Pierwszy raz usłyszała to od matki. Jej własnej matki. Było to zaraz po tym, jak nakryła ją w łazience z dłonią wetkniętą pod majtkami. Miała wtedy niecałe dwanaście lat i od jakiegoś czasu nie wiedziała, co się z nią właściwie dzieje.

– Ja ci pokażę, ty mała suko! – matka krzyczała na nią targając za włosy z łazienki do przedpokoju.

Była dobrą matką. Wychowywała ją sama. O ojcu nigdy nie wspominała. Pracowała ciężko, brała nadgodziny, dyżury prawie w każde święta i często jeszcze zlecenia do domu. Nie wiadomo było, jakim cudem znajdowała jeszcze czas dla córki. W mieszkaniu zawsze panował błysk, wszystko poprane, nakrochmalone, idealnie wyprasowane. Obiad nagotowany.

Potem długo kazała jej klęczeć pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i błagać o przebaczenie. Za nieczyste myśli. Brudne uczynki. I grzeszne ciało. Tak było za każdym razem. O ile czasami matka potrafiła przymknąć oko na jej drobne nieposłuszeństwa, to Pana Boga, Jezusa Chrystusa i Maryi Zawsze Dziewicy nie darowała jej nigdy.

Jak wtedy. Gdy leżała z gorączką w łóżku. To było w niedzielę. Przed mszą o dziesiątej. Nie udawała. Naprawdę czuła się fatalnie. Matka wpadła jak furia do pokoju i dosłownie wytargała ją za włosy z łóżka. Zawsze tak robiła. Może dlatego, że miała takie piękne i bujne włosy?

– Już ja ci poudaję! – wrzeszczała, ubierając ją na siłę i ciągnąc całą drogę do kościoła. Za włosy.

Później wylądowała w szpitalu z zapaleniem płuc. Matka powiedziała, że to z pewnością kara za jej grzech. Grzech lenistwa.

Dlatego nawet nie przyszło jej do głowy, aby spytać matkę. O to. Bo nawet nie wiedziała, jak to właściwie nazwać.

To było ostatnio. Jechała autobusem ze szkoły. Na Gocław. Linia pośpieszna. 507. Był upalny początek czerwca. Miała na sobie białą bluzeczkę i granatową spódniczkę. Spódniczka ciut przed kolana. Usiadła w pierwszym rzędzie za kierowcą. Od korytarza. Autobus był prawie pusty. Ostatni przystanek już na pętli. Nie pamięta, o czym wtedy myślała. Może o tych nowych dżinsach, które widziała w Promenadzie. Albo o nim. Tamtym chłopaku. Chociaż dlaczego miałaby to robić? Zajmować się właśnie nim.

I wtedy poczuła go na sobie. Ten wzrok. Spojrzała w lusterko wiszące z przodu pod sufitem i zobaczyła twarz kierowcy. Patrzył się. Ale nie tak, jak człowiek patrzący na przejeżdżające ulicą samochody. Albo na krajobraz przesuwający się za oknem pociągu. Albo na sklepowe wystawy. On robił to zupełnie inaczej. Z twarzy wyglądał całkiem normalnie. Nie był brzydki, jak brzydcy potrafią być kierowcy autobusów. Jego twarz wzbudzała zaufanie. Był podobny do tych ojców jej koleżanek z klasy, którzy przychodzili na zebrania. Zawsze im zazdrościła i zawsze zastanawiała się, jakie to uczucie mieć ojca.

On wprost pochłaniał ją wzrokiem. Jakby chciał coś jej przekazać. Coś wyrazić. Coś powiedzieć. Dopiero po chwili zrozumiała, że tak naprawdę nie chodzi mu o jej włosy. Ani oczy. Ani nawet jej twarz. Poczuła jak zaczyna się czerwienić.

W lusterku zobaczyła, że natarczywie wpatruje się w ten biały trójkącik znajdujący się pomiędzy jej udami. Jej majtki. Po prostu spódniczka podwinęła się zbyt wysoko, przy okazji odsłaniając zbyt wiele. Często jej się to przytrafiało. Właściwie za każdym razem, kiedy siadała albo przykucała na chodniku, żeby zasznurować buta.

Ale nigdy dotąd nikt się tak na nią nie patrzył.

Jak ten kierowca autobusu.

Od tamtego dnia wszystko się zmieniło. Miała wrażenie, jakby jej ciało nagle eksplodowało. Nie nadążała za zmianami, które zaczęły pojawiać się w jej życiu. Frustrację pogłębiał jeszcze fakt, że to wszystko dotykało tylko ją. Zawsze była pierwsza. Przed wszystkimi jej koleżankami.

To jej pierwszej zaczęły rosnąć piersi bardzo szybko osiągając rozmiar jak u dorosłej kobiety. Tak samo to okropne owłosienie. Szorstki trądzik na czole. Plamy potu pod pachami o cierpkim, kwaskowatym zapachu. Z miesiąca na miesiąc czuła się coraz bardziej zagubiona. Samotna. Nie miała z kim pogadać. Komu się poskarżyć. Zwyczajnie wyżalić. Matki nie brała pod uwagę. Nawet w najśmielszych marzeniach.

Lecz najgorsze miało dopiero nadejść. To było podczas wycieczki szkolnej. Pojechali autokarem do Kazimierza Dolnego. W ramach lekcji geografii. Mieli rozpoznawać lessowe skały osadowe. Było całkiem fajnie. I nawet wesoło.

Pierwszy ból dopadł ją jeszcze w wąwozie. Aż przykucnęła, obejmując brzuch ramionami. Koleżankom powiedziała, że boli ją żołądek. Pociemniało jej w oczach. Została w tyle. Ale jakoś dowlekła się do autokaru.

W drodze powrotnej zatrzymali się w Dęblinie. Na Rynku. Nic ciekawego, ale była jakaś lodziarnia. Jakoś uprosili Panią Profesor. Nawet nie wyszła z autokaru. Na wpół leżała zwinięta w kłębek. Ból był wprost nie do zniesienia. Na granicy omdlenia.

On wrócił wcześniej. Przed wszystkimi. Kolega z klasy. Nawet jej się podobał. Ale w tym wieku dziewczyny raczej trzymają się razem. Chłopacy także. To się miało zmienić dopiero około siódmej klasy.

Podszedł do niej. Nic nie powiedział. Przyniósł wodę w plastikowej butelce. I coś jeszcze. Małe kartonowe pudełko. Lekarstwo. Z apteki. No-Spa Forte. Z wrażenia na chwilę zapomniała o bólu. Jeszcze nikt wcześniej nie wprawił jej w takie osłupienie.

Chłopak był wysoki. To była ich cecha rodzinna. I przystojny jak na swój wiek. To też mieli ze sobą wspólnego. Każdy tam był piękny. Ojciec prosty jak tyczka. Barczysty. Lekko szpakowaty. Matka wciąż miała płaski brzuch. Mimo czterech naturalnych porodów. I wciąż grała w teatrze role kobiet dużo młodszych od siebie. Były jeszcze trzy starsze siostry. Jedna piękniejsza od drugiej. Smukłe, zwiewne, gibkie. Prawdziwy tryumf młodości oraz witalności. I była jeszcze babcia. Ona zaś gdy szła z wnukami na spacery słyszała jak ludzie gratulowali jej córek i syna. To był prawdziwy dom. Dom pięknych ludzi.

Jego babcia była też niezwykle mądrą kobietą. Dużo w życiu przeszła. I często powtarzała, że największym błędem, jaki człowiek może popełnić, to zakochać się bez opamiętania! Miłość miłością, ale od myślenia nikt nikogo nie zwalnia – dodawała. Bo zakochany nieprzytomnie człowiek – kontynuowała – jest jak ten, który zgubił bezpowrotnie najcenniejszą rzecz. Swój największy skarb. Już nigdy nie będzie szczęśliwy. I już nigdy nie zazna spokoju.

* * *

Od tamtego dnia ból towarzyszył jej nieustannie. Jej życie upływało w miesięcznym rytmie. Na tydzień przed przestawała być sobą. Matka mówiła, że przesadza. Ale gdy któregoś dnia zemdlała, w końcu poszła z nią do przychodni. Diagnoza: silne tyłozgięcie. Nic się nie da zrobić. Tak już musi być. Trzeba nauczyć się z tym żyć. W gabinecie miała wrażenie, jakby ginekolog mówił o kimś innym. W drodze do domu matka powiedziała, że to kara, bo z pewnością dotykała się tam palcami.

Do tego jeszcze te spojrzenia. Męskie. Natarczywe. Niektóre nawet z autentycznym zachwytem. Ale w większości nachalne. Bezczelne. Obleśne. Zawsze w towarzystwie błyszczących oczu. Obślinionych ust. Razem z głośnym mlaskaniem. Cmokaniem. I wywołującym u niej odruch wymiotny pogwizdywaniem. Wszędzie. Na ulicy. W szkole. A nawet w kościele. Potem zawsze czuła się jakaś gorsza. Brudna.

Z każdym rokiem było coraz gorzej. Faceci lgnęli do niej jak ćmy do ulicznej latarni. Szczególnie już tacy całkiem dorośli. Czuła się przytłoczona ich obecnością. Stłamszona. Zduszona. Nieustannie któryś się o nią ocierał, ktoś popychał, ktoś mimochodem dotykał. Niby przypadkiem. Nieintencjonalnie. Jednak zwykle z lubieżną premedytacją.

Im bardziej ich nienawidziła, tym bardziej nie mogła przestać o nich myśleć. Swój pierwszy raz miała ze znajomym matki. Mieszkał dwa bloki dalej. Matka wysłała ją do niego, żeby coś pożyczyć. Albo oddać. Już nawet dobrze nie pamięta. Miał żonę, ale mieszkali oddzielnie. Była dosłownie parę minut, ale kiedy odchodziła, poczuła na sobie jego wzrok. Taki sam, jak wtedy w autobusie. Poczuła mdłości.

Następnego dnia sama poszła do niego. Matce powiedziała, że idzie do koleżanki.

Natomiast zupełnie nie szło jej z rówieśnikami. Jakby bali się. Jakby ich onieśmielała. Paraliżowała. Tak, jak tamtego chłopaka, który wtedy kupił jej No-Spę. Ich orbity ciągle się przecinały. Zawsze był w pobliżu. Gotowy do pomocy. Nigdy nie widziała go z innymi dziewczynami. Przez całe liceum dawał jej do odpisania lekcje. Często podpowiadał, gdy nauczyciele wywoływali ją tablicy. Robił za nią prace z plastyki. Przed maturą pomagał jej z polskiego. Kilka razy zaprosił ją do swojego domu, gdzie cierpliwie uczył, jak pisać dobre wypracowania. Miała mgliste wrażenie, że go wykorzystuje. Że nie powinna tego robić.

Pewnego razu, kiedy wyszła na chwilę z jego pokoju do toalety usłyszała, jak w salonie babcia mówi do kogoś:

– Żeby tylko ta suka nie sprowadziła naszego Kamyka na złą drogę.

W domu wszyscy mówili na niego Kamyk. Lecz kiedy zaproponował, żeby razem poszli na Studniówkę, wyśmiała go. Nie wie, dlaczego to zrobiła. Właściwie natychmiast pożałowała tego. Ale nie cofnęła wypowiedzianych słów. Pokiwał tylko głową ze zrozumieniem i nic nie powiedział. Poszedł sam. Nie widziała dokładnie, czy z którąkolwiek tańczył.

Później odkryła, że chyba rozsmakowała się w seksie. Tak jak można rozsmakować się w alkoholu. Albo w jedzeniu. Albo w kłamstwie. Już nie wystarczał jej szybki numerek w toalecie, czy też w samochodzie gdzieś na nieoświetlonym parkingu. Potrzebowała więcej i więcej. Jak człowiek, który zaczyna biegać i wraz z coraz dłuższymi dystansami odczuwa coraz większą potrzebę biegania. Najpierw trzy kilometry są wyzwaniem. Potem już idzie łatwiej. Pięć, dziesięć, piętnaście. Półmaraton. Następnie cały maraton. I więcej. Coraz dalej. Coraz szybciej.

Lecz wcale nie o sam seks tu chodziło. Raczej o to uwolnienie. Odizolowanie. Odseparowanie. Ciała od umysłu. O ten stan, gdzie nie było już nic. Nic poza miarowymi, rytmicznymi pchnięciami. Żadnych myśli. Żadnego bólu. Gdzie nie było żadnych ludzi. Nie było jej matki. Nie było Boga. Poczucia winy i lęku. Gdzie była naprawdę wolna.

Z biegiem czasu stała się mistrzynią. Mistrzynią w wyszukiwaniu odpowiednich mężczyzn. Bo nie każdy się nadawał. Nie każdy mógł sprostać. Nie każdy też chciał tego samego, co ona. A ci, co mogli, zwykle się wycofywali. Rezygnowali. Poddawali się. Niektórzy przepraszali.

Jednakże czasami spotykała takich, którzy dawali jej to, czego od nich oczekiwała. Wiedziała od razu. Wystarczyło jej szybkie spojrzenie. Kilkusekundowe otaksowanie wzrokiem.  Zabawne, ale zawsze oceniała po przedramionach. Jeśli były dobrze wyrzeźbione – lecz nie przesadnie muskularne – do tego z uwidocznionymi żyłami oraz ciemnym owłosieniem wiedziała, że ich właściciel jest tym, którego potrzebuje. Pragnie. Pożąda. Nigdy się nie myliła.

Tak, jak tych czterech facetów, którzy przysiedli się do niej w klubie na dwudziestym siódmym piętrze, skąd rozciągał się widok na nocną panoramę Warszawy. Ten widok zawsze wywoływał u niej gęsią skórkę. Wszyscy byli w jej typie. Wszyscy mieli podwinięte rękawy koszuli odsłaniające przedramiona. Wszyscy spełniali kryteria. Przecież nie mogła się aż tak pomylić!

* * *

Później wzięli ją we czterech. Po kolei. W furgonetce. Nawet posprzeczali się między sobą, który zaczyna pierwszy. Jak zawsze. Zaczął ten, który zawsze wszystko zaczynał jako pierwszy. Jego kumple musieli się z tym pogodzić. Takie jest prawo grupy. Odwieczne prawo. A kiedy skończył, wyszedł na zewnątrz, żeby ochłonąć i zapalić. Musiał odejść dalej, żeby nie słyszeć, jak ona krzyczy. Nigdy tego nie lubił. Ich krzyk zawsze sprawiał, że miał ochotę na więcej. I więcej. A przecież musiał zachować siły na dłużej. Przed nim jeszcze cała noc. I przed nią.

Nad ranem, kiedy pierwsze promienia słońca zaczęły łamać się nad horyzontem, mieli już dosyć. Nasycili się. Wreszcie. Wszyscy.

Dziewczyna leżała na blaszanej podłodze furgonetki zwinięta w kłębek. Kwiliła cichuteńko jak przemarznięte pisklę w porzuconym gnieździe. Któryś narzucił jakąś szmatę na jej nagie ciało. Chyba z litości. No bo jak to inaczej wytłumaczyć?

Ten, który wszystko zaczynał jako pierwszy powiedział:

– Wywalcie tę sukę, zanim całkiem zasyfi nam gablotę!

* * *

Później, kiedy leżała na szpitalnym łóżku i czekała, aby ktoś ją zawiózł na salę pooperacyjną, słyszała całkiem wyraźnie, jak lekarz mówił do kogoś:

– Prawdziwa masakra. Jeszcze nigdy nie miałem takiego przypadku. Tam nie było czego zszywać. Połowę musiałem z niej wywalić…

Chciała coś powiedzieć, ale miała wrażenie, jakby zaszyli jej usta. W nozdrzach czuła ostry odór środków antyseptycznych. A w gardle miała coś na kształt powiększającej się guli. Zaczęła się dusić.

A potem dni zlały się ze sobą. Bez przerwy coś z nią robili. Gdzieś zawozili. I przywozili. Szarpali. Przekładali. Okręcali. Obracali. Cały czas czuła na sobie czyjeś ręce. Czyjś oddech. Czyjś dotyk. Ale najdziwniejsze było to, że w ogóle nie czuła bólu. Żadnego. Miała wrażenie, że nie ma ciała. Jest tylko jakaś obca skorupa.

Później dali jej spokój. Zostawili samą. Ze sobą. Pielęgniarki przemykały obok niej jak białe mewy nad brzegiem morza. Coś tam poprawiły, coś zmierzyły. Przynosiły i odnosiły nietknięte jedzenie. Zupełnie przestali się nią interesować. Nikt jej nie odwiedzał. Nikt nie przynosił kwiatów. Ani mandarynek. Ani czekolady. Ani ciuchów. Butów. Na przebranie. Na wyjście po wypisie. Ze szpitala.

Tydzień czasu szykowała się, żeby do kogoś zadzwonić. Nikt jej nie przychodził do głowy.

W końcu zebrała się w sobie i zadzwoniła. Do tego, którego zawsze odrzucała. Którym gardziła. I poniżała. Szydziła. Wyśmiewała. Do tego, który tak się do niej przyczepił. Sama nie wiedziała, dlaczego to właśnie on przyszedł jej do głowy. Wszystko mu powiedziała.

O nic nie pytał. Zjawił się najszybciej, jak potrafił. Wpadł zdyszany na salę z jakimiś tobołami w rękach. Kupił okropne ciuchy. Jedne za duże, drugie za małe. Nic do siebie nie pasowało, kolory gryzły się, fasony jak z bazaru. Ale przynajmniej miała w czym wyjść na ulicę. Mogła w końcu opuścić szpital.

Po drodze wpadł też do apteki. A kiedy wyjął z plastikowej reklamówki paczkę podpasek ultra plus i opakowanie jednorazowych majtek poporodowych, rozryczała się. Długo nie mogła dojść do siebie. Salowa przyniosła jej krople.

* * *

Później, kiedy stali na przystanku, czekając na autobus, wpadła w histerię.

Darła się na całe gardło, aż ludzie idący chodnikiem, zaczęli przechodzić na drugą stronę. Zaczęła okładać go pięściami po klatce piersiowej. I po twarzy.

– Dlaczego jesteś taki dla mnie!!! – krzyczała do niego.

Nawet nie za bardzo się bronił.

– Dlaczego jesteś taki dobry??? – wrzeszczała na całe gardło. – Zabraniam ci! Słyszysz mnie! Zabraniam ci! Ja przecież jestem taką suką! Suką, rozumiesz! Jestem suką!

Chłopak nic nie odpowiedział. Patrzył się natomiast na nią. Tak, jak człowiek, który w końcu odnalazł to, czego długo szukał. Bardzo długo. Przez całe życie. Swój skarb.

I odzyskał coś jeszcze.

Spokój.

 

  • Karolina Kwiatkowska

    Napisane w fajnym stylu. Czyta się jednym tchem!

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      W sumie o to chyma mi chodziło… o to jednym tchem 😉

  • http://prostoofinansach.wordpress.com/ Ula z prostoofinansach

    NIe lubię długich tekstów, a ten przeczytałam od deski do deski. I dał mi do myślenia…. Czemu tak często mamy złe zdanie na własny temat….

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Czasami wystarczy jedno słowo, aby zmienić czyjeś życie…. 🙂

  • natasza c

    tekst dsje bardzo duzo do myslenia. na poczatku czytalo die jak harlekin a koncowka to niestety dramat ktory czesto rozgrywa sie w naszym swiecie.

  • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

    Podziel się!

  • https://www.opowiadaniarozwojowe.pl Piotr Mencina

    Intrygujący tekst, bardzo poważny temat. W zasadzie kilka – poczucie własnej wartości, trudne relacje, samotność wśród ludzi, poszukiwanie siebie i swojej tożsamości. Opowiadanie miejscami jest dramatyczne – a może i optymistyczne. Powodzenia, pozdrawiam. Piotr.

  • http://iwonakmita.pl/ Iwona Kmita

    Dłuższy czas cię nie czytałam i teraz takie mocne wejście. Bardzo mocne i bardzo dobre. Dla mnie najważniejsze w tekście są relacje matka-córka. To od nich zależy w dużej mierze droga, jaką obieramy. My dziewczyny (bo o chłopakach trudno mi mówić). I w twoim tekście jak na dłoni widać brak miłości, brak zrozumienia, niskie poczucie własnej wartości, brak zaufania, brak rozmowy… Brak wszystkiego, czego córka oczekuje od matki. Poza jedzeniem i czystym domem. Ale to może dać każdy obcy…

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dziękuję, że tu wracasz! 🙂 Wiesz, z chłopakami jest całkiem podobnie!

  • http://wposzukiwaniu.pl Ewelina | W poszukiwaniu

    Nie wierze, że facet tak ujął to eszwszys słowami… (Więcej nie napiszę. Komentarz jest zbędny).

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Ale że niby jak? Że niby facet nie może tego zrobić? 😉 😉 😉 W życiu nie dostałem bardziej szowinistycznego komentarza…. Hihihih 😉

  • https://martynasoul.com Martyna Soul

    Mnie trochę ten tekst przeraził. Podejmujesz bardzo kontrowersyjne tematy.

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Tylko takie warto podejmować! 🙂

      • rademachera

        Nie. Nie tylko takie warto. Nie jest wielką sztuką napisać tragedię o Medei. Sztuką jest napisać dramat o zmywaniu naczyń. Na przykład 😉

        • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

          Albo o zbieraniu grzybów, żeby czytelnik aż osiwiał podczas czytania! To by dopiero było coś! 😉

          • rademachera

            Spróbuj. Wierzę w Ciebie!

  • http://testownisko.eu Kamila Wereszko | Testownisko

    Nie mogłam się oderwać. Tekst świetny, taki rzeczywisty, taki prawdziwy. Brawa

  • http://rachelciaa.blogspot.com/ Rachelcia

    Czytam któryś raz. Nadal tak samo mocne jak za pierwszym czytaniem.

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Dziękuję za ten któryś raz! Zobacz inne wpisy – może znajdziesz taki, który też przeczytasz dwa razy 😉

  • http://pomyslowa.blogspot.com Pomysłowa

    O rany, co za historia… Strasznie przykra i smutna, od pierwszych zdań po ostatnią kropkę. I niestety też jestem przekonana, że do bólu prawdziwa… A tak z innej beczki: nie myślałeś o tym, żeby swoje opowiadania zebrać i wydać jako książkę? 🙂

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Wiele razy myślałem i wiesz co…. bardziej cenię sobie taką sytuację, że czytasz moje opowiadanie i potem możesz mi napisać w komentarzu o tym 😉

      • http://pomyslowa.blogspot.com Pomysłowa

        Autorom książek pisze się komentarze na Facebooku, na Lubimy Czytać, albo… na blogu, jeśli podają info w książce, więc chyba nic straconego? 😉

    • rademachera

      No właśnie… Każde z opowiadań CS aż krzyczy o rozwinięcie i większy format.

  • https://www.wesellerka.pl wesellerka

    Że też Ty zawsze tak dobierzesz tę muzykę do tekstu. I że też ona zawsze musi być na końcu, a nie na początku. Tak to bym sobie włączyła i słuchała w trakcie czytania. Mam nadzieję, że piszesz jakąś książkę, którą wydasz.

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Hmmm…. o tym nie pomyślałem, żeby dawać na początku! 😉 Zobaczę, co się da zrobić…. 😉

  • Eulampia Romanowa

    Jestem wstrząśnięta, bardzo dobre opowiadanie:)

  • Witold Żywulko

    Zrobiło mi się bardzo żal tej dziewczyny… Samo życie…
    A tak przy okazji – pisałem do Ciebie na stronie kontaktu i nie uzyskałem odpowiedzi. Twój blog jest nominowany do konkursu BLOGS from HEART przez jeden z blogów literackich, więc warto zastanowić się co do potwierdzenia swojego w nim udziału.

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Hmmmm…. chyba przeoczyłem. Ale to bardzo miło 🙂

      • Witold Żywulko

        Jeśli potwierdzasz swój udział, skontaktuj się ze mną, korzystając z podanego emalia, proszę, lub wejdź na stronę http://blogsfromheart.byistniec.pl i wypełnij tam umieszczony Formularz zgłoszenia udziału. Pozdrawiam.

  • http://beautystartstoday.blogspot.com/ Maya

    Przeczytałam w całości, ciekawy tekst… masz talent! 😉

  • http://wiecejnizefekt.pl/ Agnieszka

    Wow, jestem pod wrażeniem! Historii, emocji, sposobu pisania! Świetna robota!:)

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Gracias, cariño! 🙂

  • http://zakreecona.pl/ Monia

    Hmmm, Sama nie wiem co mam sądzić o tej historii. Zastanawiam się, czy mogłaby wydarzyć się naprawdę.

    Jedno co mogę powiedzieć, to jest naprawdę smutna. A ten chłopak… Hmm, Anioł, anioł wcielony…

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Mam takie nieodparte wrażenie, że mogła! Że często sie zdarza… zbyt często 🙂

  • http://seksuologbeztabu.pl Seksuolog bez tabu

    Wow, naprawdę świetnie piszesz. Myślałeś o tym, żeby napisać książkę?

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Myślałem! 🙂

  • Witold Żywulko

    Dzień Dobry.
    Przepraszam, że kontaktuję się w ten sposób ponownie, ale jest on najpewniejszy a czasu zostało niewiele. Uprzejmie proszę o kontakt na adres konkurs_blogsfromheart@onet.pl w sprawie nominacji do konkursu BLOG from HEART. Sprawa pilna.
    To ostatnie powiadomienie.
    Pozdrawiam.
    Witold
    BLOGS from HEART

  • http://www.kloudyspace.com Kloudy Space

    Wow… Naprawdę jestem pod wrażeniem. Choć nie ukrywam, że w paru momentach miałam ochotę przestać czytać 😛 Ale to świadczy tylko o jakości przekazu. Co do historii, mam wrażenie, że wiele osób może odnaleźć się w niej na różne sposoby. Jednocześnie poszerza ona świadomość o były i pewnie często obecnym podejściu do kobiet i kobiecości.
    Twój opis głównej bohaterki sprawił, że baaardzo miałam ochotę zobaczyć ją “na żywo” 🙂

  • Agnieszka Jarosz

    Bardzo dobry tekst.