Kiedy byłem mały, 
pytałem co to życie, 
co to życie mamo, 
widzisz życie to ja i Ty […] 
 (W życiu piękne są tylko chwile, Dżem)

Tamtego lata tata musiał wyjechać.

Tamtego lata w zielonogórskiem rozszalały się pożary lasów.

Tamtego lata wszystkim leśnikom anulowano urlopy i wysłano do szacowania szkód.

Tamtego dnia moją uwagę przykuło zaparkowane pod szkołą czarne BMW. Kapitan Kowal stał oparty o maskę samochodu z rękami założonymi na piersiach i najwidoczniej na kogoś czekał. Był ubrany po cywilnemu – miał na sobie błękitną koszulę i jasne spodnie.

Idący ze mną Gruby aż jęknął na widok samochodu

– Ja cię kręcę! – wysapał, a w jego głosie słychać było nieskrywany zachwyt pomieszany z zazdrością.

Zupełnie mu się nie dziwiłem, bo czułem dokładnie to samo.

Kowal był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną i otaczała go niezwykła aura tajemniczości. Ścigał przestępców, co już w oczach każdego ośmioletniego chłopca, było wystarczającym powodem do bezgranicznego podziwu i stawiało go na równi z prawymi i sprawiedliwymi szeryfami z westernów, które często oglądaliśmy w sobotnie wieczory. Był bardzo podobny do jednego z amerykańskich aktorów – miał nawet taki sam dołek na podbródku – ale nie mogłem sobie przypomnieć jego nazwiska. Zawsze, kiedy go widziałem, chciałem być milicjantem, czasami nawet bardziej niż pilotem.

– Cześć – powiedział do mnie niespodziewanie po imieniu, kiedy przechodziliśmy z Grubym obok niego. Na twarzy miał okulary z dużymi przyciemnianymi szkiełkami, które wyglądały jak polerowane srebro.

Spotkałem go zaledwie kilka razy w życiu i zdumiał mnie bardzo fakt, że wiedział jak mam na imię.

– Dzień dobry, panu – przywitałem się, nie mogąc oderwać wzroku od zapierającej dech w piersiach sylwetki samochodu.

– Będę przejeżdżał koło waszego domu i pomyślałem sobie, że mógłbym cię porzucić – powiedział,  uśmiechając się przyjaźnie.

Odebrało mi mowę, a moje serce zatrzepotało z radości. Perspektywa przejażdżki BMW sprawiła, że zacząłem drżeć z podniecenia. Mimo usilnych prób, za nic w świecie nie mogłem ukryć uśmiechu, jakby jakaś siła sama rozciągała mi wargi.

Kowal widząc moją wewnętrzną walkę, wskazał drzwi pasażera.

– Świetnie. Wskakuj do środka.

Nie musiał mi tego dwa razy powtarzać, szybko okrążyłem samochód i szarpnąłem klamkę. Kiedy wsiadałem widziałem zazdrosne spojrzenie Grubego, który stał z szeroko rozdziawioną buzią.

Gdy zająłem miejsce na świetnie wyprofilowanych, sprężystych fotelach, poczułem, jakbym znalazł się wewnątrz futurystycznego statku kosmicznego. Samochód był prawie nowy i pachniał jeszcze świeżością. Rzuciłem okiem na prędkościomierz i aż dech mi zaparło w piersiach, gdy zobaczyłem liczbę 260. W naszej Basi skala kończyła się na 120, ale i tak osiemdziesiąt kilometrów na godzinę było maksymalną prędkością, jaką można było z niej wycisnąć. Dwieście sześćdziesiąt było dla mnie prędkością wprost niemożliwą do wyobrażenia sobie. Cała deska rozdzielcza, kierownica, konsola z mnóstwem przycisków i pokręteł – słowem wszystko było zupełnie inne i pochodziło jakby z odmiennej rzeczywistości.

Kowal zajął miejsce za kierownicą i przekręcił kluczyk, budząc do życia silnik, który zamruczał basowo i wprawił cały samochód w nerwowe wibracje; był jak rączy wierzchowiec wyrywający się do biegu.

– Podoba ci się mój samochód? – spytał, włączając radio. Po chwili z głośników popłynęła żywa muzyka.

– Bardzo.

– To jest wersja sportowa – powiedział, wrzucając bieg. – BMW E30. Wersja M3.

– Ile ma koni? – spytałem

– Dwieście. Silnik ma dwa litry coma trzy pojemności.

O kurczę – pomyślałem. To, że siedzę w samochodzie moich marzeń i rozmawiam o nim z kapitanem Kowalem jeszcze kilka minut temu wydałoby mi się kompletnie niemożliwe.

– A ile ma do setki? – spytałem, chcąc za wszelką cenę, aby ta rozmowa trwała jak najdłużej. Miałem przecież tyle pytań.

Kowal uśmiechnął się pod nosem. Naraz zdjął z nadgarstka błyszczący zegarek z metalową bransoletą i podając mi go, powiedział:

– Zapnij pasy.

Spojrzałem na niego zdziwiony, ale posłusznie wykonałem polecenie.

– Patrz na sekundnik.

Wziąłem zegarek, poczekałem, aż duża wskazówka zatrzyma się na dwunastej.

– Teraz! – krzyknąłem.

Kowal zwolnił sprzęgło i samochód wystrzelił do przodu jak pocisk, zarzucając tyłem z głośnym piskiem opon. Potężne przyśpieszenie wcisnęło mi głowę w zagłówek fotela i miałem wrażenie, jak moje nogi unoszą się do góry. Z trudem spojrzałem na zegarek i liczyłem kolejne sekundy, odmierzane przez wskazówkę na tarczy zegarka.

– Już! – rzucił Kowal. – Setka.

– Eee… siedem? – powiedziałem z przejęciem i spojrzałem na drogę przed sobą, która zdawała się zwężać; rosnące na poboczu zarośla zlały się w szaro–zieloną smugę.

– Nieźle. Chociaż czasami udaje mi się zejść do sześciu i pół.

Patrzyłem przed siebie, urzeczony prędkością. Zerknąłem na szybkościomierz, gdzie wskazówka zbliżała się już do dwustu. Prawie przelecieliśmy ponad mostem na rzece, a odległa ściana drzew po chwili znalazła się tuż przed maską samochodu.

Kiedy wpadliśmy do lasu, Kowal wdepnął hamulec i miałem wrażenie, że samochód zatrzymał się w miejscu, jakby naraz zarzucił kotwicę. Gdyby nie pas bezpieczeństwa, pewnie wyleciałbym przez przednią szybę. Skręciliśmy w drogę do naszego domu i po chwili zajechaliśmy przed ganek.

– Podobało ci się? – zapytał, gasząc silnik.

Moja zachwycona mina była chyba najlepszą odpowiedzią.

Oddałem zegarek i pokiwałem kilkakrotnie głową, czując żal na myśl, że jazda tak szybko się skończyła, a następna okazja już pewnie długo się ni powtórzy, o ile w ogóle. Siedziałem jeszcze przez chwilę, być może odrobinę za długo niż powinienem i sięgnąłem za klamkę w drzwiach.

– Dziękuje panu i… do widzenia – powiedziałem wysiadając z samochodu.

– Drobiazg – odrzekł uśmiechając się. Wydawało mi się, jakby na coś czekał.

Na schodach ganku stała mama i przyglądała się nam z trudnym do odgadnięcia wyrazem twarzy.

– Synku, chodź tutaj – powiedziała, opierając się o drewnianą kolumnę podpierającą zadaszenie nad gankiem.

– Cześć, mamo – powiedziałem i wskazując na BMW dodałem: – Pan Kowal właśnie podwiózł mnie do domu. Jechaliśmy dwieście na godzinę!

Mama nic się nie odezwała, ale była chyba niezadowolona z tego faktu.

Kowal wysiadł powoli z zagadkowym uśmiechem. Stanął przy samochodzie i opierając się łokciami o dach powiedział:

– Witaj, Danuto.

Mama przyglądała mu się dłuższą chwilę.

– Dzień dobry i dziękuję za odwiezienie syna – rzekła, przyciągając mnie do siebie i kładąc rękę na moich ramionach.

Kowal rozejrzał się dookoła, ściągnął okulary, wyjął z kieszeni chusteczkę i zaczął przecierać szkiełka.

– Ładny dom – powiedział.

Mama skinęła głową.

– Dziękuję.

Kowal podniósł okulary, spojrzał przez nie na słońce, chuchnął w szkiełko i dalej czyścił niewidoczne zabrudzenie.

– Dawno się nie widzieliśmy, prawda? – rzekł.

Mam znów skinęła głową, ale nie odpowiedziała.

Komendant tym razem zaczął zdrapywać paznokciem jakieś zabrudzenie z lakieru na dachu samochodu.

– Może zaprosisz mnie na herbatę? – zapytał nagle i wyszczerzył zęby w serdecznym uśmiechu.

Mama wydawała się zaskoczona jego pytaniem i czułem, jak toczy wewnętrzną walkę – Jak sobie życzysz – powiedziała. – Zapraszam.

Przeszliśmy wszyscy do kuchni, gdzie komendant usiadł na miejscu przy stole, które zwykle zajmował tata; mama natomiast nastawiła wodę na gazówce i przygotowała filiżanki.

Byłem dobrze wychowanym chłopcem i wiedziałem, że to ogromnie niegrzeczne przysłuchiwać się, jak rozmawiają dorośli, dlatego zacząłem wycofywać na górę do swego pokoju. Zaskoczyło mnie, kiedy mama powiedziała do mnie:

– Zostaniesz z nami. Zrobię ci również herbatę.

Usiadłem z boku, po lewej stronie naszego gościa, a mama w tym czasie postawiła przed nami filiżanki i napełniła je wrzątkiem. Sama również nalała sobie i usiadła naprzeciwko.

Komendant zatopił torebkę herbaty w filiżance, posłodził dwie łyżeczki, wyciągnął torebkę i pociągając mały łyk, zapytał:

– Co u ciebie słychać?

Mama trzymała oburącz filiżankę przy ustach i skrzywiła się w kwaśnym uśmiechu.

– W porządku – powiedziała i dodała: – Jakoś dajemy sobie radę.

– Świetnie wyglądasz.

Mama uśmiechnęła się nieznacznie, ale nic nie odpowiedziała.

– Co słychać u Ludwika? – zapytał.

Mam w odpowiedzi wzruszyła ramionami. Widać było, że nie ma najmniejszej ochoty na rozmowę.

Zapadła krępująca cisza.

Kowal spojrzał na mnie.

– Mądry chłopak. Udał wam się – rzekł.

Poczułem się nieco zawstydzony. Zawsze się tak czuję, kiedy ktoś mnie chwali. Zdziwiło mnie też oschłe zachowanie mamy w stosunku do Kowala. Przecież mnie lubił i ja też czułem do niego sympatię.

– Tak, wiem. To bardzo dobry chłopiec. – odpowiedziała mama.

* * *

Początek czerwca przyniósł z sobą niemal tropikalne upały. Temperatura w cieniu przekraczała trzydzieści stopni, palące słońce zdawało się pokrywać całe niebo, na którym nie było widać ani jednej chmurki. W powietrzu unosił się odurzający aromat kwiatów lipy i rozgrzanej żywicy.

Coraz częściej zdarzało się, że Kowal odwoził mnie do domu. Zwykle zostawiał mnie na krzyżówce, ale od czasu do czasu wpadał na herbatę. Kiedy byliśmy sami, nigdy nie pytał mnie o tatę. Zawsze natomiast rozmawialiśmy o jego samochodzie i często sprawdzaliśmy, ile da się z niego wycisnąć. Czułem się dobrze w jego towarzystwie, on chyba również bardzo mnie lubił, a tęsknota za ojcem jeszcze bardziej mnie do niego zbliżała.

Kilka razy zdarzyło się, że kiedy wracałem ze szkoły, widziałem BMW zaparkowane przed gankiem. Kowal zawsze siedział w kuchni na miejscu taty popijając herbatę i mówił do mamy ściszonym głosem. Mama zawsze milczała.

Kiedy zjawiałem się, zawsze widziałem w oczach mamy wielką ulgę i za każdym razem prosiła, aby usiadł z nimi przy stole. Zwykle po odjeździe Kowala, mama była bardzo niespokojna i poddenerwowana.

* * *

Tata wciąż nie wracał.

Tamtego dnia wracałem pieszo ze szkoły i myślałem o tym, jak bardzo za nim tęsknię.

Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy, gdy szedłem wzdłuż kamiennego płotu okalającego podwórko naszego domu, było zaparkowane przed gankiem czarne  BMW. Obok samochodu stał Kowal, zwrócony do mnie bokiem i chyba mnie jeszcze nie zauważył. Cofał się drobnymi krokami i trzymał ręce wyciągnięte daleko przed sobą.

Jego twarz była biała jak prześcieradło, szeroko otwartymi oczami patrzył w kierunku ganku, który był zasłonięty przed moim wzrokiem przez ogrodzenie. Zrobiłem krok do przodu i zamarłem.

Na schodach ganku stała mama i mierzyła do Kowala z… dubeltówki taty, którą trzymała przyłożoną do ramienia. Mama była cała roztrzęsiona, jej twarz była szara jak płótno i trzymała broń trzęsącymi się rękami. Ciemne końce luf podskakiwał nerwowo.

Błyskawicznie przycupnąłem za kamiennym słupem. Coś mi mówiło, że najlepsze, co mogę w takiej sytuacji zrobić, to pozostać niezauważonym i z ukrycia obserwować dalszy rozwój wypadków.

– Proszę cię uspokój się, Danuto – powiedział Kowal siląc się na spokój, ale jego głos drżał i co chwilę głośno przełykał ślinę.

– Wynoś się stąd! – rzuciła krótko mama przez zaciśnięte zęby, a na jej policzkach zrobiły się głębokie bruzdy od napiętych mięśni. – Mówiłam ci, żebyś tu więcej nie przyjeżdżał.

Patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany. Jeszcze nigdy nie widziałem jej w takim stanie, a widok jak mierzy do drugiego człowieka z prawdziwej broni wydawał się być tak nieprawdopodobny, że miałem wrażenie, jakby to wszystko mi się właśnie śniło.

– Uważaj, Danuto. Broń może w każdej chwili wypalić – powiedział Kowal i oparł się plecami o bok samochodu.

– Wiem – odparła mama. – Ludwik pokazał mi, jak się z niej strzela.

Nic z tego nie rozumiałem.

Kowal stał niezdecydowany.

– Możesz mnie postrzelić – powiedział ściszonym głosem.

Mama zacisnęła usta, a jej oczy zwęziły się w dwie wąskie szparki.

– Już dawno powinnam była to zrobić – syknęła.

Kowal pochylił głowę i widać było, jak gorączkowo poszukuje sposobu, aby zmusić mamę do odłożenia broni. Złożył dłonie jak do modlitwy.

– Proszę cię, opuść broń i porozmawiajmy.

– Nie mamy o czym – odparła mama.

Kowal potrząsnął głową.

– Proszę cię, nie pogarszaj sytuacji. Obiecuję, że to zostanie między nami.

Mama zawahała się.

– Nie wierzę ci – powiedziała.

Kowal przyłożył złączone dłonie do ust.

– Proszę cię, opuść najpierw broń.

Mama pokręciła przecząco głową.

– Nie.

– W porządku – powiedział Kowal. – Proszę cię chociaż, żebyś zdjęła palec ze spustu.

Mama dalej kręciła głową, ale na jej twarzy już nie było widać wcześniejszej determinacji.

Od przebywania w jednej pozycji zdrętwiały mi nogi i czułem jakby wzdłuż lewej łydki maszerowały zastępy mrówek. Intensywnie myślałem, co teraz powinienem zrobić. Z jednej strony chciałem pobiec i stanąć przy mamie, z drugiej zaś lubiłem Kowala i zupełnie nie rozumiałem, dlaczego mama tak się zachowuje. Domyślałem się jednak, że musiało stać się coś strasznego, co wprawiło mamę w taką wściekłość.

– Proszę cię – ciągnął Kowal, opuszczając ręce. – Porozmawiajmy przez chwilę spokojnie.

Mama wciąż kręciła głową na boki, ale zdjęła palec ze spustu.

– Przecież możemy jeszcze wszystko naprawić – powiedział Kowal robiąc mały krok do przodu.

– Niby jak? – spytała mama.

Kowal zrobił kolejny krok.

– Po prostu oddaj mi broń.

– Nie.

– Obiecuję, że nikomu o tym nie powiem – powiedział Kowal, cały czas przybliżając się w kierunku mamy. – I zapomnimy o całej sprawie.

– Nie zbliżaj się! – mama krzyknęła, kładąc palec na spuście.

Kowal zatrzymał się. Patrzył na mamę z pochyloną głową i uśmiechnął się. Końce jego ust drgały nerwowo.

– Przecież wcale nie chcesz do mnie strzelić – powiedział, jak mówi się do małego dziecka.

– Skąd wiesz? – spytała mam łamiącym się głosem. Chyba ona również w to nie wierzyła.

Kowal zrobił mały krok do przodu.

– Znam cię dobrze i wiem, że nie byłabyś do tego zdolna.

Mama potrząsnęła głową, ale nic nie odpowiedziała.

– Poza tym to tylko pogorszyłoby całą sytuację – ciągnął Kowal, przybliżając się wolno krok za krokiem.

Po policzkach mamy popłynęły łzy.

Kowal był już bardzo blisko.

– Przecież, gdyby mi się coś stało, trafisz do więzienia na dwadzieścia pięć lat. A co wtedy stanie się z twoim synem. Pomyślałaś o tym?

Jej skulonemu za płotem synowi stanęła nagle przed oczami wizja domu dziecka. Miałem wrażenie, że moje serce zaraz pęknie z żalu i bezsilności. Już prawie zerwałem się na nogi, ale jakaś siła trzymała mnie na miejscu i nie pozwalała wykonać najmniejszego ruchu.

Mama płakała i trzęsła się jak w gorączce.

– Chyba nie chcesz tego, prawda? – spytał Kowal łagodnym głosem, wyciągając ręce w kierunku drgających luf.

– Nie – jęknęła mama, pociągając nosem. Była w takim stanie, że mogła przypadkowo pociągnąć za spust w każdej chwili.

Kowal zatrzymał się.

– W porządku – powiedział i dodał: – Najpierw zdejmij palec ze spustu.

Mama posłusznie wykonała jego polecenie i nieznacznie opuściła lufy.

– Grzeczna dziewczynka – rzekł Kowal, robiąc niewielki krok.

Lufy znów powędrowały do góry.

– Nie zbliżaj się do mnie – powiedziała mama, ale zabrzmiało to bardziej jak prośba niż rozkaz.

Kowal uśmiechnął się pobłażliwie.

– Przecież wcale nie chcesz tego – powiedział. – Zbyt dużo nas łączy, żebyś chciała zrobić mi krzywdę, prawda?

Mama pokręciła przecząco głową.

– Nic nas nie łączy! – wykrzyknęła mama. – Słyszałeś! Coś sobie ubzdurałeś!

Kowal jakby zupełnie tego nie słyszał.

– Znam cię i wiem, że zgodzisz się na to, co ci zaproponowałem?

– Nie! – przerwała mu nagle mama. – Nigdy!

Kowal zrobił jeszcze jeden malutki kroczek i spojrzał prosto w jej oczy.

– Nie masz wyboru, Danuto – powiedział chwytając za broń.

Traaach!

Niespodziewany wystrzał rozdarł powietrze, jakby w pobliżu właśnie uderzył piorun. Skuliłem się a moje serce znieruchomiało. Echo wystrzału tłukło się po ścianie drzew rosnących wokół stawów. Kilka gołębi zerwało się z dachu i napełniając powietrze nerwowym klaskaniem, zataczały kręgi nad podwórkiem.

Wychyliłem się i spojrzałem w kierunku ganku. Kowal klęczał przed mamą z pochyloną głową, a skóra jego twarzy miała kolor wapna. Mama stała oparta o drewnianą kolumnę na ganku z opuszczoną strzelbą i z miną, na której malowało się całkowite przerażenie.

Upłynęła cała wieczność zanim Kowal podniósł się z kolan i zataczając jak pijany spojrzał w dół na swoje jasne spodnie, na których właśnie tworzyła się ciemna plama. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to nie była krew.

– Zobacz, co zrobiłaś! – wycharczał straszliwym głosem i dodał: – Chciałaś tego? Tego chciałaś!

Mama drgnęła, jakby właśnie się obudziła. Wykrzywiła wargi i zaczęła szlochać głośnym, rozdzierającym płaczem, a jej ramiona trzęsły się rytmicznie. Rzuciła broń wprost pod nogi Kowala i zakrywając ręką usta, uciekła do domu, głośno trzaskając drzwiami.

Kowal, poruszając się jakby w zwolnionym tempie, pochylił się i podniósł dubeltówkę. Długo oglądał ją, obracając w rękach i widziałem, jak gładził dłonią kolbę, jakby nie wiedział, co to jest za rzecz, którą trzyma w dłoniach. W końcu złamał strzelbę i wyłuskał dymiącą jeszcze łuskę oraz drugi pełny nabój. Schował je do kieszeni. Zatrzasnął zamek z metalicznym zgrzytem.

Potem stał z bronią w rękach i długo patrzył się na drzwi domu, jakby chciał pójść za mamą. Do jego twarzy powróciła krew i teraz skóra miała kolor surowego befsztyka.

Zdecydowanym ruchem odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku samochodu. Coś powiedział pod nosem, ale nie usłyszałem. Idąc, wykręcił głowę w moim kierunku. Cofnąłem się głębiej za słupem i przywarłem do chropowatego kamienia.

Usłyszałem trzask zamykanych drzwi i ryk zapuszczanego silnika.

Wyściubiłem nieco nos i kiedy zobaczyłem oddalający się tył BMW, ze ściśniętym sercem pobiegłem sprintem w kierunku domu.

Chciałem jak najszybciej być przy mamie.

* * *

Znalazłem ją w garderobie. Siedziała na podłodze wciśnięta pomiędzy pralkę a kosz na brudną bieliznę i w pierwszej chwili chyba mnie nie poznawała. Obejmowała ramionami kolana przyciśnięte do piersi, a jej długie włosy całkowicie zakrywały twarz. Już nie płakała, tylko patrzyła się w jeden punkt, gdzieś daleko przed sobą.

Usiadłem przy niej i przytuliłem się. Początkowo mama chciała odsunąć się ode mnie, ale w końcu poddała się i objęła mnie ramionami.

– Boże, co ja zrobiłam? – szepnęła.

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć, tylko mocniej objąłem ją ramieniem.

– O mało go nie zastrzeliłam.

Upłynęła dużo czasu, zanim mama znów się odezwała:

– A wiesz, kochanie, co jest najgorsze?

Delikatnie pokręciłem głową.

– Co, mamo?

Mama wytarła nos wierzchem dłoni.

– Najgorsze jest to, że przez ułamek sekundy naprawdę chciałam to zrobić. Chciałam go zabić. O mój Boże!

Pokiwałem głową, chociaż nic z tego nie rozumiałem.

Siedzieliśmy na podłodze w garderobie i mama powoli się uspokajała. Przyciskała mokry policzek do mojej twarzy.

Jej łzy były zimne o słonawym smaku.

 

  • http://www.odslonkulture.pl Gusia

    Bardzo wciągający tekst 🙂 jedynie muszę powiedzieć, że nie lubię zwrotu „Przecież możemy jeszcze wszystko naprawić” 🙂

  • Agnieszka Jarosz

    Czuje się zaintrygowana

  • http://www.shapeofchaos.pl Shape of chaos

    Dobrze napisany tekst 🙂

  • http://www.littlecupofart.pl/ Anna Piotrowicz

    Mega wciągająco piszesz. Będzie ciąg dalszy?!

  • http://dopracowani.pl/ Magda Ostrowska | Dopracowani

    Przeczytałam z zainteresowaniem, będzie kontynuacja?

  • Gosia

    Świetny wpis, czekam na więcej

  • https://idylliumetsymphonia.wordpress.com/ Marcin Brożek

    Świetne opowiadanie z dobrze utrzymanym tempem i dynamiką. Chętnie przeczytam coś jeszcze! 🙂

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Zapraszam do przeczytania wcześniejszych wpisów! 🙂

  • Karolina Miller

    Uwielbiam te Twoje historie! Niecierpliwie czekam na nastepna!

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      A ja uwielbiam Ciebie! 🙂

  • http://wiecejnizefekt.pl/ Agnieszka

    Wow, ale świetnie napisany tekst! Pięknie:)

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Pięknie dziękuję!

  • http://www.paniwozna.pl Pani Woźna

    Ta historia wciąga! 🙂

  • http://samarobie.pl/ Agnieszka P.

    Czy pojawi się dalszy ciąg?

  • Kamil

    Dorze napisane, trzyma w napięciu, kiedy kolejna odsłona będzie? 🙂

  • http://mamonik.pl Ula Mamonik.pl

    zawsze warto tu zajrzeć 🙂 uwielbiam Twoje wpisy

  • Justyna Kędzia

    Emocje są podstawą. I właśnie to uwielbiam.

  • Gwiazdki z nieba

    Czytałam z zapartym tchem. Ale jestem ciekawa końca tej historii. Mam kilka pomysłów. Ciekawa jestem czy któryś sie sprawdzi 🙂

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Ooooo…. dawaj! Jestem cholernie ciekaw, czy uda Ci się zbliżyć choć trochę do… prawdy! 🙂

  • http://lakierkowe-szalenstwo.blogspot.com Nati pisze

    Bardzo wciągające. Będę tu wracać 🙂

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Będę czekał na Ciebie! 🙂

  • rademachera

    Tym razem zaczęłam od czytania komentarzy, tekst zostawiając na koniec.
    “Koniec” nie nastąpił. Nie przeczytałam.
    Wybacz Czarna Skrzynko, ale podejrzewam że wpadłeś w schematy.
    Dramatyczna sytuacja, namiętność, ból, inne emocje… To dozujesz doskonale, ale straciłeś element zaskoczenia. Dlaczego Twoje historie wydają się mniej prawdziwe? Dlaczego treści zlewają mi się, a wątki mylą?
    Czy to ja się zblazowałam, czy raczej Ty nie piszesz zgodnie z sumieniem?

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Stara(*), dobra Rademachera! 😉 A wiesz, że stęskniłem się za Tobą!@ Serio! 🙂 Dokładnie tak, jak za dobrym przyjacielem… Ale nie takim ciuciu-ruciu, tylko takim, który zawsze wygarnie Ci prosto w oczy, co mu się w tobie nie podoba! Że w tych rurkach od Zary wyglądasz jak pedał. Że flirtując z kelnerką robisz z siebie obleśnego starego pierdziela. Że kiedy zaczynasz narzekać na swoją żonę, to zwyczajnie powie ci że pierdolisz głupoty… Zawsze postawi cię do pionu, wytknie nawet najmniejszy fałsz, obłudę, czy zakłamanie. W sumie to go nie lubisz, irytuje cię… ale gdzieś w środku tęsknisz za nim! 🙂

      (*) Stara w sensie kochana! 😉

      • rademachera

        Srutu-tutu, ale nie odpowiedziałeś…
        A rurek w Zarze nie kupuj.

        • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

          Za późno! Już kupione 🙂

  • http://www.blogierka.pl/ Blogierka

    Skąd Ty bierzesz inspiracje do tych swoich historii? They are so real! <3

    • http://czarnaskrzynka.blog/ Czarna Skrzynka

      Życie… Wystarczy mniej mówić, a więcej słuchać 😉

      • http://www.blogierka.pl/ Blogierka

        Zrozumiałam żaluzję :P.

  • Karolina Jarosz Bąbel

    Czekam na dalszą część 😉