Było upalne, lipcowe popołudnie. Z nieba lał się żar, nagrzane powietrze było nieruchome niczym stojąca woda w leśnej sadzawce. W powietrzu unosił się ciężki aromat rozpalonej ziemi, rozparzonych liści i ściekającej z drzew płynnej żywicy. Gdzieś na zachodzie niebo zasnuły tumany dymu rozlewające się szeroko po horyzoncie. Przy tak wysokich temperaturach, pożary lasów wybuchały niemal codziennie i często słyszało się wyjące syreny wozów strażackich.

Siedziałem w cieniu  i z niecierpliwością obserwowałem ścieżkę biegnącą w kierunku miasteczka. Pociłem się obficie z powodu upału, odliczając upływające niemiłosiernie wolno minuty.

Gdy w końcu ją zobaczyłem, szła ścieżką, rozglądając się lękliwie na boki.

– Tutaj jestem – powiedziałem ściszonym głosem.

Zatrzymała się raptownie, a kiedy mnie ujrzała, uśmiechnęła się szeroko, błyskając nieskazitelną bielą zębów. Z daleka widać było, że tryska dobrym humorem.

Melodia jak zwykle wyglądała prześlicznie, a ja po raz kolejny pomyślałem o tym, jakim jestem szczęściarzem. Miała na sobie krótką, białą sukienkę na ramiączkach, która odcinała się wyraźnie na tle jej mocno opalonej skóry na ramionach, rękach i nogach. Jej jasne, długie włosy upięte były w koński ogon, sięgający pośladków, a na nogach miała lekkie, wiązane sandały.

Wstałem i wyszedłem jej naprzeciw. Melodia podbiegła do mnie i mocno wtuliliśmy się w siebie. Przez kilka chwil nikt i nic na świecie nie liczyło się dla nas.

– Tęskniłam za tobą – szepnęła.

Zadrżała, jakby nagle zrobiło jej się zimno.

– Ja też – powiedziałem, patrząc jej w oczy.

A kiedy wróciliśmy do rzeczywistości, spytałem ją, mimowolnie odwracając głowę za siebie:

– Czy on jest w domu?

– Nie – odrzekła. – Poszedł gdzieś i powiedział, że nie wie, kiedy wróci.

– To dobrze – powiedziałem.

Podniosłem z ziemi dużą torbę i chwyciłem Melodię za rękę.

– Co tam masz? – spytała, wskazując torbę.

Zrobiłem tajemniczą minę.

– Niespodzianka.

– Ach, tak – powiedziała, nie pytając o nic więcej.

Przeszliśmy szybko po drewnianym moście przerzuconym ponad rzeką i ruszyliśmy ścieżką wijącą się wzdłuż brzegu jeziora.

– Dokąd idziemy? – spytała.

– Zobaczysz – powiedziałem, uśmiechając się tajemniczo.

Ścieżka była bardzo wąska i Melodia musiała iść z tyłu za mną. Szliśmy wokół jeziora, przedzierając się przez wysoką trawę oraz bujne krzaki porastające brzeg. Teren zrobił się bardziej dziki. Melodia miała nieodpowiednie obuwie do takiego marszu, ale nie uskarżała się ani słowem. Chcąc ułatwić jej poruszanie, torowałem drogę przed sobą, ugniatając butami trawę oraz wijące się kłącza jeżyn. Nieustannie kluczyłem, wybierając łatwiejsze przejścia.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do cypla, na którym często zaczajaliśmy się z ojcem, polując na dzikie gęsi. Porośnięty trzcinami cypel wchodził głęboko w jezioro, dotykając niemal swym końcem do północnego brzegu i tworząc niewielką, naturalną zatoczkę. Od strony otwartego jeziora zatoczka była ledwie widoczna, ukryta za pasem trzcin. Natomiast od strony brzegu porośniętego gęstym, olchowym lasem rozciągały się mokradła oraz trudna do przebycia bariera kłujących krzewów jeżyny.

Stąpając ostrożnie w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie skarpa wokół jeziora schodziła łagodnie do zatoczki. Brzeg ukryty w cieniu drzew porośnięty był szmaragdowozieloną, soczystą trawą. W miejscu, gdzie kończyło się zacienienie, zaczynała się niewielka, piaszczysta plaża. W nieskazitelnie czystej wodzie widać było ławice srebrzyście połyskujących kiełbi. Na samym środku zatoczki stała nieruchomo czapla. Na nasz widok zerwała się i odleciała z panicznym wrzaskiem.

– Jak tu pięknie! – zachwyciła się Melodia i zrzucając w biegu sandały, pobiegła w kierunku wody. Po chwili słychać było głośne pluski jej stóp. – Jak znalazłeś to miejsce?

– Często polowaliśmy tam z ojcem na gęsi – powiedziałem, wskazując cypel. – Czasami przychodzę tutaj, kiedy chcę być sam.

Melodia z sukienką owiniętą wokół kolan brodziła w płytkiej wodzie i pochylona obserwowała coś uważnie na dnie jeziora. Odgarniając opadające włosy, włożyła dłoń do wody.

Wykorzystując sytuacje, że jest zajęta, wyciągnąłem z torby koc w czerwoną kratę i rozłożyłem go na trawie w cieniu. Następnie zacząłem rozkładać na kocu wszystko, co składało się na moją niespodziankę. Na białej serwetce ułożyłem własnoręcznie przygotowane kanapki, owoce oraz szarlotkę, którą upiekłem dzisiejszego ranka. Całości dopełniał termos, w którym przechowywałem zmrożoną lemoniadę – również własnej roboty. Gdy przelewałem ją do dwóch szklanek, na ściankach natychmiast osadziły się perliste krople rosy. Kiedy wszystko było gotowe, rozłożyłem się jak długi na kocu i wsparty na łokciach, obserwowałem Melodię. Nie muszę przypominać, że robiłem to z prawdziwą fascynacją.

Melodia podniosła głowę i spojrzała na mnie, a następnie na rozłożone jedzenie i uśmiechnęła się promiennie.

– Piknik! – pisnęła i rzuciła się w moim kierunku. – A więc to jest ta niespodzianka!

Dopadła koca i usiadła obok mnie. Złożyła nogi po turecku i skwapliwie schwyciła szklankę z lemoniadą, którą jej podałem. Zaczęła pić łapczywie, mrużąc oczy i odchylając głowę do tyłu. Kropelki lemoniady spływały jej po brodzie, szyi i dekolcie, ale nie przejmowała się tym zbytnio. Było coś niezwykle fascynującego w widoku jej pracującego gardła, kiedy tak piła.

Patrzenie na Melodię było dla mnie czystą przyjemnością. Wszystko w niej było doskonałe, a świadomość, że jest moją dziewczyną, napełniała mnie czystym szczęściem.

– Mmm… pyszota – powiedziała, kiedy opróżniła szklanką do dna. – Dziękuję.

– Proszę bardzo. Może kanapkę?

– Jasne – powiedziała. – Umieram z głodu.

Ja również sięgnąłem po jedzenie. Jedliśmy przez chwilę w milczeniu. Melodia musiała być rzeczywiście głodna, bo szybko zjadła dwie kanapki i następnie sięgnęła po kawałek ciasta. Obserwowałem ją z zachwytem.

Nagle jakiś cień przesłonił wszystko.

– Czy on się nie domyśla? – spytałem.

Melodia namyślała się przez chwilę. Sięgnęła po jeszcze jeden kawałek szarlotki. Ciągle była w dobrym humorze, ale w jej roześmianych oczach pojawił się jakiś smutek. Uśmiechała się tajemniczo, ale w jej uśmiechu nie było już pewności.

– Nie rozmawiajmy teraz o nim, dobrze? – powiedziała i zaczęła wachlować się rękami. – Uff, ale gorąco!

Kiwnąłem głową i wyciągnięty na trawie, z założonymi rękami pod głową, obserwowałem bezchmurne, intensywnie błękitne niebo.

– A może się wykąpiemy? – spytała nagle Melodia.

Spojrzałem na nią i zanim zdążyłem otworzyć usta zobaczyłem, jak właśnie ściąga sukienkę przez głowę. Na widok jej nagich piersi poczułem, że robi mi się gorąco. Były niezbyt duże, okrągłe i wyraźnie bledsze od reszty mocno opalonego ciała. Chciałem coś powiedzieć, ale język przywarł mi do wyschniętego podniebienia i patrzyłem się na Melodię z wybałuszonymi oczami. Zdawałem sobie sprawę, że mój wyraz twarzy musi być wyjątkowo głupkowaty.

– No dalej! – powiedziała Melodia, chwytając mnie za rękę i zmuszając do powstania. Miała na sobie jedynie białe majtki. – Kto ostatni w wodzie ten lelak!

Stanęliśmy na kocu naprzeciw siebie i kompletnie nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Złapałem się za koszulkę, ale z ledwie mogłem ustać na drżących nogach. Z całych sił starałem się nie gapić na jej nagie piersi.

Melodia natomiast doskonale wiedziała, czego chce. Odwróciła się w kierunku jeziora, jednym ruchem ściągnęła majtki i rzucając je na trawę obok koca, pobiegła do wody. Jej biała skóra na pośladkach błysnęła w słońcu i po chwili Melodia zanurkowała w jeziorze z donośnym pluskiem.

Z wrażenia aż opadłem z powrotem na koc. Zrobiło mi się duszno i czułem jak pot spływa mi wzdłuż kręgosłupa niczym pełzająca, gorąca dżdżownica. Z rękami opartymi na kolanach siedziałem nieruchomo, patrząc na rozchodzące się na wodzie kręgi w miejscu, gdzie zniknęła Melodia. Po chwili wynurzyła się na środku zatoczki i zaczęła płynąć żabką, rozgarniając wodę rytmicznymi ruchami ramion.

Poruszając się jak we śnie, zacząłem nieporadnie ściągać buty, skarpetki, a następnie spodnie i koszulkę. Z wrażenia moje ręce drżały jak u nałogowego alkoholika tuż po przebudzeniu. Gdzieś słyszałem fajne określenie, że to tak, jakby mieć motyle w żołądku. Ja miałem w tej chwili rój rozjuszonych szerszeni!

Kiedy zostałem w samych gatkach, usłyszałem głos Melodii:

– No, chodź. Woda jest wprost cudowna.

Nabrałem głęboko powietrza w płuca i siedząc na kocu zdecydowanym ruchem ściągnąłem slipy. Błyskawicznie podniosłem się na nogi i rzuciłem się biegiem w kierunku Melodii. Nadal nie mogłem uwierzyć, że to robię.

Woda w jeziorze nigdy nie była zbyt ciepła, ale teraz była przyjemnie orzeźwiająca. Zanurkowałem z biegu, czując się odrobinę pewniej pod wodą. Będąc niezłym pływakiem, wypłynąłem tuż obok Melodii, która właśnie zawracała w kierunku plaży.

– No nareszcie! – krzyknęła mi do ucha i zwijając się w kulkę jak foka, zanurkowała w stronę dna.

– Poczekaj – powiedziałem, ale właśnie zniknęła mi z oczu.

Dałem nura i w przejrzystej wodzie widziałem, jak płynie tuż przy piaszczystym dnie, mocno pracując ramionami i nogami. Jej ciało pokryte było migającymi refleksami słońca odbijającego się od falującej powierzchni.

Początkowy wstyd i zażenowanie ulotniły się. Nigdy wcześniej nie czułem się tak znakomicie. Była to cudowna mieszanka niezmąconego szczęścia i nieskrępowanej wolności. W wodzie byliśmy jak dwie dokazujące młode wydry – zwinne i psotne. Ścigaliśmy się na zmianę, nurkując w pogoni za sobą i wyślizgując w ostatniej chwili z uchwytów. Na powierzchni chlapaliśmy się nawzajem, wyrzucając fontanny wody, która opadała na powierzchnię jeziora delikatną mgiełką, tworząc przez chwilę miniaturową tęczę. Nagość zupełnie nas nie krępowała i było w naszych zabawach coś niezwykle naturalnego i prawdziwego.

Potem gdy zmęczeni leżeliśmy obok siebie na kocu, wystawiając mokre ciała w kierunku palącego słońca, czuliśmy się jakbyśmy byli pierwszymi i jednocześnie jedynymi ludźmi na świecie.

Byliśmy jak Adam i Ewa w naszym własnym, małym raju.

On

Kilka dni później, kiedy wieczorem leżałem na łóżku czytając książkę, mama stanęła w drzwiach mojego pokoju i powiedziała do mnie:

– Masz gościa.

Zerwałem się z łóżka i pośpiesznie zbiegłem po schodach na dół.

– Na tarasie – usłyszałem za sobą głos mamy.

Skręciłem w głąb korytarza i w otwartych drzwiach na taras ujrzałem Melodię. Wyciekające z wnętrza domu światło oświetlało jej wysoką sylwetkę, podczas gdy wokół rozciągały się kompletne ciemności.

Melodia stała odwrócona w kierunku jeziora z rękami założonymi na piersiach. Miała na sobie obcisłe dżinsy oraz białą koszulę z długimi rękawami.

Odwróciła się gwałtownie na dźwięk moich kroków.

– Melodia – powiedziałem na powitanie.

Jej widok sprawił mi prawdziwą przyjemność.

Melodia podbiegła do mnie, wtulając się mocno.

Moje usta gorączkowo szukały jej warg, ale dopiero po chwili zorientowałem się, że Melodia płacze. Jej policzki były mokre od łez. Drżała.

– Co się stało? – spytałem niepewnie.

Melodia kiwnęła głową, jakby chciała coś powiedzieć, ale z trudem mogła mówić.

– Melodia? – potrząsnąłem ją delikatnie za ramiona. – Co jest?

Spojrzała na mnie. Jej błękitne oczy zaszkliły się w świetle padającym z głębi korytarza.

– Ojciec… – zaczęła z wahaniem.

Czekałem w napięciu, wpatrując się w jej prześliczną twarz. Był coś niesamowicie rozczulającego w widoku jej zapłakanych oczu.

– Ojciec – powtórzyła, łamiącym się głosem – chce, żebyśmy jutro wyjechali. Do rana muszę się spakować.

Patrzyłem na nią, nie bardzo łapiąc, o czym mówi.

– Nie rozumiem – zacząłem, kręcąc głową. – Przecież wrócisz…

Melodia spojrzała mi prosto w oczy.

– Ty chyba mnie nie słuchasz. Mamy wyjechać, rozumiesz? – niemal krzyknęła. – Na zawsze!

Zatkało mnie.

Melodia przywarła całym ciałem do mojej piersi. Wtuliłem twarz w jej pachnące wieczornym wiatrem włosy.

– Nie chcę nigdzie wyjeżdżać – powiedziała Melodia. – Chcę być tylko z tobą!

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć i pocałowałem ją w usta. Melodia była tak zdenerwowana, że chyba nawet tego nie poczuła.

– Co będzie z nami? – spytała.

Ja natomiast, co dziwne, byłem nadzwyczaj spokojny. Od czasu, kiedy zaczęliśmy się spotykać po kryjomu, zawsze miałem przeczucie, że w końcu taki dzień musi nadejść. To byłoby zbyt piękne, żeby nasze szczęście mogło trwać wiecznie. Byliśmy tylko zakochanymi w sobie dzieciakami i właśnie bezlitosna rzeczywistość upomniała się o swoje prawa.

– Co my teraz zrobimy? – Melodia spytała, patrząc mi w twarz.

Ledwo słyszałem, co do mnie mówi. Mój mózg pracował na najwyższych obrotach i niemal natychmiast podsunął rozwiązanie. Było tak proste, że aż genialne.

– Wiem, co zrobimy – powiedziałem zdecydowanie.

Melodia otworzyła szeroko powieki, wpatrując się natarczywie we mnie.

– Co takiego? – spytała niepewnie.

Spojrzałem w otaczające nas ciemności.

– Uciekniemy – powiedziałem.

Melodia długo milczała. W jej oczach czaił się cień strachu.

– To niemożliwe – powiedziała po chwili. Pokręciła głową i widać było, że mój pomysł zupełnie nie trafił jej do przekonania. – On mnie zabije, jak się o tym dowie. I ciebie też.

– Uciekniemy – powtórzyłem zdecydowanie. – Jeszcze dzisiaj w nocy.

– Ale dokąd? – spytała łamiącym się głosem.

Wzruszyłem ramionami.

– Dokądkolwiek – odpowiedziałem. – Byle jak najdalej stąd. Żeby on nas nie odnalazł.

Melodia z powątpiewaniem pokręciła głową.

Melodia patrzyła na mnie, jakby naraz stwierdziła, że stoi przed nią prawdziwy wariat.

Ująłem jej twarz w dłonie i przybliżając do siebie, wypowiedziałem słowa, o których wiedziałem, że na pewno pochodziły z samego środka mojego serca:

– Najdroższa, kocham cię ponad wszystko na świecie i zawsze chcę być z tobą. Jesteś dla mnie najważniejszą osobą i gdybyśmy mieli się teraz rozstać na zawsze, nie miałbym po co żyć. Dlatego jedyne, co możemy zrobić teraz, aby być razem, to uciec stąd jak najdalej. Tylko tak będziemy mogli być z sobą. Ty też chcesz tego, prawda?

Z oczu Melodii popłynęły dwa strumienie błyszczących łez.

– Tak – potwierdziła, kręcąc jednocześnie przecząco głową. Bała się.

Pocałowałem ją ponownie w usta. Tym razem odwzajemniła pocałunek.

– Wrócisz teraz do domu – powiedziałem, błyskawicznie układając w głowie plan ucieczki. – Spakujesz najpotrzebniejsze rzeczy i wymkniesz się, jak tylko twój ojciec pójdzie spać. Uważaj, żeby niczego się nie domyślił. Będę na ciebie czekał przy moście.

Melodia pokiwała głową, ale na jej twarzy w ogóle nie było widać, że cokolwiek zrozumiała z moich słów.

– Rozumiesz? – spytałem, chcąc się upewnić.

Kiwnęła głową, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi oczami.

– Gdzie się spotkamy?

– Na moście – powtórzyła.

– Świetnie – powiedziałem. – Wracaj teraz szybko do domu.

Melodia stała nieruchomo.

– Melodia? – spytałem.

Nagle otrząsnęła się z zamyślenia. Bez słowa odwróciła się ruszyła w kierunku schodów prowadzących podwórze. W miejscu, gdzie kończyło się światło lampy, a zaczynały ciemności, zatrzymała się raptownie.

Odwróciła się.

– To szaleństwo – powiedziała.

Żegnaj przyjacielu!

Pomysł z ucieczką, który początkowo wydawał mi się genialny, po dłuższym namyśle stawał się niezwykle trudny w realizacji. Pakując do plecaka niezbędne rzeczy, intensywnie myślałem, co powinienem teraz zrobić. O ile sama ucieczka nie nastręczała trudności, to kompletnie nie miałem pojęcia, jaki musi być nasz dalszy krok. Byliśmy parą piętnastolatków i nie mogliśmy nagle zjawić się w jakimś miejscu i po prostu zamieszkać razem. Z oczywistego powodu żadne motele, hotele czy pensjonaty nie wchodziły w grę. Pomyślałem, że przy odrobinie szczęścia uda nam się zaszyć w jakimś mieście zapewniającym wystarczającą anonimowość. Tylko co dalej? – to pytanie powracało w moich myślach jak natarczywa meszka.

Postanowiłem na razie nie zawracać sobie tym głowy. Pomyślałem, że powinniśmy udać się w jakąś odległą część Polski, najlepiej mocno odwiedzaną przez turystów. Był przecież środek wakacji i widok dwójki nastolatków na polu namiotowym absolutnie nie powinien wzbudzać niczyich podejrzeń. Od razu do głowy przyszedł mi Bałtyk i zanotowałem w pamięci, aby przy nadarzającej się okazji kupić namiot, śpiwory oraz sprzęt niezbędny na kempingu.

W myślach wyznaczałem trasę ucieczki. Nie mogliśmy tak po prostu wsiąść do autobusu i udać się do najbliższego miasta, gdzie moglibyśmy złapać pociąg na wybrzeże. Z pewnością ktoś by nas zobaczył i natychmiast doniósł do ojca Melodii. Równie dobrze moglibyśmy nieść wielki transparent na głową ze słowami: „Uwaga, właśnie uciekamy”. Z drugiej jednak strony – przyszło mi nagle na myśl – może nie byłoby to tak do końca głupie.

Skupiłem się na obmyślaniu trasy ucieczki. Postanowiłem, że wyruszymy pieszo wokół jeziora w kierunku zachodnim. Trzymając się lasów dotrzemy do najbliższej stacji kolejowej na trasie Wrocław–Poznań, gdzie kupimy bilety do Poznania. A później przesiądziemy się na jakiś pociąg do Gdańska, Koszalina bądź Szczecina w zależności od rozwoju sytuacji. Czekał nas długi, forsowny marsz przez jakieś piętnaście kilometrów, ale dzięki temu będziemy w zupełnie innym miejscu niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.

Była po północy, kiedy skończyłem się pakować. Zszedłem na dół do kuchni, aby przygotować zapas jedzenia na drogę, ale chciałem się również upewnić, czy rodzice już śpią.

Gotowy do drogi, obrzuciłem ostatnim spojrzeniem swój pokój i zachowując ciszę, zszedłem na dół. Poruszając się w ciemnościach, wyszedłem tylnymi drzwiami na taras, zamykając je cicho za sobą. Owiało mnie rześkie, nocne powietrze.

Z tarasu i ruszyłem szybkim krokiem w kierunku jeziora. Gdy mijałem ogrodzenie, jakiś cień wysunął się z ciemności i natychmiast rozpoznałem mojego starego przyjaciela.

Przykucnąłem i przytuliłem twarzą do jego ciepłego pyska.

– Żegnaj, staruszku – powiedziałem i dodałem: – Tym razem nie idziesz ze mną. Muszę to zrobić sam.

Kulfon w odpowiedzi zaskomlał cicho i polizał mnie po wierzchu dłoni. Zmierzwiłem jego szorstką sierść na łbie. Oddalając się widziałem go, jak stał niezdecydowany odcinając się jaśniejszą plamą na tle zarysu domu.

– Zostań i pilnuj domu – dodałem cicho.

Jakby zrozumiał, bo wciąż stał nieruchomo w miejscu, jak kamienny posąg.

– Kochany Kulfon – powiedziałem.

Zarzuciłem plecak na ramię i nie oglądając się więcej za siebie, ruszyłem zdecydowanie naprzód.

Szaleństwo

Czas wlókł się niemiłosiernie wolno. Stałem oparty o stalową barierę mostu i z odchyloną do tyłu głowy obserwowałem nocne niebo. Mleczna Droga wyraźnie odcinała się na tle granatowej nieskończoności. Wokół mnie panowała spokojna, letnia noc.

Czekając na Melodię straciłem poczucie upływających godzin, ale kiedy gwiazdy znikły i niebo zmieniło kolor na bladoniebieski wiedziałem, że właśnie kończyła się noc i wstawał rześki sierpniowy poranek. Byłem coraz bardziej niespokojny.

Melodia nadbiegła od strony miasteczka i aż brakowało jej tchu, kiedy przytuliliśmy się na powitanie.

– Przepraszam – powiedziała, sapiąc głośno. – Ale ojciec całą noc pakował rzeczy i już myślałam, że nigdy się nie położy spać. Zasnął dosłownie przed chwilą i dopiero teraz mogłam wymknąć się niepostrzeżenie z domu.

– W porządku – odrzekłem i biorąc ją za rękę, pociągnąłem za sobą w kierunku, z którego właśnie przyszła.

Melodia spojrzała na mnie ze zdumieniem, ale nic się nie odezwała.

– Zaufaj mi – powiedziałem. – Mam pewien plan.

Kiwnęła głową i ruszyliśmy szybkim krokiem.

Melodia dobrze przygotowała się do ucieczki. Ubrana była lekko i wygodnie – miała na sobie dżinsy oraz koszulę z długimi rękawami, na którą nałożyła bluzę od szkolnego dresu. Na nogach miała sportowe buty. Trochę obawiałem się, czy jako dziewczyna nie wpadnie na pomysł, aby zabrać ze sobą całego mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, ale miała z sobą jedynie niewielki plecaczek. Pomyślałem o niej z uznaniem.

O tej porze ulice miasteczka były wciąż opustoszałe. Przed mleczarnią oraz pawilonem handlowym zaczynali się już kręcić dostawcy. Na Rynku nikogo nie było, ale na postoju taksówek stała łada, której kierowca drzemał w odchylonym fotelu. Zostawiłem Melodię na przystanku autobusowym, a sam zbliżyłem się do taksówki.

Zapukałem w szybę. Kierowca ocknął się ze snu i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem.

– O której odchodzi pierwszy autobus do Wrocławia? – spytałem.

Taksówkarz przetarł podkrążone oczy i odkręcił szybę.

– A co to ja jestem? – warknął – informacja? Chcesz jechać, to wsiadaj, a jak nie, to sprawdź sobie na rozkładzie jazdy.

Uśmiechnąłem się szeroko i odwróciwszy się na pięcie, zostawiłem go mamroczącego coś pod nosem.

Wróciłem do Melodii. Postaliśmy jeszcze przez chwilę na przystanku, następnie wolnym krokiem zrobiliśmy rundę wokół Rynku, jak ludzie, którzy spacerem skracają sobie czas oczekiwania na autobus. Gdy przechodziliśmy obok niskiego budynku z podcieniem wspartym na kolumnach, naraz skręciłem w ulicę prowadzącą w kierunku jeziora. Ruszyliśmy szybkim krokiem.

Obok bazy PGR-u nie wróciliśmy na znaną nam doskonale ścieżkę prowadzącą z powrotem do mostu, lecz wybraliśmy żużlową drogę, która biegła wokół drugiego brzegu jeziora. Minęliśmy ośrodek wypoczynkowy i po chwili ogarnął nas wilgotny chłód, gdy weszliśmy do ciągnącego się wiele kilometrów lasu.

Szliśmy szybko, prawie wcale nie rozmawiając ze sobą, ale miałem wrażenie, że Melodia przez cały czas próbuje coś mi powiedzieć. Kilka razy nabierała głośno powietrza w płuca i już prawie otwierała usta, po czym wypuszczała powietrze z powrotem.

W końcu usłyszałem, jak woła mnie po imieniu:

– Co tam? – spytałem, spoglądając na twarz Melodii.

– Muszę ci coś powiedzieć – dodała po chwili.

– Co takiego? – spytałem.

– Nie będziesz się na mnie gniewał?

Zatrzymałem się raptownie. Oboje mieliśmy przyśpieszone oddechy.

– O co chodzi? – spytałem.

– Obiecujesz?

– Ale co?

– Że nie będziesz się na mnie gniewał?

Poczułem ucisk w żołądku.

– Nie będę – rzuciłem krótko. – O co chodzi?

Melodia spuściła wzrok na ziemię.

– Bo widzisz – zaczęła nieśmiało. – Ja zostawiłam kartkę na stole w kuchni dla ojca, że uciekamy razem i żeby się o mnie nie martwił.

– Co?! – wykrzyknąłem. Zrobiło mi się duszno i to wcale nie z powodu rosnącej temperatury na zewnątrz.

– Bo widzisz… ja po prostu nie mogłam odejść tak bez… – zaczęła mówić i po chwili wybuchła płaczem.

Na widok jej łez cały mój gniew nagle wyparował.

Przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem do ramienia.

– No już dobrze – powiedziałem. – Teraz i tak to nie ma większego znaczenia.

Melodia szlochała mi do ucha.

– Tak się boję – mówiła urywanym głosem. – Ojciec mnie zabije. Wiesz przecież, jaki on jest.

Uderzyło mnie to, że Melodia była autentycznie przerażona, kiedy wypowiadała te słowa. Ja też poczułem strach. Dopiero teraz dotarło do mnie, że zadarłem z potężnym i niebezpiecznym człowiekiem. Ale było już za późno na wycofanie się.

– Nie złapią nas, rozumiesz – powiedziałem, starając się być jak najbardziej przekonujący. – Obiecuję ci to.

Melodia spojrzała na mnie, ale w jej oczach nie widziałem pewności.

– Nie gniewasz się na mnie? – spytała.

– Oczywiście, że nie – odparłem, ocierając palcem łzy z jej policzka. – Jak mógłbym się na ciebie gniewać?

Uśmiechnęła się kwaśno.

– Obiecujesz, że mnie nigdy nie zostawisz?

Pocałowałem ją delikatnie w usta.

– Przysięgam – odrzekłem i dodałem. – Zawsze będziemy razem.

Objęła mnie mocno ramionami, ale nic nie odrzekła.

Za rzekę w cień słoneczników…

Ponad kopułami drzew wstawał upalny, sierpniowy dzień. W miarę, jak oddalaliśmy się od domu, robiło się coraz goręcej, a powietrze w lesie stawało się wilgotne i ciężkie. Początkowo szliśmy dosyć szybko, lecz wkrótce musieliśmy zejść z drogi i poruszać się leśnymi ścieżkami. Z upływem czasu ruch stawał się coraz większy i istniało duże ryzyko, że ktoś mógłby nas rozpoznać. Ponadto był zwykły, roboczy dzień i co chwilę natykaliśmy się na pracujących robotników leśnych, których musieliśmy omijać szerokim łukiem, co znacznie spowalniało marsz.

Około południa opuściliśmy znany mi teren i weszliśmy w rejony leśne, w które nigdy wcześniej się nie zapuszczałem. Ufając zbytnio we własne zdolności orientacyjne, nie zabrałem ze sobą żadnej mapy, czego teraz bardzo żałowałem. Zdarzało się, że często gubiłem kierunek i żeby zorientować się, gdzie dokładnie jesteśmy, musieliśmy zbliżać się rozrzuconych z rzadka wiosek lub osad, żeby odczytać nazwę miejscowości. Teren również się zmieniał i co chwilę napotykaliśmy jeziora lub nieprzebyte bagna, na których omijanie traciliśmy sporo czasu. Coraz częściej musieliśmy też zatrzymywać się na odpoczynek.

Na szczęście Melodia nie uskarżała się ani słowem i bardzo pochlebiało mi to, że ma do mnie całkowite zaufanie. Właściwie niewiele się odzywała i przez cały czas sprawiała wrażenie nieobecnej. Widać było, że ciągle bije się z myślami, czy ucieczka była dobrym pomysłem, a strach przed konsekwencjami wprost paraliżował ją. Pocieszałem ją nieustannie, ale z kiepskim rezultatem.

Późnym popołudniem dotarliśmy do krajowej drogi numer 5 łączącej Wrocław z Poznaniem i wiedziałem, że niedaleko znajduje się linia kolejowa, od której oddzielało nas ciągnące się po horyzont pole słoneczników. Było ich miliony, dojrzewających w słońcu, strzelających pestkami i zagradzających nam drogę niczym nieprzebyta dżungla. Dawały też świetne maskowanie i odnalezienie kogoś w tej prawdziwej gęstwinie liści i łodyg przypominało szukanie przysłowiowej igły w stogu siana.

Przeskoczyliśmy przez dosyć ruchliwą szosę i zagłębiliśmy się w słonecznikach. Po półgodzinnym marszu usłyszałem szum toczącego się w oddali pociągu. Ruszyłem raźnie, kierując się bardziej na słuch niż wzrok i wkrótce ściana słoneczników urwała się, jak ucięta nożem. Przed nami znajdował się wysoki nasyp kolejowy, dwie pary torów oraz oddzielająca je trakcja elektryczna. Daleko, po prawej stronie widzieliśmy zabudowania jakiejś miejscowości. Byliśmy prawie u celu.

– Udało się – powiedziałem, rzucając się na trawę u podstawy nasypu.

Prawdę mówiąc, byłem wykończony. Lejący się z nieba skwar kompletnie pozbawiły mnie sił. Leżałem, ciężko oddychając i piłem wielkimi haustami wodę z ostatniej butelki, jaka nam została.

Lecz kiedy spojrzałem na Melodię, z miejsca zapomniałem o własnym zmęczeniu.

Wyglądała strasznie. Brak snu oraz wyczerpujący marsz całkowicie ją wykończył. Była blada, miała spierzchnięte wargi, a jej oczy pozostawały nieruchome, jak u niewidomego człowieka. Padła obok mnie, sprawiając wrażenie martwej.

– Melodia – powiedziałem. – Dobrze się czujesz?

Nie odpowiadała, ale nieznacznie potrząsnęła głową. Pomogłem jej usiąść i przeraziłem się, kiedy zobaczyłem jej błądzące spojrzenie.

– Melodia? Nic ci nie jest?

Podałem jej butelkę, którą natychmiast przytknęła do ust, pijąc łapczywie. Zakrztusiła się przy tym i zwijając w kłębek, zwymiotowała całą wodę na trawę.

Jej stan przeraził mnie i przeklinałem się w myślach za to, że zmusiłem ją do tak forsownego marszu. Była przecież dziewczyną.

– W porządku – Melodia powiedziała ledwie słyszalnym głosem. – Tylko bardzo boli mnie głowa.

Otarła usta wierzchem dłoni i zobaczyłem, jak trzęsą się jej ręce. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie miała żadnego nakrycia głowy i modliłem się w duchu, żeby tylko nie dostała udaru. Pomogłem jej przejść w pobliże gęstych krzaków i Melodia położyła się z głową w cieniu. Zmoczyłem chusteczka do nosa odrobiną wody i przyłożyłem jej do czoła. Melodia przymknęła oczy. Na jej twarzy malowało się fizyczne cierpienie.

Od strony Wrocławia dało się słyszeć narastający szum, a po chwili obok nas przetoczył się zielony elektrowóz ciągnący za sobą osobowe wagony w akompaniamencie odgłosów metalu walącego o metal oraz rytmicznego stukotu kół. Znajdowaliśmy się tak blisko, że podmuch powietrza przygwoździł nas do ziemi, ale przyniósł z sobą również ożywczy chłód. Na widok pociągu poczułem lekki niepokój.

Melodia zapadła w sen, a ja długo siedziałem przy niej, trzymając za rękę. Jej skóra była rozpalona, jakby miała gorączkę. Co jakiś czas zwilżałem chusteczkę wodą, robiąc chłodne okłady na czoło. Niepokoiłem się o nią, ale również martwiłem, że wciąż tkwimy bezczynnie w jednym miejscu.

Słońce skryło się już za wierzchołkami słoneczników i powoli nasyp kolejowy zaczął pogrążać się w gęstniejącym mroku.

– Melodia? – zapytałem, potrząsając ją za ramię.

Ocknęła się i spojrzała na mnie nieprzytomnym wzrokiem. Wydawało mi się, że jej blada twarz nabrała odrobinę rumieńców.

– Tak? – odpowiedziała.

– Posłuchaj – rzekłem. – Zostaniesz tutaj, a ja pójdę teraz to tego miasteczka, którego zabudowania widać w oddali i sprawdzę, o której mamy pociąg do Poznania. Jak tylko kupię bilety, natychmiast wrócę do ciebie i zaczekamy na pociąg. Dobrze?

Melodia długo zastanawiała się nad sensem moich słów. Nagle spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Nie zostanę tutaj sama! – powiedziała z przerażeniem w głosie.

– Musisz – powiedziałem i chcąc ją uspokoić, natychmiast dodałem: – Nikt nie może zauważyć nas razem. Twój ociec z pewnością będzie wszędzie rozpytywał o dwójkę nastolatków podróżujących razem i ktoś mógłby nas skojarzyć.

Melodia chwyciła mnie mocno za rękę.

– Nie zostawiaj mnie samej! – wykrzyknęła.

Bała się, a ja nie wiedziałem, czy bardziej obawia się ciemności, czy tego, że ją zostawię samą. Objąłem ją mocno.

– Nie zostawię cię, nie bój się – powiedziałem czule. – Idziemy razem.

Pomogłem jej wstać na nogi. Ukryłem nasze plecaki w chaszczach i ruszyliśmy powoli wzdłuż torów. Chciałem, abyśmy wyglądali bardziej na parę miejscowych nastolatków niż turystów obwieszonych plecakami.

Idąc w kierunku majaczących zabudowań miasteczka, znajdujących się na końcu długiego tunelu utworzonego ze słoneczników, musieliśmy parę razy uskakiwać przed pędzącymi pociągami. Towarowe składy oraz osobowe pociągi przetaczały się z przeciągłym gwizdem syreny ostrzegawczej i po chwili zwalniały bieg, dojeżdżając do znajdującej się niedaleko stacji kolejowej.

Poruszając się wzdłuż torów, minęliśmy niewielki most przerzucony ponad prawie wyschniętym korytem rzeki i po chwili znaleźliśmy się na przedmieściach, zabudowanych rozrzuconymi w nieładzie jednorodzinnymi domkami, ogródkami działkowymi oraz jakimiś szopami. Na nasze szczęście, dworzec kolejowy znajdował się po bliższej stronie miasteczka i wkrótce weszliśmy na długi, betonowy peron stacji kolejowej.

Zbudowany z czerwonej cegły budynek dworca przedstawiał sobą żałosny widok. Był zaniedbany i tylko po wiszącej nad wejściem tablicy można było się domyślić, że nie jest przeznaczony do rozbiórki. Melodia przysiadła na koślawej ławce przed dworcem, a ja wszedłem do środka.

Wewnątrz było mroczno, ale kasa biletowa była czynna, gdzie za zakratowanym okienkiem siedziała brzydka kobieta o zaciętym wyrazie twarzy. Nad okienkiem wisiała żółta tablica z rozkładem odjazdów. Wśród gęstwiny liter i cyferek odszukałem kierunek na Poznań. Ostatni pociąg odchodził o dwudziestej czterdzieści pięć, czyli za jakąś godzinę, jak wskazywał wielki kolejowy zegar nad tablicą. Czerwona czcionka znaczyła, że jest to pociąg pośpieszny.

– Proszę dwa bilety na ten pośpieszny do Poznania – powiedziałem, nachylając się do półkolistego wycięcia w szybie okienka kasowego.

Kobieta po drugiej stronie obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem.

– Na kiedy? – spytała.

– Na dzisiaj – odpowiedziałem. – Na ten za godzinę.

Kasjerka pokręciła sceptycznie głową.

– Dzisiaj już nie ma pociągów do Poznania. Ostatni był o szóstej.

Poczułem jak nogi uginają się pode mną.

– Jak to? – spytałem. – A ten za piętnaście dziewiąta?

– W wakacje nie kursuje – odparła i dodała: – Najwcześniejszy do Poznania jest jutro o siódmej rano.

Ogarnęła mnie panika. Nie mogłem zebrać myśli. Jeżeli dzisiaj nie uda nam się odjechać, to będziemy musieli tutaj spędzić noc. A to oznaczało, że ryzyko złapania znacznie wzrosło. Ale nie miałem wyboru. Melodia była w kiepskim stanie i dalsza wędrówka była wykluczona.

Kasjerka przyglądała mi się przez brudną szybę.

– No więc jak? – spytała.

Wypuściłem powietrze z rezygnacją.

– To proszę na jutro – rzekłem.

– Dwa?

– Tak.

Po chwili bilety wysunęły się przez wąską szczeliną u dołu szyby. Bezwiednie wsunąłem w to samo miejsce kilka banknotów i po chwili otrzymałem resztę. Odszedłem od okienka, gorączkowo zastanawiając się, co dalej robić.

Wróciłem do Melodii i powiedziałem jej, że dzisiaj nie uda nam się pojechać do Poznania. Pokiwała głową ze zrozumieniem, ale nic nie powiedziała. W dworcowym bufecie kupiłem dwie butelki wody mineralnej oraz kilka czekoladowych batonów. Postanowiłem, że wrócimy do miejsca, gdzie ukryliśmy plecaki i tam też przenocujemy. Wprawdzie poczekalnia na dworcu była otwarta przez całą noc, ale nie chciałem ryzykować rozpoznania. Na szczęście zapowiadała się ciepła, spokojna noc i przebywanie na zewnątrz nie wydawało się zbyt dokuczliwe.

Wróciliśmy tą samą drogą, którą szliśmy na dworzec, a kiedy dotarliśmy na miejsce, już zapadał zmrok. Odszukałem plecaki i nie chcąc być ogłuszonym przez przejeżdżające w nocy pociągi, oddaliliśmy się w kierunku szosy, wchodząc w słonecznikową dżunglę.

Kiedy odeszliśmy od torów dostatecznie daleko, wyłamałem spory kawałek słoneczników, robiąc niewielką polankę. W zapadających ciemnościach ułożyłem z łodyg oraz liści prowizoryczne posłanie. Następnie wyjąłem z plecaka śpiwór i rozłożyłem go na posłaniu, robiąc coś w rodzaju materaca, izolującego nas od ziemi.

Podałem Melodii kanapkę, ale oświadczyła, że nie jest głodna. Ciągle narzekała na ból głowy. Pociągnęła jedynie kilka łyków wody z butelki. Wieczorny chłód oraz spacer chyba dobrze jej zrobiły, bo wyglądała już odrobinę lepiej i kiedy na nią patrzyłem, uśmiechnęła się delikatnie.

Wyjąłem jeden bilet i podając Melodii, powiedziałem:

– Gdybyśmy z jakiegoś powodu zostali rozdzieleni, jedź do Poznania i czekaj na mnie na dworcu. Tam się spotkamy. – Wręczyłem jej trochę pieniędzy.

Melodia siedziała bez ruchu. Patrzyła na mnie, zagryzając usta. Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać.

– Ale się nie rozdzielimy, prawda? – spytała, choć brzmiało to raczej jak stwierdzenia.

– Oczywiście, że nie – odrzekłem. – Robię to tylko tak, na wszelki wypadek.

Kiwnęła głową i po chwili wzięła ode mnie bilet i pieniądze.

– Chce mi się spać – powiedziała, układając się na posłaniu.

Miałem w plecaku niewielki koc i przykryłem nim Melodię, aby nie zmarzła. Sam natomiast zjadłem kanapkę, popiłem wodą, a następnie zagryzłem dwoma batonami. W tym czasie Melodia zasnęła, bo po chwili słyszałem jej rytmiczny oddech.

Ułożyłem się obok i wsuwając jedną rękę pod jej głowę, drugą zacząłem gładzić jej długie włosy. Melodia przez sen poruszyła się nieznacznie i po chwili przylgnęła do mnie całym ciałem. Objęła ramieniem i przysunęła twarz tak blisko mojego policzka, że po chwili czułem jej ciepły, łaskoczący oddech. Nakryłem nas kocem i wciąż głaszcząc Melodię po głowie, zapatrzyłem się w niebo.

Noc przyszła powoli i delikatnie jak łasząca się kotka. Gwiazdy zapłonęły niemal w jednej chwili, jakby ktoś rzucił garść rozżarzonych węgli na bezkresną połać czarnego sukna. Ciepły wiatr, niosący ze sobą mieszaninę nocnych zapachów kołysał delikatnie sterczącymi nad nami głowami słoneczników, które odpowiadały kojącym szelestem. Coś cykało obok nas w trawie, a od czasu do czasu słychać było stłumiony szum pędzącego pociągu.

Tej nocy poznałem jeszcze jedno uczucie, które w jednej chwili zmieniło mnie z chłopca w mężczyznę i długo leżałem z otwartymi oczami, nie mogąc zasnąć. Zrozumiałem bowiem, co to znaczy być odpowiedzialnym za drugiego człowieka i wiedziałem już, że nigdy nie będę tamtym człowiekiem, którym byłem przed naszą ucieczką.

W końcu ja też zasnąłem wciąż trzymając Melodię w ramionach.

Skradziona Melodia

Melodia krzyczała przeraźliwie.

Początkowo myślałem, że wciąż śnię, ale kiedy otworzyłem oczy, nie wierzyłem w to, co właśnie widzę. Miałem wrażenie, jakby ktoś właśnie wstrzyknął mi ciekły azot w żyły. Nie mogłem wykonać najmniejszego ruchu.

Nad nami stał On i z wargami wykrzywionymi w tryumfującym uśmiechu ciągnął Melodię za rękę, próbując postawić ją na nogi. W przeciwdeszczowym płaszczu i długich, rybackich butach oraz kapeluszu nałożonym na łysą, czerwoną głowę wyglądał jak postać z najmroczniejszego horroru.

Freddy Krueger we własnej osobie.

Obok niego stali jego kumple. Było ich dwóch. Ci, co nigdy nie odstępowali go na krok. Uśmiechali się złowieszczo.

– Zamknij się, ty mała sikso! – ryknął do Melodii i bezceremonialnie przyciągnął ją do siebie, łapiąc w pasie żelaznym uściskiem. Melodia wciąż krzycząc, rozpaczliwie próbowała uwolnić się, ale bez rezultatu.

Zerwałem się na równe nogi i w pierwszej chwili chciałem rzucić się na niego, żeby uratować Melodię, ale instynkt ostrzegał mnie, żebym tego nie robił. Najprawdopodobniej był to zwykły strach, bo co mogłem mu uczynić? Sam przeciw trzem dorosłym byczkom?

– Zostaw ją! – krzyknąłem.

Kompletnie nie zwracał na mnie uwagi. Ścisnął mocniej Melodię i zarzucając ją sobie na ramię, odwrócił się do mnie plecami.

Melodia, szamocząc się i wierzgając nogami w pewnym momencie ugryzła ojca w ramię. Ten zaskowyczał, jak nagle kopnięty pies i puszczając ją na ziemię, przyciągnął rękę do piersi. Ugryzienie było dotkliwe, bo z rany pociekła strużka krwi.

– O rzesz, ty dziwko! – syknął, ruszając w kierunku Melodii.

To był ten moment. Ignorując zdrowy rozsądek rzuciłem się, wskakując mu na plecy i założyłem z całej siły uchwyt na jego szyję.

– Melodia, uciekaj! – krzyknąłem.

Jej ojciec ryknął jak rozjuszony bawół. Obracał się dookoła, próbując chwycić mnie za głowę.

Jego kumple stali niezdecydowani. Mój desperacki atak kompletnie ich zaskoczył. Nie wiedzieli, jak mają zareagować.

Melodia stała z dłonią przy ustach i patrzyła się na ojca ze śmiertelnym przerażeniem.

– Trzymajcie ją! – ojciec Melodii ryknął do swoich pretorian. – Nie pozwólcie jej uciec!

Ścisnąłem najmocniej jak potrafiłem jego szyję, ale chyba nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy, bo wciąż oddychał z łatwością, nie tracąc ani na moment sił. Pod jego skórą na karku czułem zwoje twardych jak stal mięśni, które pracowały niczym hydrauliczne siłowniki.

W końcu udało mu się złapać mnie na głowę i z łatwością strząsnąć ze swoich barków. Poleciałem głową do ziemi i robiąc bolesnego fikołka, spadłem na plecy, aż pociemniało mi w oczach. Przez chwilę nie mogłem złapać oddechu i leżałem na wznak, patrząc się na niebo, na którym właśnie pojawiało się poranne słońce.

Jego cień padł na moją twarz i zobaczyłem go przy moich nogach. Ciężko sapał.

Patrzył w bok na Melodię trzymaną przez dwóch jego oprychów, jakby właśnie zastanawiał się, co ma teraz uczynić.

W końcu podjął decyzję.

– Myślałeś, że jesteś taki sprytny, hę? – rzekł do mnie, sięgając do kieszeni spodni. – Że dam się nabrać takiemu gówniarzowi jak ty?

W jego dłoni pojawił się długi, ciemny przedmiot. Początkowo nie miałem pojęcia, co to takiego, ale kiedy nacisnął kciukiem mały przycisk, serce zamarło mi ze strachu.

Długie, błyszczące ostrze wyskoczyło z metalicznym dźwiękiem i zobaczyłem, jak odbijają się w nim promienie słońca. W dłoni trzymał sprężynowy nóż.

– Zabierzcie ją do samochodu – rozkazał i uśmiechając się do mnie, rzekł: – A ja już tu sobie pogadam z nim. Jak przyszły teść z zięciem.

Zaśmiał się straszliwym rechotem.

Obaj jak na komendę skinęli głowami i pociągnęli Melodię za sobą, która zapierała się mocno i desperacko walczyła, ale jej wysiłki z góry skazane były na porażkę.

Po chwili zostaliśmy sami.

Leżąc na plecach zacząłem powoli pełzać do tyłu, jak złapany w pułapkę rak. Ojciec Melodii podążał za mną krok za krokiem.

– Szedłem za wami całą noc i kiedy nad ranem dotarłem w to miejsce, co zobaczyłem? – spytał, ale chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Wiedział, że mu nie ucieknę i bawił się mną, jak kot myszką.

Cofałem się, rozpaczliwie szukając drogi ucieczki. Nie spuszczałem wzroku z ostrza noża.

– Zobaczyłem dwójkę uciekinierów, śpiących sobie smacznie w słonecznikach – zarechotał.

Zapierając się dłońmi o wilgotną ziemię, cały czas wycofywałem się i po chwili weszliśmy między rzędy łodyg. Był tuż za moimi stopami.

– Ale, co wcześniej robiły, niegrzeczne dzieciaki? – spytał, a w jego oczach pojawił się złowieszczy błysk.

Nagle moja prawa ręka natrafiła na coś twardego. Początkowo myślałem, że to zwykła gruda ziemi, ale kiedy mocniej ścisnąłem wyczułem kamień. Albo połowa cegłówki. Ukryłem w dłoni i dalej czołgałem się na łokciach.

– Pewnie ruchaliście się przez całą noc, jak króliki – powiedział, wykrzywiając usta w lubieżnym uśmiechu. – Myślałeś, że możesz sobie bezkarnie jebać moją córkę, co?

Zalała mnie fala wściekłości. To wulgarne słowo sprawiło, że zobaczyłem w nim nędznego robaka, próbującego zniszczyć coś, co było między mną a Melodią najpiękniejsze. Był jak wampir wysysający wszystkie siły ze swoich ofiar. Był jak wstrętny pasożyt, którego należało zniszczyć.

– Ale zaraz dam ci nauczkę, którą zapamiętasz do końca życia – rzekł cicho. – Spokojnie. Nigdzie nie uciekniesz.

Zrobił nagły skłon i chwycił mnie ręką za koszulę na piersiach. Jego uścisk miał siłę imadła. Kopałem go nogami, ale moje wysiłki nie robiły na nim żadnego wrażenia. Powoli uniósł nóż ku mojej twarzy. W jego oczach dostrzegłem kompletny obłęd.

Napiąłem wszystkie mięśnie.

Uderzenie był mocne i precyzyjne. Poruszający się po łuku mojej ręki kamień rąbnął go prosto w skroń, tuż nad lewym okiem. Skóra pękła z suchym trzaskiem, odsłaniając żółtą kość czaszki. Z szerokiej, sięgającej połowy czoła rany natychmiast buchnął strumień krwi, zalewając oczy.

Ojciec Melodii zawył przeraźliwie, wypuścił nóż z dłoni i złapał się obiema rękami za twarz. Upadł na kolana i chwiejąc się, jakby miał za chwilę runąć na ziemię, rzucał głową na boki, wrzeszcząc nienaturalnie piskliwym głosem. Spod jego dłoni ściekały strumienie ciemniej krwi.

Zerwałem się na równe nogi i nie czekając ani sekundy, ruszyłem sprintem w tym samym kierunku, w którym dwaj oprawcy poszli z Melodią. Biegłem pomiędzy twardymi niczym drzewa łodygami słoneczników, a długie, ostre liście chlastały mnie po twarzy. Nasłuchiwałem, czy jej ojciec podąża za mną, ale niczego niepokojącego nie usłyszałem.

Pole słoneczników skończyło się nagle i przed sobą zobaczyłem czarną powierzchnię asfaltu. Przeskoczyłem głęboki rów i kiedy znalazłem się na poboczu, zatrzymałem się, rozglądając na boki. W kierunku Wrocławia szosa była pusta aż po wąski pasek lasu na horyzoncie. Błyskawicznie spojrzałem w drugą stronę.

W odległości jakichś dwustu metrów zobaczyłem, jak jeden z facetów otwiera tylne drzwi stojącego na poboczu dużego fiata i bezceremonialnie wpycha Melodię do środka.

Złożyłem dłonie w trąbkę.

– Melodia! – krzyknąłem.

Ruszyłem ile sił w nogach przed siebie. Biegłem najszybciej jak potrafiłem, mocno pracując ramionami, ale miałem wrażenie, jakbym stał w miejscu.

Przyspieszyłem kroku, ale wciąż dzieliło mnie kilkadziesiąt metrów. Mężczyzna zatrzasnął drzwi i szybko zajął miejsce na przednim siedzeniu. Drzwi zamknęły się głuchym trzaskiem. Światła stopu zgasły.

W chwili, gdy niemal ich dopadłem, samochód ruszył z piskiem opon, wyrzucając spod siebie masę drobnych kamyków. W tylnej szybie zobaczyłem wykręconą głowę Melodii, która krzyczała coś do mnie. Płakała, a jej usta ułożyły się w moje imię.

– Melodia! – krzyczałem z całych sił, ale wiedziałem, że nie może mnie usłyszeć.

Samochód błyskawicznie oddalał się ode mnie i po chwili stał się znikającym punktem daleko na horyzoncie.

Upadłem na kolana i z dłońmi spoczywającymi na udach, patrzyłem za moją ukochaną, dysząc jak lokomotywa.

Wiedziałem, że już jej nigdy nie zobaczę.

Że straciłem na zawsze.

Moją Melodię.

0
  • http://lidiagie.pl lidiagie.pl

    To jest genialne. Tylko na tyle mnie stać, bo pierwszy raz od dawna najzwyczajniej zabrakło mi słów.

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      No, i to jest dopiero komplement!!! 🙂

      0

  • Justa

    Fajnie napisane. Super sie czyta.

    0

  • Szaman Shamansky

    To serio kategoria lifestyle? 😛

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Myśłałem o kategorii “Kuchnia”, ale kanapki, szarlotka i lemoniada to trochu za słaby level…. 😉

      0

  • http://www.vademecumblogera.pl/ Beata Redzimska

    Fajnie napisane… Milosc, ktora napotyka przeszkody ma ten szczegolny smaczek i wyrabia w sobie sile

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Prawda! Prawdziwa miłość nigdy nie przychodzi łatwo! Bo gdyby tak było, zakochiwalibyśmy się w każdym napotkanym człowieku na ulicy i poziom emocji byłby taki sam, jak przy kupowaniu bułek w piekarni…. 😉 Fajnie, że tu wpadłaś 🙂 Merci beaucoup!

      0

  • Anna Kozakiewicz

    Bardzo ciekawe

    0

  • http://szczesliwavii.blogspot.com Szczęśliwa Siódemka

    Masz łatwość opowiadania historii 🙂

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      O widzisz… a ja przez jakies pół zycia miałem z tym problem 🙂

      0

  • Kasia Osiecka

    Fajnie spotkać człowieka z pasją do pisania 🙂 Pisz, pisz i jeszcze raz pisz!

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      O wiele fajniej spotkać człowieka, który chce cię przeczytać! 🙂

      0

  • rademachera

    Blog to nie jest miejsce dla Ciebie. Wydaj książkę. Może być nawet zbiór opowiadań, ale nie w wersji internetowej.
    Czytam Cię nie od dziś, ale nadal brakuje mi tego dotyku kartek. Druku. Zapachu.
    Słów zapaszyście wydrukowanych.
    No brakuje mi!

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Ale wtedy nie mogłabyś mi o tym powiedzieć, no bo jak (?) 😉

      0

      • rademachera

        Ha! Nie wiedziałam że masz tak niskie poczucie wartości, by potrzebować akurat mojego komentarza 😉

        0

        • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

          Nawet nie wiem, ile takie komentarze dla nie znaczą! 😉

          0

  • http://greengoodies.pl green goodies

    Pięknie napisana historia… będę tu wracać 🙂

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A ja będę się cieszył za każdym razme, kiedy tu wrócisz! 🙂

      0

  • Katarzyna Maniszewska

    Uwielbiam czytać Twoje historie. Wszystkie sceny mam przed oczami.

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Taki był plan! 😉

      0

  • http://365photos.pl Katarzyna Zarówna

    Przeczytałam poniższe komentarze i zgadzam się. Książkę musisz wydać koniecznie! Piszesz pięknie, dynamicznie, bardzo dobrze się czyta!

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Również bardzo dobrze się czyta… takie komentarze! 😉

      0

  • Kasia

    Piękne to jest.. 🙂

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Pięknie dziękuję! 🙂

      0

  • traveLover

    Jakie to ładne….! I to hipnotyzujące zdjęcie na początku! 😮

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Prawda? Te oczy wystarczyłyby za niejedną historię… 🙂

      0

  • http://www.pozeramstrony.pl Paulina W.

    Długie, ale tak dobrze się czytało. I piosenka cudna <3

    0

  • http://www.znaciskiemnaszczescie.pl/ | Z naciskiem na szczęście

    Kawał dobrej roboty! WOW czytałam to z mega zaciekawieniem! A może nie wolisz zamienić bloga w książkę? Zgłaszam się jako osoba, która obejmie to dzieło patronatem 🙂

    0

  • http://mamonik.pl Ula Mamonik.pl

    Jak zwykle kawał dobrej roboty 🙂 Lubię czytać Twoje opowiadania

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A ja lubię czytać… takie komentarze! 😉 To a propos odrobiny próżności w codziennym życiu! 😉

      0

  • https://studencka-kraina.blogspot.com Natalia K.

    Nie wiedziałam, że blogi literackie jeszcze istnieją. Ostatnio szukałam czegoś takiego na zajęcia. Jestem pod wrażeniem. Rob tak dalej!

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A ja nie wiedziałem, że mój blog jest… literacki! 😉 Po prostu staram się opisać nieopowiedziane historie w sposób najlepszy, w jaki potrafię. Ot, co! 🙂

      0

  • aneta

    Piszesz w niesamowity sposób, chciała bym tak umieć 🙂

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Umiesz! Ale żeby się o tym przekonać… po prostu pisz! Pisz przed śniadaniem, przy śniadaniu i po śniadaniu. Pisz pod prysznicem i na kibelku. Pisz w autobusie i w nocy. Pisz nawet wtedy, kiedy myślisz, że nie napiszesz ani jednego słowa więcej… Pisz…pisz… i pisz! 🙂

      0

  • Blog hejter
  • http://lifewelove.com/ Liwia

    Tak… ale, że Melodię pokochał pisarz, to wiecznie żywą pozostanie. Czuję, że będę tu wracać.

    0

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Wracaj! 🙂

      0