Kochani czytelnicy Czarnej Skrzynki!

Ona mówi o sobie, że jest trochę niepoukładana. Próbuje ułożyć życie na nowo. Już bez Niego. Z innym. On natomiast ciągle czegoś szuka. Nie wie czego, ale wierzy, że gdzieś tam znajdzie szczęście. Może to wszystko przez ten Jego perfekcjonizm? Bo dla Niego nic nie jest wystarczająco dobre. Skończone. Zadowalające.

Byli razem. Prawie dwa lata. On mówi, że ich związek to był swego rodzaju sukces – jak na dwa lata zadawania sobie bólu. Ona już nie chciała do tego wracać.

To On pierwszy zdecydował się napisać list. Do Niej…

Z prawdziwą przyjemnością przedstawiam Wam nową serię wpisów pod wspólnym tytułem „W@rszawa pod ich stopami stworzoną razem z Małgosią Żebrowską prowadzącą bloga pod intrygującą nazwą PełniaJuż od dawna nosiłem się z zamiarem napisania prostej, wręcz banalnej historii o miłości, która odpowiedziałaby na fundamentalne pytanie – co sprawia, że dwoje ludzi jest razem? Albo już nie jest. Bo w baśniach i bajkach zawsze najbardziej interesowało mnie, co jest po sakramentalnym: „I żyli długo i szczęśliwie…. Czy to jest w ogóle możliwe? Osiągalne? Wykonalne?

Ale zawsze brakowało mi najważniejszej rzeczy – kobiecego punktu widzenia! Dlatego niezmiernie się ucieszyłem, kiedy Małgosia zaproponowała mi wspólny projekt. Dzięki Niej będziecie mieli niepowtarzalną okazję spojrzeć zarówno męskimi, jaki i kobiecymi oczami na te same sprawy. Mam również nadzieję, że uda się nam również odpowiedzieć na pytania, na które wszyscy szukamy odpowiedzi…

Technicznie będzie to wyglądało w ten sposób, że co jakiś czas będę publikował na moim blogu Czarna Skrzynka kolejne listy od Niego, a po Jej odpowiedź zapraszam na bloga Małgosi.

Miłej lektury!

On

Dzisiaj znów ją usłyszałem. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Tamtą piosenkę. Caruso. Naszą piosenkę. Pamiętasz? Chociaż zważywszy na wspomnienia, które przywołała z przeszłości żałuję, że w ogóle wybrałem się na ten cholerny spacer. To było zbyt bolesne. Zbyt raniące. Dręczące. Mimo upływu czasu.

Szedłem Nowym Światem, obserwując zachodzące słońce. Było coraz niżej nad dachami kamienic. A potem widziałem już je tylko, kiedy mijałem kolejne ulice. Chmielna. Warecka. Świętokrzyska. Aż znikło całkowicie.

Zupełnie jak wtedy. Kiedy chcieliśmy przejść całą drogę. Od bramy San Sebastiano aż do Frattocchie. Pamiętasz? Cała Via Appia Antica! Dwójka naiwnych turystów, którzy nagle zapragnęli poczuć się co najmniej jak Marek Antoniusz i Kleopatra. Albo przynajmniej jak Vorenus i Niobe. Czyż to właśnie nie dzięki serialowi „Rzym” postanowiliśmy zobaczyć Wieczne Miasto ich oczami? 

Nasz pierwszy wspólny wyjazd. Zaraz na samym początku. Kiedy byliśmy jeszcze tacy spięci. Ja taki milczący. I taki ważący słowa. Żeby tylko nie powiedzieć nic głupiego! Nic dyskredytującego w Twoich oczach. Natomiast Ty tak rozkosznie uprzejma. Wręcz nadskakująca. Jak wtedy w samolocie: „Czy podać ci wodę?”, „Czy zamówić nam kawę?”. I jak później oboje śmialiśmy się z siebie. Jakież to było głupie! Chociaż, kiedy teraz patrzę na to z perspektywy czasu uważam, że było to po prostu… urocze. I dobre. Cholernie dobre. Jedna z niewielu dobrych rzeczy, które mi się przytrafiły.

A potem, jak w połowie drogi zastał nas wieczór? Wracaliśmy pośpiesznie, a w zapadających ciemnościach z pomiędzy kamieni zaczęły wypełzać bezkształtne cienie. Kamieni, po których z pewnością stąpał Święty Piotr. I jak zaczęłaś tulić się do mnie. Bałaś się. A ja byłem wprost przerażony. O mało nie umarłem ze strachu, kiedy mijaliśmy tamtych typków stojących w całkowitym milczeniu i gapiących się na nas. I kiedy mijaliśmy katakumby. Ale chyba nie dałem tego po sobie poznać. Myślę, że chyba wtedy, jak nigdy więcej dane nam było poczuć klimat starożytnego Rzymu!

Dzisiaj to wszystko wróciło. Z podwójną siłą. Niedaleko kościoła Świętego Krzyża. Brudny i haniebnie obdarty klon Lucio Dalli śpiewał na całe gardło tę piosenkę. Nawet podobny do oryginału. Naszą piosenkę! A ja się poddałem. Złamałem daną sobie obietnicę. Dałem ją sobie w dniu, w którym się rozstaliśmy. Że znikniesz z mojego życia. Na zawsze! Że już Cię nie zobaczę. I że już nigdy o Tobie nie pomyślę!

Sam nie wiem, jakim cudem udawało mi się tak długo. Wyprzeć Cię z pamięci. Jedyny skuteczny sposób. Tak mi się przynajmniej wydawało. Żeby o kimś zapomnieć. Całkowite wymazanie z najgłębszych rejestrów mózgu. Pozbycie się nawet najmniejszych śladów. Najdrobniejszych okruchów, które mogą przypominać Ciebie. I to nieustanne pilnowanie się. Prawdziwa udręka. Żeby nie patrzeć na falujące kłosy zboża, bo ich kolor łudząco przypomina Twoje włosy. Nie wdychać zbyt głęboko zapachu kwiatów, bo gdzieś tam może kryć się aromat Twoich ust. Nie słuchać żadnych piosenek, bo można… zwariować! Zwyczajnie postradać zmysły.

Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Pozwoliłem, aby tamte chwile powróciły. Abyś Ty powróciła. 

Ale najbardziej dręczy mnie jedno pytanie. Na pozór proste i na które tak wiele razy odpowiadaliśmy sobie. Chociaż tak naprawdę chyba oszukiwaliśmy się. Nawzajem.

Co się z nami stało?

Warszawa. Mokotów. Czwartek. 23:30.


Ona

Trochę mnie zaskoczyłeś tym listem. Odpisuję dopiero teraz, po tygodniu, bo sama nie wiem, co o tym myśleć, co myśleć o Tobie. Ciągle jeszcze nie poukładałam siebie tak, jakbym chciała, ciągle jestem na etapie „strony w budowie”. Twój list sprawił, że wspomnienia ożyły na nowo, że znów przypominam sobie drogę, jaką przeszłam.

Wtedy, w samolocie, cała drżałam o to, co o mnie pomyślisz. Ty zawsze byłeś taki gładki, dystyngowany, poukładany. W myślach nazywałam Ciebie arystokratą. Próbowałam się dostosować do Twojego świata, do Twoich oczekiwań. Sądziłam, że podobają Ci się eleganckie kobiety – nienagannie uczesane, z delikatnym makijażem. Takie akurat, szyte na miarę zdolnego , ambitnego studenta, o którego będą się zabijać pracodawcy. Ja zawsze byłam trochę rozczochrana, trochę nieobecna, ze szminką na zębach.

Tamta wycieczka do Rzymu była dla mnie przepustką do nowego świata – nowej, dojrzałej mnie, z nareszcie dojrzałym mężczyzną u boku. Zmęczona byłam Piotrusiami Panami, w Tobie widziałam ostoję, powagę, gwarancję stabilizacji. Modliłam się, by nie popełnić żadnej gafy. Dzień wcześniej wkuwałam na pamięć przewodnik po Rzymie. Pamiętasz, jak Ci imponowałam znajomością dzieł Michała Anioła i sypałam ciekawostkami na temat Kaplicy Sykstyńskiej? Ech, jak ja się bałam, że przyłapiesz mnie na jakiejś nieścisłości.

Uważasz, że ta nasza uprzejmość, to nadskakiwanie było dobre – cóż, dla mnie to był gorset, który więził nas jako ludzi, czyniąc z nas herosów. Prędzej czy później zacząłby nas uwierać. Ubolewam nad tym. Może gdybyśmy wtedy poznali siebie naprawdę, nie byłoby tych wszystkich nieporozumień, tej góry niedomówień, fontanny pretensji, która wytryskiwała w najmniej spodziewanym momencie. Może nie musiałabym siebie szukać, bo nie zgubiłabym siebie pośród koronek i butów na szpilce, które nosiłam tylko po to, by Ci się podobać. Może Tobie by ulżyło, gdybyś nie musiał zgrywać przede mną bohatera, gotowego walczyć z rzymskimi oprychami? Gdybyś mógł przyznać, że się boisz?

Piję białe wino, mój narzeczony znów odbębnia nadgodziny.  Jestem na balkonie, patrzę w stronę Pałacu Kultury, nad którym zachodzi czerwone słońce. Zaczynam o Tobie myśleć, niestety, głupia ja. Nie wiem, czy to dobrze, że się odezwałeś, że przypomniałeś mi naszą piosenkę i cały wszechświat emocji, który nas łączył.

Chcesz wiedzieć, co się z nami stało… Może spotkaliśmy się za wcześnie? Może tamta mała, dziecinna, nieśmiała ja nie była kobietą, na którą czekałeś?

Kto wie?

 Milej mi będzie zasypiać samotnie, wiedząc, że ktoś jeszcze o mnie myśli pod tym samym warszawskim niebem.

On

Muszę Ci się do czegoś przyznać. Po Twoim liście postanowiłem, że nie dam żadnej odpowiedzi. Że zamilknę. Że już więcej się nie odezwę. Dam sobie spokój. Na zawsze. Bo nie ma sensu wracać do czegoś, co jest już historią. Było minęło. Nie udało się. Więc po co do tego wracać? Jeszcze raz przechodzić przez coś, co wywołuje tylko ból. Fizyczne cierpienie, które rani do krwi. Do kości.

Dlatego tak długo się nie odzywałem. Musiałem jeszcze raz wszystko sobie poukładać. Odbyć ze sobą szczerą rozmowę. Tak szczerą, jak tylko się da. Bo każda nieszczerość wobec samego siebie jest tylko nędznym oszustwem. I wierz mi – to wcale nie była łatwa rozmowa. Rzekłbym, że była to najtrudniejsza rozmowa w moim dotychczasowym życiu.

Tak naprawdę to Ty ją sprowokowałaś. Tak! Nie ma najmniejszych wątpliwości. Twoja niewinna wzmianka o… narzeczonym. Niestety. I żeby wszystko było jasne – nie mam do Ciebie o to żadnych pretensji! Absolutnie. Masz całkowite prawo poukładać sobie życie, jak tylko Ci się podoba. Bo to Twoje życie. Nikomu nic do tego!

Tu bardziej chodzi o… mnie. Wyłącznie o mnie.

Muszę Ci coś wyznać. Po naszym rozstaniu całą swoją złość skierowałem w Twoją stronę. Byłem po prostu zły na Ciebie. Wściekły. Jak człowiek, który obwinia kogoś o wszystkie swoje niepowodzenia. Za zmarnowane życie. Za podeptane marzenia. Za setki niespełnionych złudzeń. Za stracony czas!

O Boże, jak ja wtedy chciałem się zemścić. Na Tobie. Ukarać Cię. Za wszystko. Odegrać się. Odbić sobie z nawiązką wszystkie frustracje, jakie mną miotały. Wstyd mi się przyznać, ale

przeklinałem Cię w myślach. Ileż w myślach dialogów przeprowadziłem z Tobą będąc na spacerze. Albo w pracy. Albo w hipermarkecie. Aż ludzie oglądali się za mną i dziwili, co to za czubek, który nieustannie gada do siebie.

Oszczędzę Ci szczegółów, ale chcąc zapełnić pustkę po Tobie, rzuciłem się w wir towarzystwa. Czasem dobrego, czasem niezbyt odpowiedniego. Zwykle podejrzanego.

Najczęściej złego. Poznałem wiele kobiet. Zawierałem z nimi znajomości. Z jednymi bliskie, a z innymi całkiem bliskie. Wobec niektórych miałem nawet złudzenia. Jakieś plany. Jakieś mgliste przeczucia, że może tym razem to jest to! Że spotkałem kogoś, kto pozwoli mi zapomnieć o… Tobie. Bo chyba tylko takich kobiet szukałem.

Czy wiesz, jakie jest najgorsze uczucie na świecie? Otóż ja je poznałem. I to niejeden raz. Właściwie było to za każdym razem.

To uczucie, kiedy rano budzisz się obok nowo poznanej kobiety i patrząc na nią uświadamiasz sobie, że ona nic dla ciebie nie znaczy. Że kiedy wstanie i pójdzie sobie, ty natychmiast o niej zapomnisz. Nie będziesz chciał jej opowiedzieć, jak się wspaniale czujesz. Jak pięknie słońce rzuca refleksy światła na podłogę w sypialni. Jak wybornie smakuje kawa leche cortado przyrządzona przez Ciebie. Że najpierw idzie warstwa skondensowanego mleka, następnie mocne espresso, a na koniec puszysta śmietanka! Niczym nie będziesz chciał się z nią podzielić. Nigdy.

Pamiętasz tamten sklepik z maskami? To chyba było gdzieś niedaleko Watykanu. Tak bardzo byłaś nimi zachwycona. Zwłaszcza weneckimi. I jak obiecaliśmy sobie, że w następną podróż wybierzemy się właśnie do Wenecji! I jak oboje przymierzaliśmy je. Mówiłaś wtedy, że maski pasują do mnie, bo całkowicie mnie odmieniają. Wręcz zmieniają mój charakter. I podczas gdy Ty się wyśmienicie bawiłaś, ja w tym maskach czułem się… nieswojo. Czułem jakiś lęk. Jakiś mrok. Nie byłem sobą.

Tak samo nie byłem nigdy sobą z tymi kobietami. Zawsze przybierałem jakąś maskę. W zależności od sytuacji. Raz dowcipnego wesołka, niekiedy otrzaskanego w świecie mędrca, a czasem wręcz zwykłego przygłupa. Najczęściej. Żeby tylko zasłużyć na czyjąś uwagę. Wzbudzić zainteresowanie. Coś udowodnić.

I tylko z Tobą nie musiałem tego robić! Niczego nie musiałem. Byłem po prostu… sobą.

W stu procentach. Bardziej się już nie dało. Żadnych masek. Żadnych pozorów. Żadnego udawania.

Sam nie wiem, dlaczego znów to zrobiłem. Znów napisałem do Ciebie. Rozdrapałem rany.

Być może dlatego, że znów chciałem to poczuć?

Znów poczuć się… sobą (?)

Warszawa. Mokotów. Niedziela. 03:45.


Ona

Naprawdę, mówiłeś sam do siebie i nie zważałeś na to, co inni o Tobie pomyślą? To zupełnie nie w Twoim stylu. Pamiętasz, jak Ci zarzuciłam brak spontaniczności? Właśnie wtedy, gdy przymierzaliśmy maski weneckie, tak bardzo się zdenerwowałeś, rzuciłeś jedną z nich ze złością, cisnąłeś na ladę straganu. Wzbudziłeś strach sprzedawczyni, a mój gniew. Dla mnie była to po prostu dobra zabawa – Ty się obawiałeś, że przy tak niewinnej igraszce stracisz twarz.

Wydawało mi się, że wszystko traktujesz zbyt poważnie, jakby musiało mieć wielkie znaczenie. Pamiętasz? Miałeś wobec mnie plany, wspominałeś o ślubie… Bałam się tych wielkich słów, które wypowiadałeś patrząc na mnie tak, jakbym była wszystkim.Nie chciałam być wszystkim. To była za duża odpowiedzialność. Piszesz teraz, że przeze mnie traciłeś rozum, że przeze mnie spotykałeś się z kobietami, które dla Ciebie nic nie znaczyły. Że tylko przy mnie możesz być sobą… wprawiasz mnie w zakłopotanie i znów zrzucasz na mnie ciężar, który trudno mi udźwignąć.

Jednocześnie jakaś część mnie za nim tęskni. Tęsknię za Tobą. Za całonocnymi rozmowami -mój narzeczony uważa, że są niedorzecznością, gdy następnego dnia trzeba wstać do pracy. Za wytrwałym poszukiwaniem włoskiego smaku focacci w warszawskich knajpkach, za zapachem Twoich perfum, które na nikim innym nie pachną tak pięknie. Nawet za Twoim umiłowaniem pedantycznego porządku – śmiać mi się chce, gdy koszule narzeczonego składam według Twoich instrukcji.

Śnisz mi się więcej razy, niż wypada, wbrew zdrowemu rozsądkowi i na przekór mojej nowej miłości i moim planom.

Notabene, dziękuję Ci, że łaskawie pozwoliłeś mi na związanie się z moim narzeczonym. Wiesz co, nasza miłość jest taka w sam raz, taka do udźwignięcia, jest przyjaznym
towarzyszeniem i wspieraniem się na co dzień. Nie spalamy się w jej ogniu, delikatny żar pozwala nam spokojnie ogrzewać naszą rzeczywistość. Takiej Ci życzę. Najlepiej będzie, gdy wspólnie zapamiętamy to, co najlepsze w nas było. I pójdziemy dalej.


On

Czy wiesz, co najbardziej ceniłem w naszym związku? Co było najważniejszą rzeczą, która tak naprawdę przesądziła o tym, że pokochałem cię uczuciem tak silnym, że aż uczyniła ze mnie niewolnika? Zbyt wiele razy Ci o tym przypominałem, żebyś teraz mogła o tym tak łatwo zapomnieć!

Szczerość.

Tak! To ona. Nigdy wcześniej niedane mi było spotkać kogoś, z kim mógłbym dzielić się wszystkim. Absolutnie wszystkim! Przed żadnym człowiekiem nie potrafiłem otworzyć się tak szeroko, jak przed Tobą. Nawet przed rodzicami. Nie sądzę na przykład, abym kiedykolwiek zdobył się na odwagę, żeby powiedzieć im, jak bardzo uwierał mnie ten ich małomiasteczkowy styl życia z tym ich przywiązaniem do tego, co powiedzą sąsiedzi; ploteczkami oraz negowaniem wszystkiego, co nowe!

Ale jeszcze bardziej doceniałem to, że zawsze przyjmowałaś moją szczerość z pełnym zrozumieniem i ze swojej strony zdobywałaś się na to samo. Zawsze głęboko w to wierzyłem. Nigdy nie miałem wątpliwości, że mogłoby być inaczej.

Dlatego jest mi teraz niezwykle przykro, że potraktowałaś moje uczucia, o których szczerze opowiedziałem Ci w ostatnim liście tak obcesowo! Jakby moja szczerość była czymś złym, wywołującym u Ciebie irytację, a nawet gniew.

Chyba zaczynam żałować, że w ogóle do Ciebie napisałem…

Warszawa. Plac Zbawiciela. Poniedziałek. 07:50.


On

Muszę Cię przeprosić za mój ostatni list! 

Napisałem go pod wpływem zbyt emocjonalnej reakcji na Twoje słowa i teraz żałuję, że go w ogóle wysłałem. Nie miałem prawa oceniać Twoich słów i co gorsza, oskarżać Cię o brak zrozumienia w stosunku do moich odczuć. To było cholernie niesprawiedliwe z mojej strony. Bo, to przecież ja zjawiłem się niespodziewanie w Twoim życiu numer 2 i nie mam najmniejszego prawa oczekiwać, że Twoje zachowanie w stosunku do mnie będzie takie, jak było dawniej. 

Przepraszam!

Wiesz, dzisiaj byłem świadkiem niezwykłej sceny i chciałbym Ci o niej opowiedzieć. Ktoś mógłby powiedzieć, że była to normalna sytuacja, jaką każdego dnia można spotkać na naszych ulicach. Ktoś inny mógłby rzec, że była tragiczna i odsłaniała wszystko to, co w ludziach najgorsze. A jeszcze inni nazwaliby ją najbardziej romantyczną sceną, jaką przyszło im zobaczyć. Zabawne, ale w tym na pozór zwykłym zdarzeniu każdy może ujrzeć dokładnie to, co chce widzieć. I, co najbardziej niezwykłe, każdy z nich będzie miał rację!

Kiedy ich zobaczyłem, wyglądali na pierwszych lepszych staruszków. Nic niezwykłego. Ot, dwójka dziadków na spacerze w Ogrodzie Saskim. Ona na wózku inwalidzkim. Zasuszona i pomarszczona jak nałęczowska śliwka. On zaś typowy dziadziuś. Siwe włosy, kapelusik i sarmackie wąsiska. Nie wiem, ile mógł mieć lat, ale jeszcze z werwą pchał wózek po żwirowanych alejkach.

Gdy przechodziłem obok nich, usłyszałem jak mówi do niej: „A dałabyś sobie już spokój! Całe życie się mnie czepiasz i czepiasz. Nigdy nic ci się nie podoba!”. Nie był przy tym zły. Albo zdenerwowany. Albo zgryźliwy jak to często przydarza się takim staruszkom. Był po prostu neutralny. Jakby stwierdzał oczywistą rzecz. Jak wtedy, kiedy ktoś mówi, że jeśli na horyzoncie zbierają się czarne chmury, to z pewnością wkrótce spadnie deszcz.

Więcej nie słyszałem. Zostawiłem ich w tyle pochłonięty własnymi sprawami. Ale jego słowa dźwięczały mi w uszach nieustannie. Przyczepiły się do mnie niczym natrętna mucha. Nie mogę się od nich uwolnić. Bo wywołały we mnie jakiś niepokój. Poruszyły mnie. I, co chyba najważniejsze – zmusiły do myślenia. O Tobie. I o mnie. O nas.

  Czy to, czego byłem świadkiem, było uosobieniem tego słowo na „M”? Słowa, o którym ludzie tak często mówią, ale chyba mało kto rozumie, co ono tak naprawdę znaczy? Najpopularniejsze słowo, jakie można usłyszeć w dialogach filmowych i chyba w każdej piosence na świecie. Cholernie nadużywane w dzisiejszych czasach. 

Tak, chodzi mi dokładnie o to słowo! 

Nie wiem, czego dotyczyła ich rozmowa. Czy rozmawiali o czymś niezwykle ważnym, wręcz dla nich najistotniejszym? Sprawa życia i śmierci. W końcu w ich wieku chyba coraz częściej rozmawia się o rzeczach ostatecznych (?). A być może było to coś zupełnie nieistotnego. Z punktu widzenia człowieka. Jak rozmowa o tym, kiedy w tym roku wypadają święta. Albo, co lepiej kupić na kolację? Pasztet czy polędwicę sopocką? Już nigdy się tego nie dowiem. Prawdę mówiąc, nawet nie bardzo chce mi się tego dociekać.  

Natomiast bardzo dręczy mnie zupełnie inne pytanie. 

Jakaż to siła sprawia, że nadal są razem? Pomimo upływu lat. Bardzo wielu lat. Z kontekstu rozmowy wynika, że są z sobą od samego początku. Czyli od jakichś sześćdziesięciu kilku lat. Ludzie wtedy tak wcześnie się żenili. I pomimo tego, że ona się go cały czas czepia. O wszystko. Że pewnie nie tak wyobrażała sobie życie. Że chciała czegoś więcej. Od życia. I od niego. Bo raczej nie od siebie. Że nie został dyrektorem tej fabryki, w której tak ciężko harował. Albo szkoły, której poświęcił całe życie. Tak, jak inni mężowie. Ciągle awansowali, zapisywali się do Partii, kombinowali. Dostawali talony na duże fiaty; budowali domy z materiałów, które miały iść na szpital albo przedszkole; pili wódkę z naczelnikiem w gminie, albo przemycali złoto w kostkach masła ze Związku Radzieckiego. Słowem – radzili sobie jakoś. Bo przecież inni też tak robili.

I mimo tego wszystkiego, tych wiecznych pretensji, czasami ocierającymi się o pogardę, nie zostawiła go. Przetrwali to. Jak żeglarze podczas sztormu, który połamał ster w ich jachcie i podarł wszystkie żagle. Ale przeżyli. Nic nie mają. Jednak są razem. Aż do następnego sztormu.

A on? Przecież musiał czasami mieć wszystkiego dosyć. Całkowicie. Pewnie wiele razy chciał to rzucić. W cholerę! Zwłaszcza ją. Za to jej wieczne czepianie się. Przypieprzanie. Marudzenie. Zmierzłowatość. Jojczenie. Poniżające mężczyznę wieczne porównywanie do innych mężów, ojców i kochanków. A przecież mógł związać się z inną! Zaraz… zaraz… jak jej było na imię? Basia? A może Kasia. Dawne dzieje. Właściwie to już prehistoria. Pewnie już dawno nie żyje. Pracowali biurko w biurko. Często jeździli razem w delegacje. Na kontrole. Spali po wszawych hotelach. Ale nigdy nie nudzili się ze sobą. Byli przecież stworzeni dla siebie. Te same poglądy, te same marzenia, te same plany. O nic się nie czepiała. Ale coś nie wyszło. Może gdyby spotkał ją przed ślubem? Swoim ślubem. Z tą, która się go wiecznie czepia. Któż to teraz może wiedzieć?

Wiesz, że patrząc na nich przez moment – chwilę krótszą niż trwa mrugnięcie powieki – zobaczyłem nas. Zabawne, prawda? I nagle zadałem sobie pytanie. A właściwie dwa pytania.

W jaki sposób oni przetrwali razem tak długo? 

A dlaczego nam się to nie udało?

I w końcu, jak właściwie nazwać to, co nas łączyło?

Czy to właśnie było to słowo?

Słowo na „M”?

Warszawa. Mokotów. Poniedziałek. 8:30.


Ona

Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Dziś mierzyłam suknię ślubną, ostatni raz przed „najszczęśliwszym dniem mojego życia”. Za trzy miesiące o tej porze będę nosiła jego nazwisko. A ja, na widok panny młodej w lustrze miałam ochotę płakać. Wcale nie ze szczęścia.

Tak bardzo się cieszę, że do mnie napisałeś. Tak bardzo się bałam, że Twój poprzedni list będzie ostatnim. Nie wiem, o co chodzi, myślę ciągle o Tobie. Porównuję mojego narzeczonego z Tobą przy każdej okazji. Ty jesteś intelektualistą, z którym można rozmawiać równie swobodnie o czarnej dziurze, jak i o roślinach modyfikowanych genetycznie. Dla niego liczy się wysokość kredytu hipotecznego i ciepłe skarpety, gdy temperatura spadnie poniżej zera.

Pytasz, czy Cię kochałam… czy czułam do Ciebie to wielkie, romantyczne na literę M. To było coś więcej niż miłość, to było szaleństwo. Jednym swoim słowem mogłeś mnie zabrać do nieba lub strącić do piekła rozpaczy. Znaczyłeś dla mnie zbyt wiele, a to mnie przerażało.

Mówisz, że ci staruszkowie razem od sześćdziesięciu lat – może dlatego właśnie, że uczucie swoje podgrzewają na maleńkim płomieniu, takim, co tli się spokojnie, a nigdy nie gaśnie?

Ja Cię kochałam i nienawidziłam. Po równo. Nie wiedziałam czasem, gdzie podziać oczy, gdy śmiałeś się z mojej niewiedzy. Wprawiałeś mnie w kompleksy, choć pewnie nieświadomie. Myślałam, że to jakaś pomyłka, że nie możesz mnie kochać aż tak. Że prędzej czy później mnie porzucisz, może nawet tuż przed ślubem. Pamiętasz, gdy mi się oświadczyłeś, w pierwszej chwili się ucieszyłam. Lecz zaraz potem oczami wyobraźni zobaczyłam nas w momencie zawierania związku – wyobraziłam sobie, że przepraszasz mnie, lecz to był tylko żart.

Bo to nie mogła być prawda. Takie miłości się nie zdarzają. Byliśmy tak różni, tak bardzo odlegli. Ty – wykształcony, z dobrego domu, z zasadami wypisanymi na czole. Pracowity i poukładany, ze ściśle wytyczoną ścieżką kariery. Ja – z mieściny, o której Pan Bóg i diabeł zapomnieli, jakimś cudem prześlizgiwałam się na studiach z roku na rok, do bólu przeciętna, rozchwiana, roztrzepana.

Nasze spotkanie było zupełnie nieprawdopodobne, lecz to, że dostrzegłeś we mnie coś godnego zainteresowania – jeszcze bardziej. A Twoja chęć związania się ze mną na stałe pachniała zupełnym absurdem.

Zastanawiam się, czy możliwe by było nasze małżeństwo, takie wieloletnie. Wciąż uważam, że nie. Że prędzej czy później bym Ci się znudziła. A tego się bałam najbardziej. Że urodzę Ci dzieci, zakopię się w pieluchach, zbrzydnę, przytyję. I wtedy odkryjesz nareszcie prawdę. Że mnie nie kochasz, nigdy nie kochałeś, że w gruncie rzeczy nie wiesz, co kiedyś we mnie zobaczyłeś.

Nie, ci staruszkowie z Ogrodu Saskiego to nie my za kilkadziesiąt lat. Zbyt wiele nas dzieliło. Mnie jednak bliżej do kredytu hipotecznego niż do gwiazd.

Choć nawet nie wiesz, jak mi z tego powodu przykro.

Płacząc w poduszkę, żałuję, że nie jest nam pisany wspólny los.


On

Teraz kiedy patrzę wstecz na nasz związek, zaczynam zadawać sobie pytanie, w jaki sposób udało nam się być razem tak długo, skoro tak bardzo raniliśmy się nawzajem? Dwa lata zadawania sobie bólu. Wydaje się, że to niezbyt długo, a jednak jakby cała wieczność. Każdego dnia próbuję sobie na nie odpowiedzieć, ale za każdym razem nie znajduję wystarczająco dobrej odpowiedzi. Jaki popełniliśmy błąd? Kiedy? I gdzie?

A może jest to jedno z tych pytań, na które nie ma odpowiedzi? Jak odwieczna zagadka człowieka, dlaczego rodzimy się właśnie tu i teraz? Albo, co jest po tej drugiej stronie? Po drugiej stronie życia.

Być może jako ludzie nie jesteśmy w stanie w ogóle tego pojąć, bo jesteśmy istotami aż do bólu trójwymiarowymi. Natomiast uczucia takie jak miłość należą już do innego wymiaru? I kiedy zakochujemy się w kimś, to na chwilę ocieramy się o ten inny wymiar, ale nigdy nie dane nam jest w nim pozostać na zawsze? Może jesteśmy jak te głębinowe ryby, które nawet nie domyślają się, że tam na górze świeci słońce, kwitną kwiaty i po deszczu pojawia się tęcza na błękitnym niebie?

A może jednak to wszystko jest bardzo proste i dlatego tylko ludzie, którzy mocno stąpają po ziemi potrafią stworzyć mocne i trwałe związki? Zawsze zazdrościłem tym, którzy potrafią brać życie takim, jakie ono jest i czerpać z niego codzienną radość. Dla mnie wszystkie przedmioty otaczające człowieka są tylko dekoracjami zapełniającymi przestrzeń i nie przedstawiają żadnej wartości. Nie dają szczęścia, nie dostarczają emocji – słowem nie mają żadnej wartości. Po prostu są.

Ja natomiast czerpię to wszystko z nieustannego poszukiwania. Odkrywania nowych rzeczy. Zadawania pytań. Ciągle nowych. Coraz bardziej szczegółowych. Dociekliwych. I nigdy nie zadowalam się odpowiedzią. To jest siła, która mnie napędza, ale jednocześnie jest moim przekleństwem. Nigdy nie mam dosyć. Nic nie jest dla mnie wystarczająco dobre. Skończone. Ciągle wierzę, że gdzieś dalej jest jakiś inny świat. Lepszy. Atrakcyjniejszy. Że jest takie miejsce, do którego należę. Gdzie będę szczęśliwy. Miejsce, gdzie w końcu odzyskam spokój. Moje miejsce.

Czy wiesz, jaki popełniliśmy nasz największy błąd? Nie mam tutaj na myśli naszego związku, bo do końca życia będę uważał, że to najlepsza rzecz, jaka mnie w nim spotkała. Coś, o czym jestem przekonany, że już nigdy więcej się nie powtórzy. Mimo naszych nieudolnych wysiłków…

Czy potrafisz go wskazać? Dla mnie jako mężczyzny jest on oczywisty, ale śmiem twierdzić, że żadna kobieta nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia! Mimo że tak naprawdę wiele osób go pragnie, popełniając przy tym fatalną pomyłkę.
Teraz już wiem, że nie ma czegoś takiego, jak przyjaźń między kobietą a mężczyzną! Nie istnieje. Nie ma prawa być. Jej istnienie jest sprzeczne nie tylko z naturą, ale również z prawami logiki.

Wykluczają się nawzajem. Jest ukrytą pułapką, która pod pozorem atrakcyjności takiej relacji, niszczy resztki namiętności i pozbawia mężczyznę poczucia męskości.

Nasza decyzja, żebyśmy po tym wszystkim, co nas łączyło zostali przyjaciółmi było totalnym nieporozumieniem. Rozpaczliwą próbą ratowania tego, czego już chyba nie udało się uratować! Żałosnym oszukiwaniem się. Co myśmy chcieli przez to osiągnąć? Jaki był nasz cel? Żeby udawać przed sobą, że jednak coś nas łączy? Że coś między nami się jeszcze tli? Co niby takiego?

Dla mężczyzny nie ma gorszego uczucia, jak to, kiedy kobieta przestaje widzieć w nim mężczyznę. Jej mężczyznę. Kiedy już nie ma między nimi namiętności, będącą siłą napędową ich związku. Tego żaru, gdy już sama myśl o niej powoduje w nim przyspieszone bicie serca. Tej siły zmuszającej go do porzucenia kumpli w środku najlepszej zabawy, meczu czy najważniejszego spotkania w jego całej karierze zawodowej i spotkania się z nią. Zaraz. Teraz. Choćby w środku nocy. W innym mieście. Tysiące kilometrów stąd.

Nigdy Ci się nie przyznałem, ale niezwykle męczyły mnie te nasze „przyjacielskie” spotkania. Ty już nie widziałaś we mnie faceta. Mężczyzny. Widziałaś za to swoją przyjaciółkę. Powierniczkę babskich problemów. Koleżankę, przed którą można się wygadać. Wypłakać. Wyflaczyć.

A ja siedziałem obok Ciebie i udawałem Twojego najlepszego przyjaciela. Nigdy wcześniej tak podle się nie czułem.
Własna dwulicowość przyprawiała mnie wtedy o mdłości.

p.s. Właśnie skończyłem pisać ten list. Nie mam pojęcia, dlaczego go napisałem. Dochodzi piąta rano. Wielkie, pomarańczowe słońce wstaje właśnie ponad blokami Ursynowa. Niezauważalnie, lecz z uporem wznosi się ponad kominami i plątaniną anten telewizyjnych na dachach. Nie spałem całą noc, ale nie jestem śpiący.

Piję kawę. Jest gorąca. I słodka. Z mlekiem. Prawdziwy ulepek. Piję ją krótkimi łykami z kubka.

Twojego kubka.

Warszawa. Mokotów. Piątek. 04:58


Ona

Nareszcie się przyznałeś! A tyle czasu szukałam tego kubka, który przypominał mi najbardziej radosne momenty naszego związku. Różowy, ze złotą koroną, tak bardzo nie pasujący do mojego intelektualnego stylu – do moich długich plisowanych spódnic i obcisłych czarnych golfów, do moich krótko obciętych paznokci. Śmialiśmy się z kiczowatej korony i napisu „Queen of life” – ty podziwiałeś moją spontaniczność, ja gotowa byłam pójść na koniec świata, by udowodnić ci, że glob jest w swej istocie przeogromnym placem zabaw. Zawsze, gdy dzieliłeś włos na czworo, gdy kwestionowałeś nasze wspólne szczęście, mówiąc, że przeminie, jak wszystko – ja brałam plecak, o piątej rano budziłam cię, byśmy wybrali się gdzieś, gdzie zachwyt odbierze ci mowę.

Zazdrościsz tym, których życie nie jest wielkim znakiem zapytania. Wiesz, że ja też? Nie wiem, czy nauczyłam się tego od ciebie, czy było to we mnie zawsze, lecz moją największą wadą jest pytanie samej siebie, czy to, co widzę, nie jest złudzeniem.

Wiesz, może masz rację, że można te nasze teorie wyrzucić do kosza. Słowa, które ranią, pozostawić niewypowiedziane. Nie zastanawiać się nad każdą czynnością, czy jest wyrazem miłości, czy też braku zaangażowania. Iść za rękę, dać się oblać miejskiemu hydrantowi, śmiać się, bez obawy o sukienkę z jedwabiu i skórzane szpilki. Cieszyć się chwilą, doceniać, że została nam dana. I zaufać miłości, która, gdy się jej nie przeszkadza, rozkwitnie.

A my tak bardzo jej przeszkadzaliśmy. Wybacz. Sceny zazdrości, szukanie zapachu obcych damskich perfum na twoim kołnierzyku, wypatrywanie długich blond włosów na garniturze. Przeglądanie komórki, odkładanie jej, gdy wychodziłeś z łazienki, z bijącym sercem i potwornymi wyrzutami sumienia. Zarzucanie, że „mnie już nie kochasz”, gdy uścisnąłeś koleżankę, gratulując jej narodzin córki. Przeświadczenie, że nigdy na ciebie nie zasłużę, mimo twoich zapewnień, że jestem dla ciebie najważniejsza.

Ty z kolei, w swojej prostolinijności, nie potrafiłeś i nie chciałeś wciąż udowadniać, jak bardzo mnie kochasz. Wybuchałeś, podczas gdy ja coraz głębiej chowałam się w skorupę, w której ciemnym wnętrzu czułam się coraz bardziej bezwartościowa. Niewiele mogło mi wtedy pomóc, nawet nasze eskapady, które organizowałeś, zastępując mnie w roli organizatorki kolejnej podróży w nieznane.

Nic nie jest w stanie uleczyć serca, które nie wierzy w to, że ktoś jest w stanie pokochać bezwarunkowo. Nic go nie ukoi – dopóki nie zrozumie, że w istocie miłość jest wtedy, gdy nie kochasz ani po coś, ani pomimo czegoś – gdy jest towarzyszeniem w podróży przez życie, jego góry, doliny, ciemne lasy.

Przykro mi, że nie daliśmy żyć naszej miłości, że ją zabiliśmy. Przyznaję, że mój kuriozalny pomysł, na który pewnie wpadłam pod wpływem kretyńskich filmowych klisz: „zostańmy przyjaciółmi” był gwoździem do trumny naszego uczucia. Przyznaję, że gdy tobie się żaliłam i naciągałam na kolejne Tequila Grande w Mexican Barze, tym przy Barbakanie, w skrytości ducha porównywałam cię perfidnie z moim obecnym narzeczonym, zawsze na twoją niekorzyść.

Przykro mi teraz szczególnie. Znów jawisz mi się jako człowiek z krwi i kości, ktoś bardziej obecny w moim życiu niż wtedy, gdy czerwona mgła utkana z wściekłości, żalu, poczucia krzywdy, przesłaniała mi oczy i odbierała zdrowy rozsądek.

Za oknem świt, a za mną kolejna nieprzespana noc. Nie wiem, dlaczego to sobie znów robimy. Myślę jednak, że obojgu nam jest to potrzebne z jakiegoś, jeszcze nieznanego mi powodu. Może nasza miłość potrzebuje godnego pogrzebu?


On

Pytasz, czy nasze uczucie potrzebuje godnego pogrzebu? To bardzo trudne pytanie. Pytanie, na które nie znajduję teraz odpowiedzi. Wątpię, czy kiedykolwiek ją odnajdę. Moja lewa półkula – ta bardziej logiczna i analityczna – przyznaje Ci rację. Przecież nie da się uratować czegoś, co się już skończyło! Tak wielu próbowało i tak wielu się to nie udało.

Czy pamiętasz, jak wtedy zachwycaliśmy się tamtymi pięknymi budowlami z piasku na plaży w Ostii? Wymagały tyle pracy. Kunsztu. Wysiłku i pielęgnacji. I jak było nam żal następnego dnia, kiedy fale i wiatr zamieniły je w żałosne kupki piasku. To jest właśnie siła entropii. Wszystko dąży do chaosu. Nicości. I nie ma takiej siły na świecie, która cudownie odwróciłaby ten nieubłagany proces.

Natomiast moja druga półkula mózgu – ta rzekomo odpowiadająca za myślenie abstrakcyjne – nie może się z tym pogodzić. Od pierwszego dnia po naszym rozstaniu podsuwa mi nieustannie chaotyczne obrazy z naszej wspólnej przeszłości. Jakby ktoś pomieszał slajdy w starodawnym rzutniku, który teraz wyświetla przeźrocza w zupełnie przypadkowej kolejności. Na jednym rozchlapujemy wodę przy zabytkowej fontannie u wejścia do Parku Kazimierzowskiego i wciąż w uszach słyszę Twój radosny śmiech. Na innym zaś płaczesz siedząc na schodach kościoła Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim, bo zgubiłaś swój łańcuszek ze złotym serduszkiem, który nosiłaś od zawsze. Miałaś osiem lat, kiedy Twój tata podarował Ci go i nigdy się z nim nie rozstawałaś. Kiedy przyszedłem, siedziałaś obejmując ramionami kolana, a makijaż z Twoich oczu spływał Ci po policzkach rzeźbiąc dwie ciemne smugi. Albo zupełnie bez kontekstu. Idziesz chodnikiem wzdłuż Marszałkowskiej, a Twój wydłużony cień tak zabawnie załamuje się na ścianach mijanych kamienic.

Zanim Cię poznałem Warszawa była dla mnie bezbarwna, ponura i nijaka. Obca. Odstręczająca. Wręcz makabryczna. Te wszystkie miejsca, w których stracono tak wielu ludzi. Na każdej ulicy. Na każdym skwerze. Niemal na każdym kamieniu. Tu dwudziestu. Tam stu osiemdziesięciu. A na Górczewskiej osiem tysięcy!!! W jednym miejscu. Czasami idąc ulicami czułem się jakbym popełniał świętokradztwo. Jakbym chodził po grobach. Jakbym stąpał po tych wszystkich ludziach…

Dzisiaj znów mi się śniłaś. Jak dobrze wiesz, nigdy nie przykładałem wagi do znaczenia snów, ale tego jednego nie potrafię sobie wytłumaczyć. Właściwie powtarza się niemal co noc. Jest tak realny, że potem długo w dzień nie mogę o nim zapomnieć.

W tym śnie idziesz ulicami Warszawy, a ja z sercem ściśniętym jakimś niewytłumaczalnym lękiem podążam za Tobą. Uciekasz mi. Zwodzisz. Nigdy nie widzę Twojej twarzy. Tylko Twoja sylwetka. Od tyłu. Skąd wiem, że Twoja? Nie pytaj, po prostu wiem! Pojawiasz się na ułamek sekundy, by zaraz zniknąć za rogiem jakiejś kamienicy. A kiedy dobiegam, Ty jesteś już daleko. W oddali. Znikasz w tłumie. Znów Cię widzę, przyspieszam kroku, ale nigdy nie mogę doścignąć.

To zabawne, ale zawsze uciekasz tą samą drogą. Krakowskie Przedmieście. Nowy Świat. Plac Trzech Krzyży. A potem w dół Skarpy ku Wiśle. I zawsze znikasz mi na schodach prowadzących do Parku Rydza-Śmigłego. Jeszcze widzę Cię przez chwilę, jak odwracasz twarz w moją stronę i… nie ma Cię. Rozpłynęłaś się w powietrzu. A ja stoję przy balustradzie i z sercem bijącym jak młotem, wypatruję Cię na parkowych alejkach.

I wtedy budzę się…

Prawda, że to bardzo dziwny sen?

Wiesz, od jakiegoś czasu „odprawiam” ten sam rytuał. Każdego dnia wracając z pracy, idę na te schody – tam, gdzie znikasz w moim śnie i oparty o kamienną balustradę, obserwuję spacerujących ludzi. Bawiące się dzieciaki. Zakochane pary szukające odosobnienia. Nowożeńców podczas sesji zdjęciowych. Matki pchające wózki. Staruszków siedzących na parkowych ławeczkach.

Codziennie.

Bez względu na pogodę.

Zawsze pełną godzinę.

Od siedemnastej do osiemnastej.

Bo wierzę.

Że przyjdziesz…

Warszawa. Mokotów. Niedziela. 16:15.


Ona

Nie wiem już, co się ze mną dzieje… pod wpływem Twoich listów zmieniam się. Mam wrażenie, że wszystko, w co do tej pory wierzyłam, ta cała pewność, że nie jesteśmy dla siebie stworzeni – bo przecież zadajemy sobie ból – to wszystko nagle odeszło w niepamięć.

Patrzę na mojego narzeczonego – nie czuję do niego tego, co czułam do Ciebie. To pewne. Tak, przyjaźnimy się, tak, jestem przy nim bezpieczna, tak, widzę w jego oczach miłość.

Lecz na wspomnienie naszych spacerów Senatorską, Miodową, naszych małych radości, naszych wzruszeń i namiętności, szaleństw pod Fontannami, rozmów do północy w Ogrodzie Saskim – obcowanie z nim wydaje mi się miałkie, nijakie.

Nie wiem, po co Ci to piszę – czuję, jakbym nie ja sobą sterowała, tylko jakaś emocja, jakaś tęsknota uparcie pchała się na pierwszy plan. To ona każe mi się zrywać na dźwięk powiadomienia, że czeka na mnie w skrzynce nowy list. To ona nie pozwala mi się skupić na pracy, przerywa mi w pół słowa miłosne wyznanie, gdy, zwyczajowo, mam je wypowiedzieć. „Ja też cię kocham” nie chce mi już przejść przez gardło, gdy przyszły mąż zapewnia mnie o miłości. Tak nie powinno być, coś się wydarzyło, co sprawia, że nie mogę spać, ani jeść, ani myśleć spokojnie o tym, że za chwilę zostanę żoną – nie Twoją.

Czuję się jak ważka, złapana w kroplę żywicy. Nie potrafię wykonać żadnego kroku, choć wokół mnie złote przestrzenie, świetlana przyszłość. Mama znów do mnie dzwoniła, gratulując wspaniałego małżonka. Dasz wiarę? On jej śle kwiaty na imieniny. Wymarzona partia.

A mi się chce płakać. Wiem, że gdybyś się nie odezwał, wszystko byłoby o wiele prostsze. Trochę mi pokomplikowałeś, wiesz? Nawet nie o to chodzi, że tęsknię – choć również. Nie chodzi o to, bym chciała być znów z Tobą – za dużo już mogło upłynąć wody w Wiśle, za wiele bólu sobie zadaliśmy. Rzecz w tym, że teraz nie jestem pewna, czym jest miłość, po prostu. Czy kiedykolwiek kochałam Krzyśka, czy też pragnęłam stabilizacji? Czy był on ucieczką od tego, czym Ty mnie obezwładniłeś? Może wyjściem awaryjnym, schronieniem się przed uczuciem, które zbyt mnie haratało?

Może te pytania powinny zostać bez odpowiedzi… Może powinnam usunąć nasze listy, zapomnieć o nas, dać wreszcie spocząć przeszłości tam gdzie jej miejsce, zakopać wspomnienia w najgłębszych zakamarkach umysłu, skąd ich nie wydobędę nawet podczas najczarniejszej z nocy.

Może sama będę żałować mojej decyzji – trudno. Nie jestem w stanie panować nad tym, czego pragnę najmocniej. Będę na miejscu.

Do jutra.


On

Najdroższa!

Kiedyś usłyszałem dziwne słowa, których sensu nigdy nie rozumiałem… Że każdy człowiek ma na świecie taką jedną, jedyną osobę, dla której w jednej chwili porzuciłby całe swoje dotychczasowe życie i najbliższą rodzinę. Albo najbliższych przyjaciół. I żeby się z nią spotkać, pojechałby choćby na koniec świata. Bez namysłu. Bez zastanowienia.

Teraz już rozumiem. Wszystko rozumiem…

To jesteś Ty!


Ona

Najdroższy,

Wydawało mi się, że takie zwroty akcji przynależą do świata komedii romantycznych, że nie ma na nie miejsca w prawdziwym życiu.

Stało się. Gdy tylko Cię zobaczyłam na tle zachodzącego słońca, zrozumiałam, że uruchomiliśmy bieg wydarzeń, którego nie będziemy już w stanie zatrzymać. Wróciły wszystkie wspomnienia – ale inaczej. Dzięki Twoim listom znam Cię lepiej niż gdy byliśmy parą. Niesamowite, jak wiele wtedy zdołaliśmy przed sobą ukryć – lęków, wątpliwości, wstydu. Byliśmy ze sobą, to prawda, lecz zabrakło nam odwagi, by dać się poznać takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Bywamy zagubieni, niepewni swego, często za bardzo skupieni na sobie, by móc z fascynacją odkrywać drugiego człowieka.

Tymczasem Twoje listy… najpierw mnie irytowały, potem sprawiały, że coraz lepiej rozumiałam Ciebie jako człowieka. Wiedziałam już, że tak samo jak ja, masz wiele wad i pod skorupą porządnego, ułożonego mężczyzny, kryjesz wulkan emocji. Zwierzyłeś mi się z tego, co kryjesz pod powierzchnią, a ja, zaskoczona, odkryłam, że nie jesteś idealny. Że jesteś taki sam jak ja – i tak samo się boisz.

Niesamowite, jak wiele związków opartych jest na udawaniu… czasem myślę, że te listy zadziałały na nas jak terapia. Gdy mamy przed sobą ekran komputera, łatwiej jest być szczerym, odsłonić serce, nieuzbrojone, pozbawione asekuracji.

Dziękuję Ci za te słowa pisane uczuciem. Więcej w nich było Ciebie niż w naszych rozmowach, w których oboje skrywaliśmy to, co najważniejsze, a co i tak znajdowało ujście, wykrzyczane z bólem.

A teraz, gdy trochę ochłonęłam, mogę nareszcie podziękować Ci za ten wieczór. Nie wiem, co Cię podkusiło, gdy zaproponowałeś, byśmy znowu weszli na TEN dach przy ulicy Rybaki. Szczerze mówiąc, gdy powiedziałeś, w którą stronę zmierzamy, już wiedziałam, że będę pisać do Ciebie te słowa. Bardzo chciałam już wtedy wziąć Cię za rękę, wymazać z pamięci ostatnie dwa lata… rozpocząć w miejscu, w którym wtedy skończyliśmy. Gdy siedzieliśmy razem, patrzyliśmy na dachy kamienic i katedry świętego Jana, najbardziej na świecie marzyłam, byś mnie przytulił, pocałował, wziął w ramiona. Powiedział, że wszystko będzie dobrze. Choć jednocześnie ceniłam wtedy Twój dystans. Wiedziałam, że przeżywasz to samo co ja – tak Ci się uroczo język plątał, a ręce drżały. Twoje spojrzenie mówiło wszystko – jak zawsze, wydawało mi się, że tonę w Twoich szafirowych oczach.

Nie wiem, czy nasz pociąg już nie odjechał, czy nie jesteśmy spóźnieni. Jesteśmy inni niż wtedy, to fakt. Może lepsi, może przeciwnie – zbytnio pozbawieni złudzeń, by móc wierzyć w powroty. Nie wraca się dwa razy do tej samej rzeki, zawsze powtarzałam koleżankom. Tymczasem mam ochotę wrócić – a nawet skoczyć na główkę, mimo braku pewności, że skoczysz ze mną.

Wczoraj zerwałam zaręczyny. Nawet nie było mi smutno, choć serce się mi krajało na widok miny mojego narzeczonego. W gruncie rzeczy to porządny chłopak. Ale nie dla mnie. Z ulgą zdjęłam pierścionek, który ostatnio mnie bardzo uwierał.

Wyprowadziłam się, chwilowo mieszkam w tym hostelu przy Miodowej, by być bliżej naszych wspomnieć. Nie wiem, czy nie tracę zbyt dużo, stawiając wszystko na jedną kartę. Lecz konformizm to nie jest cecha, z którą kiedykolwiek było mi do twarzy.

Klamka zapadła, zostawiam za sobą ostatnie dwa lata, klucz wrzucam do studni. Zamykam oczy, skaczę.

Przyjdziesz?


On

Muszę Ci się do czegoś przyznać! Mimo że w moich poprzednich listach robiłem wszystko, aby tak było, jednak nie udało mi się być z Tobą w stu procentach szczerym. Jest mi z tego powodu niezmiernie wstyd! Ale jak zaraz sama zobaczysz, nie mogłem tego zrobić. Po prostu nie mogłem.

Dlaczego?

 Bo wtedy jeszcze nie byłem na to gotowy.

Teraz właśnie jest dobry czas. Nigdy nie będzie lepszego.

Otóż niedługo po naszym ostatecznym rozstaniu… wpadłem w depresję. Teraz wiem, że to było właśnie to. Wtedy desperacko broniłem się przed nazwaniem rzeczy po imieniu. Wmawiałem sobie, że mam po prostu doła. Albo wahania nastroju. Albo chandrę. Wszystko inne, tylko nie depresję!

Bo nigdy nie wiesz, że ją masz. To nie jest tak, jak z bólem zęba. Albo grypą. Że boli. Że coś czujesz. Że są jakieś symptomy. Albo objawy. Nic z tych rzeczy.

Depresję można porównać do… blackoutu w dużym mieście. Do takiego Nowego Yorku. Paryża. Albo Warszawy. Zwłaszcza Warszawy. Bo dla mnie jej nocna panorama jest chyba najpiękniejszym widokiem na świecie. Tętni życiem, pulsuje, mieni się feerią świateł i kolorów. Zawsze dawała mi siłę do życia, zmuszała do działania i sprawiała, że mogłem oddychać pełną piersią.

Ale kiedyś przychodzi taki dzień, a po nim taka noc, kiedy coś się zaczyna zmieniać. Jeszcze tego nie dostrzegasz. Tak, jak nie dostrzegasz, kiedy gasną najdalsze dzielnice miasta pozbawione prądu. Potem kolejne. I kolejne. Coraz bliżej Centrum. Coraz bliżej ciebie. W końcu widzisz tylko nieliczne światła w nielicznych oknach. A potem gasną i one. Twój cały świat kurczy się najpierw do twojego mieszkania. Jeszcze tylko w nim jest trochę energii. Jest prąd. Jest światło.

Ale to jeszcze nie koniec. Światła nieubłaganie gasną. Zostaje już tylko samotna żarówka w twoim pokoju. Ale i ona zaczyna przygasać. Potem masz już tylko małą świeczkę przy twoim łóżku, które zastępuje ci cały świat. I tylko nadludzkim wysiłkiem próbujesz jeszcze ratować ten wątły, chybotliwy płomień przed całkowitym zgaśnięciem. Przed całkowitym mrokiem.

Po Twoim ostatnim liście ten mrok, który okrywał mnie do tego dnia, zaczął nagle rozpraszać się. Źródło prądu znów zaczęło działać. Wróciła energia. Światła znowu zaczęły się zapalać.

O Boże! – mówię do siebie na głos! Moja kochana czeka na mnie! Tylko na mnie. Myśli o mnie! Właśnie teraz. W tej chwili. W tej samej, kiedy ja myślę o Niej! Chryste! Już nie jestem sam. Nigdy więcej.

Jestem! Żyję! Czarna zasłona opadła. Zniknęła. Nie ma jej! Rozpadła się na miliony kawałków i odfrunęła jak stado nietoperzy do jaskini przed świtem.

Wiesz, dzisiaj rano mijałem małego chłopca. Miał jakieś pięć, sześć lat. Szedł ze swoim ojcem. Do pobliskiego przedszkola. Chłopiec przebrany był w strój Supermana. Był najszczęśliwszym malcem na świecie. Pędził do przodu z ręką wyciągniętą przed siebie i z rozwianą peleryną, krzycząc na całe gardło:

– Jeeesteeem Supeeermeeeneeem!!!

Pewnie wyda ci się to śmieszne, ale tam – na tej osiedlowej ulicy – miałem nieodpartą ochotę przyłączyć się do… niego! Jakże go rozumiałem! Całym sobą czułem, jak on się czuje. Jak się czuje człowiek, którego wprost rozpiera nadludzka energia. Który wie, że może wszystko. Że nie ma na świecie takiej siły, która by go powstrzymała. Przed czymkolwiek.

Wiesz, jest takie głupie przysłowie, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki! Może to i prawda w przypadku rybaków albo wędkarzy, ale w przypadku związku pomiędzy dwojgiem ludzi jest już kompletnie nietrafionym porównaniem. Bo zawsze trzeba dawać sobie szansę. Po raz wtóry. I trzeci. I dziesiąty! Jeśli tylko tak trzeba. Jeśli tylko tak dwoje ludzi mogą znów być szczęśliwi.

Dlatego postanowiłem, że skoro dane nam było zacząć jeszcze raz, tym razem nie zmarnuję tego daru! Bo jak nikt, zasługujesz na to. Na coś specjalnego. Na coś wyjątkowego. Coś tylko dla Ciebie. Ode mnie.

Nie, nie przyjdę do tego hostelu na Miodową. Mam lepszą propozycję! Zacznijmy dokładnie w tym samym miejscu, w którym tak niefortunnie zakończyliśmy. To będzie doskonała okazja do zamknięcia tego rozdziału w przeszłości i otwarcie nowego. Naszego rozdziału.

Zapraszam Cię do tego mieszkania, które przed rozstaniem wspólnie wynajmowaliśmy.

Czeka tam na Ciebie niespodzianka. (*)

(*) Klucze do mieszkania znajdziesz w naszym sekretnym miejscu – mam nadzieję, że jeszcze o nim pamiętasz!


Ona

Ach, nie chce mi się wierzyć, z jednej strony to piękne, lecz z drugiej – trochę przerażające, że oto uratowałam komuś życie.

Nie miałam pojęcia, że tak bardzo Ci było źle. Łzy same napływają mi do oczu, bo przecież nic wielkiego się nie stało – rozstaliśmy się, lecz czy może to być powodem tak wielkiego smutku?

Byłam przekonana, że depresja dopada ludzi, którzy przeżywają tragedię, wiesz, taką prawdziwą. Przychodzi mi do głowy śmierć dziecka czy najbliższej osoby, z którą spędziło się pół życia.

Ten mrok, o którym piszesz, wydaje mi się czymś tak potwornym, że najchętniej przybiegłabym do Ciebie już teraz, natychmiast, otuliła Cię ciepłym kocem, rozgrzała kubkiem kakao – jak dzieciaka, które zgubiło się w Wielkim Mieście. I nigdy nie wypuściła już ze swoich ramion.

Zagubieni byliśmy oboje, krążyliśmy po tej naszej wspólnej Warszawie, co chwilę starając się uchwycić zapach i smak dawnych chwil. Wracając z pracy przez Mariensztat  wstępowałam do tej lodziarni, w której zawsze są kolejki i brałam trzy gałki lodów malinowych – pamiętając, jak się ze mnie śmiałeś, gdy czerwona słodka ciecz spływała mi po rękach. Wydawało mi się, że słyszę Ciebie gdzieś obok, że twój radosny śmiech unosi się w powietrzu. Zerkałam przez ramię – zawsze okazywało się, że złudzenie uparcie nie chce się stać rzeczywistością.

A teraz żyję naszym spotkaniem. Siedzę w hostelu i gapię się w sufit. Ze ścian odchodzi farba, staram się jej nie zdrapywać, choć ręce chcą znaleźć zajęcie, gdy głowa rozmyśla nad wagą podjętych decyzji.

Nie wiem, czy mogę rozjaśnić Twój mrok już na zawsze, czy zdołamy zacząć od tego miejsca, gdy byliśmy najszczęśliwsi. Czy damy radę przewinąć taśmę właśnie do tych momentów, gdy razem przeskakiwaliśmy kałuże, za nic robiąc sobie zgorszone spojrzenia porządnych warszawiaków, z trudem łapiących tramwaj do pracy?

Wiesz, ja też byłam przeświadczona, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Dlatego tak trudno mi się było przełamać, trudno uwierzyć, że zacząć od nowa można… tak prosto.

Co chwilę brzęczy mi komórka, moja mama nie daje za wygraną. Jest przeświadczona, że popełniam największy błąd mojego życia. A ja myślę, że właśnie teraz dojrzałam do pełnego wzięcia za siebie odpowiedzialności. Do świadomych decyzji, takich z serca, ale i z rozumu. Bo lepiej zakosztować prawdziwej miłości, nawet gdy będzie bolało. Bo przed upadkiem znów polecimy. A może nigdy już nie spadniemy?

Pamiętasz Korę? Puszczałam do znudzenia jej kasetę, gdy przemierzaliśmy latem trasę do Kazimierza i z powrotem. Pamiętasz?

„Mam tylko jedno skrzydło

To prawie tak jak anioł

A ty masz skrzydło drugie

Rośnie u Twoich ramion

Gdy staniesz przy mnie blisko

I mocno mnie przytulisz

Bez trudu popłyniemy

Prosto w wysokie chmury”

Za oknem noc, ciepły deszcz stuka o parapet. Rozbita latarnia nie chce świecić. Nie szkodzi.

Jutro się pakuję i oddaję klucze. Będę u Ciebie przed siedemnastą. Klucz znajdę – tam, gdzie zawsze :).

On

Najdroższa!

Jeżeli czytasz ten list, to znaczy, że właśnie znajdujesz się w miejscu, w którym wszystko, co było między nami najlepszego się zaczęło, jak również w sposób całkowicie niezamierzony skończyło. Żadne z nas tego nie chciało i chyba żadne nie ponosi winy. Tak się po prostu ułożyło. Tak bardzo chciałbym w to wierzyć! Jak również w to, że być może oboje potrzebowaliśmy tej lekcji, aby zrozumieć, co jest dla nas najistotniejsze? W życiu. Naszych życiach.  

Ja zrozumiałem. Miałem przecież tyle czasu na przemyślenia. Zbyt wiele. I kiedy mój świat pogrążył się w mroku na wiele miesięcy, jedynie myśl o Tobie utrzymywała mnie przy życiu. Niczym chybotliwe światło latarni prowadzące wędrowca w ciemnościach. Błądziłem. Dokonywałem złych wyborów. Myliłem się. Łudziłem. Dochodziłem do fałszywych wniosków. Bardzo często. Właściwie prawie zawsze. Najczęściej jednak dlatego, że byłem po prostu głupi!

Jednakże zawsze gdzieś na samym końcu każdego z moich działań byłaś Ty! Naprawdę! Cały ten czas. Nieustannie. Niezmiennie. Być może wyda Ci się to nieco infantylne, ale byłaś moją… Dobrą Wróżką. Wróżką o błękitnych włosach. Jak u Pinokia. Zabawne, ale porównanie do chłopca z drewna, któremu najlepiej w życiu wychodziło kłamstwo jest tu jak najbardziej na miejscu! Strzegłaś mnie. Chroniłaś. Za każdym razem. Ratowałaś. Od Złego. Przed zatraceniem. Całkowitym. Stoczeniem się na dno. Pogrążeniem w otchłani.

Mimo że byłaś ode mnie tak daleko, zawsze czułem Twoją obecność. Stałaś przy mnie. Obok. Blisko. Czułem Twoją bliskość. I zawsze mogłem na Ciebie liczyć! Jak wtedy, gdy straciłem kontrolę nad sobą, sięgając po coraz silniejsze używki i jak któregoś dnia nad ranem zobaczyłem Twoją twarz w lustrze. Tuż obok moje twarzy. Zabawne, ale swojej wcale nie poznawałem. Była jakaś taka zupełnie obca. Natomiast Ciebie widziałem całkiem wyraźnie. Nic nie mówiłaś. Patrzyłaś się natomiast wzrokiem, który przeszywał na wskroś. Do głębi. Do serca. Do trzewi. I wcale nie było to spojrzenie oskarżycielskie. Ani pełne gniewu. Ani pogardliwe. Ty patrzyłaś się na mnie tak, jakbyś odczuwała wielkie poczucie winy. Za mnie. I smutek. Bezgraniczny. Nieukojony.

Albo wtedy, gdy rano budziłem się obok nowo poznanej kobiety. Wiem, że takie wyznanie świadczy jak najgorzej o mnie, ale postanowiłem być z Tobą całkowicie szczerym. Tak bardzo jak tylko potrafię. Zawsze! Bo Ty zasługujesz na to. Otóż w takich sytuacjach zawsze wracałem we wspomnieniach do wspólnie spędzonych chwil. Z Tobą. Naszych chwil. Naszych poranków. Wtedy zawsze zadawałem sobie te same pytania. Co ja tu robię? I dlaczego to robię? Tutaj sztuczne włosy, sztuczne ciało, sztuczny uśmiech i sztuczne słowa. Puste słowa. Standardowe klisze wypowiadane przez zupełnie obcych sobie ludzi. Wszystko udawane. Inne. Gorsze. A gdzie się podziały tamte poranki? Z Nią. Moją ukochaną. Najdroższą. Jedyną. Niepowtarzalną. Dlaczego nie mogę teraz wtulić się w Jej włosy i zasypiać, wydychając ich zapach, który mnie tak wyciszał. Uspokajał. Przy którym miałem takie łagodne sny. Dobre sny. Moje najlepsze.

Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?

Tak, jestem teraz już zupełnie innym człowiekiem. Nie mi oceniać, czy lepszym, czy gorszym. Ale zdecydowanie zupełnie różnym od tego, którego znałaś wtedy. Jednak myślę, że wreszcie wiem, kim jestem. Znam dobrze swoje mocne i słabe strony. Że dopiero teraz poznałem siebie. Dogłębnie. Że dopiero dorosłem w wieku prawie trzydziestu pięciu lat.  

Czy wiesz, kiedy byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie? Czy potrafiłabyś podać dokładnie ten dzień i to miejsce, gdzie tak się czułem. Ba! Nawet godzinę i minutę? Ja potrafię. Nigdy wcześniej ani później już tak się nie czułem w życiu. Nigdy tamtej chwili nie zapomnę. Bo tego się nie da zapomnieć! I wiem, że będę pamiętał ją w dniu, w którym mój czas dobiegnie już końca. Tego jestem pewien jak niczego innego na świecie!

Jest upalne, czerwcowe popołudnie. Saska Kępa. Kwartał ograniczony ulicami Francuską, Walecznych, Saską oraz Zwycięzców. Leniwa niedziela. Znikomy ruch samochodów na ulicach, za to bardzo wielu ludzi spacerujących po chodnikach. W powietrzu unosi się zapach drzew, rozgrzanego asfaltu i przyprawiający o zawrót głowy aromat różnorodnych kuchni z pobliskich restauracji. Pierwszy dzień kalendarzowego lata. I nasz pierwszy wspólny spacer.

Wszystko było takie pierwsze! Jak ten nasz pierwszy pocałunek. Na chodniku. Wśród tych mijających nas ludzi. Uśmiechniętych. Życzliwych. I jak zaraz potem spytałem Cię, jakie jest Twoje największe życzenie? Zaskoczyłem Cię. Zarumieniłaś się. Zmarszczyłaś czoło w tym swoim charakterystycznym grymasie, kiedy jesteś niezdecydowana. Pamiętam, że rozejrzałaś się dookoła i po chwili wskazałaś na opuszczoną willę, obok której staliśmy. I jak powiedziałaś, że twoim największym marzeniem, jest zamieszkać w tym domu i stworzyć szczęśliwą rodzinę. Dom był w kolorze écru.

Jeśli doczytałaś do tego miejsca, to w kopercie znajdziesz coś jeszcze! Klucz. Otóż nie jest to zwyczajny klucz! To jest klucz do naszego domu. Naszej przyszłej rodziny. Naszego szczęścia. Naszych wszystkich dni.

Tak, to jest ten klucz.

Do tego domu.

Do domu w kolorze écru!


3+
  • mowdomniedalej

    Nie sądziłam że post, na który zupełnie przypadkowo trafiłam, wywoła we mnie tyle emocji… Momentami wręcz się z nim utożsamiam 😉 Minęło tyle czasu, ale Rzym… zostanie w pamięci na długo. Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Cieszę się, że udało nam się przywrócić dawne emocje! 🙂

      0
  • http://podrozeodkuchni.pl/ Marta

    Ciekawy projekt 🙂 Gratuluję pomysłu!

    0
  • http://zadbanazawodowo.pl/ Natalia / zadbanazawodowo.pl

    Super projekt! Aż miło się czytało i to spojrzenie obu stron, o którym często zapominamy na codzień i widzimy tylko swoje ego. Na prawdę poszerza horyzonty.

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dokładnie…. Zawsze trzeba patrzeć z obu stron! Ileż to razy popełniamy ten sam błąd patrząc tylko oczami matki na jej związek z ojcem… albo odwrotnie!

      0
  • http://www.makehappylife.pl Make Happy Life

    Post który budzi emocje. Dawno takiego nie czytałam 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Mam głęboką nadzieję, że dostarczymy Ci jeszcze więcej… emocji! 🙂

      0
      • http://www.makehappylife.pl Make Happy Life

        Liczę na to 😉

        0
  • https://balkanyrudej.pl/ balkanyrudej

    Świetny pomysł na serię i pokazanie dwóch punktów widzenia 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Bo tylko tak można zbliżyć się do… prawdy! 🙂

      0
  • Magda

    Kolejny tekst, który mnie totalnie wciągnął! 🙂

    0
  • http://fragmentator.pl/ Iza

    Jeżeli to jest męski punkt widzenia, to ciekawa jestem jaki będzie kobiecy. Powodzenia w realizacji projektu! Jestem ciekawa, czy różnice w spojrzeniu będę “przewidywalne”, czy jednak to będzie zaskoczenie. 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Po kobiecy punkt widzenia zapraszam na bloga Małgosi 🙂

      0
  • Raven Z

    Fajny tekst, przeczytam też odpowiedź. Jakby nie było każdy ma w życiu taką historię. Oby jak najmniej ;p zapraszam do mnie: http://wenairaven.dgdev.pl

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Czy ja wiem…. szczęśliwe życie od urodzenia do śmierci wydaje się takie… nudne! 😉

      0
  • http://wiecejnizefekt.pl/ Agnieszka

    Świetny projekt 🙂
    Tekst wciągnął mnie totalnie!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Yes! 🙂

      0
  • https://travelover.pl traveLover

    Ciekawy pomysł, by zestawić spojrzenie Twoje i kobiety 🙂

    0
  • Monika Sobieraj

    Genialne historie i konstrukcja, węcej! 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Będzie więcej! 🙂

      0
  • Karolina Marsicka

    Będę tu wracać, historia mnie totalnie wciągnęła!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Wracaj! 🙂

      0
  • Anna Kozakiewicz

    świetny tekst

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dziękujemy!

      0
  • http://365photos.pl Katarzyna Zarówna

    Niektórym z pewną naturalnością przychodzi pisanie dłuższych tekstów. Ja uwielbiam felietony, ale tutaj felieton to za mało! I jeszcze Warszawa w tle! Piękne!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Warszawa musiała być. Oboje z Pełnią kochamy równie mocno to miasto! 🙂

      0
  • Za Płotem

    Chętnie przeczytam więcej 😉

    0
  • Laura LR

    Fajnie napisane 🙂

    0
  • lekarzodkuchni.com

    Wciągająca historia, czekam z niecierpliwością na dalszt ciąg 🙂

    0
  • Aldona Zakrzewska

    Czekam na ciąg dalszy, jak na kolejny odcinek powieści 🙂

    0
  • http://www.blogierka.pl/ Blogierka

    Ocho- widzę kolejny materiał na książę 😀

    0
  • http://www.pannaewa.com.pl Ewa Kamińska

    Ciekawe, gratuluję!

    0
  • http://wposzukiwaniu.pl Ewelina | W poszukiwaniu

    Ciekawe, że w tych czasach zostało tyle romantyzmu w pozoru zwykłych ludziach i to w Warszawie. Inaczej spojrzę na mijających mnie przechodniów na ulicy, w markecie czy to na targu. Dzięki!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Ktoś mi kiedyś powiedział: “Nigdy nie oceniaj innego człowieka, bo nigdy nie wiesz, z jakimi demonami musi on walczyć!”. Mam słabą pamięć, ale to dobrze sobie zapamiętałem 😉 Często mi to nie wychodzi, ale też się staram! 🙂

      0
      • http://wposzukiwaniu.pl Ewelina | W poszukiwaniu

        Mądrze powiedziane! Dzięki.

        0
  • http://bomojezycietopodroz.pl/ Bomojezycietopodroz.pl

    Wzbudzasz emocje, super!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Związek bez emocji byłby jak… muzyka bez dźwięku! No, nie da się! 🙂

      0
  • http://lidiagie.pl lidiagie.pl

    Rewelacyjny pomysł! Podoba mi się ten projekt. Choć fanką romantyzmu nie jestem, to w Twoim wydaniu wchodzi, że aż miło. 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      No i micha się cieszy! To jeszcze nie koniec…. 😉 A tak zupełnie serio…. mam takie mgliste przypuszczenie, że współczesne kobiety są o wiele mniej romantyczne od mężczyzn, mimo że tak dużo o tym mówią i narzekają właśnie na brak romantyczności w dniu codziennym 🙂

      0
  • aneta

    Dawno żadna historia mnie tak nie wciągneła, czekam na więcej

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Robi się… 😉

      0
  • Monika Wysocka

    Bardzo podoba mi się Wasza współpraca, pisałam o tym już u Małgosi. Dajecie czadu! 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      To wszystko zasługa Małgosi! 🙂

      0
  • http://dzieciorka.com.pl/ Marta Sobczyk-Ziębińska

    Wciaga! Bardzo fajnie sie czyta 🙂

    0
  • http://www.wysmakowane.pl/ Kasia z wysmakowane.pl

    Zanim wczytać się w opowiadanie. Czemu on mówi ze dwa lata wzajemnego ranienia się to sukces?!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Sukces, że wytrwali ze sobą tak długo. Dwa lata. Ale wtedy nie wiedział tego. Że tak naprawdę siebie ranili. Z każdym dniem oddalali się od siebie… Bo tego się nie wie. Dopiero po czasie…

      0
  • http://urodomaniaczka.łot.pl Paulina

    oho… wciągnęłam się. czekam na ciąg dalszy:D

    0
  • http://www.lifestylerka.pl/ Lifestylerka

    Nie sądziłam, że facet może być tak refleksyjny :). Myślę, że lepiej, żeby jednak nie przychodziła do tego parku, bo i tak nic z tego nie będzie ;).

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      No właśnie! Zawsze tak jest!!! 😉 Nie sądziłam, że facet może być tak… refleksyjny, romantyczny i skory do prawdziwej miłości…. Echhhh… taki już nas los, żeby ciągle coś udowadniać! 😉

      0
  • http://www.dookolapracy.pl DookolaPracy

    Podoba mi się Twój styl (Łukasz)

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Podoba mi się, że Tobie się podoba! 🙂

      0
  • https://couturedoc.pl Agnieszka z Couture.doc

    Czytając miałam nieodparte wrażenie, że historia ta powstała na faktach autentycznych 😉 Może dlatego, że brzmi tak autentycznie, a te wszystkie przemyślenia są tak prawdziwe i naturalne dla takich pięknych choć zazwyczaj nieszczęśliwych historii.. Bo niestety zazwyczaj to co najpiękniejsze wydaje nam się to, co nieudane, nieuchwytne, zawieszone w czasoprzestrzeni bez dalszego rozwinięcia… 😉 Czekam na ciąg dalszy!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Wszakże w każdej zmyślonej historii kryje się czyjeś… życie! Czyż nie?

      0
  • https://www.mybritishjourney.com/ Viola/ My British Journey

    Fajnie się czytało, brakuje mi takich opowiadań. Ostatnio głównie czytam o marketingu itp haha
    Czekam na ciąg dalszy

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      No to zapraszam do naszych poprzednich wpisów na blogach! 🙂

      0
  • http://www.babskiblues.pl/ Babski Blues

    Listy to świetny sposób na terapię dla par. Nie ma takich emocji które towarzyszą w momencie kiedy jest rozmowa na żywo. Można iinym okiem przeanalizować swoje uczucia. Super! Świetnie się czytało 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Bo ludzie nie potrafią ze sobą szczerze rozmawiać! Dużo mówią, ale tylko wymiana zdań 🙂

      0
  • Ama Ndra

    Bardzo ciekawy tekst i historia 🙂

    0
  • http://www.vademecumblogera.pl/ Beata Redzimska

    Fajny pomysl, pokazanie milosci widzianej z dwoch stron. Bo czasamy mamy spojrzenie z jednej strony, dopowiadamy sobie punkt widzenia drugiej, ale zupelnie nie trafiamy w punkt.

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Trafiłaś w punkt! 🙂 Czyż nie jest tak, że ilekroć posądzamy tę drugą stronę o najgorsze rzeczy, to sami szukamy usprawiedliwienia dla swoich (?) 🙂 Dzięki za komentarz. Tak! Pomysł Małgosi na wspólny wpis to był strzał w dziesiątkę 🙂 I nie chodzi tutaj nawet o zwiększony ruch na stronach, co wszakże jest fajnym skutkiem ubocznym :), ale o zaangażowanie czytelników w “naszą” historię. Na tym przykładzie widać, że emocje na blogu są najważniejsze! 🙂

      0
  • http://www.poplatana.pl/ Klaudia

    Po pierwsze, to świetny pomysł na cykl blogowy. Po drugie, masz ciekawy styl i zastanawiam się, czy każdy facet jest taki wrażliwy w środku. Pięknie się to czyta 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Shrek dobrze to ujął – faceci są jak cebula! 😉 Śmierdzą? Rosną im twarde włoski? Nieee…. Otóż faceci mają warstwy! Sęk w tym, że nie każdej kobiecie chce się dotrzeć do tych najgłębszych! Zwykle oceniają na podstawie tej najbardziej zewnętrznej – zwykle twardej, zaschniętej i brzydkiej…

      0
  • http://rozwoj-i-cele.blogspot.com/ Rozwój i cele

    Fajne, taki dwugłos, no i dobrze się czyta!

    0
  • http://www.szkolneinspiracje.pl/ Anna – Szkolne inspiracje

    Niezwykłe listy i niezwykła historia. Gratuluję pomysłu.

    0
  • Maria

    Super pomysł! Trzymam kciuki za powodzenie całego cyklu 🙂

    0
  • Paryska Nabierka

    Tez tak sobie kiedys powtarzalam, ze spotkalismy sie za wczesnie… Ale to tylko wytlumaczenie.

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Chyba lepiej za wcześnie, niż za późno! 😉

      0
  • http://www.vademecumblogera.pl/ Beata Redzimska

    2 lata – to chyba taki przelomowy etap w kazdym zwiazku, mowi sie o 7 latach, ale 2 lata – wystarcza, by poznac sie dosc dobrze – jezeli w tym momencie jedna ze stron nie wycofa sie ze zwiazku – potem bedzie w sumie coraz trudniej. Do 7 lat – ktore jakby sa takim momentem na liczniku, ktory automatycznie wnosi ze soba rozgrzeszenie…

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dokładnie! Dwa lata. Jeśli patrzeć na związek z naukowego punktu widzenia, właśnie na dwa lata wystarcza nam tej całej miłosnej chemii… i jeżeli nie zbudowaliśmy sobie innych relacji z tym drugim człowiekiem, a tylko romantyczne uniesienia… nagle wszystko zaczyna się rozsypywać! Na szczęście to tylko naukowy punkt widzenia! 😉

      0
  • http://www.wiejskieinspiracje.pl WiejskieInspiracje.pl

    Motyw narracji On – Ona został genialnie wykorzystany w książce “3 godziny. Jak znaleźć prawdziwą miłość”. Każda sytuacje w początkowym związku bohaterów została przedstawiona z perspektywy Jej i Jego. Genialne różnice. Polecam.

    0
  • http://www.nieidealnaanna.com Nieidealna Anna

    Niby naukowy punkt widzenia, ale jednak coś w tym jest! Jka nie zbudujemy wtym czasie solidnej relacji, to może nasza miłość rozsypać się jak domek zkart. Oczywiście każda relacja rządzi się swoimi prawami, ale moje poprzednie relacje potwierdzają te zasadę.

    0
  • http://www.poplatana.pl/ Klaudia

    Jeszcze raz gratuluję projektu 🙂 szczerze pisząc, to spodziewałam się tego, co będzie później w tej historii, a i tak jestem zaskoczona 🙂

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dziękujemy! Miło słyszeć, że udało nam się… zaskoczyć czytelników! 😉

      0
  • http://www.vaibewitched.wordpress.com Vai Bewitched

    Przyznam, że opowiadanie niestety “nie wkręciło mi się”, nie mój gust. Ale podziwiam za twórczość, tak czy inaczej. Ja jakoś nie mogę zmobilizować się do pisania…

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Nie mobilizuj się… pisz, kiedy przyjdzie odpowiedni czas 😉 A kiedy przyjdzie? Będziesz to wiedziała… po prostu będziesz 🙂

      0
  • http://www.mateuszstasica.pl Mateusz Stasica

    Ciekawy tekst. Barwne postaci! Ja piszę całkiem inaczej, ostatnio wolę większy luz i tego typu dzieła łatwiej mi ostatnio publikować. Ja zawsze najbardziej lubię historię, a Twoja trochę wspomina mi własne dzieje. W szczególności Rzym, Kaplica Sykstyńska i wykute ciekawostki na pamięć. 😀 urocze!

    Do zobaczenia!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Do zobaczenia! Wpadaj, kiedy tylko masz na to ochotę! 🙂

      0
  • http://zaslodko-zaslono.pl/ Za słodko Za słono

    Genialne, czytając ten teks wyobraźnia działa, pojawia się lekki usmiech i samemu można westchnąć 🙂 Świetna robota!

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      O to nam chodziło! O tę wyobraźnię…. 🙂

      0
  • http://e-pakujwalizki.pl/

    Z przyjemnością przeczytałam całość. Przyszło mi do głowy, że każde z nich powinno pójść najpierw na terapię. Albo razem, bo zaniżone poczucie wartości odezwie się znowu napadami zazdrości ( szczerość nie zawsze jest dobra, zwierzenia o innych kobietach, nazwet jak nic nie znaczyły, będa obrazowo pojawiac się i dręczyc). Zadawali sobie ból, ale to głównie kobieta miała problemy, bo tak otwarty mężczyzna to rzadkość. Wszystko można było przegadać, bo on tego nie unikał. Dopóki ona nie uwierzy, że zasługuje na miłość, będa się powtarzały historie z przeszłości. Na początku był szacunek, ta uważność na to co drugie pomyśli, on nazwał to najlepszym. Sztywno, mało naturalnie, ale pewne zasady warto zatrzymać, zachować klasę. Jeszcze o tej parze, która przeżyła 60 lat razem, mimo jej ględzenia i marudzenia. Bo ludzie dotrzymywali słowa, tylko tyle. Bo się nie porzucało rodziny, nie wierzyło się w budowanie szczęścia na cudzym nieszczęściu. Śmieszne, bo lepiej wspólnie cierpieć, niż żeby chociaż jedno się wyzwoliło. Życie w pojedynkę, bez nacisków i skrzeczenia zawiedzionej drugiej strony jest o wiele wartościowsze, nie odbiera chęci do życia. Czy powroty się udają? Tak, ale pod warunkiem, że się pewne rzeczy przepracuje. Czekam niecierpliwie na więcej, pozdrawiam:)

    0
    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A z jaką przyjemnością czyta się taki komentarz! 🙂 I to jest dla Nas – autorów – najlepsza nagrodą – żeby w tak w sumie prostej historii, wręcz ocierającej się o banał, czytelnik dostrzegł te wszystkie niuanse, drugie i trzecie dna, niedomówienia oraz to zwodnicze poczucie, że od teraz to już będzie tylko dobrze. Jak w bajce! Masz rację… nie będzie! Nie będzie, bo nie może być! Dlatego, że tak naprawdę to wcale nie jest koniec ich problemów. To dopiero początek. A właściwie początek początku! 🙂 Bo największe złudzenie, jakiemu ulegamy w życiu jest to, że kiedy już dostajemy to, czego tak bardzo pragniemy w życiu, to będziemy szczęśliwi. Już zawsze. Do końca życia. Szczególnie tyczy się to związku z drugim człowiekiem. Zabawne, ale kiedy zakochujemy się, nasz horyzont myślowy nigdy nie wybiega w odległą przyszłość. Zakładamy, że już posiadanie tej drugiej osoby zapewni nam komfort psychiczny do końca naszych dni. Łudzimy się, że wszystko musi być dobrze! A jeśli chodzi o tych dwoje staruszków…. Cóż, idę o zakład, że wcale nie była to para, o której mówi się, że przeżyli ze sobą tak długo, bo z pewnością bardzo się kochali. Pewnie nigdy się nie kłócili, byli zgodni we wszystkim, wręcz zawsze dzieli ostatni orzeszek na dwoje…. Jakież to niesprawiedliwe! Jestem pewien, że są ze sobą, bo właśnie przeszli przez te wszystkie życiowe sztormy – kłótnie, domowe sceny, wybuchy zazdrości, a nawet i zdrady…. No, i dlaczego wciąż są ze sobą? Nie wiem! Nikt tego nie wie. To jest sprawa tylko i wyłącznie między Nią i Nim. Bo ludzie tacy są. Można powiedzieć o ludziach wiele złego, ale czasem robią wspaniałe rzeczy… Wbrew zdrowemu rozsądkowi potrafią trwać w beznadziejnym w oczach innych ludzi związku. Potrafią wybaczyć nawet największą zbrodnię. A co najbardziej niezwykłe – potrafią się poświęcać. Zrezygnować z części własnego egoizmu. Dla drugiego człowieka….

      0
      • http://e-pakujwalizki.pl/

        Każdy z nas doświadczył w swoich związkach podobnych emocji. Te pierwsze, nieporadne, dotyczyły wyłączności, potem dopasowywanie osobowości, granic wolności, aż oświecenie, że zaufanie i szacunek powinny być na pierwszym miejscu. Dlatego czytając mam migawki z różnych okresów życia. Można się rozstać i nie móc bez siebie żyć. Powroty są dobre i mają sens, kiedy nie przekroczyło się granicy . Tą granica jest przemoc, nałogi, zbyt raniące słowa, zdrada.
        Wielkie wyzwanie przed Wami! Bardzo jestem ciekawa dalszego ciągu. Praca nas sobą i związkiem dopiero się zaczyna. Ale wszystko jest możliwe.Bo chyba dopiero teraz zobaczyli siebie naprawdę.
        Co do staruszków, to nawet w niszczącym związku można trwać, bo jest znajomy. Lęk przed znalezieniem mieszkania i środków do życia może przerastać. IIe ja wysłuchałam w życiu takich historii i wymówek. Az w głowie się nie mieściło, że ktoś może tak żyć. Ale w bagno się wsiąka powoli przecież. Nie jestem orędowniczką poświęcania. Co to znaczy? Że jedna osoba oddaje drugiej część siebie, a druga to przyjmuje jako coś należnego. Innego życia nie będzie, szans na swój własny rozwój i własną drogę. I nie mówię tu o matce z gromadką dzieci, ani zonie opiekującej się chorym mężem, którego kocha. Mówię o kobietach, które “dzwigają krzyż”, bo im taki los przypadł, w postaci alkoholika, czy przemocowca.
        Niezwykłe rzeczy dzieją się wtedy, gdy oboje rezygnują z części własnego egoizmu. Kiedy dawanie i dzielenie się to radość.

        0
        • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

          Dlatego, każdy człowiek, każdego dnia i w każdych okolicznościach powinien zadawać sobie jedno, bardzo proste pytanie: “Jak ja się z tym czuję?” Jeśli odpowiedź brzmi “Dobrze”, to… dobrze. A jeśli odpowiedź jest przeciwna, nie pozostaje nic innego, jak to zmienić…. Innej rady chyba nie ma!
          ps. Dziękujemy za niezwykle merytoryczne komentarze! 🙂 Dla takich czytelników jak Ty, warto było to zrobić! 🙂

          0
          • Eulampia Romanowa

            Cała przyjemność po mojej stronie:) Odkąd sama prowadzę bloga rozumiem jakie napęd dają komentarze, dlatego staram się wkładać w nie trochę serca. Poza tym zagraliście na moich emocjach, świetny pomysł. Dzuzo weny zyczę, pozdrawiam.

            0