Czy wiecie, jaki jest szczyt obciachu dla pierwszoklasisty?

Zsikać się w majtki!

Na oczach całej klasy. Przy pani wychowawczyni. I w dodatku zrobić to tak, żeby słychać było głośne skapywanie kropel moczu, a pod ławką utworzyła się wielka, mokra plama na szkolnym linoleum.

Lecz tym razem to nie byłem ja! Na szczęście był to zupełnie ktoś inny…

Tamtego dnia, mimo że nie minęło jeszcze południe, na zewnątrz pociemniało, jakby już zapadał zmierzch. Zerwał się przenikliwy wiatr, ołowiane chmury przykryły niebo niczym gęsta, pikowana kołdra.

Szliśmy żwirowaną drogą w kierunku jej domu. Smarkula nic się nie odzywała, podążając za mną ze spuszczoną głową, od czasu do czasu pochlipując. Początkowe poczucie misji ustąpiło miejsca uczuciu lekkiej irytacji. Byłem zły na siebie, że tak łatwo zgodziłem się odprowadzić ją do domu. Że tak łatwo dałem namówić się pani wychowawczyni. Przecież żaden szanujący się prawie ośmioletni mężczyzna nie zadaje się z sikającymi w majtki smarkulami! Miałem wrażenie, jakby wszyscy ludzie właśnie patrzyli się na nas. Na wszelki wypadek wyforsowałem się dwa kroki do przodu.

Dom Smarkuli stał samotnie na końcu wsi i prowadziła do niego wąska, polna droga, przez większość część roku pokryta błotem i kałużami. Zbudowany z czerwonej cegły budynek przedstawiał żałosny widok: w kilku oknach tkwiły rozbite szyby, a otaczający go sztachetowy płot sprawiał wrażenie, jakby w każdej chwili miał się przewrócić. Z wyszczerbionego komina unosiły się kłęby siwego dymu.

Na środku podwórka rosła rozłożysta jabłoń, przed domem leżały sterty gnijących desek, poskręcanego złomu i piętrzyły się hałdy gruzu. Pod prowizorycznym zadaszeniem, przytkniętym do bocznej ściany domu stała zepsuta furgonetka. Wszystkie koła były bez powietrza, a coś, co było kiedyś czerwonym lakierem, pokrywały rude plamy rdzy.

Zastukałem do drzwi wejściowych od domu pokrytych złuszczającą się żółtą farbą. Po dłuższej chwili ukazała się w nich niepozorna kobieta w niebieskim, domowym fartuchu o miłej twarzy, wyglądająca jak większa kopia Smarkuli.

– Dzień dobry – powiedziałem i dodałem: – Pani wychowawczyni prosiła, żebym odprowadził ją do domu, ponieważ się… – chciałem użyć słowa „zesikała”, ale zupełnie nie wiedziałem, jak to powiedzieć.

– Wiem – kobieta rzuciła szybko, spoglądając nerwowo przez ramię w głąb korytarza, jakby czegoś się bała.

Ze środka mieszkanie dobiegł mnie bliżej nieokreślony dźwięk, następnie głuchy huk, jakby coś wielkiego spadło na podłogę.

– Z kim tam gadasz, do kurwy nędzy? – ktoś zapytał. Był to głos kogoś, kto był bardzo zmęczony, albo bardzo chory.

Z wrażenie aż cofnąłem się o dwa kroki. Jeszcze nigdy nie słyszałem, aby ktoś w taki sposób się odzywał. Następnie dało się słyszeć odgłos tłuczonego szkła i nagle w drzwiach pojawił się ojciec Smarkuli.

Kobieta chwyciła dziewczynkę za rękę i szybko wciągnęła do środka.

Ojciec Smarkuli był chyba najpotężniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałem i był kompletnie pijany. Miał na sobie przepocony podkoszulek na ramiączkach, wielką jak głaz, łysą głowę i twarz wykrzywioną w jakimś strasznym grymasie.

– Co to za gnojek? – wybełkotał.

Zatoczył się na drzwi i byłby upadł, gdyby nie szybka reakcja jego żony, która podtrzymała go z boku. Smarkula również trzymała ojca z drugiej strony i odniosłem wrażenie, że musiało to się zdarzać bardzo często, skoro doskonale wiedziała, co trzeba zrobić.

Nie byłem pewny, do kogo skierowane było pytanie.

Jego żona próbowała za wszelką cenę wciągnąć go do mieszkania, ale ojciec Smarkuli musiał ważyć ze sto pięćdziesiąt kilogramów i nie dawał się ruszyć z miejsca.

– Chodź na obiad, Bogdan – powiedziała.

– Proszę cię, tatusiu – błagała Smarkula, wtulając się w jego cielsko. Wyglądała niczym mrówka przy słoniu.

– Zostawcie mnie, wy kurwy… – wymamrotał, odpychając z łatwością żonę oraz Smarkulę i zaparł się w futrynie drzwi. – Ech… jaka matka, taka córka – dodał i wycelował we mnie palec.

Matka Smarkuli nic nie robiła sobie z jego słów i cały czas usiłowała wepchnąć męża do domu, jakby obawiała się, że może być już tylko gorzej.

– Posłuchaj, gówniarzu – mówienie przychodziło mu z wielkim trudem.

I wtedy Smarkula postanowiła użyć ostatecznej broni. Objęła ojca w pasie i zaczęła krzyczeć.

– Kocham cię, tatusiu… proszę chodź z nami do domu! Tak bardzo cię kocham!

Jej ojciec spojrzał na córkę, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Podniósł rękę nad jej głową i poczułem, jak zalewa mnie fala gorąca na myśl, że chyba ją zaraz uderzy. Zawahał się jednak, chyba usiłując przypomnieć sobie, co chciał powiedzieć. Rysy jego twarzy złagodniały, z ust zniknął ten straszny grymas.

Matka Smarkuli spojrzała na mnie. W jej oczach widziałem wielką ulgę.

– Dziękuję ci bardzo. Ale proszę idź już sobie. – Powiedziała i zatrzasnęła drzwi.

* * *

Nadszedł wieczór. A potem noc.

Konstruowanie supernowoczesnego myśliwca tak mnie wciągnęło, że dopiero po chwili dotarły do mnie odgłosy zamieszania. Usłyszałem najpierw zduszony okrzyk mamy, następnie pośpieszne kroki w korytarzu i tubalny głos taty.

Na dole coś się działo.

Boso wybiegłem z pokoju i zatrzymałem się w połowie schodów. W korytarzu na dole paliło się światło, po chwili pojawiła się mama. Była również boso, a na sobie miała koszulę nocną. Mrużyła oczy przed światłem, a jej rozpuszczone włosy spływały kaskadą niemal do pasa. Uświadomiłem sobie, że musiało być bardzo późno, skoro rodzice najprawdopodobniej już spali.

– Zaczekaj, synku – powiedziała do mnie ściszonym głosem. – Tata zaraz przyjdzie.

Skinąłem głową i trzymając się kurczowo poręczy, czekałem na dalszy rozwój wypadków.

Tata pojawił się po chwili. Miał na sobie jedynie spodnie od piżamy i również wyglądał na bardzo zaspanego

– Kto tam? – zapytał, podchodząc do drzwi wejściowych.

Miałem wrażenie, że usłyszałem słaby pisk w odpowiedzi. Serce waliło mi jak młotem i czułem niemal bolesne pulsowanie w uszach.

Znowu pisk. A potem coś jakby skrobanie.

– Uważaj! – ostrzegła mama, kiedy tata chwycił za klamkę.

Tata spojrzał na nas z wyrazem irytacji na twarzy, jakby był zły, że wątpimy w jego odwagę. Odkręcił zamek i naciskając klamkę, energicznie otworzył drzwi.

Czasami, po kilku tygodniach siarczystych mrozów jezioro skuwa lód, gruby na ćwierć metra i tak przejrzysty, że widać rosnące na dnie wodorosty. Ben biegnie, co sił z wywalonym jęzorem, jego łapy rozjeżdżają się na boki, ale ostre pazury wbijają się w lód dzwoniąc metalicznie. Z pyska spływają mu białe płaty piany, ale szczeka raz po raz radośnie, kiedy ogląda się na mnie. Doskonale naostrzone przez Pułkownika łyżwy zdają się ledwie dotykać lodowej tafli, a pęd powietrza wyciska gorące łzy z oczu. Przeciwległy brzeg wydaje się być tuż–tuż.

Strach.

Głębia jest mroczna i przeraźliwie zimna. Miażdży klatkę piersiową, wyciskając resztki powietrza z płuc, wlewa się do wnętrza przez usta i nos, jakby chciała wedrzeć się do każdej komórki ciała. Jej lodowate macki owijają się wokół rąk i nóg, zaciskają na gardle i wbijają w oczy. W uszach słychać jednostajne buczenie i pamiętam jak wtedy pomyślałem, że taki sam dźwięk wydaje transformator w rozdzielni prądu za mleczarnią.

Upleciona z szarego sznurka uprząż świetnie zdaje egzamin. Trzeszczy i wyciąga się do granic, wpijając boleśnie w nadgarstek, kiedy Ben rozpaczliwie zapiera się na krawędzi przerębli, rzucając łbem na boki. Wydaje przy tym żałosne skomlenie, zupełnie jak wtedy, kiedy był małym szczeniakiem, przyniesionym któregoś dnia przez tatę pod płaszczem.

Kochany Ben.

Potem długo leżę na tafli i ze zdumieniem odkrywam, że lód pachnie. Ma zapach podobny do świeżej trawy na łące. Ben biega dookoła, plącząc sznurki i próbuje polizać mnie po twarzy, jakby to wszystko było dalszą częścią zabawy. Śmieję się jak wariat i zastanawiam, w jaki sposób przemknąć niepostrzeżenie do domu, aby nikt nie zobaczył mojego przemoczonego do suchej nitki ubrania.

Nigdy nie przyznałem się rodzicom, co nam się wtedy z Benem przytrafiło, była to nasza skrzętnie skrywana tajemnica. Właściwie za wszelką cenę usiłowałem wymazać całe zdarzenie z pamięci, ale czasami tamten strach powracał. Właśnie w takich momentach jak teraz. Znowu poczułem lodowate macki na plecach.

Z wrażenia aż usiadłem na schodach.

Na progu, w smudze światła wyciekającego z ciepłego domu stała Smarkula, a za nią łagodnie opadały pierwsze w tym roku, wirujące leniwie płatki śniegu. Była prawie zupełnie naga, miała jedynie na sobie białe majtki w niebieskie groszki, a mokre włosy opadały jej na oczy. Zafascynowany patrzyłem, jak śnieg lądował miękko na jej szczupłych ramionach, błyskawicznie topniał i formując się w błyszczące krople, spływał po ciele, tworząc na progu ciemną kałużę.

Smarkula stała z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, zaciskając dłonie w piąstki. Jej ciałem wstrząsały nieustanne dreszcze. Próbowała coś powiedzieć, ale zupełnie straciła kontrolę na wargami, które poruszały się bezdźwięcznie.

– Proszę… – wyszeptała.

Pierwsza zareagowała mama.

– Chryste Panie! Zrób coś! – krzyknęła do taty i rzuciwszy się w kierunku drzwi, wzięła Smarkulę na ręce. Skinęła głową w moim kierunku: – A ty, przynieś natychmiast koc!

Dopiero po chwili zorientowałem się, że jej słowa były skierowane do mnie.

Koc?

Co to jest koc?

Machinalnie pobiegłem do swojego pokoju i ściągnąłem z łóżka mój ulubiony koc w czerwoną kratę. Po chwili już byłem z powrotem na dole. Mama szczelnie otuliła Smarkulę, zaniosła do kuchni i posadziła na krześle przy stole. My z tatą w milczeniu poszliśmy za nimi.

Mama ukucnęła przy Smarkuli i zaczęła nacierać jej dłonie na zmianę ze stopami. W tym czasie tata nastawił czajnik na gazie. Ja usiadłam pod drugiej stronie stołu i patrzyłem zafascynowany. I wcale nie z tego powodu, że jeszcze nigdy nie widziałem półnagiej koleżanki z klasy, lecz nie mogło mi się pomieścić w głowie, jak siedmioletnia dziewczynka mogła pokonać ponad dwa kilometry w kompletnych ciemnościach, boso i na zimnie, od którego już na samą myśl kostniały mi stopy.

– Co się stało, kochanie? – mama powtarzała mechanicznie.

Smarkula nic nie odpowiedziała, patrzyła daleko przed siebie z szeroko otwartymi oczami.

– Czy twoi rodzice są w domu?

Dziewczynka nieśmiało skinęła głową.

– A czy wiedzą, że wyszłaś sama z domu?

Tym razem nie było żadnej reakcji.

– Twój tata na pewno już cię szuka – zapewniła mama. – Rodzice na pewno bardzo się niepokoją.

– Może jest lunatyczką – stwierdził tata, zdejmując gwiżdżący czajnik z kuchenki. Wyjął kubek z szafki nad zlewem, nalał herbacianej esencji z malutkiego czajniczka stojącego zawsze na kredensie i wsypał dwie kopiaste łyżeczki cukru.

– Pewnie nawet nie zauważyli jej zniknięcia – dodał.

Mama, nieustannie nacierając nogi Smarkuli, spojrzała na w górę na tatę.

– W takim razie trzeba ją natychmiast odwieźć do domu, jak tylko się rozgrzeje.

Tata pokiwał głową i podał kubek dziewczynce. Smarkula chwyciła zgrabiałymi palcami parujący kubek i przyłożyła go sobie do ust.

Spojrzałem na tatę. Miał minę, jak ktoś, kto jest zmuszony do zrobienia czegoś, na co nie ma najmniejszej ochoty.

– Pójdę się ubrać i wyprowadzę samochód – oznajmił i wyszedł z kuchni.

– Czy mogę pojechać z tatą? – spytałem.

– Nie – ucięła krótko mama. – Zostaniesz ze mną. A teraz posiedź tu trochę z koleżanką. Ja pójdę po jakieś ubranie dla niej.

Zostaliśmy sami. Smarkula siedziała z kubkiem przytkniętym do drgających warg, patrząc nieruchomo w jakiś punkt, a ja kompletnie nie wiedziałem, co mam powiedzieć.

W końcu spytałem:

– Bałaś się bardzo?

Pokręciła przecząco głową.

– Którędy szłaś?

Cisza.

– Szosą?

– Nie.

– Przez las?

– Tak.

O rany, pomyślałem. Chyba nigdy bym się na coś takie nie odważył. Nie sądzę, aby jakikolwiek pierwszoklasista dokonał podobnego wyczynu.

– Jesteś lunatyczką? – spytałem. Nie miałem zielonego pojęcia, co to znaczy i bardzo chciałem się dowiedzieć.

– Nie wiem – chlipnęła, a po jej policzkach popłynęły łzy.

Na dworze słychać było warkot silnika – tata wyprowadzał samochód z garażu.

Bardzo chciałem powiedzieć coś mądrego, co by ją pocieszyło, co dodałoby jej otuchy, ale wszystkie pytania, jakie przychodziły mi do głowy były po prostu głupie.

Siedzieliśmy w milczeniu, Smarkula najwyraźniej doszła do siebie i czułem, jak rzuca ukradkiem w moim kierunku nieśmiałe spojrzenia. Kiedy nasze oczy spotkały się, dostrzegłem na jej ustach coś na kształt bladego uśmiechu.

– Wiesz, dlaczego przyszłam do… ciebie? – nagle Smarkula zadała mi pytanie, które wprawiło mnie w prawdziwe osłupienie.

Pokręciłem przecząco głową.

– Żebyś… żebyś wziął strzelbę i zastrzelił mojego ojca… – wyszeptała cicho, patrząc się gdzieś w podłogę i po chwili dodała: – On bardzo pobił mamusię dzisiaj… Krew leciała jej z nosa. Bardzo. Nie chciała przestać lecieć…

Przełknąłem głośno ślinę, aż coś strzeliło mi w uszach.

Smarkula spojrzała na mnie.

– Zrobisz to dla nas? – spytała patrząc mi wyczekująco w oczy.

I wtedy przyszła mama niosąc na ręku stertę ubrań. Wzięła Smarkulą i zamknęły się w łazience przy końcu korytarza. Zostałem sam w kuchni, gapiąc się w noc za oknem. Słyszałem, jak tata wchodzi do domu, głośno tupiąc butami na progu.

Po długiej chwili mama i Smarkula wyłoniły się z łazienki. Dziewczynka ubrana była w mój zielony dres i moją ulubioną bluzę z kapturem. Dodatkowo mama owinęła ją kocem i tata wziął Smarkulę na ręce. Stanąłem przy mamie i patrzyłem, jak tata pośpiesznie wychodzi z domu i wkłada Smarkulę na siedzenie pasażera. Samochód stał tuż przy ganku z zapalonym silnikiem, a maska, przednia szyba i dach zdążyły pokryć się cieniutką warstewką śniegu.

– Idziemy spać. Jest już bardzo późno – powiedziała mama zamykając drzwi. Słyszałem, jak samochód ruszył i po chwili zapadła cisza. Kiwnąłem głową i spytałem:

– Mamo, co to znaczy lunatyczka?

Mama objęła mnie ramieniem. Była chyba niezbyt zadowolona, że jeszcze zadaję pytania o tak późnej porze, ale odpowiedziała:

– To taki ktoś, kto chodzi we śnie zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy.

– Ale oczy ma zamknięte czy otwarte?

– Nie wiem. Chyba zamknięte.

– To w jaki sposób ona przeszła ścieżką przez las z zamkniętymi oczami?

Mama przytuliła mnie do siebie i przeczesała dłonią moje włosy.

– Na prawdę nie wiem. Mówi się, że lunatyk jest prowadzony przez światło księżyca w pełni – powiedziała, ziewnęła przeciągle i popchnęła mnie lekko w stronę schodów. – Ale dosyć tych pytań, marsz na górę.

W połowie schodów zatrzymałem się jednak i spytałem:

– Mamo?

– Co znowu? – spytała stojąc już w drzwiach sypialni.

– Ale dzisiaj nie ma pełni.

Westchnęła z rezygnacją.

– Nie mam pojęcia, synku. Możesz zapytać tatę, jak wróci. Jutro o tym porozmawiamy. Dobranoc – powiedziała i zniknęła w sypialni.

Będąc w swoim pokoju, usiadłem przy biurku, ale nie chciało mi się już rysować. Chyba musiałem być bardzo zmęczony, bo raz za razem ziewałem jak hipopotam. W końcu zgasiłem światło i położyłem się do łóżka. Chciałem zapytać tatę o pełnię i ze wszystkich sił walczyłem, aby nie usnąć przed jego powrotem. W głowie kłębiły mi się tysiące myśli. Myślałem o Smarkuli, co musiała czuć idąc w ciemnościach do naszego domu. Myślałem o jej słowach. Dziwnych słowach. Myślałem również o tym, jakie to uczucie, kiedy zsikasz się w majtki. Na oczach wszystkich. Dziękowałem Bogu w myślach, że to nie byłem ja. Dla pierwszoklasisty chyba nie ma większej hańby w życiu!

W końcu wszystkie dzisiejsze wydarzenia, postaci i słowa wymieszały się razem w jakimś obłędnym tańcu i już sam nie byłem pewny, co wydarzyło się naprawdę, a co mi się przyśniło. Straciłem poczucie czasu i miałem wrażenie, jakbym pogrążał się w jakiejś wirującej otchłani.

* * *

Otworzyłem oczy i przez chwilę zastanawiałem się, ile czasu spałem. Czy trwało to chwilę, czy jest już może środek nocy? I czy tata już wrócił? Czułem, jak ogarnia mnie bliżej nieokreślony lęk, jakby coś groźnego czyhało w ciemnościach.

Było tylko jedno miejsce, gdzie mogłem poczuć się bezpiecznie. Wstałem z łóżka i zszedłem na dół. W korytarzu paliła się słaba lampka, którą rodzice zostawiali na noc specjalnie dla mnie, abym nie spadł ze schodów, kiedy przyjdzie mi do głowy na przykład zejść po coś w nocy do kuchni. Jakoś nigdy wcześniej tego nie robiłem.

Drzwi do sypialni rodziców były lekko uchylone i dobiegało z nich głośne chrapanie taty. Cicho i delikatnie jak łasica zakradająca się do kurnika, wszedłem do sypialni i wśliznąłem się pomiędzy rodziców do łóżka. Mama machinalnie objęła mnie ramieniem i pocałowała w czoło, a tata przestał chrapać, zamruczał coś przez sen i położył na nas swoje ciężkie ramię. Powierciłem się jak szczeniak, szukając najwygodniejszej pozycji i po chwili zapadłem w błogie odrętwienie. Miałem wrażenie, jakbyśmy byli jedynymi ludźmi na całej planecie i całym sercem pragnąłem, aby już tak zostało na zawsze.

0
  • http://wedrowkipokuchni1.wordpress.com/ Małgorzata Hert

    Aż chce się czytać dalej i dalej….
    Wędrówki po kuchni

    0

    • Magdalena Sobkowicz

      Ale co było dalej? Co z dziewczynką i co z jej mamą? 🙂 No nie wytrzymam…:-)

      0

      • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

        Dalej było już tylko gorzej 🙁

        0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Zostań na blogu! 🙂

      0

      • Magdalena Sobkowicz

        Zostanę, zostanę.:-)
        Lubię taki klimat jakim zakończyleś opowiadanie. To dziecięce poczucie bezpieczeństwa.
        Pozdrawiam. 🙂

        0

        • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

          Prawda? Dlatego nigdy nie marudzę, kiedy synuś co noc wślizguje się do naszego łóżka, nawet kiedy leżę na samej krawędzi materaca, a jego nogi wbijaja mi się boleśnie w żebra! 😉

          0

  • Zwykła Panna Młoda

    Ciekawe…

    0

  • Mamnatooko.pl.

    Chętnie przeczytałam Twoją książkę. Nie mogłam die oderwać od czytania…

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      I to jest dla mnie najlepszy komentarz! 🙂

      0

      • http://www.pkndl.pl Ania [PKNDL]

        Pierwsza! Zamawiam w pre-orderze! 🙂

        0

  • Magda Tomaszewska

    Dawno w nic się tak nie wciągnęłam… Rewelacja!

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Chyba na tym mi najbardziej zależy… żeby ktoś się wciągnął! 🙂

      0

  • http://zielonakaruzela.pl Zielona Karuzela

    Nieźle mnie to wciągnęło! Super! To teraz mam tylko jedno pytanie – kiedy książka? 🙂

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Jaka książka? 😉

      0

      • http://zielonakaruzela.pl Zielona Karuzela

        Twoja 🙂

        0

  • Justyna Poręba

    Uwielbiam czytać Twoje opowiadania! Masz talent !

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A ja uwielbiam, że je czytasz! 🙂

      0

  • Monika Leonowicz

    Super język, styl.Chcę jeszcze!!!

    0

  • Monika Education

    Ja jestem taką Smarkulą… Przeżyłam… podczas gdy inni wokół udawali, że nic sie nie dzieje…

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Doskonale Cię rozumiem i dziękuję za komentarz! Tam, gdzie się wychowałem to mnóstwo było takich Smarkuli i Smarkaczy 🙁

      0