Force Test Pilot School. Dołączył do ekskluzywnego klubu pilotów oblatywaczy, żeby – jak ktoś kiedyś pięknie ujął – nauczyć młode samoloty latać. 27 września 1956 roku zginął w katastrofie pilotując samolot rakietowy Bell X-2. W tym dniu jako pierwszy człowiek przekroczył trzykrotną prędkość dźwięku (Mach 3.2).

Damian Świerczek urodził się 20 kwietnia 1976 w jeszcze bardziej zapadłej dziurze na Dolnym Śląsku, gdzie nawet drogi nie zasługiwały na swoją nazwę. Od dziecka nie miał bladego pojęcia, kim chciałby być, kiedy dorośnie. Ojciec, leśniczy, pewnie chciał, aby syn poszedł w jego ślady, lecz nigdy głośno tego nie powiedział. Matka, jak to matka, po cichu pragnęła, żeby został lekarzem bądź w ostateczności weterynarzem. Chociaż w tamtych latach to jednak ksiądz był na topie. Ale chłopiec wiedział jedno na pewno – że któregoś dnia wyjedzie stamtąd. Daleko. Bardzo daleko.

Kiedy miał jakieś siedem lat, chociaż prawdopodobnie było to bliżej ośmiu, wziął do ręki małą książeczkę. Była haniebnie poniszczona, nijak nie dało się odczytać tytułu i nikt nie wiedział, jak to się stało, że znalazła się na strychu domu, w którym mieszkał. Ale jakimś cudem ocalał rozdział o feralnym locie kapitana Milburna Apta. Zachowała się również kiepskiej jakości czarno-biała fotografia, jak siedzi w ciasnej kabinie X-2 patrząc w obiektyw aparatu z nieco kpiącym uśmiechem na ustach. Jakby chciał powiedzieć: „Może jestem już trochę wyłysiały, ale siedzę w najszybszym samolocie na świecie i za chwilę wzbiję się wysoko, bardzo wysoko, niemal na próg kosmosu. Mam najlepszą pracę pod słońcem i założę się, chłopcze, że dałbyś wiele, aby być teraz na moim miejscu, prawda?”

I chłopiec już wiedział, kim chce zostać. Skończył Liceum Wojskowe we Wrocławiu, później w Warszawie dorobił się stopnia magistra w dziedzinie inżynierii lotniczej, co umożliwiło mu podjęcie pracy w międzynarodowej firmie produkującej silniki lotnicze.  Dołączył do ekskluzywnego zespołu ludzi, którzy sprawiają, że samoloty mogą wzbić się w powietrze, a potem sprowadzić pilotów i pasażerów bezpiecznie na ziemię.

Czy zrobił spektakularną karierę? Raczej przeciętną, ale mocno docenia fakt, że jego praca pokrywa się z dziecięcymi marzeniami oraz wykształceniem. Zdaje sobie sprawę, że inni nie mieli tyle szczęścia. Zresztą nie o to w tej historii chodzi.

Co może łączyć pilota kapitana Milburna „Mel” Apta siedzącego w kabinie samolotu rakietowego na pustyni Mojave z prawie ośmioletnim chłopcem mieszkającym gdzieś pośród bagien i lasów Doliny Baryczy? Ktoś mógłby powiedzieć: „Absolutnie nic!”. Przecież zdawałoby się, że dzieliło nas wszystko: 28 lat różnicy w czasie i dokładnie 9477 kilometrów oraz 720 metrów licząc w linii prostej od progu domu, gdzie się wychowałem do progu pasa startowego w bazie Edwards (Google Earth daje teraz wprost magiczne możliwości!). Poza tym różnił nas wiek, język, kultura, inne były wokół nas drzewa i zwierzęta, klimat, znaki drogowe, nawet woda inaczej smakowała. Słowem żyliśmy w dwóch odmiennych światach i równie dobrze moglibyśmy znajdować się na dwóch różnych planetach, i to każda w innej galaktyce.

A jednak!

Kapitan Apt był świetnym pilotem, który dobrze znał swój fach i lecąc z prędkością prawie tysiąca metrów na sekundę, potrafił w ułamku sekundy przewidzieć rozwój wypadków i odpowiednio kontrolować zachowanie samolotu. Ale z całą pewnością nie przewidział jednego. Mogę założyć się o wszystko, że pozując tamtego dnia do zdjęcia w kabinie X-2 nie wpadł na to, że właśnie nawiązał ze mną kontakt i tym samym zmienił moje życie.

Czujecie to?

Jest rok 1956. Gdzieś w odległej Kalifornii na dnie wyschniętego słonego jeziora jakiś łysiejący człowiek robi sobie zdjęcie i 28 lat później inny człowiek niemal po drugiej stronie kuli ziemskiej – mały chłopiec – znajdując na strychu nadgryzioną przez myszy pożółkłą książeczką ze słabo czytelną fotografią, podejmuje tak naprawdę decyzję swojego życia. Równie dobrze mógłby stanąć naprzeciwko mnie i podać mi rękę.

I wiecie co? Troszeczkę mi żal moich rodziców. Przez całe życie byli święcie przekonani, że to oni mieli największy wpływ na to, kim teraz jestem. Z całą pewnością dali mi wszystkie narzędzia, abym – jak to się potocznie mówi – wyszedł na ludzi. Jednak za najważniejszą decyzją w moim życiu stał ktoś zupełnie inny. Ten ktoś zginął 60 lat temu nad pustynią Mojave pilotując rakietoplan X-2 z trzykrotną prędkością dźwięku. Niezwykłe, prawda?

Dziękuję Ci, kapitanie!

Niedaleko Dayton w stanie Ohio jest wyjątkowe muzeum. National Museum of the United States Air Force mieszczące się w byłej bazie amerykańskich sił powietrznych Wright-Patterson Air Force Base. Jest to niezwykłe miejsce, wywołujące szybsze bicie serca u każdego miłośnika lotnictwa. Coś jakby Licheń dla katolików. Jest tam absolutnie unikalny zbiór samolotów eksperymentalnych, bez których nadal pewnie patrzylibyśmy tępym wzrokiem w niebo na latające ptaki, wciąż zadając sobie pytanie: „Jak one, u licha, to robią?”.

Ilekroć tam jestem, robię coś nieprzyzwoitego. Muszę się do tego przyznać bez bicia. Mimo surowego zakazu, pozwalam sobie na dotykanie eksponatów. Wiem, że to głupie, ale to moja słabość. Kiedy ich dotykam, to tak, jakbym nawiązywał kontakt z tymi wspaniałymi ludźmi, którzy ryzykowali życiem przełamując kolejne niebezpieczne bariery. Takim pilotom, jak: Charles „Chuck” Yeager, Milburn „Mel” Apt czy Robert M. White nawet do głowy nie przyszło, że gdzieś tam w ogóle istnieję, a mimo to wywarli wpływ na moje życie.

To już nie jest zwykła, szara rzeczywistość.

To jest magia.

IMG074
North American X-15, na którym ustanowiono rekordową wysokość 81,1 kilometra oraz prędkość 7274 km/h. Zdjęcie: Damian Świerczek

 

 

 

Reklamy

12 thoughts on “Być jak Milburn Apt

  1. Więc dane Ci było spełnić marzenia… Niewielu ma ten przywilej. Jeszcze mniej ludzi wie co chciałoby robić. Moje własne dziecięce marzenia o przyszłości zamykały się w zdaniu „Chcę mieć ciekawe życie”.
    Pragnienie się spełniło, choć lekko zaskakująco 😉

    Polubione przez 1 osoba

  2. Świetny tekst i ciekawa historia w nim zawarta. Ten siedmioletni chłopiec musiał zapewne odbyć długą drogę, zanim osiągnął cel. Podziwiam, że mu się udało. To on dotyka tych eksponatów, tak sądzę. Twoimi dłońmi 😉

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s